24 Kwi 2016

Katowice. Choć to muzyka z innej epoki, z Wenecji czasów baroku, myślę o dwórkach królowej Bony, które przyjechały do zimnego kraju. „Ale szybko wyszły za mąż” mówią znajomi. „Che città, che città/ Co za miasto, co za miasto”. Nuria Rial z Katalonii śpiewa arie z oper Francesca Cavalliego. Towarzyszy jej międzynarodowy zespół muzyki dawnej L’Arpeggiata. Sala NOSPR (Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia). Najlepsza pod względem akustyki w Polsce i jedna z trzech tej klasy w Europie. 


Marek
NOSPR x


RUDA ŚLĄSKA-HALEMBA. W domu jednorodzinnym Stanisław Trefoń
zgromadził dzieła, jak nazywa, sztuki intuicyjnej. gornicy
Kolekcję można oglądać za darmo.
 Pan Trefoń
Na zdjęciu pan Trefoń wskazuje na "Pejzaż przemysłowy" Ewalda Gawlika



KATOWICE. Wizyta w skromnej pracowni mistrza Erwina Sówki.
Z pracowni

Sówka 1
Sówka 2Sowka 3
22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

25 Paź 2014

Pamiętacie „Panoramę Północy”, tygodnik ilustrowany, który ukazywał się w Olsztynie do 1981 roku? Znalazłem „Panoramę Pólnocy” na płótnie Hieronima Skurpskiego.

Poniedziałek. Wybrałem się na Zatorze, a konkretnie na ulicę Parkową 1. Wiesław Wachowski zaprosił mnie do Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych, bo z okazji przejścia na emeryturę urządził performance. Zjawili się jego przyjaciele z dawnych lat, a także koleżanki i koledzy z pracy, czyli CEiIK-u.

Artysta rozsypał w sali widowiskowej 5712 kapsli. Jeden kapsel za jeden dzień, bo tyle dni pracował w tej instytucji, ucząc rysować i malować młodzież, a także dorosłych. Była to więc medytacja nad życiem, które minęło. Kapsle artysta zbierał sam, pomagali mu też przyjaciele.

Wiesiek 2

Przyznam, że starałem się podczas tego spotkania nie poddawać nastrojowi melancholii, jak to bywa, gdy myślimy zbyt uporczywie o upływającym czasie. Znam Wieśka jeszcze z czasów studenckich, gdy mieszkaliśmy w tym samym akademiku na Bielanach w Toruniu. Jako  dyplomowany grafik po Wydziale Sztuk Pięknych UMK w listopadzie 1973 roku Wiesiek zjawił się w Olsztynie. Zaprosił go Tadeusz Burniewicz, kolega ze studiów, który po prostu zameldował przyjaciela w mieszkaniu swoich rodziców na Zatorzu.

Gdy Wiesiek otrzymał pracownię w dawnej kotłowni przy ul. Kołobrzeskiej 17 stała się ona wkrótce alternatywnym ośrodkiem kultury. Miałem tam okazję słuchać śpiewającego i grającego na gitarze Edwarda Stachurę.

Wiesław Wachowski jest artystą awangardowym, zaangażowanym w swój czas. Czwartą rocznicę ataku z 11 września 2001 roku na wieże WTC w Nowym Jorku upamiętnił specjalnym pokazem. Na scenie staromiejskiej z siedmiu tysięcy drewienek zbudował dwie ponad czterometrowe konstrukcje, które ściął na oczach widzów. Powtórzył tę akcję w 2006 i 2007 roku.

Wiesiek używa wody, śniegu, lodu oraz własnego ciała „jako medium artystycznych działań”. Jego akcje są wydarzeniem jednorazowym. Jakby rzeźbił we mgle. Albo w chmurze. Ich jednym śladem są fotografie lub filmy, które można zobaczyć w Internecie.

