24 Kwi 2016

Katowice. Choć to muzyka z innej epoki, z Wenecji czasów baroku, myślę o dwórkach królowej Bony, które przyjechały do zimnego kraju. „Ale szybko wyszły za mąż” mówią znajomi. „Che città, che città/ Co za miasto, co za miasto”. Nuria Rial z Katalonii śpiewa arie z oper Francesca Cavalliego. Towarzyszy jej międzynarodowy zespół muzyki dawnej L’Arpeggiata. Sala NOSPR (Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia). Najlepsza pod względem akustyki w Polsce i jedna z trzech tej klasy w Europie. 


Marek
NOSPR x


RUDA ŚLĄSKA-HALEMBA. W domu jednorodzinnym Stanisław Trefoń
zgromadził dzieła, jak nazywa, sztuki intuicyjnej. gornicy
Kolekcję można oglądać za darmo.
 Pan Trefoń
Na zdjęciu pan Trefoń wskazuje na "Pejzaż przemysłowy" Ewalda Gawlika



KATOWICE. Wizyta w skromnej pracowni mistrza Erwina Sówki.
Z pracowni

Sówka 1
Sówka 2Sowka 3
22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

01 Cze 2011

Warszawiacy zobaczą  w piątek „Cholonka”. Sam  poszedłbym na „Cholonka”, choć widziałem go dwa razy, raz w katowickim „Korezie”, a raz w Olsztynie. Co takiego jest w spektaklu, który obejrzało 74 tysiące ludzi?

Punktem wyjścia jest książka „Cholonek, czyli dobry Bóg z gliny” urodzonego w Zabrzu w 1931 roku Horsta Eckerta, niemieckiego pisarza i rysownika. Występując pod pseudonimem Janosch bardziej znany jest jako autor książeczek dla dzieci o Misiu i Tygrysku, które sam ilustruje.

„Cholonek”  jest książką dla dorosłych. Janosch opisuje w niej egzystencję Ślązaków w czasach Hitlera i Stalina na pograniczu polsko-niemieckim, gdzie narodowość jest płynna. To zupełnie inny Śląsk od tego, który znamy z filmów Kazimierza Kutza.

W Polsce „Cholonek” ukazał  się dwukrotnie w latach 70 i 80 w nieistniejącej już oficynie „Śląsk”. Po 1989 roku żadne wydawnictwo ogólnopolskie nie zdecydowała się na jego wznowienie. Tłumaczono, że książka jest zbyt lokalna by zainteresować masowego odbiorcę. A może chodzi o to, że jest zbyt wywrotowa, bo pokazuje ludzi z gumy? Tymczasem w internecie można znaleźć anonse czytelników, którzy rozpaczliwie szukają „Cholonka” i gotowi są oddać za niego  „wszystko co mają i jeszcze więcej”.

Książką zainteresowali się Robert Talarczyk  i Mirosław Neinert, wszechstronnie utalentowani aktorzy prywatnego teatru „Korez” w Katowicach.

Talarczyk przygotował adaptację na scenę, a potem obaj sztukę wyreżyserowali i grają w niej z powodzeniem i przy aplauzie śląskiej widowni od siedmiu lat. Ich aktorstwo, nieskażone telewizyjną serialową manierą, jest chyba źródłem sukcesu przedstawienia. Bo sama inscenizacja, choć bardzo pomysłowa, jest skromna.

Nad  spektaklem (na zdjęciu) unosi się nastrój wczesnych filmów Miloša Formana i Jiří Menzla, opowiadań Bohumila Hrabala. Jednym słowem czeskość, która tak smacznie doprawia śląskość. Przydałoby się coś podobnego po mazursku.

Tymczasem zapraszam na czwartek, na godz.19, do księgarni „Tajemnica poliszynela” na premierę książki Siegfrieda Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”.

 

22 Lut 2011

Mój znajomy przeczytał w ubiegłym roku 90 książek — zapisuje wszystkie tytuły w zeszyciku — a w 2011 roku już 20. Powiedział mi o tym, gdy zapytałem go o opinię na temat ostatnich badań w sprawie czytelnictwie. Ma z nich wynikać, że statystycznie czytamy mniej.

Moje badania terenowe i rozmowy ze znajomymi  przeczą temu uogólnieniu. Wszyscy wokół mnie czytają i to sporo. Obracam się w kręgu ludzi książki. Czytanie należy do moich obowiązków zawodowych. Czy znam jeszcze jakiś oryginalny argument za czytaniem?

Znalazłem taki w rozmowie Jorge Luisa Borgesa z Richardem Burginem (widziałem tę książkę na Allegro za 6 złotych — rekomenduję). Otóż jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku mówi: „Moim zdaniem lektura książki jest przeżyciem równie autentycznym jak podróż albo zakochanie”. Kiedy czytam Shawa — mówi Borges, są to doświadczenia nie mniej prawdziwe, niż zwiedzanie Londynu.

Kontynuując myśl Borgesa: książka może odegrać szczególną rolę w życiu człowieka samotnego i młodego, szukającego swojego miejsca w życiu. Właśnie dlatego, że lektura dostarcza autentycznego przeżycia.

