24 Kwi 2016

Katowice. Choć to muzyka z innej epoki, z Wenecji czasów baroku, myślę o dwórkach królowej Bony, które przyjechały do zimnego kraju. „Ale szybko wyszły za mąż” mówią znajomi. „Che città, che città/ Co za miasto, co za miasto”. Nuria Rial z Katalonii śpiewa arie z oper Francesca Cavalliego. Towarzyszy jej międzynarodowy zespół muzyki dawnej L’Arpeggiata. Sala NOSPR (Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia). Najlepsza pod względem akustyki w Polsce i jedna z trzech tej klasy w Europie. 


Marek
NOSPR x


RUDA ŚLĄSKA-HALEMBA. W domu jednorodzinnym Stanisław Trefoń
zgromadził dzieła, jak nazywa, sztuki intuicyjnej. gornicy
Kolekcję można oglądać za darmo.
 Pan Trefoń
Na zdjęciu pan Trefoń wskazuje na "Pejzaż przemysłowy" Ewalda Gawlika



KATOWICE. Wizyta w skromnej pracowni mistrza Erwina Sówki.
Z pracowni

Sówka 1
Sówka 2Sowka 3
02 Sty 2014

31.12.2013

Pod moim balkonem na trawniku rosną stokrotki. Nie dają się mrozowi. W grudniu zakwitły po raz trzeci w tym roku.

Rano w sklepie spotkałem znajomego lotnika. Złożyliśmy sobie życzenia zdrowia i szczęścia na 2014 rok, bo cóż to za szczęście bez zdrowia i na odwrót.

Japończycy nakręcili pełnometrażowy film animowany o konstruktorze myśliwca „Zero”. Samolot był „piękną maszyną”, ale był  użyty w ataku na Pearl Harbor, czyli w złej sprawie.

Myślę o polskich inżynierach, którzy przed wojna konstruowali aparaty latające o takich pięknych imionach jak: wilk, jastrząb, łoś, karaś czy sum.

Szybowiec „Orlik” Antoniego Kocjana pokazano na Wystawie Światowej w 1939 roku. Potem przejęli „Orlika” Amerykanie i bili na nim różne rekordy używając maszyny do 1967 roku. Jakoś nikt nie wpadł na to by nakręcić film o „Orliku”, albo o doskonałych samolotach sportowych RWD na których polscy piloci bili rekordy i zwyciężali w zawodach lotniczych. Współkonstruktorem RWD był Stanisław Rogalski, który po wojnie  doszedł do profesury na prestiżowym uniwersytecie amerykańskim w Princeton.

Czy ktoś jest dziś w stanie rozbudzić takie ambicje jakie były przed wojną? Może należy zacząć od sprawy podstawowej. Od porządnego posiłku.

Marzy mi się by Sejm zadekretował we wszystkich typach szkół bezpłatne obiady dla uczniów. Kiedy im nie będzie burczeć w brzuchu łatwiej nauczą się rachunków.

 

28 Lip 2013

Sobota. Z Burym wybraliśmy się do Węgajt. Rozmawiamy po drodze o Jerzym Ludwińskim. W Muzeum Współczesnym we Wrocławiu otwarto właśnie wystawę poświęconą temu konceptualiście. Ludwińskiego poznałem w połowie lat 70. w Toruniu na którymś ze zjazdów konceptualistów, które organizował Bury.  

DSCN1092

Namawiałem więc Burego na wyprawę do Wrocławia pociągiem. Jedzie się 8 godzin, tyle ile w czasach naszej młodości. Ale w końcu nie zdecydowaliśmy się na jazdę do Wrocławia i ruszyliśmy do Węgajt. Zjawiliśmy się na zakończenie Festiwalu „Wioska Teatralna”.

DSCN1097

A tam pięknie jak zawsze. Piękna festiwalowa młodzież   i  niezłomni – Wacek i Mutka Sobaszkowie.

DSCN1098Trafiliśmy na czeski  spektakl „Kaukaskie arabeski” na podstawie zapisków z wypraw do Gruzji. Para aktorów z Pragi: Karolina Plachá i  David Zelinka.

Scenografia ograniczona do minimum: niski stół, miednica, ocynkowane wiadro. Krzesło. Woda. Kilim. Życie domowe w Gruzji, jakie toczy się współcześnie. W rozmowach przy stole bohaterowie powracają do czasów sprzed wojny gruzińsko-rosyjskiej, które jawią się jako sielanka.

Dla skrócenia perspektywy aktorzy poruszają się na…kolanach. David wchodzi na stół, kładzie się na blacie (Bury szeptem do mnie: Mógłbyś tak występować na swoich wieczorach autorskich…), wchodzi pod stół.

Kolejna zmiana perspektywy:  Karolina przewrócony stół nakrywa obrusem, wrażenie, że patrzymy na aktorów z góry.

