22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

09 Cze 2012

Stawkolodzy czyli sympatycy serialu  „Stawka większa niż życie” przyjechali na dwa dni do Olsztyna. 

W tę sobotę wędrowali  po Starym Mieście śladami serialu. Wcześniej spotkali się ze Stanisławem Mikulskim, który niezapowiedziany – z ręką na temblaku, po przebytej niedawno operacji ręki – zjawił się w klubie „U Artystów”. Aktor opowiadał na liczne pytania dotyczące serialu, ale także najnowszej produkcji w której wystąpił z Emilem Karewiczem – „Stawka większa niż śmierć”.

Stanisław Mikulski obejrzał też wystawę na której zgromadzono  między innymi zdjęcia z 1967 roku, kiedy powstawały  „olsztyńskie” odcinki „Stawki”.

Wystawa na parterze  klubu „U Artystów” ma być czynna całe lato. Może stanie się zaczątkiem Muzeum Hansa Klossa w Olsztynie?

Zaułek „Stawki większej niż życie” już jest i pod nim w samo południe w sobotę sfotografowali się uczestnicy zlotu. Wśród nich był nestor olsztyńskich fotoreporterów  – Wacław Kapusto.

 

06 Lut 2012

 

Poniedziałek. Sikorki tupią z zimna na moim parapecie w kolejce po ziarno, a znajomi chodzą zakatarzeni. I łykają witaminy. A ja przeczytałem w nieocenionym „Forum”, że witaminy wylansowali naziści. Miały wzmacniać narodowy organizm i zapewniać mu odpowiednią kondycję potrzebną do wygrania wojny. Jeszcze w 1944 roku Wehrmacht zamówił  200 ton witaminy C, z tego 65 ton w Szwajcarii. Żołnierzy frontowych zaopatrywano w witaminizowane cukierki V-dropsy. I co ? I nic.

Eksperci uważają, ze przyjmowanie  witaminy C jest dla zdrowia neutralne. Tu nie chodzi więc o zdrowie, tylko o pieniądze: za kilogram kwasu askrobinowego można otrzymać  15 euro, kilo witaminy można sprzedać za 800 euro. Kapusta  kiszona jest zdecydowanie tańsza .

Wtorek. Kiedyś filharmonia olsztyńska więcej grała. Jeszcze w 1990 roku koncerty odbywały się wieczorem w piątek i powtarzano je w sobotę, a rano tego dnia orkiestra dawała specjalne dwa koncerty dla dzieci i młodzieży. Teraz by posłuchać muzyki poważnej na żywo muszę wziąć wolne, albo wcześniej wyjść z pracy. Teatr lepiej rozumie potrzeby pracujących w piątek wieczorem i urządza premiery zawsze w sobotę.

Środa. Zmarła Wisława Szymborska. Późno w nocy w telewizji świetny film o poetce „Chwilami życie bywa znośne” autorstwa Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Ładny moment w tym dokumencie: Woody Allen pochyla się nad zabawną wycinanką, która podarowała mu Szymborska. Jest poruszony.  

Czwartek. Książka Lawrence’a Lessiga, profesora prawa na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii „Wolna kultura” wyszła po polsku siedem lat temu, ale wątpię by młodzież demonstrująca przeciw ACTA znała ją, podobnie jak politycy, którzy zgodzili się na podpisanie tego traktatu. We wstępie do polskiego wydania prof. Lessig pisze: „Internet obiecywał nam wolność, tymczasem jest budowany tak, by umożliwić coraz większą kontrolę.”

Profesor pisze o Motion Picture Association of America (MPAA). W skład zarządu tej organizacji wchodzą szefowie siedmiu największych  wytwórni i dystrybutorów filmów i programów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych: Walt Disney, Sony Pictures Entertainment, MGM, Paramount Pictures, Twentieth Century Fox, Universal Studios oraz Warner Brothers. Organizacja ta chce przedefiniować „własność twórczą”, by jej właściciele otrzymali taką samą ochronę jak właściciele każdej innej własności w Ameryce. Profesor wykazuje, że zwiększenie ochrony praw autorskich zgodnie z tą doktryną spowoduje daleko idące konsekwencje dla wolnej kultury.

