27 Lis 2015

Gdy Tamiza po przypływie wypełnia się po brzegi, mieszkający w Londynie kolega nazywa ją Wisłą, a kiedy ubywa jej podczas odpływu – Łyną. Oboje z żoną pochodzą z naszego regionu.

Spytałem co czyta. Władysława Broniewskiego. Wybór wierszy z wydawnictwa Ossolineum. Po raz pierwszy ukazał się w serii „Biblioteka Narodowa”.

A ja w bibliotece Planeta 11 słuchałem  poetów na żywo: Kazimierza Brakonieckiego, a kilka dni wcześniej Wojciecha Kassa.

http://www.facebook.com/media/set/?set=a.978988868838997.1073741953.470971232974099&type=3

Jubileusz 40 – lecia pracy twórczej Kazimierza Brakonieckiego, poety i redaktora pisma „Borussia”, a zarazem szefa ważnej instytucji, jaką jest Centrum Polsko-Francuskie był prawdziwym Świętem. „Święto, ale bez nadmiernej pompy, za to z tortem i prezentami” – trafnie skomentował jeden z uczestników. Wypowiedziano dużo dobrych słów, przyszło wiele osób, w tym z Wspólnoty Borussia, którą Kazik współtworzył, ale też najstarsi olsztyniacy, pamiętający kawiarnię „Andromeda” .

Wojciech Kass promował najnowszy tomik wierszy „Przestwór. Godziny”. Mówił, że siedemnaście lat temu przyjechał do puszczy, a teraz mieszka w lesie. Nad Nidzkim usechł dąb, który pamiętał czasy Prusów.

Nie mamy smogu jak krakowianie, ale drzewa idą u nas pod topór nie tylko w Puszczy Piskiej.

Znajomy artysta uważa, że posiadamy to, na co patrzymy… Już nie posiadamy tych widoków, które mieliśmy w młodości.

W galerii BWA  wystawa  z okazji 25-lecia Instytutu Sztuk Pięknych UWM. Wydział Sztuki to wizytówka Uniwersytetu. Jestem fanem zarówno Zakładu Malarstwa i Rzeźby przy ulicy Szrajbera  jak i Zakładu Grafiki przy Żołnierskiej.

Graficy mają rozległy widok za oknem na Olsztyn. Chętnie bym taki wynajął.

Widok z K2

Od strony Parku Centralnego idzie się do nich po schodach, które studenci nazywają K-2, są takie strome, że można się zasapać.

K-2k-2 2

Każdy ma swój Mount Everest.

01 Maj 2015

Już ostatni dzwonek żeby zobaczyć obrazy Olgi Boznańskiej w Warszawie. Wystawa w Muzeum Narodowym tylko do 2 maja. Gdyby ktoś nie zdążył na Boznańską, przypominam: do 17 maja Andrzej Wróblewski  (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, to tylko 3 minuty od Pałacu Kultury!). I trzeba koniecznie do Królikarni, ul. Puławska 113 a. Na wystawę „Majątek”.

BOZNAŃSKA. MANET. Olga Boznańska w Muzeum Narodowym to nie tylko świetne obrazy, wśród nich autoportrety: od najwcześniejszych, do ostatnich, ale wzruszające pamiątki z pracowni. Jak stary fotel  z wgniecionym siedziskiem.

fotel

Są też na wystawie przywiezione z Paryża dzieła innych artystów z epoki, w tym – portret francuskiej malarki Berthe Morisot, którą namalował Edouard Manet. Józef Czapski uważał, że gdyby Boznańska była Francuzką, znalazłaby się we wszystkich podręcznikach, jak Morisot.

Boznanska

Czapski napisał o Boznańskiej, że była „szalenie polska”. Znali się z Paryża. Kiedyś Czapski odwiedził ją rano w pracowni. Malowała w sukni  balowej, ale to były zupełne łachmany. Czapski pamięta też fortepian, ale nie można było na nim grać, bo mieszkały w nim myszy. W MN eksponowana jest malutka ceramiczna myszka, maskotka Boznańskiej.

 

CHOMĘTOWSKA. WILDT Z DYLEWA. W Królikarni wystawa „Majątek”.