DSCN1099

David wysoki, z siwiejącymi długimi włosami, Karolina młodsza. Myśląc o ich grze przypominam sobie to, co pisał o swojej rodzinie  tragicznie zmarły artysta Zdzisław Beksiński. Dziadek, mama i syn artysty miewali od czasu do czasu takie stany „zagapienia się”, nieobecności. Karolina i David szkicowali swą grą coś podobnego i dało to znakomity efekt.

W spektaklu kilkakrotnie pojawiły się reprodukcje obrazów gruzińskiego Nikifora – Niko Pirosmanaszwili.

 DSCN1112

Z Węgajt pojechaliśmy do Nowego Kawkowa obejrzeć pola lawendowe.

Niewiele rzeczy mnie porusza, ale okolice Nowego Kawkowa jak najbardziej. To Kaszuby i  Beskid Niski w jednym.

 DSCN1103

A pola lawendowe? Kojarzą się z celtami. Stoi tam dom przeniesiony z Beskidu Niskiego i świetnie pasuje do tego krajobrazu.

Na polu stoi ławeczka by sobie na niej pokontemplować wśród lawendy.

DSCN1105

Wróciliśmy stamtąd zaopatrzeni w syrop lawendowy.

Piątek.  Konceptualizm jest mi bliski więc z radością odnotowuję  wystawę konceptualną w Galerii Stary Ratusz Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie. Wystawa obejmuje dwie ekspozycje. Pierwsza to  „Five o`clock in Olsztyn” Iwony Bolińskiej-Walendzik , druga „Panoramy Olsztyna” Bogdana Gruszczyńskiego.

DSCN1040 Iwona
Artystka fotografowała panoramy Olsztyna z okien mieszkań przyjaciół o godz.17. Do wspólnej prezentacji  zaprosiła Bogdana Gruszczyńskiego, członka Klubu Plastyka Amatora „Sąsiedzi”. Jego obraz „Widok z mojego okna”, wyróżniono na Wojewódzkim Konkursie w Mrągowie w 2012 r.

Autorka wystawiła również portrety przyjaciół biorących udział w „akcji”, której przygotowanie trwało rok . Można było również obejrzeć filiżanki,  w których częstowano ją popołudniową herbatą.

Na wystawę przybyło wielu artystów wśród nich Wiesiek Wachowski, znany konceptualista. Można by rzec konceptualista niezmordowany. Podobnie jak Bury, mój kolega z akademika UMK DS 9 na Bielanach w Toruniu.

DSCN1043

Syrop lawendowy z Nowego Kawkowa świetny jest do herbaty. 

28 Maj 2012

Poniedziałek. Wczoraj Złota Palma  w Cannes dla filmu „Miłość”  Michaela Hanekego. Austriacki reżyser już dostał te prestiżowe wyróżnienie za „Białą wstążkę” trzy lata  temu. Krytycy piszą, że to film klasyczny o miłości dwojga ludzi, którzy już mają większość życia za sobą. Grają w nim dwie legendy kina francuskiego Emmanuelle Riva („Hiroszima moja miłość”) i Jean-Louis Trintignant ( „Kobieta i mężczyzna”, „Trzy kolory: Czerwony”). To tak jakby Marek Koterski wyreżyserował film z Andrzejem Łapickim i Barbarą Kraftówną w roli głównej, albo Emilem Karewiczem i Lucyną Winnicką. Może doczekamy takiego filmu i Złotej Palmy w Cannes dla Koterskiego?

Niedziela. Zasmakowaliśmy w wolności kupowania w niedzielę i tak łatwo od niej nie odstąpimy. Dziś od rana w moim osiedlowym sklepiku tłumek. Mamy inne zmartwienia niż pamiętać kiedy jest ustawowy zakaz handlu.

W powietrzu czuć nadciągającą zmianę, bo ludzie mówią publicznie to, co myślą. Po profesorach krytykujących jakość uniwersyteckiego kształcenia wypowiedziała się Magda Gessler o restauratorstwie. Uczestnicząc w wyścigu szczurów „nie wiemy, że dobre życie w ogóle jest możliwe”- mówi Gessler i zdradza, że mamy najlepszą wołowinę i wieprzowinę na świecie, ale nie można jej dostać w naszych sklepach, bo idzie na eksport. Tuż przed 1939 rokiem  eksportowaliśmy bardziej nowoczesne myśliwce, od tych, których używało nasze lotnictwo. Z tego powodu szybciej przegraliśmy we Wrześniu, tak jak teraz przegrywamy wojnę o polski smak, bo w naszych sklepach jest tylko chińska wieprzowina.

Tradycje kuchni staropolskiej odeszły w niepamięć, bo od morza do Tatr serwuje się to samo, a głównie góralszczyznę, pizzę i kebab z zamrażalnika. Jedynie trzyma się Górny Śląsk, co potwierdzam, gdzie można zjeść, roladę i kluski śląskie z modrą kapustą, czyli „ślonski łobiod”.

