02 Sty 2014

31.12.2013

Pod moim balkonem na trawniku rosną stokrotki. Nie dają się mrozowi. W grudniu zakwitły po raz trzeci w tym roku.

Rano w sklepie spotkałem znajomego lotnika. Złożyliśmy sobie życzenia zdrowia i szczęścia na 2014 rok, bo cóż to za szczęście bez zdrowia i na odwrót.

Japończycy nakręcili pełnometrażowy film animowany o konstruktorze myśliwca „Zero”. Samolot był „piękną maszyną”, ale był  użyty w ataku na Pearl Harbor, czyli w złej sprawie.

Myślę o polskich inżynierach, którzy przed wojna konstruowali aparaty latające o takich pięknych imionach jak: wilk, jastrząb, łoś, karaś czy sum.

Szybowiec „Orlik” Antoniego Kocjana pokazano na Wystawie Światowej w 1939 roku. Potem przejęli „Orlika” Amerykanie i bili na nim różne rekordy używając maszyny do 1967 roku. Jakoś nikt nie wpadł na to by nakręcić film o „Orliku”, albo o doskonałych samolotach sportowych RWD na których polscy piloci bili rekordy i zwyciężali w zawodach lotniczych. Współkonstruktorem RWD był Stanisław Rogalski, który po wojnie  doszedł do profesury na prestiżowym uniwersytecie amerykańskim w Princeton.

Czy ktoś jest dziś w stanie rozbudzić takie ambicje jakie były przed wojną? Może należy zacząć od sprawy podstawowej. Od porządnego posiłku.

Marzy mi się by Sejm zadekretował we wszystkich typach szkół bezpłatne obiady dla uczniów. Kiedy im nie będzie burczeć w brzuchu łatwiej nauczą się rachunków.

 

15 Lut 2013

O tym, że LOT kursował po wojnie z Olsztyna do Gdańska i Warszawy pamiętają tylko najstarsi ludzie.

Albo artyści, jak Krzysztof Tanajewski ( na zdjęciu), którym namalował samolot pasażerski z żurawiem na ogonie nad Dajtkami. LOT obecnie jest w tarapatach, grozi mu bankructwo. Żal LOT-u, żal żurawia. Żuraw w locie to jeden z ostatnich znaków firmowych II Rzeczypospolitej, które dotrwały do naszych czasów (teraz mówi się logo). Symbol LOT-u wymyślił Tadeusz Gronowski. Miałem zaszczyt i przyjemności rozmawiać z panem Gronowskim. Mówił o sobie :— Jestem skromnym facetem. Nie mam wygórowanego pojęcia o sobie… Mówił to ktoś, kto praktycznie stworzył przedwojenna reklamę  i przeniósł do polskiego plakatu i ilustracji francuski gust. W mojej pamięci uosabia to, co przedwojenna Polska miała najlepszego. Ambicje i światowość. I elegancję.

Dostałem w prezencie książkę „Miedzy elitą a półświatkiem. Życie codzienne w przedwojennej Polsce”. To album z fotografiami. Są w nim zdjęcia biednych dzieci na tle chat krytych słomą, ale i  eleganckich pań, które paradują po molo w Gdyni w białych szlafrokach narzuconych na kostiumy kąpielowe. Z tej książki można się dowiedzieć, że zbudowane w 1934 roku molo w Orłowie miało długość 430 metrów, a dziś tylko 180. Żal mola.

 

03 Paź 2012

 

Wróciłem ze Lwowa dwa tygodnie temu, po drodze były inne miasta, Kraków, Zabrze, Katowice,

Pszczyna, Warszawa, a ja wracam wciąż do Lwowa. Dzisiaj śnił mi się Lwów.

Myślę o tym, czego tam nie zobaczyłem, choć widziałem wiele. Uświadomiłem sobie teraz, że mogłem na przykład sprawdzić czy istotnie kościół Serca Jezusowego w Olsztynie wyglądem zewnętrznym przypomina lwowski kościół św. Elżbiety. Tak twierdził  dr Mieczysław Orłowicz , autor przewodniku  po „Mazurach Pruskich i Warmii”, zresztą pierwsze wydanie tego baedekera  wyszło w 1923 roku we Lwowie. Trzeba więc znów jechać do Lwowa by to sprawdzić. A może polecieć do Lwowa samolotem?