Królikarnia

Kuratorzy pod kierunkiem Agnieszki Tarasiuk zestawili dwa świadectwa z różnych Kresów: polskiego i niemieckiego. Z jednej strony są tam nieduże fotografie Zofii Chomętowskiej dokumentujące życie polskich ziemian na Polesiu, ale też w Królikarni, który to pałac przed wojną był własnością Krasińskich, z resztkami spalonej kolekcji rzeźb włoskiego rzeźbiarza Wildta, należącej do rodziny von Rose z ich pałacu w Dylewie w powiecie Ostróda.

 

Grek

Kapitalna kopia greckiej rzeźby z brązu, która stała przed pałacem w Dylewie.

WRÓBLEWSKI I PAŁAC KULTURY. Obrazy Andrzeja Wróblewskiego to temat na osobne opowiadanie. Teraz w centrum Warszawy robią jeszcze większe wrażenie, gdy patrzy na nie Pałac Kultury.

Wroblewski 1

Wroblewski 3

Wroblewski

 

MISTRZ, MAŁGORZATA, BORKOWSKI. W Akademii Teatralnej „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. W spektaklu dyplomowym Wydziału Aktorskiego występuje gościnnie i to w trzech wcieleniach, a nawet w czterech Łukasz Borkowski, chłopak z Mazur. Bo nie tylko gra, ale jest  również asystentem reżysera Waldemara Raźniaka. Ciekawostka: w roli Stalina kobieta, Katarzyna Ucherska. Zapamiętajmy to nazwisko.

METRO. Przejechałem się nową linią metra. Sądzę, że jej kolorystyka spodobałaby się Wróblewskiemu.

metro

 

22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

30 Cze 2014

 

2Stolarczyk i Dakowicz3Mariola Kruszewska4Kotys czyta wiersze1Gracjan Kaja6Andrzej PieczynskiDSCN2449wenecja 1 

 

SOBOTA. W Praniu Przemysław  Dakowicz z Łodzi  (na zdjęciu z prawej, obok Jan Stolarczyk przewodniczący jury) otrzymał nagrodę imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Orfeusz za tomik „Teoria wiersza polskiego”.

 

Mariola Kruszewska  została  laureatką Orfeusza Mazurskiego  za tomik „Wczoraj czyli dziś”.

 

 

Najpierw czekaliśmy aż przestanie padać, ale nie przestało. Gala wręczenia nagrody a zarazem XVII Inauguracja Sezonu Artystycznego w Praniu odbyła się więc z powodu deszczu, nie na scenie nad Jeziorem Nidzkim, tylko pod dachem leśniczówki , w której Gałczyński napisał „Kronikę Olsztyńską” i gdzie znajduje się muzeum jego imienia. Pomieścili się wszyscy przybyli.  

 

 

Wiersze laureatów czytali Kamila Sammler-Kotys i Ryszard Kotys.

 

 

Kiedy przestało padać Gracjan Kaja, młody rzeźbiarz z Bydgoszczy, mógł odsłonić pomnik Zielonej Gęsi. Artysta powiedział, że pozowała mu prawdziwa gęś. Istotnie rzeźba jest bardzo realistyczna.

 

Andrzej Pieczyński przedstawił swój monodramem „Bal u Salomona”. Spytałem aktora czy czuł dreszcz, grając w historycznym wnętrzu.- Mam nadzieję ,że Ildefons nie grozi mi z góry palcem. Jeśli się pomyśli, że grałem wśród rzeczy, których on dotykał , to tak, poczułem metafizyczny dreszcz. Ale lepiej się z Gałczyńskim komunikuję przez tekst „Balu u Salomona”, w którym jest niebywała  kompensacja poezji – powiedział Andrzej Pieczyński, pamiętny taksówkarz Jurek z „Wielkiego Szu”. 

 

 

W tym roku przez cały sezon artystyczny w Praniu zaproszeni artyści: Stanisława Celińska, Tadeusz Chudecki, Marcin Troński i Wojciech Malajkat będą obok poezji Gałczyńskiego interpretować także twórczość zmarłego tej wiosny Tadeusza Różewicza. W Praniu rośnie już zasadzona jesienią ubiegłego roku daglezja z ogrodu Tadeusza Różewicza.

 

 

PIĄTEK. Wenecja to malowniczo położona  wieś niedaleko Morąga, jedna z miejscowości  o których istnieniu przypominamy sobie przy okazji nadzwyczajnych akcji. Z inicjatywy Iwony Bolińskiej-Walendzik , szefowej stowarzyszenia Areszt Sztuki, do wiejskiej świetlicy w Wenecji przyjechali z Olsztyna artyści- plastycy ze swoimi obrazami.

