24 Kwi 2016

Katowice. Choć to muzyka z innej epoki, z Wenecji czasów baroku, myślę o dwórkach królowej Bony, które przyjechały do zimnego kraju. „Ale szybko wyszły za mąż” mówią znajomi. „Che città, che città/ Co za miasto, co za miasto”. Nuria Rial z Katalonii śpiewa arie z oper Francesca Cavalliego. Towarzyszy jej międzynarodowy zespół muzyki dawnej L’Arpeggiata. Sala NOSPR (Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia). Najlepsza pod względem akustyki w Polsce i jedna z trzech tej klasy w Europie. 


Marek
NOSPR x


RUDA ŚLĄSKA-HALEMBA. W domu jednorodzinnym Stanisław Trefoń
zgromadził dzieła, jak nazywa, sztuki intuicyjnej. gornicy
Kolekcję można oglądać za darmo.
 Pan Trefoń
Na zdjęciu pan Trefoń wskazuje na "Pejzaż przemysłowy" Ewalda Gawlika



KATOWICE. Wizyta w skromnej pracowni mistrza Erwina Sówki.
Z pracowni

Sówka 1
Sówka 2Sowka 3
22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

13 Gru 2013

PROMOCJA CZYTELNICTWA. SPEKTAKL Z „MEDYKA”. WILNO PROFESORA Z  „KALENDARZEM OLSZTYNA”.

 

CZWARTEK. W Galerii Sztuki BWA w olsztyńskim planetarium wystawa fotografii czarno-białej i kolorowej „Cielistość ciała”  Magdy Rogowskiej-Otremby. Świetne akty.

Na otwarcie tańczyli Rafał Milcewicz ( Książę z baletu „Dziadek do orzechów”) i Lusia Fedorowska.

Od dwu lat współpracuję z Magdą przy tworzeniu multimedialnych widowisk promujących poezję i fotografię.

Zdj_cie0964[1]

Z okazji wernisażu poznałem dwoje młodych artystów: Mateusza Cwalińskiego, studenta Instytutu Muzyki UWM i Lucynę Kowalską. Oboje są świetni. I oboje mieszkają na olsztyńskim Zatorzu, najbardziej kulturotwórczej dzielnicy Olsztyna.

Mateusz, jak to mówią na Kurpiach i Śląsku, gra na cyji. Lucyna od dziecka związana jest z teatrzykami prowadzonymi przez Marię Jenny-Burniewicz. To Jenny skomponowała muzykę do mojego wiersza „Tyłeczek modelki Herzigowej”, którego wersję muzyczną w czwartek usłyszała publiczność BWA.

A Marek Gardzielewski złożył ręcznie i wydrukował w technice poligraficznej „Tyłeczek”. To debiut Pracowni Starych Technik Drukarskich WBP i trójjęzycznej serii wydawniczej „Trilinguis”. Bo „Tyłeczek” został wydrukowany w Olsztynie po polsku, czesku i chorwacku.

Rozdałem podczas wernisażu pięć egzemplarzy tej książeczki tym, którzy mieli przy sobie aktualne karty biblioteczne (promocja czytelnictwa.

ŚRODA. Jak połączyć mazurskość z portalami społecznościowymi? W Szkole Policealnej im. prof. Zbigniewa Religi w Olsztynie powstał spektakl „Kamienna dłoń”, nawiązujący do utworów Ernsta Wiecherta i baśni mazurskich Herberta Somplatzkiego.

Final KAMIENNEJ DLONI MBTwórcą przygotowywanego przez rok widowiska jest Aleksandra Salczyńska, nauczycielka-terapeutka ze Szkoły im. prof. Religi. Na scenie 34 wykonawców: uczniowie i absolwenci tej szkoły, uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej w Olsztynie, uczniowie Gimnazjum nr 12 im. Sybiraków w Olsztynie i przyjaciele. Grupa teatralna, którą utworzyli nazywa się „Alma Rey.

Widowisko przypomina w swojej formie grę komputerową. Ma uwrażliwiać widza na Innego, na cierpiącego człowieka.

Bohaterka „Kamiennej dłoni”, Pomponiara (cheerliderka), która lansuje się na „fejsie”, ma chorą na autyzm siostrę. Poniża ją. Pewnego dnia, gdy uderzy siostrę, jej ręka skamienieje.

Bohaterka błądzi po wirtualnym świecie, gdzie spotyka awatary ludzi, którzy też kogoś skrzywdzili, ale także istoty, które pomagają jej uwolnić się od winy. W tle słyszymy głos Brejvika i  muzykę łódzkiego zespołu Coma.