Odwiedziłem Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, gdzie naoglądałem się różnych aparatów latających z całego świata, w tym z Polski. Niestety nie przetrwał do naszych czasów najnowocześniejszy szybowiec wyczynowy zbudowany przed II wojną  światową w Polsce PWS-102 „Rekin”. Wielu słyszało o Ordonce, ale kto o „Rekinie” .

 Gdzie został zbudowany „Rekin”? Oczywiście we Lwowie, w tamtejszych Lwowskich Warsztatach Lotniczych. Przez dwa lata  istnienia tego zakładu, od 1937 roku zbudowano w nim 150 szybowców 9 typów, w tym „Rekina”, a także jeden z naszych najlepszych szybowców wyczynowych PWS-103. Ten ostatni był podobnie jak „Orlik” szykowany na Olimpiadę w Helsinkach w 1940 r. Trzeba więc jechać do Lwowa, by zobaczyć choć to miejsce, gdzie powstał „Rekin”.

 Szybowce przed wojną i teraz, to nasza myśl oryginalna, żadne licencje i kopiowanie, czy montowanie gotowych elementów. Do tej pory konstruujemy świetne szybowce. Można powiedzieć, że to nasza specjalność narodowa. Czy ktoś o tym wie? Wiedzą tylko specjaliści. Teraz kiedy uczeni i politycy zastanawiają się  jaką powinniśmy iść drogą warto pamiętać , że mamy do konstruowania szybowców jakiś dryg. Warto wybrać się do Muzeum Lotnictwa Polskiego do Krakowa i obejrzeć szczegółowo  ekspozycję. Daje wiele do myślenia. Polecałbym tam wizytę parlamentarzystom i samorządowcom.  

Nasze szybowce ładnie wyglądają i ładnie latają. A polscy piloci szybowcowi latają najlepiej na świecie. Z tego wszystkiego kupiłem sobie w Krakowie model Diany-2, szybowca na którym Sebastian Kawa zdobył w tym roku mistrzostwo świata  i skleiłem. Jak pomaluję, to się nim pochwalę.

 

11 Sie 2012

12 SIERPNIA MINIE 110 ROCZNICA URODZIN ANTONIEGO KOCJANA, KONSTRUKTORA ORLIKA, SZYBOWCA, KTÓRY NIE POLECIAŁ NA OLIMPIADĘ. 

Nie ma szybowców na olimpiadzie. Szkoda. Mielibyśmy dodatkowe medale.  Skoro są konie i żagle, powinny być i szybowce. Olimpiada olimpiadą, a właśnie trwają szybowcowe mistrzostwa świata. Polacy szybują w burzy i deszczu nad Teksasem i nie ujmując niczego ciężarowcom czy kulomiotom, to są naprawdę dramatyczne zmagania. W dwóch klasach nasi są w czołówce. W klasie 18-metrowej liderem jest Zbigniew Nieradka, a w klasie 15 metrowej Sebastian Kawa zajmuje drugie miejsce.

Szybownictwo jest sportem elitarnym i nie przedziera się do wyobraźni masowej jak piłka nożna. Prawdziwe elity zawsze są w cieniu i unikają świateł reflektorów. Politycy nie interesuje się szybownictwem. Może to dobrze. Mamy znakomite szybowce, wybitnych konstruktorów lotniczych i pilotów, którzy należą do elity światowej. O tym wszystkim wiedzą tylko specjaliści.

Tak jest nieprzerwanie  od lat 30. XX wieku.

Szybownictwo to nie tylko człowiek, to najnowsza technologia. Moim zdaniem to bardzo ciekawe zagadnienie, że nie kultywujemy tego, co mamy najlepsze. Dlaczego tak jest, to chyba tylko mógłby wyjaśnić prof. Janusz Czapiński, który zajmuje się psychologią społeczną.

Szybownictwo byłoby dyscypliną olimpijską gdyby nie II wojna światowa. Odbył się nawet konkurs na szybowiec, na którym mieli wystartować zawodnicy na olimpiadzie w 1940 roku w Helsinkach. Polska zgłosiła Orlika konstrukcji  inżyniera Antoniego Kocjana. Choć Orlik miał lepsze osiągi i własności pilotażowe przegrał w lutym 1939 roku z szybowcem niemieckim – jak podaje Andrzej Glass – w wyniku przewagi głosów sędziów niemieckich i włoskich.

Jeden z egzemplarzy Orlika Polska wystawiła na Światowej Wystawie w Nowym Jorku w 1939 roku. W 1942 roku szybowiec został zarekwirowany przez Amerykanów do treningu pilotów wojskowych. W 1946 roku odkupił Orlika  Paul McCready. W 1948 i 1949 zdobył na nim mistrzostwo Stanów Zjednoczonych.