Czwartek. Pojechałem na nidzicki zamek (16 października) na sesję naukową i wystawę „Skurpski – opisanie świata”. Paweł Gawliński prezentował blisko 80 prac pana Hieronima, będących wyborem z gromadzonej od połowy lat 90. ubiegłego wieku kolekcji. Ma on prawdziwe perełki, np. widoki miast Warmii i Mazur, w tym Olsztyna i Nidzicy. Bezcenne szkice do kanonicznej „Pustej nocy”. Wśród innych ciekawostek zwraca uwagę matissowski obraz i szkic do niego pod tytułem „Panorama Północy” (egzemplarz pisma na czerwonym stoliczku, przy którym artysta malował).

katalog

Każdy interesujący się regionem powinien w te pędy ruszyć do Nidzicy. Wystawa niestety jest czynna tylko w godzinach pracy Nidzickiego Ośrodka Kultury, czyli do godz.15. W trakcie sesji wystąpiłem z prelekcją „Mazur z ulicy Warmińskiej. Portret w ruchu” , która podobnie jak inne wystąpienia z sesji znalazła się w pięknie wydanym katalogu opracowanym graficznie przez Bogdana Żukowskiego.

Wcześniej moje wspomnienie o panu Hieronimie Skurpskim, rysowniku, grafiku i artyście – malarzu oraz założycielu wielu instytucji kulturalnych i naukowych w powojennym Olsztynie ukazało się w tomie „Artysta, który miał świadomość spełnienia” (Tow. Naukowe im. W. Kętrzyńskiego, Olsztyn 2014 ). Promocja książki, w której brał udział m.in. Erwin Kruk, miała miejsce w Domu Polskim w Olsztynie 17 września.

Hieronim Skurpski

Piątek. Zwieńczeniem uroczystości w stulecie urodzin pana Hieronima  było spotkanie na zamku w Olsztynie (17 października) „Hieronim Skurpski  jakiego nie znacie”  i otwarcie wystawy  jego prac  ze zbiorów olsztyńskich kolekcjonerów (na zdjęciu jedna z prac, autoportret artysty). Interesujący referat wygłosił o panu Hieronimie, jako kustoszu Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, Andrzej Rzempołuch.

 

 

30 Cze 2014

 

2Stolarczyk i Dakowicz3Mariola Kruszewska4Kotys czyta wiersze1Gracjan Kaja6Andrzej PieczynskiDSCN2449wenecja 1 

 

SOBOTA. W Praniu Przemysław  Dakowicz z Łodzi  (na zdjęciu z prawej, obok Jan Stolarczyk przewodniczący jury) otrzymał nagrodę imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Orfeusz za tomik „Teoria wiersza polskiego”.

 

Mariola Kruszewska  została  laureatką Orfeusza Mazurskiego  za tomik „Wczoraj czyli dziś”.

 

 

Najpierw czekaliśmy aż przestanie padać, ale nie przestało. Gala wręczenia nagrody a zarazem XVII Inauguracja Sezonu Artystycznego w Praniu odbyła się więc z powodu deszczu, nie na scenie nad Jeziorem Nidzkim, tylko pod dachem leśniczówki , w której Gałczyński napisał „Kronikę Olsztyńską” i gdzie znajduje się muzeum jego imienia. Pomieścili się wszyscy przybyli.  

 

 

Wiersze laureatów czytali Kamila Sammler-Kotys i Ryszard Kotys.

 

 

Kiedy przestało padać Gracjan Kaja, młody rzeźbiarz z Bydgoszczy, mógł odsłonić pomnik Zielonej Gęsi. Artysta powiedział, że pozowała mu prawdziwa gęś. Istotnie rzeźba jest bardzo realistyczna.