Ale niektórzy uważają, że czytanie to również tradycja miejsca, kraju. 
Bohumil Hrabal powiedział węgierskiemu dziennikarzowi  László Szigetiemu („Drybling Hidegkutiego, czyli rozmowy z Hrabalem”): „Jak się pan przejedzie po Pradze, to zobaczy pan, że w tramwaju co trzeci człowiek śpi, a co czwarty czyta. Nie tylko gazety, ale i książki. A są w nich tak zaczytani, że aż rzuca się w oczy”.

Zdaniem Hrabala dużo czytają mieszkańcy nie tylko Pragi, ale innych miast Europy Środkowej: Budapesztu, Wiednia, Brna i Krakowa. Czeski pisarz wywiadu udzielił w połowie lat 80. Czy od tego czasu coś się zmieniło? Czy dzisiaj w miastach środkowoeuropejskich nadal dużo się czyta? Gdyby ktoś miał nowe wiadomości na ten temat, to proszę podzielić się ze mną.

Kiedy byłem trzy lata temu w Londynie zauważyłem, że czytają tam książki w metrze. W większości kobiety. Podobnie jest w Warszawie.

Ale aktualne jest pytanie, co czytać? 
Kiedy znajdziemy się dzisiaj w księgarni możemy spłoszyć się widokiem mnóstwa nowych tomów ułożonych w pryzmy. Wielu moich znajomych woli zamawiać książki przez Internet. Ja jednak  lubię je podczytywać w księgarni. Najlepiej jeśli jest jeszcze gdzie usiąść. Bo na stojąco czytać niewygodnie.

W Katowicach w doskonale zaopatrzonym ogromnym empiku są stoliczki przy których ludzie sobie czytają. Jak w kawiarni.

PS.1 Co czytać? Najlepiej pytać o to przyjaciół. Henry Miller w „Książkach mojego życia” podaje listę stu książek, które wywarły na niego największy wpływ oraz listę tych, które ma zamiar przeczytać. Do tomu załączył listę przyjaciół, którzy zaopatrzyli go w książki.

PS.2 Zmarł Jerzy Nowosielski. 20 października 2009 roku pisałem na blogu o korespondencji Tadeusza Różewicza z Zofią i Jerzym Nowosielskimi. Tom listów ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego. To jedna z tych książek, które trzeba przeczytać. A najlepiej mieć ją na własność.

31 Gru 2010

Mija pierwsza dekada XXI wieku… Napisałem to zdanie i aż mróz mnie przeszedł. Zdanie jak dzwon. Co najmniej dzwon Zygmunta. Natychmiast zadzwoniłem do znajomego, starego punka, i proszę go: – Podsumuj dekadę… On mi na to: – Dekada jak dekada. Były śluby i pogrzeby. No i nie można obejść się bez łaciny. Tak niedawno żegnaliśmy drugie millennium…

Znajomy urządza sobie sylwestrowy bal filmowca. Na kanapie. Wypożyczył siedem filmów i będzie je oglądał, pojadając kabanosami. Tak sobie myślę, że kabanosy to chyba niekwestionowane osiągnięcie tej dekady. Jak Polska długa i szeroka robią niezłe kabanosy w różnych odmianach.

W połowie minionej dekady byłem w Paryżu. I jak to Polak w podróży  (czytaliście chyba „Monizę Clavier” Mrożka?) zabrałem ze sobą kabanosy. W Luwrze posilałem się nimi. Przed Mona Lisą nie śmiałem. Zrobiłem sobie przerwę obiadową przed sztuką aborygenów (wybaczcie aborygeni). Jakość kabanosów nie pogorszyła się od tamtej pory. Kabanosy trzymają poziom. Na Warmii i Mazurach też. Na Śląsku. Na Pomorzu…

Z czym gorzej? Różne instytuty narzekają, że za mało czytamy. Skąd więc powodzenie takich opasłych buchów jak „Millennium”? Ktoś to przecież kupuje. Tom Stiega Larssona jest jednym z przebojów tej dekady. Zastanawiam się czy podobna książka mogłaby powstać w Polsce. Larsson rozebrał na czynniki pierwsze społeczeństwo swego kraju. Odkrył, że tam mężczyźnie nienawidzą kobiet. Przydałby się nam taki rozbiór. Spytałem kolegę ze Szwecji, jaka jest dziś największa ich tajemnica. Powiedział mi, ze Estonia. Jeszcze nie wiem co to znaczy. Jak się z nim spotkam, to się dowiem.

W tej dekadzie przybyło poetów. Pisanie liryki, jak mawia angielski poeta Paul Farley, to przyjemność na własne ryzyko. Należę do tych ryzykantów. W 2010 ukazał się mój tomik „Echo i dym”. Niedawno kolega i powiedział mi, ze kupił i przeczytał. – I  co ? – pytam. – Poznałem twoje wnętrze… Po jego telefonie sięgnąłem po tomik – trzymam go zawsze pod ręką – i przeczytałem szybko z ciekawością, więc takie jest moje wnętrze? Z pewnością jest  więcej wnętrz. Jak szufladek w komodzie. Wyobrażam ją sobie, że jest przynajmniej z mahoniu. Powiedzmy w stylu filadelfijskim. XVIII wiek.

Tymczasem życzę wszystkiego najlepszego w 2011 roku! Koneserom wielu Luwrów i Paryżów. A wszystkim – kabanosów, ile tylko zechcą.

Ilustracją do życzeń niech będzie ta pocztówka sprzed stu lat z moich zbiorów.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.