Paul McCready w grudniu 1948 ustanowił na Orliku międzynarodowy rekord wysokości absolutnej –  9600 metrów. W czasie tego lotu szybowiec eskortowany był przez samolot myśliwski P-38 Lighting.  

Orlik służył amerykańskim pilotom – można powiedzieć na chwałę polskiego pomysłu i przemysłu –  jeszcze do 1967 roku, czyli 28 lat po zbudowaniu.

Paul McCready to zresztą nie byle kto. Doktoryzował się po wojnie z aeronautyki. Wygrał w 1977  roku nagrodę Kremera ( 50 tys. funtów) za stworzenie mięśniolotu, czyli samolotu napędzanego siłą ludzkich mięśni. Skonstruował pierwszy samolot napedzany energią słoneczną. Współpracował z General Motors w stworzeniu samochodu napędzanego energią słoneczną oraz samochodu na napęd elektryczny

Gdyby nie wojna może Kocjan byłby Paulem McCreadym?

12 sierpnia minie 110 rocznica urodzin Antoniego Kocjana. Prócz Orlika i kilku innych znakomitych szybowców skonstruował on w 1935 roku nowatorski motoszybowiec Bąk. Swoimi osiągami Bąk był zbliżony do konstrukcji z lat 60. Znaleźli się już w Polsce pasjonaci, którzy chcą zrekonstruować ten motoszybowiec. 

Podczas pierwszej wielkiej łapanki w Warszawie, 19 września 1940 roku,  Antoni Kocjan trafił do Auschwitz (numer obozowy 4267).  Dzięki przyjaciołom udało się go stamtąd uwolnić. Okoliczności jego uwolnienia z obozu to historia na całe opowiadanie.

Kocjan  rozpracował tajemnicę  V-1 i  V-2. Przypadkowo aresztowany 1 czerwca 1944 roku został rozstrzelany przez Niemców  w ostatniej grupie więźniów Pawiaka 13 sierpnia 1944 roku.

Życiorys  konstruktora Orlika nadaje się na film. Ale my chyba wolimy w kinie fiction niż non-fiction. 

28 Maj 2012

Poniedziałek. Wczoraj Złota Palma  w Cannes dla filmu „Miłość”  Michaela Hanekego. Austriacki reżyser już dostał te prestiżowe wyróżnienie za „Białą wstążkę” trzy lata  temu. Krytycy piszą, że to film klasyczny o miłości dwojga ludzi, którzy już mają większość życia za sobą. Grają w nim dwie legendy kina francuskiego Emmanuelle Riva („Hiroszima moja miłość”) i Jean-Louis Trintignant ( „Kobieta i mężczyzna”, „Trzy kolory: Czerwony”). To tak jakby Marek Koterski wyreżyserował film z Andrzejem Łapickim i Barbarą Kraftówną w roli głównej, albo Emilem Karewiczem i Lucyną Winnicką. Może doczekamy takiego filmu i Złotej Palmy w Cannes dla Koterskiego?

Niedziela. Zasmakowaliśmy w wolności kupowania w niedzielę i tak łatwo od niej nie odstąpimy. Dziś od rana w moim osiedlowym sklepiku tłumek. Mamy inne zmartwienia niż pamiętać kiedy jest ustawowy zakaz handlu.

W powietrzu czuć nadciągającą zmianę, bo ludzie mówią publicznie to, co myślą. Po profesorach krytykujących jakość uniwersyteckiego kształcenia wypowiedziała się Magda Gessler o restauratorstwie. Uczestnicząc w wyścigu szczurów „nie wiemy, że dobre życie w ogóle jest możliwe”- mówi Gessler i zdradza, że mamy najlepszą wołowinę i wieprzowinę na świecie, ale nie można jej dostać w naszych sklepach, bo idzie na eksport. Tuż przed 1939 rokiem  eksportowaliśmy bardziej nowoczesne myśliwce, od tych, których używało nasze lotnictwo. Z tego powodu szybciej przegraliśmy we Wrześniu, tak jak teraz przegrywamy wojnę o polski smak, bo w naszych sklepach jest tylko chińska wieprzowina.