 

I ja tam byłem z Lucyną Kowalską, która  śpiewała moje wiersze i Mateuszem Cwalińskim, który jej akompaniował na akordeonie.

 

Po wernisażu i koncercie rozmawiałem z mieszkańcami , którzy wyrazili nadzieję, że nie jest to ostatnie nasze spotkanie. Nazwa tej wsi ma niebywały potencjał promocyjny. I są mieszkańcy, którzy to dostrzegają.

 

 

 

25 Kwi 2014

to i owo

Ostatni tomik zmarłego w czwartek Tadeusza Różewicza „to i owo” ukazał się jesienią 2012 roku. O czym jest ta książka? Poeta pisze, że dolega mu starość. Jest ona takim stanem w którym myli się wtorek z piątkiem, a sobota przydarza się dwa razy w tygodniu. A przy porannym wstawaniu ktoś umarły zaplątuje się w myśli. 

1.

Poeta nie może umarłych powołać na powrót do życia, ale może w wierszu przywołać ich blaknące postaci, tak jak obraz ubranego w niebieski drelich sędziwego mężczyzny, którego spotkał kiedyś w Bułgarii. Współczuje starym ludziom, którzy chodzą z balkonikiem, ale też wścieka się na starców, którzy „trupim jadem nienawiści zarażają młode serca”. I nie opuszcza poety wisielczy humor, gdy  nawołuje „kupmy se koturny/ a potem… marsz marsz/do urny…”.

Dolega poecie świat współczesny w którym rządzą „sponsorzy szmiry i zdziry”, a uwaga mediów koncentruje się na kulinariach, na  „kuchni” we wszystkich odmianach, tak jakby poza nią nic nie istniało.

Kiedy bierze do ręki wspomnienia brytyjskiego marszałka Montgomery’ego spostrzega, że Polska wymieniana jest na 500-stronach tylko cztery razy i nie ma tam miejsca na polskich generałów i naczelnych wodzów z II wojny światowej, na bitwę o Monte Cassino i Powstanie Warszawskie. Pisze wiersz pod tytułem „Polska jako sojusznik”.

2.

Tadeusz Różewicz budzi się rankiem i pisze wiersz „jeszcze jeden dzień” w którym wspomina polskich zmarłych poetów. Może ma na myśli Leopolda Staffa, który też opisywał świt w  „Przebudzeniu”. A może Czesława Miłosza? Albo Adama Mickiewicza?  

Jak Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” „widział i opisywał” Litwę tak Pan Tadeusz opisuje zawód literata. Sporządza rejestr czynności w  swoim gospodarstwie pisarza. W inwentarzu jest epika, czyli powieść i opowieść. Jest liryka, czyli poezja. Myślenie i opisywanie to jest filozofia. Do uprawiania tego zawodu niezbędne jest „czucie” .

A czym w takim razie jest natchnienie? Jaka jest jego technologia? Poeta pisze: „czuję widzę myślę/ i muszę To opisać/ to jest natchnienie”.

Ale w rejestrze pisarza, poety i literata znajduje się również wściekłość. Bo kiedy przeczyta, przepisze, poprawi i znów przeczyta swój utwór –  milczy, potem ogarnia autora wściekłość i wtedy znów zabiera się za odczytywanie tego co napisał. I na tym polega jego zawód.

_

Tadeusz Różewicz ,”to i owo”, posłowie: Jan Stolarczyk „Dopowiadając to i owo”, Biuro Literackie, Wrocław 2012

 

18 Gru 2013

Gombrowicz

1.„Operetka” Witolda Gombrowicza w reżyserii Andrzeja Majczaka. Pierwsza premiera na kameralnej scenie po remoncie Teatru Stefana Jaracza w Olsztynie.

Reżyser oparł spektakl na ciekawym pomyśle, Gombrowicz jest przewodnikiem po swoim dziele (w tej roli Dariusz Poleszak). W spektaklu najwięcej do powiedzenia ma Hufnagiel, niby koniarz, niby hrabia, później terrorysta. Maciej Mydlak nadaje tej postaci wdzięk.