MPAA działa wspólnie ze zrzeszeniem amerykańskich wydawców muzyki RIAA i stowarzyszeniem producentów gier komputerowych. Te i inne stowarzyszenia amerykańskie utworzyły organizację International Intellectual Property Alliance (IIPA). ACTA  to  tylko jedno z  przedsięwzięć IIPA.

Piątek.  Z ”Forum” dowiaduję się, że produkcja flakonika luksusowych perfum, na który w sklepie trzeba wydać ze 100 euro  –  kosztuje 1 euro, koncentrat zapachowy – to 1-1,50 euro, flakonik i opakowania  – 3 euro, marża marki 15 euro, reklama  i marketing to już 25 euro, dystrybucja aż 35 euro, a VAT 19,60 euro.

Koksowniki tej zimy. Grzeją się przy nich bezdomni, studentki popalają papieroski. Przy koksownikach dyskutuje się o pogodzie i polityce. Jakiś duch niepokory  wisi nad koksownikami.

Sobota. Internauci, którzy demonstrują w sprawie ACTA przypominają mi robotników, którzy protestowali w poprzednim systemie przeciwko podwyżkom cen mięsa. Spotkania w salach wykładowych są jak wiece w hali fabrycznej.

Niedziela. W niedzielę „Gładka skóra” Truffauta z 1964 roku. W głównej roli aktorka może niezbyt piękna, ale o twarzy przykuwającej uwagę. Już po obejrzeniu filmu sprawdzam, że to Françoise Dorléac, starsza siostra Catherine Deneuve. Obie zdążyły jeszcze wystąpić w „Panienkach z Rocheford” w 1967 roku. Wkrótce potem Françoise zginęła w wypadku samochodowym. Miała 25 lat.

„Gładka skóra” toczy się niespiesznie i ogląda się ją, jak pracę antropologa, tyle w tym filmie szczegółów i informacji o życiu bohaterów. Dziś takiego kina już nie ma. Można zobaczyć jakie gazety czytają ówcześni paryżanie i co mają na talerzu. To świat  połowy XX wieku, który minął.

Poniedziałek. W nocy zmarł we śnie pan Władysław Ogrodziński. Miał 94 lata. Na początku roku dostałem w prezencie jego ostatnią książkę, zbiór felietonów „Romans z radiem”. To swego rodzaju kronika regionu od końca lat 60. do końca 80. XX wieku.  Znalazłem tam apel, z 1974 roku, by ukazać szacunek naszym warmińsko-mazurskim drogom. Nadal aktualny.

W sklepie wieczorem zobaczyłem dziewczynę przypominającą  Françoise Dorléac.

12 Cze 2011

Dzięki TVP Kultura obejrzałem „na żywo” finał festiwalu polskich filmów w Gdyni .  Słyszałem, że był przełomowy.

Wcześniej też były przełomy. Pamiętam festiwal, jeszcze w Gdańsku w 1981 roku, kiedy wygrała prorocza „Gorączka” Agnieszki Holland z zachwycającym Bogusławem Lindą. Na tym festiwalu Jerzy Skolimowski pokazał „Ręce do góry”, film z 1967 z dokręconym prologiem w 1981 roku. Dostał nagrodę dziennikarzy.

Uhonorowano też zdjęty z półek „Spokój” Krzysztofa Kieślowskiego. Jury przewodniczył Kazimierz Kutz. A jurorował znany autor filmów animowanych Zbigniew Rybczyński oraz pisarz Jerzy Andrzejewski. Ciekaw jestem czy czytelnicy pamiętają dzisiaj o Andrzejewskim? Czy tylko profesorowie literatury?

Ciekawy był festiwal w Gdyni w 1992 roku. W jury zasiadał  wtedy Adam Michnik, ks. Józef Tischner i Janusz Głowacki. Przewodniczył znów Kazimierz Kutz. ”Odjazd” – film Magdaleny i Piotra Łazarkiewiczów, zainspirowany reportażem Ryszarda Kapuścińskiego o Mazurach, dostał nagrodę specjalną jury. Wtedy „Psy” Władysława Pasikowskiego zdobyły  Złote Lwy za reżyserię.