Młodzi aktorzy nie mają tremy, wcielają się w wiele ról. Jest taniec, elementy pantomimy, śpiew i poezja. Świetne kostiumy i maski. Inscenizacja działa na widzów bardzo emocjonalnie.

Całe przedsięwzięcie współfinansowała Unia Europejska w ramach Europejskiego Funduszu Europejskiego. „Kamienną dłoń”  dwukrotnie już wystawiono w sali CEiIK-u.

– Co dalej ze spektaklem? – pytam Olę Salczyńską – Czekamy na zaproszenia ze szkół…

PIĄTEK. Przedwojenne Wilno, miasto w którym są korzenie wielu olsztynian, było jednym z bohaterów wieczoru na zamku. Dr. hab. Przemysław Dąbrowski prof. UWM na Wydziale Prawa i Administracji został laureatem Nagrody Prezydenta Olsztyna im. Jerzego Bohdana Koziełło-Poklewskiego w dziedzinie historii.

Nagrodzono książkę profesora Dąbrowskiego „Rozpolitykowane miasto. Ustrój polityczny państwa w koncepcjach polskich ugrupowań działających w Wilnie w latach 1918-1939”.

Tadeusz Baryła z OBN, powiedział w laudacji, że książka opisuje wkład inteligencji wileńskiej w rozwój nowoczesnej polskiej myśli narodowej i państwowej.

Spytałem prof. Dąbrowskiego czym dla niego jest  nagroda im. Koziełło-Poklewskiego. „Po pierwsze: ogromnym wyróżnieniem, największym jakie do tej pory mnie spotkało, po drugie: jest potwierdzeniem tego, że warto w życiu realizować swoje pasje i nie rezygnować z nich, bo wcześniej czy później muszą być docenione”- odpowiedział prof. Dąbrowski.

Obaj jesteśmy z profesorem absolwentami tego samego liceum, III LO w Olsztynie.

 

Drugim bohaterem wieczoru był Tomasz Śrutkowski, redaktor i wydawca „Kalendarza Olsztyna”. To już 16 rocznik tego wydawnictwa. Jak zwykle bogatego w teksty, popularyzujące wiedzę o ludziach i ważnych miejscach naszego miasta.

W „Kalendarzu” jest także plon Ogólnopolskiego Konkursu Satyrycznego „Olsztyn 660 lat” i przypomnienie szopek noworocznych „Gazety Olsztyńskiej” i Radia Olsztyn. Warto zapoznać się z historią III LO w Olsztynie ( górą nasze liceum!). „Kalendarz” publikuje również portret rodzinny znanego rodu aktorskiego Burczyków.

Polecam również nieznane fotografie autorstwa Zofii Barankiewicz, w tym wieży spadochronowej w Parku Jakubowym. Miałem kiedyś przyjemność skakać z tej wieży .

 

28 Maj 2012

Poniedziałek. Wczoraj Złota Palma  w Cannes dla filmu „Miłość”  Michaela Hanekego. Austriacki reżyser już dostał te prestiżowe wyróżnienie za „Białą wstążkę” trzy lata  temu. Krytycy piszą, że to film klasyczny o miłości dwojga ludzi, którzy już mają większość życia za sobą. Grają w nim dwie legendy kina francuskiego Emmanuelle Riva („Hiroszima moja miłość”) i Jean-Louis Trintignant ( „Kobieta i mężczyzna”, „Trzy kolory: Czerwony”). To tak jakby Marek Koterski wyreżyserował film z Andrzejem Łapickim i Barbarą Kraftówną w roli głównej, albo Emilem Karewiczem i Lucyną Winnicką. Może doczekamy takiego filmu i Złotej Palmy w Cannes dla Koterskiego?

Niedziela. Zasmakowaliśmy w wolności kupowania w niedzielę i tak łatwo od niej nie odstąpimy. Dziś od rana w moim osiedlowym sklepiku tłumek. Mamy inne zmartwienia niż pamiętać kiedy jest ustawowy zakaz handlu.

W powietrzu czuć nadciągającą zmianę, bo ludzie mówią publicznie to, co myślą. Po profesorach krytykujących jakość uniwersyteckiego kształcenia wypowiedziała się Magda Gessler o restauratorstwie. Uczestnicząc w wyścigu szczurów „nie wiemy, że dobre życie w ogóle jest możliwe”- mówi Gessler i zdradza, że mamy najlepszą wołowinę i wieprzowinę na świecie, ale nie można jej dostać w naszych sklepach, bo idzie na eksport. Tuż przed 1939 rokiem  eksportowaliśmy bardziej nowoczesne myśliwce, od tych, których używało nasze lotnictwo. Z tego powodu szybciej przegraliśmy we Wrześniu, tak jak teraz przegrywamy wojnę o polski smak, bo w naszych sklepach jest tylko chińska wieprzowina.