Tradycje kuchni staropolskiej odeszły w niepamięć, bo od morza do Tatr serwuje się to samo, a głównie góralszczyznę, pizzę i kebab z zamrażalnika. Jedynie trzyma się Górny Śląsk, co potwierdzam, gdzie można zjeść, roladę i kluski śląskie z modrą kapustą, czyli „ślonski łobiod”.

Czy ktoś wie gdzie w Olsztynie podają ryby z okolicznych jezior?

Sobota. Krzysztof Rybiński wieszczy w „Bloomberg Businessweek”, że Grecja i Włochy upadną, jeśli taka będzie wola rynków finansowych. W tymże „BB” przeczytałem, że w Portugalii z powodu kryzysu usunięto z kalendarza cztery dni świąteczne (w tym Boże Ciało) i zawieszono budowę linii TGV między Lizboną a Madrytem. Świat drenuje Portugalię z mózgów. Wyjeżdżają najzdolniejsi absolwenci a przyjeżdżają mniej wykształceni z dawnych kolonii.

Piątek. Zapragnąłem przypomnieć sobie „Niebo nad Berlinem” Wendersa, film z 1987 roku. Poszedłem do dużej wypożyczalni. Sympatyczny młody człowiek rozłożył ręce jakbym zapytał o klasykę niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. Kilka lat, tyle trwa pamięć wypożyczalni. Poza tą granicą jest czarna dziura. Wziąłem więc „Dziewczynę z tatuażem” Finchera, hollywoodzką ekranizację pierwszej części trylogii Larssona „Millennium”.  Amerykański film ma świetny montaż i jest lepiej zrobiony niż szwedzka produkcja sprzed trzech lat. Natomiast aktorzy u Finchera – moim zdaniem – są zbyt gładcy. Lepsze są przaśne typy w szwedzkim filmie.

Oglądając „Dziewczynę z tatuażem” uświadomiłem sobie, że Larsson zastosował ten sam chwyt fabularny, co przed laty Julio Cortazar w opowiadaniu „Las babas del diablo” (po polsku „Babie lato”), Szwed tak jak Argentyńczyk wyszedł od fotografii, co tak świetnie rozwinął Antonioni w „Powiększeniu”.

Środa. Tomasz  Białkowski zdobył „Wawrzyn”- Literacką Nagrodę Warmii i Mazur za powieść „Teoria ruchów Vorbla”, a Waldemar Kontewicz nagrodę czytelników za „Braniewnik”. Kontewicz urodził się w Braniewie w 1951 roku. „Braniewnik” jest jego debiutem książkowym. Ukończył fizykę na olsztyńskiej WSP, uczy matematyki w Toronto..

„Braniewnik”,  podobnie jak inny finalista  Wawrzynu – „Miasteczko” Waldemara Mierzwy to książka  traktująca z czułością region. Obie wnoszą nowy smak do naszej literatury. I jeszcze jedno; nigdy nie było takiego zainteresowania mediów Wawrzynem jak w tym roku.

Po tym święcie  literatury z Warmii i Mazur jakim było wręczenie Wawrzynu  szykują się wkrótce dwie premiery najnowszych powieści: Włodzimierza Kowalewskiego „Ludzie moralni” oraz Tomasza Białkowskiego „Drzewo morwowe”. Prozaicy trzymają się mocno w naszym mieście.

Środa. Jubileusz Borussii z okazji 50 numeru pisma. Do planetarium przyszło wiele znanych osób. Trochę zabrakło mi współpracowników z zagranicy. Nie było też Kazimierza Brakonieckiego pierwszego redaktora naczelnego pisma.

Borussia jest fenomenem, bo stowarzyszenie działa już ponad 20 lat i dobrze sobie radzi w tych ciężkich czasach dla kultury. Głównie dzięki ofiarności pracujących we Wspólnocie Kulturowej Borussia kobiet. I poza oficjalną urzędową i państwową kulturą.

 

 

 

04 Mar 2012

Niedziela. Dzwońce przylatują tylko wtedy, gdy na podwórku królują już duże ptaki. Jakby pewniej czuły się w ich towarzystwie. Docierają do karmnika dwuetapowo: siadają na gałęziach świerczka pod domem.  I stamtąd, każdy z nich kolejno, jak  mały spitfire czy inny hurricane,  wzbija się nad drzewko by elegancko wylądować na parapecie.  