Ciekawy był festiwal w 1993 roku, kiedy kierowała jury Agnieszka Holland a honorowym przewodniczącym był wielki angielski reżyser Lindsay Anderson. W obradach jury brał udział producent Branko Lustig oraz Janusz Kijowski, dzisiaj dyrektor Teatru Jaracza w Olsztynie. Nagrodzono na tym festiwalu „Przypadek Pekosińskiego” Grzegorza Królikiewicza. Dziś Królikiewicz to niesłusznie zapomniany mistrz naszego kina.

Czy w tym roku był przełom? Z fotela w zaciszu domowym widać, że był.

Bo pokazali się emigranci. Przewodził jury  Paweł Pawlikowski. To bardzo interesujacy artysta, starannie wykształcony. Urodził się w Polsce, ale od 14 roku życia mieszka w Wielkiej Brytanii i tam pracuje. U nas znany jest głównie z filmu „Lato miłości” z 2004 roku. Z przyjemnością słuchałem jak mówi po polsku, bez śladu obcego akcentu. Jest naszą wizytówką na Wyspach.

W wychodzącym w Londynie „Polish Express” czytałem bardzo interesujący wywiad z Pawlikowskim, gdzie tłumaczył czym Anglia różni się od Polski. Na przykład tym, że Anglicy mają skalpelową precyzję w nabijaniu się z siebie i obnażaniu pretensji i głupoty. To przeszkadza im w mówieniu o poważniejszych sprawach.

Równie ciekawą postacią tegorocznego festiwalu był Greg Zglinski. On z kolei wyjechał z Polski jako dziesięciolatek. Przez 14 lat mieszkał w Szwajcarii. Był gitarzystą w tamtejszych formacjach rockowych.  W 1992 roku wrócił do Polski. W Gdyni za film „Wymyk” dostał nagrodę za debiut reżyserski. Otrzymał też nagrodę za scenariusz do tego filmu napisany razem z Januszem Margańskim.

Margański to kolejna ciekawa postać tego festiwalu. Literaturoznawca, specjalista od Gombrowicza, dr nauk humanistycznych. Za przekład Orygenesa otrzymał prestiżową nagrodę „Literatury na świecie”. Scenariusz do filmu „Wymyk” do debiut ekranowy pana doktora.

Wszystko to układa się w ciekawą mozaikę. A kto chce sobie przypomnieć co pisałem o „Essential killing”, zwycięzcy tegorocznej Gdyni, zapraszam do lektury.

 

01 Cze 2011

Warszawiacy zobaczą  w piątek „Cholonka”. Sam  poszedłbym na „Cholonka”, choć widziałem go dwa razy, raz w katowickim „Korezie”, a raz w Olsztynie. Co takiego jest w spektaklu, który obejrzało 74 tysiące ludzi?

Punktem wyjścia jest książka „Cholonek, czyli dobry Bóg z gliny” urodzonego w Zabrzu w 1931 roku Horsta Eckerta, niemieckiego pisarza i rysownika. Występując pod pseudonimem Janosch bardziej znany jest jako autor książeczek dla dzieci o Misiu i Tygrysku, które sam ilustruje.

„Cholonek”  jest książką dla dorosłych. Janosch opisuje w niej egzystencję Ślązaków w czasach Hitlera i Stalina na pograniczu polsko-niemieckim, gdzie narodowość jest płynna. To zupełnie inny Śląsk od tego, który znamy z filmów Kazimierza Kutza.

W Polsce „Cholonek” ukazał  się dwukrotnie w latach 70 i 80 w nieistniejącej już oficynie „Śląsk”. Po 1989 roku żadne wydawnictwo ogólnopolskie nie zdecydowała się na jego wznowienie. Tłumaczono, że książka jest zbyt lokalna by zainteresować masowego odbiorcę. A może chodzi o to, że jest zbyt wywrotowa, bo pokazuje ludzi z gumy? Tymczasem w internecie można znaleźć anonse czytelników, którzy rozpaczliwie szukają „Cholonka” i gotowi są oddać za niego  „wszystko co mają i jeszcze więcej”.

Książką zainteresowali się Robert Talarczyk  i Mirosław Neinert, wszechstronnie utalentowani aktorzy prywatnego teatru „Korez” w Katowicach.

Talarczyk przygotował adaptację na scenę, a potem obaj sztukę wyreżyserowali i grają w niej z powodzeniem i przy aplauzie śląskiej widowni od siedmiu lat. Ich aktorstwo, nieskażone telewizyjną serialową manierą, jest chyba źródłem sukcesu przedstawienia. Bo sama inscenizacja, choć bardzo pomysłowa, jest skromna.