Tradycje kuchni staropolskiej odeszły w niepamięć, bo od morza do Tatr serwuje się to samo, a głównie góralszczyznę, pizzę i kebab z zamrażalnika. Jedynie trzyma się Górny Śląsk, co potwierdzam, gdzie można zjeść, roladę i kluski śląskie z modrą kapustą, czyli „ślonski łobiod”.

Czy ktoś wie gdzie w Olsztynie podają ryby z okolicznych jezior?

Sobota. Krzysztof Rybiński wieszczy w „Bloomberg Businessweek”, że Grecja i Włochy upadną, jeśli taka będzie wola rynków finansowych. W tymże „BB” przeczytałem, że w Portugalii z powodu kryzysu usunięto z kalendarza cztery dni świąteczne (w tym Boże Ciało) i zawieszono budowę linii TGV między Lizboną a Madrytem. Świat drenuje Portugalię z mózgów. Wyjeżdżają najzdolniejsi absolwenci a przyjeżdżają mniej wykształceni z dawnych kolonii.

Piątek. Zapragnąłem przypomnieć sobie „Niebo nad Berlinem” Wendersa, film z 1987 roku. Poszedłem do dużej wypożyczalni. Sympatyczny młody człowiek rozłożył ręce jakbym zapytał o klasykę niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. Kilka lat, tyle trwa pamięć wypożyczalni. Poza tą granicą jest czarna dziura. Wziąłem więc „Dziewczynę z tatuażem” Finchera, hollywoodzką ekranizację pierwszej części trylogii Larssona „Millennium”.  Amerykański film ma świetny montaż i jest lepiej zrobiony niż szwedzka produkcja sprzed trzech lat. Natomiast aktorzy u Finchera – moim zdaniem – są zbyt gładcy. Lepsze są przaśne typy w szwedzkim filmie.

Oglądając „Dziewczynę z tatuażem” uświadomiłem sobie, że Larsson zastosował ten sam chwyt fabularny, co przed laty Julio Cortazar w opowiadaniu „Las babas del diablo” (po polsku „Babie lato”), Szwed tak jak Argentyńczyk wyszedł od fotografii, co tak świetnie rozwinął Antonioni w „Powiększeniu”.

Środa. Tomasz  Białkowski zdobył „Wawrzyn”- Literacką Nagrodę Warmii i Mazur za powieść „Teoria ruchów Vorbla”, a Waldemar Kontewicz nagrodę czytelników za „Braniewnik”. Kontewicz urodził się w Braniewie w 1951 roku. „Braniewnik” jest jego debiutem książkowym. Ukończył fizykę na olsztyńskiej WSP, uczy matematyki w Toronto..

„Braniewnik”,  podobnie jak inny finalista  Wawrzynu – „Miasteczko” Waldemara Mierzwy to książka  traktująca z czułością region. Obie wnoszą nowy smak do naszej literatury. I jeszcze jedno; nigdy nie było takiego zainteresowania mediów Wawrzynem jak w tym roku.

Po tym święcie  literatury z Warmii i Mazur jakim było wręczenie Wawrzynu  szykują się wkrótce dwie premiery najnowszych powieści: Włodzimierza Kowalewskiego „Ludzie moralni” oraz Tomasza Białkowskiego „Drzewo morwowe”. Prozaicy trzymają się mocno w naszym mieście.

Środa. Jubileusz Borussii z okazji 50 numeru pisma. Do planetarium przyszło wiele znanych osób. Trochę zabrakło mi współpracowników z zagranicy. Nie było też Kazimierza Brakonieckiego pierwszego redaktora naczelnego pisma.

Borussia jest fenomenem, bo stowarzyszenie działa już ponad 20 lat i dobrze sobie radzi w tych ciężkich czasach dla kultury. Głównie dzięki ofiarności pracujących we Wspólnocie Kulturowej Borussia kobiet. I poza oficjalną urzędową i państwową kulturą.