 

Andrzej Pieczyński przedstawił swój monodramem „Bal u Salomona”. Spytałem aktora czy czuł dreszcz, grając w historycznym wnętrzu.- Mam nadzieję ,że Ildefons nie grozi mi z góry palcem. Jeśli się pomyśli, że grałem wśród rzeczy, których on dotykał , to tak, poczułem metafizyczny dreszcz. Ale lepiej się z Gałczyńskim komunikuję przez tekst „Balu u Salomona”, w którym jest niebywała  kompensacja poezji – powiedział Andrzej Pieczyński, pamiętny taksówkarz Jurek z „Wielkiego Szu”. 

 

 

W tym roku przez cały sezon artystyczny w Praniu zaproszeni artyści: Stanisława Celińska, Tadeusz Chudecki, Marcin Troński i Wojciech Malajkat będą obok poezji Gałczyńskiego interpretować także twórczość zmarłego tej wiosny Tadeusza Różewicza. W Praniu rośnie już zasadzona jesienią ubiegłego roku daglezja z ogrodu Tadeusza Różewicza.

 

 

PIĄTEK. Wenecja to malowniczo położona  wieś niedaleko Morąga, jedna z miejscowości  o których istnieniu przypominamy sobie przy okazji nadzwyczajnych akcji. Z inicjatywy Iwony Bolińskiej-Walendzik , szefowej stowarzyszenia Areszt Sztuki, do wiejskiej świetlicy w Wenecji przyjechali z Olsztyna artyści- plastycy ze swoimi obrazami.

 

I ja tam byłem z Lucyną Kowalską, która  śpiewała moje wiersze i Mateuszem Cwalińskim, który jej akompaniował na akordeonie.

 

Po wernisażu i koncercie rozmawiałem z mieszkańcami , którzy wyrazili nadzieję, że nie jest to ostatnie nasze spotkanie. Nazwa tej wsi ma niebywały potencjał promocyjny. I są mieszkańcy, którzy to dostrzegają.

 

 

 

09 Sie 2013

 

Jak Olsztyn widzą cudzoziemcy? Zwykli mieszkańcy pewnie nie zawsze doceniają unikalną przyrodę miasta, ale cenią ją uważni artyści. Tak stało się w wypadku czwórki ukraińskich malarzy, którzy bohaterami swoich płócien uczynili w większym stopniu niż architekturę – przyrodę Olsztyna. Wprawdzie polubili okolice zamku i wiadukty, ale na przykład zwrócili uwagę na konie w podolsztyńskim pejzażu, na kaczki i kawki w parku w Jakubowie oraz na nenufary pływające na jeziorku Mumel.

Ołena Pryduwałowa, Matwij Wajsberg, Ołeksij Apołłonow i Ołeksij Beliusenko przyjechali na plener do Olsztyna z Kijowa. Efekt ich pracy to ponad 50 obrazów z których 40 można oglądać w Galerii ZPAP – Klub Sowa, przy ul. Zamkowej w Olsztynie.

Na  płótnach kijowian Olsztyn przypomina rozświetlone słońcem miasta francuskich impresjonistów. Najbardziej  miejskim obrazem  jest ten przedstawiający okrąglak  Ołeny Pryduwałowej, pełen wesołego, radosnego tłumu.

Natura to kaczki i kawki sportretowane przez  Matwija Wajsberga oraz konie przez Ołeksija Apołłonowa.

Staw z nenufarami w Jakubowie namalował Ołeksij Beliusenko.

Wystawę można jeszcze oglądać codziennie w godz. 12-20 do 11 sierpnia. Jej organizatorem  jest Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie. Wstęp wolny.

1'Pryduwalowa

Ołena Pryduwałowa – Święto w Olsztynie

 

 

2BeliusenkoOłeksij Beliusenko – Staw w Jakubowie. Nenufary III

 

3WajsbergMatwij Wajsberg- Z cyklu olsztyńskie kaczki

Fot. Marek Barański

 

28 Lip 2013

Sobota. Z Burym wybraliśmy się do Węgajt. Rozmawiamy po drodze o Jerzym Ludwińskim. W Muzeum Współczesnym we Wrocławiu otwarto właśnie wystawę poświęconą temu konceptualiście. Ludwińskiego poznałem w połowie lat 70. w Toruniu na którymś ze zjazdów konceptualistów, które organizował Bury.  