Nad  spektaklem (na zdjęciu) unosi się nastrój wczesnych filmów Miloša Formana i Jiří Menzla, opowiadań Bohumila Hrabala. Jednym słowem czeskość, która tak smacznie doprawia śląskość. Przydałoby się coś podobnego po mazursku.

Tymczasem zapraszam na czwartek, na godz.19, do księgarni „Tajemnica poliszynela” na premierę książki Siegfrieda Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”.

 

06 Mar 2011

Mój kolega z Zatorza założył blog Der Olstyner. Wyjechał do Niemiec wiele lat temu. Nie chodziliśmy razem do szkoły, jest ode mnie starszy. Ale ja zastanawiam się ile osób wyjechało z naszej  klasy za granicę. Policzyłem. W podstawówce trzy, w liceum cztery. Dużo? Mało? Nie ze wszystkimi mam  kontakt.

Zatorze stało się na tyle kultowe, że rozmawia się o nim na uniwersytecie.  W klubie „Baccalarium” w Kortowie przy okazji rozmowy o poezji wyszło na to, że literatura, która w ostatnich 20 latach powstała w Olsztynie, tej dzielnicy zawdzięcza najwięcej. Podczas spotkania zastanawialiśmy się jaka jest tego przyczyna. Bo wiadomo, że Mariusz Sieniewicz czy Włodzimierz Kowalewski, by wymienić najbardziej utytułowanych autorów, a wcześniej Alicja Bykowska-Salczyńska, czy Stanisław Piechocki i Jerzy Ignaciuk, w niej spędzili dzieciństwo i dzielnica za torami bywa obecna na kartach ich książek.

Moja diagnoza jest taka, że większość starych miast na świecie ma takie awersy i rewersy, dzielnice po lewej i prawej stronie rzeki. W tym wypadku Olsztyn dzieli nie Tybr i Wisła tylko linia kolejowa. Zatorze jest olsztyńskim Zatybrzem. Czy Pragą. Olsztyn zresztą, jak Rzym, zbudowano na siedmiu wzgórzach.

Po wojnie na Zatorzu osiedlili się kolejarze z Wilna. Powstała ciekawa mieszanka ludzi z różnych stron przedwojennej Polski, głównie z Kresów  oraz tutejszych, nazywanych autochtonami. Na targowiskach miejskich mieszała się twarda gwara warmińska z kresowym zaśpiewem.

Obecni na spotkaniu przypomnieli, że większość najważniejszych zatorzańskich autorów należy do pokolenia baby boom, czyli powojennego wyżu demograficznego. Kiedy zdawałem maturę w mojej klasie było 36 osób. Mój kolega z jednej równoległych pięciu klas maturalnych uznał za najważniejszy czynnik demograficzny w tym bujnym rozwoju literatury o zatorzańskim pochodzeniu.

P.S.1 Trzy wiadomości: jedna zła i dwie dobre. Zła jest taka, że młodzi ludzie o których pisałem we wpisie z 10 lutego nie wystawią szkolnego przedstawienia na 10 osób, ponieważ warsztaty teatralne odbywają się w tym samym czasie, co końcowe egzaminy gimnazjalne, które właśnie zdaje ta klasa. Ale dowiedziałem się, że najambitniejsi z nich chodzą na kółko teatralne na którym wystawiają „Mątwę” Witkacego. Wśród nich są jeszcze tacy, którym i tego mało, więc jadą na tydzień filozoficzny do Lublina by – jak napisał mi młody człowiek, który się tam wybiera – posłuchać mądrych ludzi.

P.S.2 Cieszy mnie zainteresowanie tematem czytania. Odezwało się sporo osób, które lubią książki.