Scenografia Urszuli Czernickiej skromna: ekrany dzielą scenę na świat wewnętrzny, świat bohaterów  „Operetki” i świat zewnętrzny, w którym egzystuje Gombrowicz ze swoją operetkową świtą.

Z tych ekranów wysuwają się szuflady. Jak staroświeckie biblioteczne katalogi. Gombrowicz z muzeum literatury?

2. Autor i jego świta są dobrze ubrani: Gombrowicz – Poleszak nienagannie nosi marynarkę, a Księżna – Irena Telesz długą suknię z trenem, piękny kostium dawno nie widziany w teatrze .

Zasadniczy wątek „Operetki” to przeciwstawienie strój –  nagość.  Rita Gombrowicz wspominała, że na rok przed śmiercią (pisarz zmarł w 1969 roku) kupiła mężowi zamszową marynarkę. Wyglądał w niej „jak młody chłopak wybierający się na polowanie”.

Gombrowicz do śniadania siadał w marynarce, której nigdy w domu nie zdejmował.

Jednym z bohaterów „Operetki” jest kreator mody Fior (Grzegorz Jurkiewicz). Tu ubrany jest niczym jaki Goethe, w strój niby romantyczny. Dlaczego? Nie wiem.

3. Kiedy Gombrowicz ukończył „Operetkę” w 1966 roku, miał 62 lata, Rita 30 lat.  Pisarz zmagał się z astmą. Miał ciągłe kłopoty z oddychaniem. Do tego bóle żołądka, wzdęcia i obstrukcje.

Starszy chory mężczyzna z młodą kobietą u boku.

Gombrowicz notuje w „Kronosie”: „Miłość z kobietą po 20 latach co najmniej”.  Pewnego dnia napisze: „Kiepsko z sercem”. Gdzie indziej : „Dalsze posuwanie się w starość” i dalej: „Trzeba opracować śmierć”.

4. Szarm to zgodnie z objaśnieniami Gombrowicza „wyfraczony hrabia”, „złoty młodzieniec, zblazowany birbant i lampart” lat 35. Baron Firulet jest jego rówieśnikiem.

W olsztyńskim spektaklu Szarm (Grzegorz Gromek)  i Firulet (Radosław Hebal) nie noszą eleganckich strojów. Mają być „starymi chłopcami”. Ale dziś trzydziestka na karku, to ciągle młodość.

Szarm i Firulet noszą krótkie spodenki i podkolanówki.  I koszule w brunatnym kolorze. To zupełnie nieelegancki kolor. I nieelegancki strój.

5. Trzy pokolenia na scenie. Żywiołowi studenci Studium Aktorskiego im. Aleksandra Sewruka. Urok młodości.

6. Gdy Szarm w scenie seksu z Albertynką  ściąga spodnie,  zdejmuje slipy i celuje w stronę widzów swoim gołym zadkiem, czuję się stremowany.  Nie przywykłem.

Trafił mnie.

Wychodząc z teatru mam w uszach słowa Szarma: „Wypuściliśmy tedy złodziejaszków, żeby sobie pohasali…”

Ale to zadek mnie prześladuje.

Z jednej strony zły, z drugiej, dobry gust.

Zadek. I marynarka Gombrowicza.

O to chodziło?

P.S. Lubię portret Gombrowicza , który namalował pastelem Aleksander Wołos (na zdjęciu).

 

13 Gru 2013

PROMOCJA CZYTELNICTWA. SPEKTAKL Z „MEDYKA”. WILNO PROFESORA Z  „KALENDARZEM OLSZTYNA”.

 

CZWARTEK. W Galerii Sztuki BWA w olsztyńskim planetarium wystawa fotografii czarno-białej i kolorowej „Cielistość ciała”  Magdy Rogowskiej-Otremby. Świetne akty.

Na otwarcie tańczyli Rafał Milcewicz ( Książę z baletu „Dziadek do orzechów”) i Lusia Fedorowska.

Od dwu lat współpracuję z Magdą przy tworzeniu multimedialnych widowisk promujących poezję i fotografię.

Zdj_cie0964[1]

Z okazji wernisażu poznałem dwoje młodych artystów: Mateusza Cwalińskiego, studenta Instytutu Muzyki UWM i Lucynę Kowalską. Oboje są świetni. I oboje mieszkają na olsztyńskim Zatorzu, najbardziej kulturotwórczej dzielnicy Olsztyna.