Czy ktoś wie gdzie w Olsztynie podają ryby z okolicznych jezior?

Sobota. Krzysztof Rybiński wieszczy w „Bloomberg Businessweek”, że Grecja i Włochy upadną, jeśli taka będzie wola rynków finansowych. W tymże „BB” przeczytałem, że w Portugalii z powodu kryzysu usunięto z kalendarza cztery dni świąteczne (w tym Boże Ciało) i zawieszono budowę linii TGV między Lizboną a Madrytem. Świat drenuje Portugalię z mózgów. Wyjeżdżają najzdolniejsi absolwenci a przyjeżdżają mniej wykształceni z dawnych kolonii.

Piątek. Zapragnąłem przypomnieć sobie „Niebo nad Berlinem” Wendersa, film z 1987 roku. Poszedłem do dużej wypożyczalni. Sympatyczny młody człowiek rozłożył ręce jakbym zapytał o klasykę niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. Kilka lat, tyle trwa pamięć wypożyczalni. Poza tą granicą jest czarna dziura. Wziąłem więc „Dziewczynę z tatuażem” Finchera, hollywoodzką ekranizację pierwszej części trylogii Larssona „Millennium”.  Amerykański film ma świetny montaż i jest lepiej zrobiony niż szwedzka produkcja sprzed trzech lat. Natomiast aktorzy u Finchera – moim zdaniem – są zbyt gładcy. Lepsze są przaśne typy w szwedzkim filmie.

Oglądając „Dziewczynę z tatuażem” uświadomiłem sobie, że Larsson zastosował ten sam chwyt fabularny, co przed laty Julio Cortazar w opowiadaniu „Las babas del diablo” (po polsku „Babie lato”), Szwed tak jak Argentyńczyk wyszedł od fotografii, co tak świetnie rozwinął Antonioni w „Powiększeniu”.

Środa. Tomasz  Białkowski zdobył „Wawrzyn”- Literacką Nagrodę Warmii i Mazur za powieść „Teoria ruchów Vorbla”, a Waldemar Kontewicz nagrodę czytelników za „Braniewnik”. Kontewicz urodził się w Braniewie w 1951 roku. „Braniewnik” jest jego debiutem książkowym. Ukończył fizykę na olsztyńskiej WSP, uczy matematyki w Toronto..

„Braniewnik”,  podobnie jak inny finalista  Wawrzynu – „Miasteczko” Waldemara Mierzwy to książka  traktująca z czułością region. Obie wnoszą nowy smak do naszej literatury. I jeszcze jedno; nigdy nie było takiego zainteresowania mediów Wawrzynem jak w tym roku.

Po tym święcie  literatury z Warmii i Mazur jakim było wręczenie Wawrzynu  szykują się wkrótce dwie premiery najnowszych powieści: Włodzimierza Kowalewskiego „Ludzie moralni” oraz Tomasza Białkowskiego „Drzewo morwowe”. Prozaicy trzymają się mocno w naszym mieście.

Środa. Jubileusz Borussii z okazji 50 numeru pisma. Do planetarium przyszło wiele znanych osób. Trochę zabrakło mi współpracowników z zagranicy. Nie było też Kazimierza Brakonieckiego pierwszego redaktora naczelnego pisma.

Borussia jest fenomenem, bo stowarzyszenie działa już ponad 20 lat i dobrze sobie radzi w tych ciężkich czasach dla kultury. Głównie dzięki ofiarności pracujących we Wspólnocie Kulturowej Borussia kobiet. I poza oficjalną urzędową i państwową kulturą.

 

 

 

18 Kwi 2012

Sobota. Nad Krzywym. Jestem na weselu Marka i Karoliny. Marek to syn Giny i Waldka, moich sąsiadów z Narutowicza. Pamiętam kiedy się urodził. Pamiętam jego obie babcie. Moi dawni sąsiedzi wyprowadzili się już z miasta i mają dom w jednej z pobliskich miejscowości. Młodzi brali ślub w kościele w Bartągu przed zabytkowym królewieckim ołtarzem.   Kiedy jechaliśmy do Bartąga  widziałem bloki podchodzące pod tą zabytkową XIV – wieczną wieś. Ten widok mnie poraził. Te całe mówienie o kulturalnym dziedzictwie jest pustym hasłem skoro tak bezceremonialnie traktuje się na Warmii i Mazurach krajobraz, nie widząc w nim żadnej wartości. Przecież na Gubałówce nikt nie buduje bloków. Należę do ostatniego pokolenia, które pamięta urodę warmińskiej wsi. Jeszcze parę lat i banalne bloki spod sztancy wchłoną Bartąg.

Ale wesele było bardzo pokrzepiającym wydarzeniem. Zobaczyłem na nim dorodnych, pięknych, miłych ludzi. Jedliśmy swojskie jedzenie. I wcale nie rozmawialiśmy o polityce.