Sobota. ”Mój tydzień z Marilyn” – film początkowo  zapowiada się jako zgrzebna biografia. Najważniejsze persony są podobne do oryginałów, ale jakby bardziej podpuchnięte … I nagle przepadamy, film pochłania nas: Kenneth Branagh staje się na naszych oczach Laurence Olivierem a Michelle Wlliams – Marilyn Monroe…  Ale najciekawsza jest postać pisarza Colina Clarka, asystenta Oliviera. Spotkanie z MM na planie filmu „Książę i aktoreczka” było najważniejszym wydarzeniem jego życia.

Clark nie wypadł sroce spod ogona. Kształcił się w Eton College (podobnie jak  np. Aldous Huxley, George Orwell czy twórca Bonda – Ian Fleming). Potem studiował na Oxfordzie. Gdzie odsłużył wojsko ten syn lorda? Oczywiście w Królewskich Siłach Lotniczych czyli RAF.  Jego ojciec Kenneth Clark był historykiem sztuki i pisarzem. Kierował muzeum uniwersyteckim w Oksfordzie i  był dyrektorem National Gallery w Londynie. Kenneth Clark występował w cyklu filmów dokumentalnych o sztuce, które realizował syn.

W rolę Colina Clarka w filmie ”Mój tydzień z Marilyn”  wcielił się Eddie Redmayne, niespełna 30.letni londyńczyk, również absolwent Eton i historii sztuki w słynnym Trinity College uniwersytetu Cambridge.

Trinity College to wylęgarnia noblistów (31 nagród Nobla w XX wieku, pięć Medali Fieldsa z matematyki), jest jednocześnie jedną z najbogatszych uczelni. Jak dowiedziałem się z Wiki ma np. 50 proc. udziałów w supermarketach Tesco.

”Mój tydzień z Marilyn”  jest więc reklamą brytyjskości i peanem na temat jakości kształcenia. Jedna  z najbardziej wzruszających scen filmu to wizyta MM w Eton, kiedy mali arystokraci otaczają aktorkę wianuszkiem, a ona jednego z nich obdarowuje pocałunkiem.

 Redmayne jako  Clark jest fascynujący. Niby brzydal, ale hipnotyzuje grą. Nic w tym przypadkowego. O Trinity już napisałem. Aktor ma za sobą wiele nagród za role teatralne. Na scenie debiutował rolą szekspirowską.

A moje Eton? Mieliśmy na Kasprowicza jeden tom leksykonu Meyersa, od G do J. Kiedy nie znałem liter studiowałem obrazki do haseł z Wielką Brytanią i Japonią. Na jednej fotografii byli chłopcy z Eton.

30 Paź 2011

Piątek. Wszystkie telewizje świata pokazują  zalaną krwią twarz Kaddafiego, którego ktoś sfilmował komórką. A potem jego ciało w chłodni na targowisku, gdzie ciągną tłumy z komórkami w ręku by sfotografować trupa.

Kevin Maney w książce „Coś za coś” o konflikcie między jakością i dostępnością pisze, że telefon z aparatem spowodował rewolucję w fotografii. Obok rynku celowego robienia przemyślanych zdjęć powstał rynek pstrykania fotek przy każdej okazji,  aparatem, który stale nosimy przy sobie, czyli komórką.

Sobota. W Sali CEiIK kolejne przedstawienie Demuludów – „Starucha” Teatru Ochoty według tekstów Daniiła Charmsa. W przedstawieniu perełki aktorskie. Absurdalny humor. Charms zmarł z głodu w szpitalu psychiatrycznym podczas oblężenia Leningradu w 1942. W internecie są widomości, że za życia Charmsa, poza poezją dziecięcą, ukazały się tylko trzy jego wiersze

Niedziela. Znajomy architekt odwiedził swoją dawną szkołę podstawową, tysiąclatkę. Był jednym z jej pierwszych uczniów. Nie poznał szkoły. Pamięta ją jako pełną powietrza i słońca. – Dobry projekt architektoniczny został kompletnie zeszpecony. Klatka schodowa zakończona kratą, jakby chciano odstręczyć potencjalnych samobójców, poręcze nabijane ćwiekami. Woźna siedzi w jakiejś wartowni – opowiada mi przejęty. A do tego ordynarna kolorystyka ścian, jakby nie było ludzi wykształconych w tym kierunku, nikt się nie zwrócił choćby do niego z prośbą o pomoc.

Niedawno kolega był na zjeździe absolwentów swojego liceum – tam dla odmiany jakaś infantylizacja – na tablicach kwiatki, motylki, jak w jakimś przedszkolu. – A przedszkolu? – pytam znajomego, bo też tam był.- W przedszkolu constans. Bez zmian – mówi mi.