Mateusz, jak to mówią na Kurpiach i Śląsku, gra na cyji. Lucyna od dziecka związana jest z teatrzykami prowadzonymi przez Marię Jenny-Burniewicz. To Jenny skomponowała muzykę do mojego wiersza „Tyłeczek modelki Herzigowej”, którego wersję muzyczną w czwartek usłyszała publiczność BWA.

A Marek Gardzielewski złożył ręcznie i wydrukował w technice poligraficznej „Tyłeczek”. To debiut Pracowni Starych Technik Drukarskich WBP i trójjęzycznej serii wydawniczej „Trilinguis”. Bo „Tyłeczek” został wydrukowany w Olsztynie po polsku, czesku i chorwacku.

Rozdałem podczas wernisażu pięć egzemplarzy tej książeczki tym, którzy mieli przy sobie aktualne karty biblioteczne (promocja czytelnictwa.

ŚRODA. Jak połączyć mazurskość z portalami społecznościowymi? W Szkole Policealnej im. prof. Zbigniewa Religi w Olsztynie powstał spektakl „Kamienna dłoń”, nawiązujący do utworów Ernsta Wiecherta i baśni mazurskich Herberta Somplatzkiego.

Final KAMIENNEJ DLONI MBTwórcą przygotowywanego przez rok widowiska jest Aleksandra Salczyńska, nauczycielka-terapeutka ze Szkoły im. prof. Religi. Na scenie 34 wykonawców: uczniowie i absolwenci tej szkoły, uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej w Olsztynie, uczniowie Gimnazjum nr 12 im. Sybiraków w Olsztynie i przyjaciele. Grupa teatralna, którą utworzyli nazywa się „Alma Rey.

Widowisko przypomina w swojej formie grę komputerową. Ma uwrażliwiać widza na Innego, na cierpiącego człowieka.

Bohaterka „Kamiennej dłoni”, Pomponiara (cheerliderka), która lansuje się na „fejsie”, ma chorą na autyzm siostrę. Poniża ją. Pewnego dnia, gdy uderzy siostrę, jej ręka skamienieje.

Bohaterka błądzi po wirtualnym świecie, gdzie spotyka awatary ludzi, którzy też kogoś skrzywdzili, ale także istoty, które pomagają jej uwolnić się od winy. W tle słyszymy głos Brejvika i  muzykę łódzkiego zespołu Coma.

Młodzi aktorzy nie mają tremy, wcielają się w wiele ról. Jest taniec, elementy pantomimy, śpiew i poezja. Świetne kostiumy i maski. Inscenizacja działa na widzów bardzo emocjonalnie.

Całe przedsięwzięcie współfinansowała Unia Europejska w ramach Europejskiego Funduszu Europejskiego. „Kamienną dłoń”  dwukrotnie już wystawiono w sali CEiIK-u.

– Co dalej ze spektaklem? – pytam Olę Salczyńską – Czekamy na zaproszenia ze szkół…

PIĄTEK. Przedwojenne Wilno, miasto w którym są korzenie wielu olsztynian, było jednym z bohaterów wieczoru na zamku. Dr. hab. Przemysław Dąbrowski prof. UWM na Wydziale Prawa i Administracji został laureatem Nagrody Prezydenta Olsztyna im. Jerzego Bohdana Koziełło-Poklewskiego w dziedzinie historii.

Nagrodzono książkę profesora Dąbrowskiego „Rozpolitykowane miasto. Ustrój polityczny państwa w koncepcjach polskich ugrupowań działających w Wilnie w latach 1918-1939”.

Tadeusz Baryła z OBN, powiedział w laudacji, że książka opisuje wkład inteligencji wileńskiej w rozwój nowoczesnej polskiej myśli narodowej i państwowej.

Spytałem prof. Dąbrowskiego czym dla niego jest  nagroda im. Koziełło-Poklewskiego. „Po pierwsze: ogromnym wyróżnieniem, największym jakie do tej pory mnie spotkało, po drugie: jest potwierdzeniem tego, że warto w życiu realizować swoje pasje i nie rezygnować z nich, bo wcześniej czy później muszą być docenione”- odpowiedział prof. Dąbrowski.

Obaj jesteśmy z profesorem absolwentami tego samego liceum, III LO w Olsztynie.