Piątek. Malbork. Na odnowionym dworcu odkrycie: herb Olsztyna. Obok herbu Grudziądza.

Idę na zamek, jak zwykle robi dobre wrażenie. Zawsze wyobrażam sobie jak musiał olśniewać gości i wrogów Zakonu. I myślę też o tym, że po II wojnie został podniesiony z ruin i nie zrobiły tego krasnoludki, tylko mieszkańcy Malborka.

 

Niestety jakby teraz do zamku stracili serce, można go zwiedzać tylko do godz.15. Wszedłem na dziedziniec po godz.14, ale zdążyłem jeszcze w tempie ekspresowym zobaczyć wystawę różnych skarbów z bursztynu, w tym będących własnością króla Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz szkatułki wykonane w warsztatach królewieckich. Ciągle więc ten wątek królewiecki.

Sobota. Kaliningrad, czyli dawny Królewiec. Oglądam z zewnątrz odnowiona katedrę , której zrujnowane wnętrze widziałem w 1991 roku.

Chodzę śladami, którymi podążał mój bohater, Sylwester Podgórski, więzień Hohenbruch , o którym opowiadam uczniom rosyjskiej szkoły i miejscowym Polakom w Czerniachowsku.

Sobota. ”Skowyt” w reż. Rob Epsteina o poecie Allenie Ginsbergu i jego poemacie „Skowyt”. Film w konwencji paradokumentu z elementami animacji. Świetna robota. Razem ze mną trzy osoby na sali.

Poniedziałek. ”Przetrwanie” Joe Carnahana. Film mroczny i agnostyczny. Lubię  Liama Neesona. Tu w roli nieustraszonego myśliwego. Na sali kilkanaście osób.

Poniedziałek.”Stawka większa niż śmierć”. Malbork udaje Królewiec. Nowy Kloss bez wdzięku. Plastik.  Aktorstwo jak z gry komputerowej. Sala w części zapełniona.

Piątek. Sprawił mi frajdę Włodek Kowalewski. Dostałem od niego antologię opowiadań, którą W.A.B. wydało na swoje dwudziestolecie pod tytułem „Autor przychodzi wieczorem”. W tomie jest jego opowiadanie „Śmiechowicz”. Bohater, ów pan Śmiechowicz pracuje jako spiker przed wojną w toruńskim radio. Mam duży sentyment do radia i Torunia. W tym mieście mieszkali przed wojną moi dziadkowie. Dziadek zbudował pierwsze radio w Toruniu. Mieszkali spokojnie przy ulicy Matejki aż do czasu kiedy we wrześniu 1939 roku przyszli panowie w żelaznych kapeluszach i ich wypędzili. Dziadkowie już nigdy nie wrócili do Toruniu. Mnie on tak nie obrzydł jak im i przyjechałem do miasta Kopernika na studia. Lubię czasem tam wracać i popatrzyć na Stare Miasto z drugiej strony Wisły. I lubię Bydgoskie Przedmieście, po którym przemieszcza się bohater – Najpiękniejszą Ulicę Świata.

Niedziela. 15 kwietnia mija sto lat od katastrofy Titanica. Orkiestra, która grała do końca jest teraz oskarżana o to, że przez nią ocalało mniej ludzi. Nie mobilizowała pasażerów do opuszczenia statku , tylko uspokajała  rzewnymi tonami. Choć od katastrofy minęło tyle lat to wciąż mnożą się kolejne teorie spiskowe. „Die Zeit” podał kilka z nich. Statek nie wpadł na gorę lodową tylko doszło do pożaru i wybuchów  w składzie węgla przy kotłowni. Katastrofa była oszustwem ubezpieczeniowym. Zatonął nie nowiutki Titanic tylko jego zdezelowany bliźniak Olympic „odpicowany” byle jak do rejsu. W pobliżu miejsca katastrofy stał na kotwicy tajemniczy zaciemniony statek, który nie brał udziału w akcji ratowniczej. Miał to być norweski żglowiec, który wyruszył na nielegalny połów fok i nie chciał, żeby go wykryto.

Od katastrofy Titanica minęło sto lat, czyli cały wiek. Koniec wieku pod znakiem Titanica?

04 Mar 2012

Niedziela. Dzwońce przylatują tylko wtedy, gdy na podwórku królują już duże ptaki. Jakby pewniej czuły się w ich towarzystwie. Docierają do karmnika dwuetapowo: siadają na gałęziach świerczka pod domem.  I stamtąd, każdy z nich kolejno, jak  mały spitfire czy inny hurricane,  wzbija się nad drzewko by elegancko wylądować na parapecie.  

Sobota. ”Mój tydzień z Marilyn” – film początkowo  zapowiada się jako zgrzebna biografia. Najważniejsze persony są podobne do oryginałów, ale jakby bardziej podpuchnięte … I nagle przepadamy, film pochłania nas: Kenneth Branagh staje się na naszych oczach Laurence Olivierem a Michelle Wlliams – Marilyn Monroe…  Ale najciekawsza jest postać pisarza Colina Clarka, asystenta Oliviera. Spotkanie z MM na planie filmu „Książę i aktoreczka” było najważniejszym wydarzeniem jego życia.