DSCN1092

Namawiałem więc Burego na wyprawę do Wrocławia pociągiem. Jedzie się 8 godzin, tyle ile w czasach naszej młodości. Ale w końcu nie zdecydowaliśmy się na jazdę do Wrocławia i ruszyliśmy do Węgajt. Zjawiliśmy się na zakończenie Festiwalu „Wioska Teatralna”.

DSCN1097

A tam pięknie jak zawsze. Piękna festiwalowa młodzież   i  niezłomni – Wacek i Mutka Sobaszkowie.

DSCN1098Trafiliśmy na czeski  spektakl „Kaukaskie arabeski” na podstawie zapisków z wypraw do Gruzji. Para aktorów z Pragi: Karolina Plachá i  David Zelinka.

Scenografia ograniczona do minimum: niski stół, miednica, ocynkowane wiadro. Krzesło. Woda. Kilim. Życie domowe w Gruzji, jakie toczy się współcześnie. W rozmowach przy stole bohaterowie powracają do czasów sprzed wojny gruzińsko-rosyjskiej, które jawią się jako sielanka.

Dla skrócenia perspektywy aktorzy poruszają się na…kolanach. David wchodzi na stół, kładzie się na blacie (Bury szeptem do mnie: Mógłbyś tak występować na swoich wieczorach autorskich…), wchodzi pod stół.

Kolejna zmiana perspektywy:  Karolina przewrócony stół nakrywa obrusem, wrażenie, że patrzymy na aktorów z góry.

DSCN1099

David wysoki, z siwiejącymi długimi włosami, Karolina młodsza. Myśląc o ich grze przypominam sobie to, co pisał o swojej rodzinie  tragicznie zmarły artysta Zdzisław Beksiński. Dziadek, mama i syn artysty miewali od czasu do czasu takie stany „zagapienia się”, nieobecności. Karolina i David szkicowali swą grą coś podobnego i dało to znakomity efekt.

W spektaklu kilkakrotnie pojawiły się reprodukcje obrazów gruzińskiego Nikifora – Niko Pirosmanaszwili.

 DSCN1112

Z Węgajt pojechaliśmy do Nowego Kawkowa obejrzeć pola lawendowe.

Niewiele rzeczy mnie porusza, ale okolice Nowego Kawkowa jak najbardziej. To Kaszuby i  Beskid Niski w jednym.

 DSCN1103

A pola lawendowe? Kojarzą się z celtami. Stoi tam dom przeniesiony z Beskidu Niskiego i świetnie pasuje do tego krajobrazu.

Na polu stoi ławeczka by sobie na niej pokontemplować wśród lawendy.

DSCN1105

Wróciliśmy stamtąd zaopatrzeni w syrop lawendowy.

Piątek.  Konceptualizm jest mi bliski więc z radością odnotowuję  wystawę konceptualną w Galerii Stary Ratusz Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie. Wystawa obejmuje dwie ekspozycje. Pierwsza to  „Five o`clock in Olsztyn” Iwony Bolińskiej-Walendzik , druga „Panoramy Olsztyna” Bogdana Gruszczyńskiego.

DSCN1040 Iwona
Artystka fotografowała panoramy Olsztyna z okien mieszkań przyjaciół o godz.17. Do wspólnej prezentacji  zaprosiła Bogdana Gruszczyńskiego, członka Klubu Plastyka Amatora „Sąsiedzi”. Jego obraz „Widok z mojego okna”, wyróżniono na Wojewódzkim Konkursie w Mrągowie w 2012 r.

Autorka wystawiła również portrety przyjaciół biorących udział w „akcji”, której przygotowanie trwało rok . Można było również obejrzeć filiżanki,  w których częstowano ją popołudniową herbatą.