 

Drugim bohaterem wieczoru był Tomasz Śrutkowski, redaktor i wydawca „Kalendarza Olsztyna”. To już 16 rocznik tego wydawnictwa. Jak zwykle bogatego w teksty, popularyzujące wiedzę o ludziach i ważnych miejscach naszego miasta.

W „Kalendarzu” jest także plon Ogólnopolskiego Konkursu Satyrycznego „Olsztyn 660 lat” i przypomnienie szopek noworocznych „Gazety Olsztyńskiej” i Radia Olsztyn. Warto zapoznać się z historią III LO w Olsztynie ( górą nasze liceum!). „Kalendarz” publikuje również portret rodzinny znanego rodu aktorskiego Burczyków.

Polecam również nieznane fotografie autorstwa Zofii Barankiewicz, w tym wieży spadochronowej w Parku Jakubowym. Miałem kiedyś przyjemność skakać z tej wieży .

 

19 Mar 2013

Zapach kawy roznosił się po Kętrzynie w końcu XIX wieku. Tak zapamiętał z dzieciństwa niemiecki poeta Arno Holz, który urodził się w tym mieście. Wówczas nosiło ono nazwę Rastenburg.

Gdy jesteśmy dziećmi mamy węch absolutny. Koleżanka opowiedziała mi o swoim doświadczeniu zapachowym: osiedle Nad Jeziorem Długim w Olsztynie, wiosna. Czyta w domu obowiązkową lekturę. „Niemcy” Leona Kruczkowskiego. Żeby się lepiej czytało otworzyła okno. I wtedy poczuła zapach ziemi. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak był intensywny: ziemia nieskażona żadną chemią, a powietrze bez spalin. W trakcie lektury koleżanka  wyglądała przez okno i była świadkiem jak wprost z ziemi wychodzą tulipany.

Koleżanka podzieliła się tym wspomnieniem e-mailowo z kolegą mieszkającym w Arizonie. Wzruszył się do tego stopnia, że musiał wyjść z domu by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przypominanie zapachów i smaków z dzieciństwa wzbudza emocje podobnie, jak przywoływanie obrazów z dawnych lat. Niedawno w sali kopernikańskiej zamku Zofia Barankiewicz, znana olsztyńska fotografka, przedstawiała część swoich zbiorów. Na widok fotografii Olsztyna z lat  50. i 60. nie jednej z licznie zebranych tam osób „spociły się oczy” – jak to mówiła Nel. Kto pamięta kino letnie nad Jeziorem Długim? Pani Zofia zrobiła takie zdjęcie.

A ja sfotografowałem  dom na Zatorzu w którym spędzilem dzieciństwo .

 

 

07 Sty 2013

Czwartek. Za oknem istna wiosna – kompletny brak zimy. Jej deficyt w ubiegłym roku spowodował, że Wajda nie zakończył zdjęć do „Wałęsy”. Będzie kontynuował w styczniu. Jak spadnie śnieg. Kiedyś filmowcy robili sztuczny. Aktorzy chodzili po zwałach naftaliny, ale też soli. W kinie najlepiej zima – jak pamiętam – wyglądała w „Doktorze Żywago” z 1965 roku. Chętnie sprawdziłbym to teraz, bo podobno po cyfrowej obróbce obraz „nieustannie powoduje radosne dreszcze podczas oglądania”. Czy jest takie kino na świecie w którym mógłbym zobaczyć odrestaurowanego „Doktora Żywago”? By nakręcić ten film pod Madrytem wybudowano replikę… Moskwy a zdjęcia zimowe kręcono w Finlandii.

Środa. W „Guinnessa księdze filmu” znalazłem wiadomość, że niektóre sceny „Doktora Żywago” zrealizowano na węższej o połowę, czyli tańszej taśmie 16 mm. Ja filmowałem jeszcze taniej, bo na 8 mm. Nie ja jeden wtedy na świecie, bo Spielberg i Almodovar też. Jaki jest związek tego ostatniego z Olsztynem pisałem już w  naszej „Gazecie”, więc nie będę się powtarzał.

W tym samym 1965 roku miała premierę „Kasia Ballou” z Marvinem i Jane  Fondą. Ten film widziałem w kinie „Grunwald”. Jane wywoływała dreszcze. Jakie były przygotowanie do seansu w „Grunwaldzie”. Wyobraźcie sobie: sala nabita do ostatniego miejsca, a bileter w liberii rozpyla ze specjalnej szprycy wodę kolońską. Żeby było przyjemniej.