Clark nie wypadł sroce spod ogona. Kształcił się w Eton College (podobnie jak  np. Aldous Huxley, George Orwell czy twórca Bonda – Ian Fleming). Potem studiował na Oxfordzie. Gdzie odsłużył wojsko ten syn lorda? Oczywiście w Królewskich Siłach Lotniczych czyli RAF.  Jego ojciec Kenneth Clark był historykiem sztuki i pisarzem. Kierował muzeum uniwersyteckim w Oksfordzie i  był dyrektorem National Gallery w Londynie. Kenneth Clark występował w cyklu filmów dokumentalnych o sztuce, które realizował syn.

W rolę Colina Clarka w filmie ”Mój tydzień z Marilyn”  wcielił się Eddie Redmayne, niespełna 30.letni londyńczyk, również absolwent Eton i historii sztuki w słynnym Trinity College uniwersytetu Cambridge.

Trinity College to wylęgarnia noblistów (31 nagród Nobla w XX wieku, pięć Medali Fieldsa z matematyki), jest jednocześnie jedną z najbogatszych uczelni. Jak dowiedziałem się z Wiki ma np. 50 proc. udziałów w supermarketach Tesco.

”Mój tydzień z Marilyn”  jest więc reklamą brytyjskości i peanem na temat jakości kształcenia. Jedna  z najbardziej wzruszających scen filmu to wizyta MM w Eton, kiedy mali arystokraci otaczają aktorkę wianuszkiem, a ona jednego z nich obdarowuje pocałunkiem.

 Redmayne jako  Clark jest fascynujący. Niby brzydal, ale hipnotyzuje grą. Nic w tym przypadkowego. O Trinity już napisałem. Aktor ma za sobą wiele nagród za role teatralne. Na scenie debiutował rolą szekspirowską.

A moje Eton? Mieliśmy na Kasprowicza jeden tom leksykonu Meyersa, od G do J. Kiedy nie znałem liter studiowałem obrazki do haseł z Wielką Brytanią i Japonią. Na jednej fotografii byli chłopcy z Eton.

06 Lut 2012

 

Poniedziałek. Sikorki tupią z zimna na moim parapecie w kolejce po ziarno, a znajomi chodzą zakatarzeni. I łykają witaminy. A ja przeczytałem w nieocenionym „Forum”, że witaminy wylansowali naziści. Miały wzmacniać narodowy organizm i zapewniać mu odpowiednią kondycję potrzebną do wygrania wojny. Jeszcze w 1944 roku Wehrmacht zamówił  200 ton witaminy C, z tego 65 ton w Szwajcarii. Żołnierzy frontowych zaopatrywano w witaminizowane cukierki V-dropsy. I co ? I nic.

Eksperci uważają, ze przyjmowanie  witaminy C jest dla zdrowia neutralne. Tu nie chodzi więc o zdrowie, tylko o pieniądze: za kilogram kwasu askrobinowego można otrzymać  15 euro, kilo witaminy można sprzedać za 800 euro. Kapusta  kiszona jest zdecydowanie tańsza .

Wtorek. Kiedyś filharmonia olsztyńska więcej grała. Jeszcze w 1990 roku koncerty odbywały się wieczorem w piątek i powtarzano je w sobotę, a rano tego dnia orkiestra dawała specjalne dwa koncerty dla dzieci i młodzieży. Teraz by posłuchać muzyki poważnej na żywo muszę wziąć wolne, albo wcześniej wyjść z pracy. Teatr lepiej rozumie potrzeby pracujących w piątek wieczorem i urządza premiery zawsze w sobotę.

Środa. Zmarła Wisława Szymborska. Późno w nocy w telewizji świetny film o poetce „Chwilami życie bywa znośne” autorstwa Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Ładny moment w tym dokumencie: Woody Allen pochyla się nad zabawną wycinanką, która podarowała mu Szymborska. Jest poruszony.  

Czwartek. Książka Lawrence’a Lessiga, profesora prawa na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii „Wolna kultura” wyszła po polsku siedem lat temu, ale wątpię by młodzież demonstrująca przeciw ACTA znała ją, podobnie jak politycy, którzy zgodzili się na podpisanie tego traktatu. We wstępie do polskiego wydania prof. Lessig pisze: „Internet obiecywał nam wolność, tymczasem jest budowany tak, by umożliwić coraz większą kontrolę.”