Na wystawę przybyło wielu artystów wśród nich Wiesiek Wachowski, znany konceptualista. Można by rzec konceptualista niezmordowany. Podobnie jak Bury, mój kolega z akademika UMK DS 9 na Bielanach w Toruniu.

DSCN1043

Syrop lawendowy z Nowego Kawkowa świetny jest do herbaty. 

03 Maj 2013

Vivat Aleksander!

Trudno sobie wyobrazić Olsztyn bez Aleksandra Wołosa, jest jednym z najbardziej ulubionych i popularnych artystów naszego miasta. Może nawet  najbardziej znanym. Jego sztuka wzrusza i przemawia do każdego.  Przy tym Aleksander  Wołos  jest człowiekiem ujmująco skromnym. Nie ma więc Olsztyna, ale i Warmii  i Mazur bez Wołosa, bo obie te krainy ciągle go inspirują.

Pierwsza wystawa jego prac w Olsztynie miała miejsce 50 lat temu. Rysunki i zachwycające pastele Wołosa przez wiele lat ukazywały się na łamach „Gazety Olsztyńskiej”. 

W Galerii Rynek MOK  zwracają uwagę  jego pejzaże znad rzeki Gilwy, z przełomu Łyny, czy z rezerwatu Kośno. Ale i martwe natury , jak „Ślimaki martwe” ( foto niżej)  namalowane na surowym płótnie utkanym przez mamę artysty.

Wystawa  obrazów Aleksandra Wołosa „Żywa i martwa natura” czynna będzie w Galerii Rynek do 15 maja. Warto się tam wybrać.

 

Fot. Marek Barański

15 Lut 2013

O tym, że LOT kursował po wojnie z Olsztyna do Gdańska i Warszawy pamiętają tylko najstarsi ludzie.

Albo artyści, jak Krzysztof Tanajewski ( na zdjęciu), którym namalował samolot pasażerski z żurawiem na ogonie nad Dajtkami. LOT obecnie jest w tarapatach, grozi mu bankructwo. Żal LOT-u, żal żurawia. Żuraw w locie to jeden z ostatnich znaków firmowych II Rzeczypospolitej, które dotrwały do naszych czasów (teraz mówi się logo). Symbol LOT-u wymyślił Tadeusz Gronowski. Miałem zaszczyt i przyjemności rozmawiać z panem Gronowskim. Mówił o sobie :— Jestem skromnym facetem. Nie mam wygórowanego pojęcia o sobie… Mówił to ktoś, kto praktycznie stworzył przedwojenna reklamę  i przeniósł do polskiego plakatu i ilustracji francuski gust. W mojej pamięci uosabia to, co przedwojenna Polska miała najlepszego. Ambicje i światowość. I elegancję.

Dostałem w prezencie książkę „Miedzy elitą a półświatkiem. Życie codzienne w przedwojennej Polsce”. To album z fotografiami. Są w nim zdjęcia biednych dzieci na tle chat krytych słomą, ale i  eleganckich pań, które paradują po molo w Gdyni w białych szlafrokach narzuconych na kostiumy kąpielowe. Z tej książki można się dowiedzieć, że zbudowane w 1934 roku molo w Orłowie miało długość 430 metrów, a dziś tylko 180. Żal mola.

 

14 Maj 2012

Sobota. Dlaczego nie jesteśmy Ameryką? Bo tam samouk może zostać kimś, a u nas bez papieru ani rusz. Bert Stern przeszedł do historii fotografii jako autor ostatnich zdjęć Marilyn Monroe. W 1962 roku, na 6 tygodni przed śmiercią aktorki, w ciągu trzech dni zrobił ich w hotelu w Los Angeles prawie 2700. 93 minutowy film dokumentalny „Bert Stern. Prawdziwy madman” traktuje o jego karierze, ale głównie o tamtych dniach, kiedy fotografik nawiązał intymne porozumienie z MM, która pozwoliła mu się sfotografować nago w pościeli.