 

 

 

14 Maj 2012

Sobota. Dlaczego nie jesteśmy Ameryką? Bo tam samouk może zostać kimś, a u nas bez papieru ani rusz. Bert Stern przeszedł do historii fotografii jako autor ostatnich zdjęć Marilyn Monroe. W 1962 roku, na 6 tygodni przed śmiercią aktorki, w ciągu trzech dni zrobił ich w hotelu w Los Angeles prawie 2700. 93 minutowy film dokumentalny „Bert Stern. Prawdziwy madman” traktuje o jego karierze, ale głównie o tamtych dniach, kiedy fotografik nawiązał intymne porozumienie z MM, która pozwoliła mu się sfotografować nago w pościeli.

Pasjonująca jest opowieść o jego życiu. Nie chciał się uczyć. Rzucił szkołę, gdy miał 13 lat, ale słuchał ojca. – Musisz iść do pracy – powiedział Sternowi tata, ale spytał syna o zdanie. Gdzie chciałbyś pracować? –  W lodziarni…

Stern miesza lody i je sprzedaje. Uwielbia to robić. Po trzech latach ojciec mu każe zmienić zajęcie: To nie jest praca na miarę twoich możliwości. Zatrudnij się w banku… Stern trafia na Wall Street. A gdzie fotografia? Dopiero, gdy idzie do wojska. W czasie wojny w Korei  stacjonuje w Tokio i tam zaczyna fotografować.

Życie filmowe w Olsztynie znów mi się podoba, bo jesteśmy w jego centrum mając możliwość oglądania w weekend najlepszych filmów dokumentalnych świata w trakcie Planete+ DOC Film Festival. Nazwa wprawdzie dziwaczna i nie po polsku, ale filmy świetne. Tak na marginesie: zakończony właśnie festiwal polskich filmów fabularnych nosi od tego roku nazwę Gdynia Film Festival.  

W Gdyni Złote Lwy zdobył film „W ciemności” Agnieszki Holland, dzieło cokolwiek męczące. Dla mnie najciekawsze w tej historii jest życie powojenne Leopolda Sochy, który mieszkał w Gliwicach z ocalonymi przez siebie Żydami i wcale nie zginął w 1945 roku, jak dowiadujemy się z napisów końcowych filmu, tylko rok później. Ale to byłby zupełnie inny film i musiałby go zrealizować Kazimierz Kutz.

Wtorek. Jest tyle do czytania. Odrabiam zaległości nocą. Najciekawsze są tygodniki, i jak mówią Rosjanie, „tołstyje żurnały”, czyli miesięczniki i kwartalniki. Świetne są wypowiedzi ludzi filmu. We „Wprost” pierwszy od lat wywiad z Romanem Polańskim. Pytany o polskie kino mówi, że aktorzy w naszych filmach krzyczą. Że tylko Janusz Gajos mówi jak człowiek. Polańskiemu podoba się też, że mniej się w Polsce pije. Na pytanie: co większą rolę odgrywa w życiu – przypadek, czy przeznaczenie odpowiada, że coś między przypadkiem a przeznaczeniem. Między – między.

W „Wysokich Obcasach” kompozytor Abel Korzeniowski, twierdzi, że Polacy są dość depresyjni  i „inni to widzą” – mówi- więc kiedy potrzebna jest melancholia w filmie wytwórnie sięgają po kompozytorów z naszego kraju .

Zastanawiam się czego inne narody w nas nie widzą, a co bez wątpienia mamy.

Świetny nr 74 z 2011 „Kwartalnika filmowego” poświęcony „rzeczom filmowym” a w nim wspomnienia Łukasza Maciejewskiego i Agnieszki Holland o Marii Kornatowskiej. Pamiętam ją z wielu seminariów filmowych. Była ładna i mądra. Wyglądała jak miniaturka Marilyn Monroe. Maciejewski zapamiętał jej przykazanie by pisać recenzje osobiste, w pierwszej osobie. Holland w dowcipnym i ciekawym wspomnieniu napisała, że Maria Kornatowska była niezwykle elegancka i zawsze chodziła w szpilkach. Nawet klapki miała na szpilkach. Wiem, że swój wspaniały księgozbiór przekazała łódzkiej filmówce w której wykładała.

Środa. 9 maja zmarł Andrzeja Czeczot. Jego śmierć obeszła mnie, jak kogoś bliskiego. Na moich oczach odbywała się rewolucja, która doprowadziła do tego, że „grafika z kosza na śmieci”, jak nazwał ją pewien krytyk, trafiła najpierw do pism, a potem do gazet. Andrzej Czeczot i Andrzej Mleczko to tylko  najbardziej sławni rycerze tej rewolucji w naszym kraju. A było ich wielu. Także w Olsztynie.