Wtorek. W święta obejrzałem „Chinatown” Polańskiego z 1974 roku. Niestety nie w kinie, w telewizorze. Arcydzieło. Ciekawy przypadek: muzyka pisana była do tego obrazu dwukrotnie. Pierwszą stworzył niejaki Alonzo. Po pierwszym publicznym pokazie „Chinatown”, kiedy połowa widzów wyszła z kina przed końcem seansu, Polański z producentem Evansem postanowili ją zmienić. I w osiem dni doświadczony kompozytor hollywoodzki Jerry Goldsmith (18 nominacji do Oscara, choć otrzymał tylko jednego, za „Omen”) napisał nową partyturę. Ta muzyka, z dominującą solową partią trąbki, spowodowała, że to był już zupełnie inny film. Otrzymał jedenaście nominacji do Oscara. W końcu dostał tylko jednego, za scenariusz. W 1974 roku  najlepszym filmem Akademia Filmowa uznała „Ojca chrzestnego II”.

Poniedziałek. Jednak filmowym przebojem świąt i Nowego Roku był dla mnie i moich znajomych Waldemar Januszczak. Jest on najsłynniejszym brytyjskim krytykiem sztuki. Należy do ludzi o polskich korzeniach, którzy odnieśli prawdziwy sukces w Wielkiej Brytanii. Pisuje w „The Sunday Times” i prowadzi fascynujące programy telewizyjne o artystach malarzach, starych i nowych mistrzach. Mówi w sposób obrazowy i z ogromnym entuzjazmem. Obejrzałem kilkuodcinkowy serial w którym opowiadał o impresjonizmie. Między innymi o pewnym zamożnym inżynierze i żeglarzu, który nazywał się Gustave Caillebotte i wspierał impresjonistów m.in. Moneta kupując ich obrazy. Pod ich wpływem sam zaczął malować. Januszczak analizował obraz Caillebotte’a  przedstawiający most Europy w Paryżu w sposób tak fascynujący, że chciałoby się natychmiast wsiąść w samolot i udać się do Frankfurtu nad Menem, gdzie do 20 stycznia będzie czynna wystawa obrazów Caillebotte’a.

Niedziela. W tym roku na Sylwestra licealiści uczący się do międzynarodowej matury przebierali się za drużynę filmowego „Ojca  chrzestnego”. Mój znajomy w karnawale wystąpi jako postać z opery. Nie wie jeszcze jakiej. Ma się konsultować z panią doktor od włoskich librett. Czytam de Maupassanta i Moravię. Kupiłem w antykwariacie. Ten pierwszy pokazuje Francję impresjonistów, drugi Włochy lat 60. XX wieku. De Maupassant jest bezpruderyjny. Tak jak paryscy malarze z jego epoki. Poczytajcie „Idyllę”. O tym jak kobieta karmi w pociągu  piersią mężczyznę, który nie jadł od dwóch dni. A Moravia? Ci co piszą o mediach powinni czytać tego pisarza. Kapitalna jest „Nadęta twarz” o fotografiście – paparazzi, któremu żona nie pozwala wykonywać tego zawodu.

Sobota. Licealiści przebierają się za ferajnę „Ojca chrzestnego”, ale czytają „Technology review”. To pismo wydaje najważniejsza politechnika świata – Massachusetts Institute of Technology. Przeczytałem wywiad z pracującą w MTI trzydziestoletnią neurobilożką Rebeccą Saxe, która zajmuje się teorią umysłu. Saxe  próbuje zrozumieć umiejętność porozumiewania się bez słów. Okazuje się, że zawiaduje tym mały obszar mózgu za prawym uchem. Tak jak miłością i zdolnością prowadzenia dialogu. Odpowiada on również za to, że teraz piszę te słowa. Możemy być spokojni o licealistów. Wiedzą gdzie schowane są konfitury.