Pasjonująca jest opowieść o jego życiu. Nie chciał się uczyć. Rzucił szkołę, gdy miał 13 lat, ale słuchał ojca. – Musisz iść do pracy – powiedział Sternowi tata, ale spytał syna o zdanie. Gdzie chciałbyś pracować? –  W lodziarni…

Stern miesza lody i je sprzedaje. Uwielbia to robić. Po trzech latach ojciec mu każe zmienić zajęcie: To nie jest praca na miarę twoich możliwości. Zatrudnij się w banku… Stern trafia na Wall Street. A gdzie fotografia? Dopiero, gdy idzie do wojska. W czasie wojny w Korei  stacjonuje w Tokio i tam zaczyna fotografować.

Życie filmowe w Olsztynie znów mi się podoba, bo jesteśmy w jego centrum mając możliwość oglądania w weekend najlepszych filmów dokumentalnych świata w trakcie Planete+ DOC Film Festival. Nazwa wprawdzie dziwaczna i nie po polsku, ale filmy świetne. Tak na marginesie: zakończony właśnie festiwal polskich filmów fabularnych nosi od tego roku nazwę Gdynia Film Festival.  

W Gdyni Złote Lwy zdobył film „W ciemności” Agnieszki Holland, dzieło cokolwiek męczące. Dla mnie najciekawsze w tej historii jest życie powojenne Leopolda Sochy, który mieszkał w Gliwicach z ocalonymi przez siebie Żydami i wcale nie zginął w 1945 roku, jak dowiadujemy się z napisów końcowych filmu, tylko rok później. Ale to byłby zupełnie inny film i musiałby go zrealizować Kazimierz Kutz.

Wtorek. Jest tyle do czytania. Odrabiam zaległości nocą. Najciekawsze są tygodniki, i jak mówią Rosjanie, „tołstyje żurnały”, czyli miesięczniki i kwartalniki. Świetne są wypowiedzi ludzi filmu. We „Wprost” pierwszy od lat wywiad z Romanem Polańskim. Pytany o polskie kino mówi, że aktorzy w naszych filmach krzyczą. Że tylko Janusz Gajos mówi jak człowiek. Polańskiemu podoba się też, że mniej się w Polsce pije. Na pytanie: co większą rolę odgrywa w życiu – przypadek, czy przeznaczenie odpowiada, że coś między przypadkiem a przeznaczeniem. Między – między.

W „Wysokich Obcasach” kompozytor Abel Korzeniowski, twierdzi, że Polacy są dość depresyjni  i „inni to widzą” – mówi- więc kiedy potrzebna jest melancholia w filmie wytwórnie sięgają po kompozytorów z naszego kraju .

Zastanawiam się czego inne narody w nas nie widzą, a co bez wątpienia mamy.

Świetny nr 74 z 2011 „Kwartalnika filmowego” poświęcony „rzeczom filmowym” a w nim wspomnienia Łukasza Maciejewskiego i Agnieszki Holland o Marii Kornatowskiej. Pamiętam ją z wielu seminariów filmowych. Była ładna i mądra. Wyglądała jak miniaturka Marilyn Monroe. Maciejewski zapamiętał jej przykazanie by pisać recenzje osobiste, w pierwszej osobie. Holland w dowcipnym i ciekawym wspomnieniu napisała, że Maria Kornatowska była niezwykle elegancka i zawsze chodziła w szpilkach. Nawet klapki miała na szpilkach. Wiem, że swój wspaniały księgozbiór przekazała łódzkiej filmówce w której wykładała.

Środa. 9 maja zmarł Andrzeja Czeczot. Jego śmierć obeszła mnie, jak kogoś bliskiego. Na moich oczach odbywała się rewolucja, która doprowadziła do tego, że „grafika z kosza na śmieci”, jak nazwał ją pewien krytyk, trafiła najpierw do pism, a potem do gazet. Andrzej Czeczot i Andrzej Mleczko to tylko  najbardziej sławni rycerze tej rewolucji w naszym kraju. A było ich wielu. Także w Olsztynie.