Przed nimi utrzymywał się w naszym rysunku prasowym styl francuski, elegancki i mający swój urok, ale raczej purytański. Dwaj wymienieni, ma to związek ze zmianami obyczajowymi, nasycili go rubaszną plebejskością i humorem na granicy przyzwoitości. Niektórym krytykom rysunki tej grupy wydawały się cokolwiek koślawe.

Bardzo lubię album z rysunkami Czeczota „IFO. Zidentyfikowane obiekty latające” wydany w 1980 roku w Gdańsku. Autor dedykował tę książkę Stanisławowi Lemowi. Są w niej rysunki, które nadal mnie śmieszą. Nie powiem jakie, bo przecież to głupie opowiadać rysunki.

Pisząc o Czeczocie myślę o całej generacji genialnych grafików i rysowników, którzy – co najtrudniejsze w sztuce – stworzyli swój własny alfabet. Jak Henryk Tomaszewski, właśnie Czeczot czy Roland Topor.

Po nich, tak jak po Stanisławie Lemie powstała kosmiczna pustka, której nic nie zapełni.

Rozmawiałem z Czeczotem 11 lat temu, bo tak się składa, że 10 maja 2001 otwarto wielką wystawę jego rysunków satyrycznych w olsztyńskiej Galerii BWA. Był witalny, pełen wigoru. Wydawało się, że będzie żył ze sto lat.

Czwartek. Na przystanku pewien obywatel, ni stąd, ni zowąd zwrócił się do mnie:- Panie redaktorze. Ma pan słabą marynarkę- i dodał trochę ciszej: –  Stać pana na lepszą… Odpowiedziałem, że jestem do mojej marynarki przywiązany. Jest tak w istocie. Wcale nie uważam jej za najgorszą. Być może z krytykiem mojego odzienia, gdzieś się poznaliśmy. Coraz częściej zdarza mi się, że ktoś się do mnie uśmiecha, jakbyśmy się dobrze znali.

Już jak wsiadłem do autobusu zobaczyłem przez szybę ciężarówkę z wielkim napisem: „Wypożyczalnia strojów karnawałowych i pokrowców na krzesła”. Nazwa firmy wydała mi się cokolwiek z Gałczyńskiego, później dowiedziałem się, że te stroje karnawałowe i pokrowce, to jak najbardziej naturalny zestaw.

 

Piątek. Poszedłem do kina sprawdzić jak Niemcy poradzą sobie ze swoim wieszczem, czyli z Johannem Wolfgangiem Goethem. Uważam, że wyszło nieźle. Film „Zakochany Goethe” obejrzałem z przyjemnością. Historia, jak doszło do napisania „Cierpień młodego Wertera” przedstawiona jest zręcznie, a sławngo niemieckiego romantyka gra urodziwy aktor Alexander Fehling. I w kawiarni filmowej przy kinie pstryknąłem komórką  Jamesa Deana w aucie.

 

Niedziela. Zobaczyłem w telewizji słynny film „Na krawędzi nieba”, Fatiha Akina. Reżyser jest synem tureckich emigrantów, urodził się w Hamburgu. Jerzy Płażewski postawił kiedyś tezę, że być może Akin nie jest ani Turkiem ani Niemcem, tylko ma jakąś trzecią narodowość, między-między.

A może pojecie narodu – w erze tanich linii lotniczych traci rację bytu? – pyta Płażewski. Teraz ja z kolei, idąc tym tropem, zastanawiam się nad tym, czy czasem nie mamy do czynienia z tworzeniem się czegoś takiego, trzeciego narodu, w Anglii. Wielu młodych ludzi z Polski, którzy pracują na Wyspach być może  jeszcze nie jest Brytyjczykami, ale czy nadal są Polakami?

W filmie mamy świetnych aktorów tureckich, błyszczy też aktorka urodzona w Polsce – Patrycja Ziółkowska .

Ziółkowska ostatnio gra w teatrze w Hamburgu Małgorzatę w trwającym od 8 do 9 godzin „Fauście”. Osiągnęła niebywały sukces o którym wiedzą – jak zwykle w Polsce – tylko specjaliści.

 Ale w filmie gra też Hanna Schygulla, rodowita Ślązaczka z Chorzowa, kiedyś aktorka Fassbindera.

Ciekaw jestem kim ona się czuje?

 

Sobota. Rozmawiam z mamą o „Panu Tadeuszu”. Że jego znajomość słabnie w najmłodszym pokoleniu. W siódmej klasie szkoły podstawowej przerabialiśmy na polskim przez cały rok księgę po księdze, z tego sporo na pamięć. Podobnie szczegółowo przerabiała poemat wieszcza w szkole moja mama, a wcześniej moja babcia.