 Piątek. Znajoma licealistka podsunęła mi ankietę skierowaną do ludzi 50 plus (to ja) na temat robotów. Czy będę je wykorzystywał w przyszłości, czy się ich nie obawiam itd. W jednym z tygodników przeczytałem o założycielu i prezesie firmy iRobot. Colin Angle, oczywiście absolwent MTI produkuje roboty, które jeżdżą po Marsie. I służą w polskim wojsku. Ale najciekawszy jest chyba szpitalny, który zapewnia konsultacje z nieobecnym na miejscu specjalistą. Mój znajomy pracuje w Szwecji. Nie ma dzieci. Jego mama jest tym zmartwiona: bo kto będzie się tobą opiekował na starość? – pyta. Roboty – odpowiada znajomy.

 

23 Lip 2012

GRASS W GDAŃSKU. AWANGARDA ROSYJSKA W SOPOCIE. NIE BYŁO LATA.



Moim odkryciem tego lata jest Gabriela Zapolska. Autorka „Moralności pani Dulskiej” miała wspaniałą kolekcje 16 obrazów postimpresjonistów w tym dzieła van Gogha i Gauguina. Pokażcie mi dzisiaj pisarza w Polsce, który kolekcjonuje obrazy najważniejszych malarzy współczesnych. Nasza pisarka miała rozległe koneksje w Paryżu, który był na początku wieku stolicą świata.

 Niestety Zapolska rozprzedała kolekcję, bo potrzebowała pieniędzy.

Z tego zbioru w kraju mamy tylko obrazy nabisty Serusiera, z którym pisarka romansowała. Są teraz własnością Muzeum Narodowego w Warszawie. Wszystkiego tego można się dowiedzieć na kapitalnej wystawie w Muzeum Miasta Gdyni (czynna do 2 września).



Muzeum Miasta Gdyni ma jak na mój gust za dużo schodów, trzeba na nich uważać, że by się nie poślizgnąć, ale warto tam pójść, bo na wystawie są dzieła Serusiera i Ślewińskiego.


Jaka byłaby dzisiaj wartość kolekcji Zapolskiej? W tym roku na aukcji w Londynie van Gogh należący do zmarłej w marcu zeszłego roku Elizabeth Taylor sprzedano za 10 mln funtów.


Wystawę „Gabriela Zapolska — zbuntowany talent” przygotowało Muzeum Literatury w Warszawie i warto ją sprowadzić do Olsztyna.



GRASS W GDAŃSKU. Godna polecenia jest także wystawa akwarel i rzeźb Güntera Grassa — autor „Blaszanego bębenka” jest przecież świetnym akwarelistą i grafikiem — w galerii jego imienia w centrum starego Gdańska, na rogu ul. Szerokiej i Grobla (otwarta do 26 sierpnia, wstęp wolny).


Noblista obchodził w swoim rodzinnym mieście 85 urodziny. Na wystawie są akwarele, którymi ilustrował książkę „Mój wiek” oraz wiersze z tomu „Rzeczy znalezione” (na zdjęciu).



AWANGARDA ROSYJSKA W SOPOCIE. To wystawa historyczna, bo przedstawia przykłady rosyjskiej awangardy z lat 20. i 30. W tym plakaty filmowe z tego czasu. Jest Kazimierz Malewicz i Natalia Gonczarowa, ale są też artyści mniej znani. Warto zajrzeć do Państwowej Galerii Sztuki przy placu Zdrojowym 2 (wystawa czynna do 23 sierpnia) by zobaczyć na przykład niepokojący obrazek Georgi Rublewa, przedstawiający czerwonoarmistów z wizytą u pionierów — widzimy teatrzyk kukiełkowy od strony kulis.

Przekombinowany natomiast jest katalog wystawy, różne gatunki papieru, reprodukcje nawet dobrze wydrukowane, ale trudno się w całości rozeznać. Kto nie lubi XX wieku może zejść na parter, gdzie znajduje się wystawa portretów Jacka Malczewskiego ze zbiorów lwowskich. Te obrazy były w Olsztynie, ale warto je ciągle oglądać.



NIE BYŁO LATA. Deszczowe lato w Polsce to nic nowego. Mój znajomy był na koloniach w Murzasichlu. Ale pamięta, że lało jak z cebra cały miesiąc. Wtedy wysyłano dzieci na cały miesiąc. Rozpogodziło się w ostatnich dwóch dniach i wtedy poszli na Giewont. Jest wiersz Stanisława Grochowiaka: „Nie było lata. Jesień szła od wiosny/Jak ziąb — od wody, jak od dzwonu kręgi.”









Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.