Środa. Oglądam w kablówce film o partyzanckich filmach jugosłowiańskich, w tym najbardziej wystawnych gigantach, jak „Sutjeska” z Richardem Burtonem w roli marszałka Tito. Producent chciał by w tej roli  wystąpił Kirk Douglas, ale aktor zażyczył sobie honorarium  astronomicznej wysokości i wtedy ktoś przypomniał sobie, że Burton jest podobny do Tito. Widać zażądał mniej. Ale dostał z Taylor do dyspozycji na czas zdjęć wyspę na Morzu Śródziemnym. Reżyser Emir Kusturica powiedział w tym dokumencie, skąd pochodziły pieniądze na takie wystawne filmy wojenne – Jugosławia eksportowała w owym czasie broń.

Z książki „Coś za coś” wiem, że Jugosławia eksportowała też w latach 1985-1992 do USA samochody zastava yugo i były to najtańsze auta na tamtejszym rynku. Kosztowały 3990 dolarów. Jednak notorycznie psuły się, klienci narzekali na nie, i firma, która je sprzedawała wycofała się z biznesu. Ciekawe jakiej jakości robili broń?

Pamiętam, że wtedy w Jugosławii powstawały nie tylko filmy wojenne i zastavy. W 1972 roku  Aleksandar Petrović w koprodukcji z Włochami przeniósł na ekran książkę Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. W roli Mistrza wystąpił Ugo Tognazzi. Wolandem był słynny francuski aktor teatralny i filmowy Alain Cuny znany m.in. z „Wieczornych gości” Carné z 1942 roku, ale też  z „Drogi mlecznej” Buñuela i  „Emmanuelle” Jaeckina z  Kristel.


Małgorzatę zagrała Amerykanka Mimsy Farmer. Petrović , który zdobył sławę jako autor „Spotkałem nawet szczęśliwych Cyganów” dostał w sumie  za swoje jugosłowiańskie filmy aż pięć nominacji do Złotej Palmy w Cannes, ale nigdy tej nagrody nie zdobył.

Sobota. Serbowie nie eksportują już odrzutowców ( podobnie jak my), ale ich duch bojowy wyraża się w tenisie. Rano oglądam w telewizorze Janko Tipsarevicia. Z moich kolegów  z Zatorza najlepiej grał w tenisa Tomek Leman. Często mijałem kort przy ówczesnym WDK i patrzyłem na grających. Ale wolałem skakać z wieży spadochronowej.

Nieocenione „Forum” przedrukowuje z „Der Spiegel” artykuł , którego bohaterem jest inny serbski tenisista – Novak Djoković. Z artykułu można się dowiedzieć, ze trenował  pośród bomb zrzucanych przez samoloty NATO na Belgrad.­­­

„Wojna uczyniła mnie lepszym człowiekiem” twierdzi Djoković. Uważa też, że dzięki niej stał się lepszym tenisistą, „bo poprzysięgłem sobie pokazać światu, że są też dobrzy Serbowie”. Ciekawe, że w belgradzkim klubie Partizan Djoković nie tylko grał w tenisa, ale czytał wiersze i słuchał Beethovena i Chopina. Potrzebna jest wojna, żeby dobrze grać w tenisa?

Wieczorem oglądam w TV „Na skróty” Altmana (Złoty Lew w Wenecji w 1993 roku za najlepszy film). Nie wiadomo co podziwiać bardziej: pomysł, że w  akcji bierze udział dwudziestu kilku bohaterów, reżyserię czy grę aktorów.

Widziałem ten film prawie 20 lat temu film w kinie (w „Koperniku”, czy w „Polonii”? – nie pamiętam). W telewizji nadal robi wielkie wrażenie. Teraz zapadł mi w pamięć szczególnie Tom Waits.

Altman w czasie II wojny światowej zdążył jeszcze polatać jako drugi pilot bombowca B-24. Niedawno odkryłem, że zaczynał w telewizji jako reżyser seriali „Alfred Hitchock przedstawia” i „Bonanza”. Tuż przed śmiercią, a był już po 80 zaczął kręcić film „Ostatnia audycja”. Ale nie zdołał go już ukończyć. Czy też mógł powiedzieć, że dzięki wojnie stał się lepszym człowiekiem?