Ciekawe czy Anglicy przestali uczyć w szkołach Szekspira, a Grecy Homera? Może ktoś wie?

21 Paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. –  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

26 Wrz 2011

Jerzy Gorzelik szef Ruchu Autonomii Śląska i  zarazem wicemarszałek województwa  publicznie powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Te słowa usłyszałem w teatrze Korez, gdzie ogłoszono wyniki konkursu na jednoaktówkę pisaną po śląsku. Na konkurs napłynęło 37 sztuk. I w sobotni wieczór popularni śląscy aktorzy, w tym związany przez wiele lat z teatrem Stefana Jaracza w Olsztynie, Tadeusz Madeja,  je czytali.

Generał de Gaulle i Cholonek

Jeden z jurorów konkursu, reżyser i dramaturg, Ingmar Villqist powołał się na opinię amerykańskiego dramaturga Tennessee’a Williamsa, że jeśli jakaś mowa potrafi wyartykułować tekst dramaturgiczny – jest językiem. Konkurs na jednoaktówkę miał być takim językowym testem i zdaniem Villqista, śląski sprawił się znakomicie. Kryterium spodobało się szefowi RAŚ – Gorzelikowi i dlatego powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Ale zaraz wicemarszałek dyplomatycznie dodał: – Śląsk podnosi głowę dla siebie. Ja dodałbym – dla nas wszystkich. Bo siłą Śląska jest jego różnorodność.

Istnieje głośny w Polsce Ruch Autonomii Śląska, ale natychmiast powstała na niego reakcja, mniej znana – Ruch Integracji Śląska.

Imponuje mi połączenie na Śląsku tradycji z kulturą współczesną. Przykładem jest właśnie prywatny teatr Korez w Katowicach wystawiający w gwarze „Cholonka” .

Jeśli ktoś czyta uważnie mój blog to pamięta, ze pisałem w nim o „Cholonku”, tej, trawestując generała de Gaulle’a, najbardziej śląskiej ze śląskich sztuk. Przypomnę, że prezydent Francji podczas wizyty w Zabrzu w 1967 roku powiedział: – Niech żyje Zabrze najbardziej śląskie miasto, ze wszystkich śląskich miast, czyli najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast!

W sobotę w teatrze Korez najważniejszymi osobami prócz laureatów konkursu na jednoaktówkę byli twórcy „Cholonka” – Robert Talarczyk, reżyser tego przedstawienia, na co dzień dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Mirosław Neinert – szef Koreza oraz aktorka Grażyna Bułka – wszyscy oni grają główne role w tym spektaklu. ”Cholonek” wystawiany jest od wielu lat z powodzeniem w Korezie. Oglądaliśmy go również u nas w Olsztynie na scenie Teatru Stefana Jaracza. Na jesień zapowiedziana jest premiera nowego, nie ocenzurowanego tłumaczenia książki Janoscha, która jest podstawą spektaklu.

Bysuch s Reichu

O czym były sztuki nadesłane na konkurs? Poznaliśmy trzy. Zwyciężył „Bysuch s Reichu” (Odwiedziny z Niemiec). Autor sztuki, Roman Gatys napisał rzecz inspirowaną autentyczną historią dwóch braci, wcielonych podczas II wojny światowej do niemieckiego wojska. Po wojnie jeden z nich zmienił nazwisko i został w Niemczech (w „Reichu”). Niespodziewanie zjawił się w latach 80. na Śląsku i ta wizyta jest tematem sztuki.

Spytałem autora jak przygotowywał się do konkursu. Powiedział mi, że wypożyczył sobie z biblioteki „Dwa teatry” Szaniawskiego by dowiedzieć się jak skonstruowana jest jednoaktówka, a potem usiadł do pisania. Poszło mu szybko tym bardziej, że pisał o sprawach znanych mu z opowieści rodzinnych. Autor prywatnie jest kolekcjonerem śląskiej porcelany i wydaje o niej książki. Jest też w jednej z grup zajmujących się kodyfikacją języka śląskiego.

Mnie spodobała się jednoaktówka, która otrzymała drugą nagrodę, Leszka Sobieraja „Karlus niy z tyi zimi”. To komedia opisująca współczesną śląską rodzinę. Córka zapowiada przyjazd swojego chłopaka. Matka i ojciec martwią się, że nie znają jego rodziców. W końcu okazuje się, że wybrankiem serca córki jest syn Wietnamczyka i katowiczanki. Matka dziewczyny zastanawia się co jest gorsze: zięć z Wietnamu, czy gorol tzn. ktoś spoza Górnego Śląska.