Przed nimi utrzymywał się w naszym rysunku prasowym styl francuski, elegancki i mający swój urok, ale raczej purytański. Dwaj wymienieni, ma to związek ze zmianami obyczajowymi, nasycili go rubaszną plebejskością i humorem na granicy przyzwoitości. Niektórym krytykom rysunki tej grupy wydawały się cokolwiek koślawe.

Bardzo lubię album z rysunkami Czeczota „IFO. Zidentyfikowane obiekty latające” wydany w 1980 roku w Gdańsku. Autor dedykował tę książkę Stanisławowi Lemowi. Są w niej rysunki, które nadal mnie śmieszą. Nie powiem jakie, bo przecież to głupie opowiadać rysunki.

Pisząc o Czeczocie myślę o całej generacji genialnych grafików i rysowników, którzy – co najtrudniejsze w sztuce – stworzyli swój własny alfabet. Jak Henryk Tomaszewski, właśnie Czeczot czy Roland Topor.

Po nich, tak jak po Stanisławie Lemie powstała kosmiczna pustka, której nic nie zapełni.

Rozmawiałem z Czeczotem 11 lat temu, bo tak się składa, że 10 maja 2001 otwarto wielką wystawę jego rysunków satyrycznych w olsztyńskiej Galerii BWA. Był witalny, pełen wigoru. Wydawało się, że będzie żył ze sto lat.

Czwartek. Na przystanku pewien obywatel, ni stąd, ni zowąd zwrócił się do mnie:- Panie redaktorze. Ma pan słabą marynarkę- i dodał trochę ciszej: –  Stać pana na lepszą… Odpowiedziałem, że jestem do mojej marynarki przywiązany. Jest tak w istocie. Wcale nie uważam jej za najgorszą. Być może z krytykiem mojego odzienia, gdzieś się poznaliśmy. Coraz częściej zdarza mi się, że ktoś się do mnie uśmiecha, jakbyśmy się dobrze znali.

Już jak wsiadłem do autobusu zobaczyłem przez szybę ciężarówkę z wielkim napisem: „Wypożyczalnia strojów karnawałowych i pokrowców na krzesła”. Nazwa firmy wydała mi się cokolwiek z Gałczyńskiego, później dowiedziałem się, że te stroje karnawałowe i pokrowce, to jak najbardziej naturalny zestaw.

 

Piątek. Poszedłem do kina sprawdzić jak Niemcy poradzą sobie ze swoim wieszczem, czyli z Johannem Wolfgangiem Goethem. Uważam, że wyszło nieźle. Film „Zakochany Goethe” obejrzałem z przyjemnością. Historia, jak doszło do napisania „Cierpień młodego Wertera” przedstawiona jest zręcznie, a sławngo niemieckiego romantyka gra urodziwy aktor Alexander Fehling. I w kawiarni filmowej przy kinie pstryknąłem komórką  Jamesa Deana w aucie.

 

Niedziela. Zobaczyłem w telewizji słynny film „Na krawędzi nieba”, Fatiha Akina. Reżyser jest synem tureckich emigrantów, urodził się w Hamburgu. Jerzy Płażewski postawił kiedyś tezę, że być może Akin nie jest ani Turkiem ani Niemcem, tylko ma jakąś trzecią narodowość, między-między.

A może pojecie narodu – w erze tanich linii lotniczych traci rację bytu? – pyta Płażewski. Teraz ja z kolei, idąc tym tropem, zastanawiam się nad tym, czy czasem nie mamy do czynienia z tworzeniem się czegoś takiego, trzeciego narodu, w Anglii. Wielu młodych ludzi z Polski, którzy pracują na Wyspach być może  jeszcze nie jest Brytyjczykami, ale czy nadal są Polakami?