Profesor pisze o Motion Picture Association of America (MPAA). W skład zarządu tej organizacji wchodzą szefowie siedmiu największych  wytwórni i dystrybutorów filmów i programów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych: Walt Disney, Sony Pictures Entertainment, MGM, Paramount Pictures, Twentieth Century Fox, Universal Studios oraz Warner Brothers. Organizacja ta chce przedefiniować „własność twórczą”, by jej właściciele otrzymali taką samą ochronę jak właściciele każdej innej własności w Ameryce. Profesor wykazuje, że zwiększenie ochrony praw autorskich zgodnie z tą doktryną spowoduje daleko idące konsekwencje dla wolnej kultury.

MPAA działa wspólnie ze zrzeszeniem amerykańskich wydawców muzyki RIAA i stowarzyszeniem producentów gier komputerowych. Te i inne stowarzyszenia amerykańskie utworzyły organizację International Intellectual Property Alliance (IIPA). ACTA  to  tylko jedno z  przedsięwzięć IIPA.

Piątek.  Z ”Forum” dowiaduję się, że produkcja flakonika luksusowych perfum, na który w sklepie trzeba wydać ze 100 euro  –  kosztuje 1 euro, koncentrat zapachowy – to 1-1,50 euro, flakonik i opakowania  – 3 euro, marża marki 15 euro, reklama  i marketing to już 25 euro, dystrybucja aż 35 euro, a VAT 19,60 euro.

Koksowniki tej zimy. Grzeją się przy nich bezdomni, studentki popalają papieroski. Przy koksownikach dyskutuje się o pogodzie i polityce. Jakiś duch niepokory  wisi nad koksownikami.

Sobota. Internauci, którzy demonstrują w sprawie ACTA przypominają mi robotników, którzy protestowali w poprzednim systemie przeciwko podwyżkom cen mięsa. Spotkania w salach wykładowych są jak wiece w hali fabrycznej.

Niedziela. W niedzielę „Gładka skóra” Truffauta z 1964 roku. W głównej roli aktorka może niezbyt piękna, ale o twarzy przykuwającej uwagę. Już po obejrzeniu filmu sprawdzam, że to Françoise Dorléac, starsza siostra Catherine Deneuve. Obie zdążyły jeszcze wystąpić w „Panienkach z Rocheford” w 1967 roku. Wkrótce potem Françoise zginęła w wypadku samochodowym. Miała 25 lat.

„Gładka skóra” toczy się niespiesznie i ogląda się ją, jak pracę antropologa, tyle w tym filmie szczegółów i informacji o życiu bohaterów. Dziś takiego kina już nie ma. Można zobaczyć jakie gazety czytają ówcześni paryżanie i co mają na talerzu. To świat  połowy XX wieku, który minął.

Poniedziałek. W nocy zmarł we śnie pan Władysław Ogrodziński. Miał 94 lata. Na początku roku dostałem w prezencie jego ostatnią książkę, zbiór felietonów „Romans z radiem”. To swego rodzaju kronika regionu od końca lat 60. do końca 80. XX wieku.  Znalazłem tam apel, z 1974 roku, by ukazać szacunek naszym warmińsko-mazurskim drogom. Nadal aktualny.

W sklepie wieczorem zobaczyłem dziewczynę przypominającą  Françoise Dorléac.

27 Lis 2011

Poniedziałek. Znajomy powiedział mi, ze musi pracować do 68 roku życia, bo właśnie wtedy spłaci kredyt. Nie wyobraża sobie, ze mógłby rodzinie zostawić jakieś długi. Ma bogatą wyobraźnię.

Wtorek. Robert Redford wyreżyserował film „The Conspirator” (Spiskowiec), który jest rekonstrukcją mało znanej – także w Stanach – historii procesu przeciw oskarżonym o spisek i zamordowanie prezydenta Lincolna.

W Ameryce kino biograficzne trzyma się mocno. Widzowie mają dość fantazji? Eastwood nakręcił „J.Edgara” o Hooverze z DiCaprio w roli głównej. Streep wcieliła się w Thatcher w „Żelaznej damie”, a Williams w Monroe ( „My week with Marilyn”).

Środa. Dozuję sobie przyjemność czytania przemiennego różnych książek. Teraz koncentruje się na dwóch.

Pierwsza to autorstwa Mariusza Urbanka biografia Broniewskiego „Miłość, wódka , polityka”.

 

Druga to rewelacja tej jesieni, autobiografia Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”. Coś zaczyna się nowego, ta książka to jak partia Palikota w sejmie.

Najważniejszą książką ubiegłego roku w Polsce była „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”  Swietłany Aleksijewicz. Ta białoruska dziennikarkę urodzona w 1948 roku w  Stanisławowie, opublikowała relacje kobiet, które były na froncie i do tej pory nie były dopuszczone do głosu.  

Danuta Wałęsa należy do tego samego powojennego pokolenia co Aleksijewicz, urodziła się w 1949 roku i ma  wyczucie szczegółu. Opisuje na przykład przyjęcie wydane dla Thatcher przez ks. Jankowskiego. Przy stole rozmowa o wielkiej polityce, o kryzysie gospodarczym w Polsce i kolejkach, a tu wchodzą kelnerzy z bażantami na półmiskach. Pani Danuta dostrzegła zaskoczenie Thatcher. Początek tej książki przypomina mi filmowe dokumenty z końca  lat 60. Kazimierza Karabasza.