Kiedy wychodziłem z teatru Korez spotkałem pana Tadeusza Madeję. Rozmawialiśmy o rozstrzygniętym przed chwilą konkursie. Pan Madeja przypomniał mi historię pewnego Warmiaka, który służył w czasie wojny w niemieckiej marynarce wojennej. I widział w peryskopie łodzi podwodnej na której służył… Nowy Jork.

Rumuński dramaturg, Breżniew i duch Topora

Teatr Korez był też w sobotę miejscem jeszcze jednego wydarzenia. O godz. 22.00 na jego scenie zaprezentowano spektakl „Kryzysy albo historia miłosna”. Sztukę napisał dramaturg z Rumunii Mihai Ignat, który specjalnie przybył na spektakl. Zagrali w nim młodzi aktorzy Kinga Kaczor oraz Hubert Bronicki – jednocześnie reżyser przedstawienia ( na zdjęciu wszyscy troje – Ignat pierwszy od prawej).

Ignat spotkał się po spektaklu z publicznością. Jego sztuka jest interesującym eksperymentem formalnym, sceny z życia małżeństwa, jak koraliki w naszyjniku można dowolnie nanizać. Autor opowiadał o różnych realizacjach swojej sztuki w rumuńskich teatrach.

Jakby tych wydarzeń było mało, dzień wcześniej, w katowickim BWA miał miejsce wernisaż wystawy i happening belgijskiego artysty Jacquesa Lizene’a. Jego działania artystyczne  przypominają dokonania dadaistów. Lizene tnie różne przedmioty i łączy ich niedopasowane połówki ze sobą. Mnie jego artystyczne żarty przypomniały dokonania Rolanda Topora. Autor nie zaprzeczył, że uznaje mistrzostwo tego wielkiego rysownika i pisarza, twórcy humoru panicznego. I zaprowadził mnie pod realistyczny portret Breżniewa. Rozmówca genseka zasłonięty był czarną zasłonką. I Lizene zapozował mi z sekretarzem.

Od młodych aktorów z Koreza dostałem zaproszenie na spektakl „Zimy pod stołem” Topora. Tę sztukę, jak i inne dzieła Rolanda Topora widziałem cztery lata temu w Katowicach podczas festiwalu Ars cameralis. Topor wiecznie żywy.

01 Cze 2011

Warszawiacy zobaczą  w piątek „Cholonka”. Sam  poszedłbym na „Cholonka”, choć widziałem go dwa razy, raz w katowickim „Korezie”, a raz w Olsztynie. Co takiego jest w spektaklu, który obejrzało 74 tysiące ludzi?

Punktem wyjścia jest książka „Cholonek, czyli dobry Bóg z gliny” urodzonego w Zabrzu w 1931 roku Horsta Eckerta, niemieckiego pisarza i rysownika. Występując pod pseudonimem Janosch bardziej znany jest jako autor książeczek dla dzieci o Misiu i Tygrysku, które sam ilustruje.

„Cholonek”  jest książką dla dorosłych. Janosch opisuje w niej egzystencję Ślązaków w czasach Hitlera i Stalina na pograniczu polsko-niemieckim, gdzie narodowość jest płynna. To zupełnie inny Śląsk od tego, który znamy z filmów Kazimierza Kutza.

W Polsce „Cholonek” ukazał  się dwukrotnie w latach 70 i 80 w nieistniejącej już oficynie „Śląsk”. Po 1989 roku żadne wydawnictwo ogólnopolskie nie zdecydowała się na jego wznowienie. Tłumaczono, że książka jest zbyt lokalna by zainteresować masowego odbiorcę. A może chodzi o to, że jest zbyt wywrotowa, bo pokazuje ludzi z gumy? Tymczasem w internecie można znaleźć anonse czytelników, którzy rozpaczliwie szukają „Cholonka” i gotowi są oddać za niego  „wszystko co mają i jeszcze więcej”.

Książką zainteresowali się Robert Talarczyk  i Mirosław Neinert, wszechstronnie utalentowani aktorzy prywatnego teatru „Korez” w Katowicach.

Talarczyk przygotował adaptację na scenę, a potem obaj sztukę wyreżyserowali i grają w niej z powodzeniem i przy aplauzie śląskiej widowni od siedmiu lat. Ich aktorstwo, nieskażone telewizyjną serialową manierą, jest chyba źródłem sukcesu przedstawienia. Bo sama inscenizacja, choć bardzo pomysłowa, jest skromna.