 

21 Paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. –  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

06 Lip 2011

W Warszawie trzy miesiące temu plakat do filmu rumuńskiego z 1971 roku „Początek nowego świata” reżysera Gheorghe Vitanidisa sprzedawano po 700 zł. To jeden z dowodów na to, że kino rumuńskie jest w cenie.
Warszawscy i krakowscy filmoznawcy z zazdrością piszą o tym, że kino rumuńskie jako jedyne z naszego regionu zdołało przebić się do ekstraklasy. W 2007 roku film Cristiana Mungiu o nielegalnej aborcji „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni” dostał Złotą Palmę w Cannes, a wyróżnienie otrzymał film „California Dreamin” Cristiana Nemescu. W ubiegłym roku w Berlinie film „Jeśli chcę gwizdać, to gwiżdżę” Florina Serbana dostał Srebrnego Niedźwiedzia i nagrodę im. Alfreda Bauera (przyznaje się ją za film, który „otwiera horyzonty sztuki filmowej”).
Kinematografia  rumuńska jest znacznie biedniejsza niż polska. Jak podaje Janusz Wróblewski w „Polityce” z ubiegłego tygodnia („Rumun na fali”) ich odpowiednik naszego PISF-u ma pięciokrotnie mniej pieniędzy. Kręcą też — jak podaje Wróblewski — trzy razy mniej filmów. W 2000 roku nie wyprodukowali żadnego. Może u nas powstaje ich za dużo?
Jakie są źródła tych sukcesów? „Zaskakuje w tych filmach silne, organiczne połączenie codzienności i filozofii” — pisze Wróblewski. Filmolożka Magdalena Bartczak w pierwszym numerze krakowskiego czasopisma „EKRAN-y” pisze o „osobistej perspektywie”, która łączy twórców rumuńskiego kina.

A ja przypomniałem sobie, że jeden z najbardziej awangardowych dramaturgów XX wieku Eugene Inesco, współtwórca teatru absurdu był w połowie Rumunem (matkę miał Francuzkę). Rumunem był jeden z najbardziej wpływowych myślicieli XX wieku Mircea Eliade. Jego dzienniki i pamiętniki są jak czysty zdrój. Czytam je wciąż i nie mogę się nimi nasycić. A  słownik religii Eliade nie ma sobie równych. Kto zna „Wyznania i anatemy” Emila Ciorana ten wie, że  jest on ostry jak brzytwa a czytanie zdań, które wyszły spod jego pióra to prawdziwa rozkosz. Trzeba tu zaznaczyć, że choć Rumun, to pisał je po francusku. Rumunem był Constantin Brancusi, który zapoczątkował nurt abstrakcyjny w rzeźbie.
Z Rumunią wiążą nas więzi niezwykle, o których zapominamy. Król Jan Olbracht wybrany między innymi głosem wuja Mikołaja Kopernika (Łukasz Watzenrode jako biskup warmiński brał w wolnej elekcji króla) zaordynował w 1497 roku wyprawę na Mołdawię, która skończyła się w lesie niedaleko Czerniowiec klęską. Odtąd mówiło się, że „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”.

Paweł Jasienica uważał, że po wojnie  na Bukowinie Jagiellonowie stracili cały swój impet. „Wydaje się rzeczą nie do wiary, że jedna niefortunna kampania, stoczona w dodatku na obcej ziemi, mogła aż do tego stopnia wstrząsnąć państwem, strącić je z wyżyn” — napisał Jasienica w „Polsce Jagiellonów”. Wiosną 1498 roku ruszyli Tatarzy. Jan Olbracht musiał zrzec się Głogowa, a wraz z nim tytułu „najwyższego księcia Śląska”. Jedyny zysk to krakowski Barbakan — wystawiony w obawie przed Turkami.
Czerniowce jeszcze raz odegrały fatalną rolę w dziejach Polski. We wrześniu 1939 roku, po ponad 400 latach, znów oglądały pokonanych Polaków i to najwyższe władze Rzeczypospolitej na czele z prezydentem Ignacym Mościckim. Rumunii internowali nasz rząd.
Rumuni są zdolni. Przed wojną sprzedaliśmy im licencję na myśliwiec P-24 ( sami walczyliśmy w 1939 roku honorowo na gorszym P-11). Oni z naszego P-24 wzięli niektóre elementy, jak podaje znawca tematu Andrzej Glass: „usterzenie i tył kadłuba, instalacje zespołu napędowego oraz wyposażenie kabiny” i stworzyli bardzo zgrabny i udany samolot. Czemuśmy sami tego nie zrobili, to już inna sprawa.
Rumuni są zdolni. Janusz Młynarski, dziennikarz wychodzącego w Londynie pisma „Polish Express” napisał, że większość Rumunów przybywających do pracy na Wyspy zna angielski. Są więc w lepszej sytuacji niż Polacy. Od znajomych wiem, że ich dzieci przyjaźnią się z Rumunami, bo ci są sympatyczni i kulturalni.
Biorąc to wszystko pod uwagę trudno się dziwić sukcesom rumuńskiego kina. I jeszcze jedno: ciągle żyje król Rumunii Michał I, który choć był przeciwnikiem Stalina został kawalerem radzieckiego Orderu Zwycięstwa. Rumuni są zdolni.