Czwartek. Ciekaw jestem jaki film o Wałęsie zrobiłby Spielberg, kogo obsadziłby w roli głównej? U Wajdy w Wałęsę ma wcielić się Więckiewicz. Wajda nie ma pieniędzy by zatrudnić Streep jako Thatcher. Ale czy starczy pieniędzy na scenę z bażantami?

Piątek. Na urodzinach u Andrzeja Kurowskiego, znanego olsztyńskiego prawnika. Uroczystość wyprawiło Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół III LO. W Klubie Środowisk Twórczych było ze 40 osób. Grała Olsztyńska Formacja Siła Bluesa.

Jubilat otrzymał z okazji sześćdziesiątki wiele życzeń i prezentów, w tym kopę jaj. Był wielki tort. Roman Banaszek zaśpiewał na cześć jubilata specjalnie skomponowany song. Jeden z przyjaciół przygotował płytę z muzyką  z roku urodzin Andrzeja K. Otwierał ją hit Tony Bennetta „Because of you”, numer jeden magazynu Billboard w październiku 1951 roku.

Sto lat Andrzeju!

Niedziela. W  przeglądzie prasy zagranicznej radiowej dwójki artykuł z hiszpańskiego „El Pais” o kawiarniach wiedeńskich. UNESCO wzięło je pod swój patronat jako dorobek cywilizacyjny i wartość kulturową. Dziennik przypomina, ze oprócz wybornej kawy, wygodnych krzeseł Thoneta, kawiarnie wiedeńskie oferują gazety w wyborze regionalnym, krajowym i zagranicznym. W stolicy Austrii jest ponad tysiąc kawiarń.

14 Sie 2011

Brak dobrych wiadomości wprost rzuca się w oczy – napisano w jednej z brytyjskich gazet. Ale w powodzi złych wieści zawsze można znaleźć coś pocieszającego.

Niedawno uświadomiłem sobie, że to Giacometti patrzy na nas z franka. Zobaczyłem w internecie wachlarz szwajcarskich stówek. Było to na marginesie wiadomości z giełdy. Pomyślałem sobie, że to niespodziewana promocja twórczości słynnego, ale bardzo elitarnego artysty.

„Idący człowiek” na stówce

Alberto Giacometti patrzy na nas z  banknotu 100 frankowego. Na awersie jest portret Giacomettiego, a na rewersie wrzecionowata postać  „Idącego człowieka”. Artysta wykonał sześć wariantów tej rzeźby, a pierwszą wersję „Idącego” w ubiegłym roku na aukcji w Londynie anonimowy nabywca kupił za 65 milionów funtów.  Z tego co wiem jest to, jak dotąd, w dziejach rynku sztuki najdrożej sprzedana praca na aukcji. Tylko podziwiać  Szwajcarów, że wybrali trafnie tak bezcenne dzieło na 100 frankowy banknot.

Giacometti zmarł w 1966 roku. Wiadomo o nim, że bał się spać po ciemku, utykał na jedną nogę, odkąd prowadząca po pijanemu Amerykanka najechała na niego autem i zmiażdżyła mu stopę, nałogowo palił papierosy i od nich pewnie zmarł.

Jego dieta też nie była nadzwyczajna.  Jak wspomina Ernst Scheidegger, współpracownik słynnej paryskiej agencji fotograficznej Magnum, autor fotografii rzeźbiarza wykorzystanej na banknocie, Giacometti rano wypijał kawę, późnym popołudniem jadł to, co nazywał obiadem, a co składało się z jajka i pieczywa, do tego wypijał kieliszek wina, kilka filiżanek kawy i oczywiście wypalał papierosy.

Pracował  w swojej paryskiej pracowni do godziny  11 w nocy, potem szedł do kawiarni  „Le Dome”  by… czytać . Tam wypijał morze kawy. Potem szedł do lokalu obok, do słynnej „La Coupole”,  gdzie zamawiał prawdziwy obiad.

Potomek włoskich cukierników

Alberto Giacometti urodził się w 1901 roku w Borgonovo w Alpach Szwajcarskich. Na polskiej stówce, jakbyśmy dalej byli monarchią, jest  król , a Szwajcarzy mają dwudziestowiecznego rzeźbiarza- górala. To tak jakby z naszej stuzłotówki uśmiechał się Witkacy. Albo ktoś inny , kto wniósł wielki wkład w światową naukę i kulturę w XX wieku.

Rówieśnikiem Giacomettiego był  na przykład Alfred Tarski, który urodził się w 1901 roku w Warszawie. Tarski, zaprzyjaźniony z Witkacym, to jeden z największych logików w historii. Uważany jest za „człowieka, który zdefiniował prawdę”. To byłby dobry bohater na naszą stówkę.