Nad  spektaklem (na zdjęciu) unosi się nastrój wczesnych filmów Miloša Formana i Jiří Menzla, opowiadań Bohumila Hrabala. Jednym słowem czeskość, która tak smacznie doprawia śląskość. Przydałoby się coś podobnego po mazursku.

Tymczasem zapraszam na czwartek, na godz.19, do księgarni „Tajemnica poliszynela” na premierę książki Siegfrieda Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”.

 

08 Lut 2011

Dlaczego nie mamy polskiego Woody’ego Allena? A dlaczego nie mamy polskiego F-16? Kinematograf i aeroplan to zagadnienia skomplikowane myślowo.  Najbardziej zaawansowana technologia i najbardziej błyskotliwa inteligencja.

Młodzi krytycy i młode krytyczki ogłosili właśnie manifest, który nazwali Restart. Chcą naprawić polskie kino. Jakie ono jest, każdy widzi. Doszło do tego, że warszawscy intelektualiści nawołują się na Facebooku by obśmiewać najnowszą produkcję pod tytułem „Jak pozbyć się cellulitu”.  Spotkałem się nawet z poglądem, że oglądanie polskich komedii to zwykłe upodlenie. Ja nie przeprowadzam na sobie takiego doświadczenia, wypożyczyłem „Co nas kręci, co nas podnieca” Woody Allena. Po obejrzeniu tego filmu jestem w życzliwym nastroju i nie mam zamiaru go zmieniać.


Pytać dlaczego nie mamy Woody’ego Allena, to tak jakby pytać dlaczego nie mamy polskiego samolotu naddźwiękowego. 
Byliśmy bardzo blisko zbudowania takiego aparatu w 1964 roku. Zaprojektowano wtedy następcę „Iskry”— był to naddźwiękowy „Grot”. Konstruktor tej super-maszyny, Tadeusz Sołtyk, wspominając po latach tamte czasy wyraził się obrazowo, że w owym 1964 roku szliśmy „łeb w łeb” z Zachodem. Było i się zmyło. Nie rozwijam tego wątku, bo piszę o filmie.

W kinie też bywało, że szliśmy „łeb w łeb” z Zachodem. Dowodem na to choćby nominacje do Oscarów. W 1963 roku po raz pierwszy nasz film zgłoszony do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego otrzymał nominację. Był to „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. W 1966 roku — „Faraon” Kawalerowicza. Przed 1989 rokiem nominowano siedem polskich filmów. Oprócz wymienionych wcześniej jeszcze: „Potop” Hoffmana, „Noce i dnie” Antczaka oraz trzy filmy Wajdy: „Ziemię obiecaną”, „Panny z Wilka” i „Człowieka z żelaza”. Po 1989 roku  tylko jeden —„Katyń” Wajdy.

Wracam do manifestu. Młodzi chcą nowego otwarcia. Ciekawe, że powołują się na Jean–Luc Godarda jako patrona ideowego. Niedawno w tym miejscu wspominałem jego sztandarowe dzieło „Do utraty tchu”. Godard miał przyjechać w ubiegłym roku do Wrocławia na festiwal „Era Nowe Horyzony”, ale nie dotarł. Restartowcy wśród swoich patronów wymieniają także takich twórców polskiego kina jak: Andrzej Żuławski, Jerzy Skolimowski, Andrzej  Barański, Grzegorz Królikiewicz i Lech Majewski. Wszyscy oni byli swojego czasu — kiedy ten ruch był bardzo prężny — pupilami Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Nie można więc tu mówić o jakiejś masówce, tylko o kinie elitarnym.

Ciekawym przykładem jest Lech Majewski. Jego „Angelus” o okultystycznych artystach-malarzach — film mniej znany na naszej Północy — cieszy się prawdziwym kultem na Śląsku
. Pisałem nie tak dawno w tym miejscu o jednym z bohaterów i aktorów tego filmu— Erwinie Sówce.

Wśród restartowców jest Weronika Szczawińska, która w  Teatrze Stefana Jaracza w Olsztynie wyreżyserowała „Noże w kurach” i „Jackie. Śmierć i księżniczka”.

Życzę powodzenia uczestnikom ruchu odnowy polskiego filmu, choć zdaję sobie sprawę, że łatwiej napisać manifest, niż nakręcić dobry film i zdobyć dystrybutora, który to dzieło wyświetli.

Łeb łbem, ale potrzeby jest jeszcze kapitał.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.