W filmie mamy świetnych aktorów tureckich, błyszczy też aktorka urodzona w Polsce – Patrycja Ziółkowska .

Ziółkowska ostatnio gra w teatrze w Hamburgu Małgorzatę w trwającym od 8 do 9 godzin „Fauście”. Osiągnęła niebywały sukces o którym wiedzą – jak zwykle w Polsce – tylko specjaliści.

 Ale w filmie gra też Hanna Schygulla, rodowita Ślązaczka z Chorzowa, kiedyś aktorka Fassbindera.

Ciekaw jestem kim ona się czuje?

 

Sobota. Rozmawiam z mamą o „Panu Tadeuszu”. Że jego znajomość słabnie w najmłodszym pokoleniu. W siódmej klasie szkoły podstawowej przerabialiśmy na polskim przez cały rok księgę po księdze, z tego sporo na pamięć. Podobnie szczegółowo przerabiała poemat wieszcza w szkole moja mama, a wcześniej moja babcia.

Ciekawe czy Anglicy przestali uczyć w szkołach Szekspira, a Grecy Homera? Może ktoś wie?

01 Sty 2012

Znajomy rozpoczął rok 2012 z patykami, jak nazywa kijki do nordic  walking. Spacerował w Lesie Miejskim. Opowiedział mi dowcip. Dla mnie to pierwszy dowcip jaki usłyszałem w tym roku. Na czasie, bo o służbie zdrowia. – Co panu jest? – pyta lekarz rodzinny pacjenta . – Wydaje mi się, że jestem ćmą – ten  odpowiada . – To niech pan idzie do psychiatry – odpowiada lekarz. – Ale u pana świeciło się światło – odpowiada pacjent…

Zadzwoniłem z tym dowcipem do Wrocławia. Do kolegi. Kolega odwzajemnił mi się opowieścią o teściowej. Teściowa umiera. Przyjeżdża zięć. Teściowa leży blada. Ma zamknięte oczy. Nagle nadlatuje mucha. Zaczyna krążyć nad teściową. Teściowa otwiera oczy i zaczyna wodzić wzrokiem za muchą. Zobaczył to zięć i mówi: – Mamo, niech mamusia się nie rozprasza…

Kolejna historia tym razem prosto z życia. Ze Szwecji przyjechał  kolega. Pracuje tam w jakimś laboratorium.– Kto się tobą zajmie na starość? –  zapytała kolegę jego mama. Martwi się o niego jak wszystkie mamy o swoje dzieci. Kolega jest dorosły, a przecież w wyobrażeniu mamy jest wciąż małym chłopcem. Kolega nie ma dzieci. Kiedy więc mama spytała z troską, kto zajmie się nim na starość, kolega wypalił: Japońskie roboty. On korzysta z japońskich robotów w pracy. Są niezawodne.

Kolega należy do tego miliona rodaków, którzy jak pokazał ostatni spis powszechny, rezydują za granicą, przysparzając chwały krajom w którym pracują. Dwie córki mojego szkolnego kolegi  po raz kolejny nie przyjechały do ojca na święta. Na Wyspach znalazły dobrze płatną pracę, której bezskutecznie szukały w Olsztynie.

W wigilię jechałem taksówką. Kierowca słuchał z płyty bluesa. – W radio katują nas tylko kolędami! – wyjaśnił mi.

 O tym, jak świat ostatnio się zmienił świadczy klasa warszawskiego liceum do którego chodzi córka mojej znajomej. Jej najlepszą koleżanką jest Marysia, której rodzice są Wietnamczykami. Marysia jest najlepszą uczennicą w klasie.

Nordic  walking, czyli ruch na świeżym powietrzu, to samo zdrowie. A zdrowie jest najważniejsze. Wszystkim życzę dużo zdrowia w rozpoczynającym się 2012 roku!

 Na zdjęciu: Olsztyn wieczorem 1 stycznia 2012 roku.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.