29 Mar 2011

Wychodząc z koncertu Gwendolyn Bradley  miałem w uszach takty Andrew Llyoda Webbera z „Upiora w Operze” z werwą zagrane przez orkiestrę Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii. Muzycy wypadli dobrze. Artystka też.

A nowa siedziba? Kawałek dobrej architektury. Skrojonej  skromnie, ale porządnie. Prawda, nie stoi przy przy głównej ulicy, powiedzmy wprost ­­­- raczej na uboczu, ale łatwo ją znaleźć.

Oglądałem budynek z zewnątrz, kiedy jeszcze nie był  całkiem gotowy, i już mi się podobał. Za dnia, w słońcu, w szklanej tafli fasady odbija się –arcyolsztyński to widok –  kościół Serca Jezusowego, którego wieża – jak już kiedyś pisałem – naśladuje kaplicę nieistniejącego zamku w Królewcu. W naszej filharmonii widać więc coś, co oglądał  Kant.

A jakie jest wnętrze? Klatka schodowa,  jak w galerii sztuki nowoczesnej. Można by tu urządzić wystawę twórczości kogoś co najmniej tak sławnego, jak Picasso.

Ale pytanie najważniejsze: jaka  jest sala koncertowa? Zacznę od kolorystyki: jest  ładna – pasiaste ściany wyglądające  jak grzbiet zebry i jasna podłoga nadają wnętrzu wrażenie czegoś domowego, przytulnego. A akustyka?

Słuchałem w niedzielę Gwendolyn Bradley na koncercie specjalnym.  Siedziałem w trzecim rzędzie, na miejscu trzecim. Niedaleko wielkiego głośnika – artystka  śpiewała do mikrofonu –  i chwilami niskie tony były jak na moje ucho zbyt ostre. Akustycy muszą więc jeszcze dokończyć swoją pracę.

Tej niedzieli było chłodno, trzeci rząd jest niedaleko wejścia na parter, miałem wrażenie jakbym siedział w przeciągu. Ciągnęło od drzwi wejściowych? Nie wiem. Drzwi hałasują. Oczywiście to wszystko drobiazgi, ale psują wrażenie.

Już po koncercie, podeszła do mnie znajoma i prosiła by koniecznie napisać, że urządzający wnętrze sali koncertowej  nie pomyśleli o słabowidzących. Schody w sali koncertowej zlewają się z tłem. Trzeba bardzo uważać by się nie potknąć. Może potrzebne są ciemne listwy na krawędziach?  Z mojego miejsca widziałem solistkę i dyrygenta Janusza Powolnego, pierwsze skrzypce też. I trąbki.  Ale perkusista był juz niewidoczny, a miał przecież tego dnia trochę do roboty.

Zacząłem o architekturze i na niej skończę. W ubiegłym tygodniu dotarła do Olsztyna wiadomość, że w Warszawie 18 marca zmarła w wieku 96  lat architekt Janina Stańkowska, osoba wielce zasłużona dla urbanistyki naszego regionu. Jak napisano w nekrologu pani Stańkowska była autorką projektów urbanistycznych i architektonicznych oraz wielu realizacji, między innymi: planów ogólnych i szczegółowych miast Warmii i Mazur. Pracowała u nas w pierwszym powojennym dwudziestoleciu i potem wróciła do stolicy.

Na stronie olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich można znaleźć interesujące wspomnienia pani Janiny Stańkowskiej, o tym jak 23 marca 1945 roku przyleciała z mężem ze zburzonej Warszawy do Olsztyna dwoma „kukuruźnikami”.

Nad Starym Miastem w Olsztynie snuły się jeszcze dymy pożarów kiedy ta przedwojenna absolwentka Politechniki Warszawskiej rozpoczynała w naszym mieście pracę architekta i urbanisty.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.