Giacometti przyszedł na świat na terenie kantonu Gryzonia, w alpejskiej dolinie Bregalia, gdzie mówi się dialektem języka włoskiego. Mieszkańcy Bregalii są protestantami od 1529 roku. W czasach kontrreformacji i później udzielali schronienia przebywającym z Włoch protestantom. Przodkowie Giacomettich przybyli w tamte strony z Włoch środkowych. Od pokoleń zajmowali się hotelarstwem i cukiernictwem. Wędrowali zresztą po całej Europie. Pradziad rzeźbiarza zaprzęgiem ciągnionym przez woły miał dotrzeć nawet aż do Polski.

Bregalijczycy mieli sławę dobrych cukierników. Głównie pracowali w Wenecji. Prawdopodobnie również w Warszawie. Gdyby pradziad Giacomettiego zagrzał miejsca w Polsce, może Alberto patrzył na nas ze stówki , kto wie?

Pisząc ten tekst korzystałem z „ Kwartalnika Artystycznego Kujaw i Pomorza” nr 2-3/2003, poświęconego w całości Giacomettiemu. Polecam!

 

22 Mar 2011

Znajomy przez 10 dni pił tylko ciepłą wodę. Schudł 12 kilogramów. – Wiosna to czas oczyszczenia –  mówi.

Koleżanka wróciła z Kalifornii. Spotkała tam ludzi, którzy niczego nie gotują, tylko od lat jedzą wszystko na surowo. Ale doszliśmy z koleżanką do wniosku, że kalifornijczycy mogą mieć taką dietę, bo żyją w raju na ziemi, natomiast, my mieszkańcy północy, potrzebujemy bardziej kalorycznej strawy. Np. chleba razowego z masłem. Oczywiście jeśli ten chleb jest na zakwasie, a masło z mleka od krowy, a nie z oleju palmowego.

Tymczasem mieliśmy 21 marca Międzynarodowy Dzień Poezji. W  specjalnym orędziu z tej okazji  Irina Bokova, dyrektor generalny UNESCO, przywołała cienie dwóch poetów. Są to, obchodzący w tym roku 150 rocznicę urodzin, Rabindranath Tagore oraz Stéphane Mallarmé. Wszystkim polecam wiersz autorstwa Tagore, w tłumaczeniu Leopolda Staffa, „Któż jest ona, co mieszka w moim sercu”.

Obchody  Międzynarodowego Dnia Poezji trwają cały tydzień. Kazimierz Brakoniecki zaprosił na sobotę 26 marca do Centrum Polsko-Francuskiego dwóch znakomitych poetów: Piotra Matywieckiego i Antoniego Pawlaka. Spotkanie z nimi o godz.17.00.

Kolega, który tak dzielnie i z pożytkiem głodował, zaproponował mi uczczenie Międzynarodowego Dnia Poezji sonetem albo sunsetem. Wymyślił na poczekaniu tę formę poetycką na cześć zachodu słońca. Pomyślałem, że może napiszę suflet, czyli utwór sławiący zdrowe odżywienie.

Pisanie poezji może być błahostką, ale też bywa sprawą bardzo serio, nie tylko z tego powodu, że zajmuje się nią UNESCO. Wystarczy poczytać najnowsze wydanie  „Literatury na świecie” poświęcone nowej poezji amerykańskiej.

Mam duży sentyment do tego pisma. Wracam często do jego słynnych wydań: „fioletowego”, z grudnia 1982 roku, między innymi z moim ulubionym Charlesem Reznikoffem, i „niebieskiego”, z lipca 1986 roku, z biletem do Museum of Modern Art – wstęp 3 dolary – na okładce, a w środku między innymi z Frankiem O’Harą. Oba jeszcze w wygodnym formacie kieszonkowym.

Jestem w trakcie lektury najnowszego numeru. Zdążyłem już przeczytać zapis rozmowy Piotra Sommera z autorami z Ameryki.

Co u nich słychać, jak się mają? Peter Gizzi, 51- latek z Pittsfield w stanie Massachusetts opisuje swój stan i samopoczucie, jako „bycie niewidocznym”. Twierdzi on, że jest to coś, z czym pogodzili się poeci amerykańscy.

Stało się tak po tym, jak poezja zdemokratyzowała się przez eksplozję w Internecie. Bo jak twierdzi Gizzi, kiedy wszyscy mogą mówić, nikt nie słucha.

Zgadzam się z nim, że pisanie wierszy to sprawa bardzo prywatna, działanie na własną rękę, niezależnie od dużych ośrodków wydawniczych.

Jaka jest satysfakcja? „Dzika radość stawania się sobą”– odpowiada  Gizzi. Tę radość można znaleźć nie tylko w układaniu wierszy. Przeżywa ją każdy czytelnik książek.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.