P.S.3 Zmarła Irena Kwiatkowska. Jej charakterystyczny głos towarzyszy mi od zawsze. Słuchałem w najwcześniejszym dzieciństwie z bakelitowej skrzynki radioodbiornika Pionier jak czyta „Plastusiowy Pamiętnik” Marii Kownackiej oraz wiersze Brzechwy i Tuwima. Później w czarno-białym telewizorze zachwycałem się serialem „Wojna domowa”, w którym partnerowała mojemu ulubieńcowi – Kazimierzowi Rudzkiemu. Potem był „Kabaret Starszych Panów”. Już jako mocno dorosły człowiek kupiłem sobie „książkę do słuchania”, czyli jak się teraz mówi audiobook z „Kubusiem Puchatkiem” w jej wykonaniu. To mistrzostwo świata. Kiedy myślę o „Kubusiu Puchatku” natychmiast widzę Zatorze. Bo Stumilowy Las miałem za oknem. Nie wiem jak teraz jest z czytaniem (słuchaniem) Milnego, ale w moim pokoleniu zrobiła wrażenie wiadomość, że ktoś przywiózł z zagranicy tłumaczenie „Kubusia Puchatka” na łacinę. Ciekawostka:  tytuł książki po węgiersku to „Micimackó” a po białorusku „Winia-Pych”.

Na zdjęciu ulica Żeromskiego na Zatorzu

26 Gru 2010

Dwa dni przed świętami nie było już w Olsztynie kawy irlandzkiej o smaku whisky. W wigilię zabrakło taksówek. Piszę to, by uświadomić czytelnikom, że w czasach rozpasanej konsumpcji są jeszcze towary na które popyt przekracza podaż.

Ale książek nie zabrakło. W zapchanym klientami i książkami epiku w środę wieczorem dwa razy podchodziłem do jednej z dwóch kolejek i rezygnowałem, by końcu przyjść następnego dnia rano po książkę. Dostałem bez problemu.

Pamiętający z poprzedniej epoki wyłącznie kartki i puste półki, zapominają o księgarniach. Zawsze pełno było w nich książek. To prawda, że nie można było w nich znaleźć takich autorów jak na przykład Gombrowicz , Miłosz czy Jünger i Céline – nie mylić z Céline Dion – chyba , że u zaprzyjaźnionego antykwariusza. Brakowało też bestsellerów np. z piwowskiej serii „Współczesnej Prozy Światowej”.  Ale regały wypełniali na przykład przecenieni klasycy filozofii. Dzienniki Kafki też kupiłem na przecenie. Notabene dzienniki Dąbrowskiej też – już w naszych czasach.

Książki były i są dla mnie najpiękniejszym podarkiem. Przeżywałem jako dziecko każdą wizytę w wielkiej księgarni naprzeciw ratusza. Dziś jej wnętrze  jest zmienione. Pamiętam wspaniałe kryształowe drzwi , wielkie aż pod sufit regały, dwa przestronne pomieszczenia na parterze i drewniane, kręcone schody na piętro. Chodziłem tam z mamą i dziadkiem.

Któregoś razu w czarno-białym telewizorze zobaczyłem kolejny program kulturalny „Pegaz”. Omawiano w nim książkę debiutanta pod tytułem „Wirówka nonsensu”. Autor nazywał się Janusz Głowacki. Następnego dnia poszliśmy z kolegą z ławy szkolnej, Wojtkiem, do księgarni. Na dole urzędowała starsza pani w fartuchu z satyny w kolorze atramentu. Kolega zapytał groźnie wyglądającą  panią o „Wirówkę nonsensu” nieznanego autora. Pani długo szukała, ale znalazła. Mam tę książkę do tej pory.

Przed świętami napisałem list do Mikołaja, że chciałbym dostać pod choinkę – „Good  night, Dżerzi” Głowackiego. I Mikołaj spełnił moją prośbę.

P.S. Głowackiego sfotografowałem na targach książki w Warszawie.

15 Sty 2010

Janek widział na własne oczy Gałczyńskiego. Przypomniał sobie o tym, kiedy czytał mój poprzedni wpis na blogu. Znamy się z Jankiem od wielu lat. Połączyły nas sprawy filmowe. Podkochiwaliśmy się w tej samej muzie. Dziesiątej.

Obaj należeliśmy do Amatorskiego Klubu Filmowego „Grunwald” przy dawnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie, tylko w różnym czasie. Janek na samym początku istnienia klubu, w latach 60., bo potem wyjechał do Niemiec. Poznaliśmy się podczas jubileuszu AKF w latach 80. Janek odwiedził mnie w domu i już miał wychodzić, kiedy zgadaliśmy się, że mieszkaliśmy na Zatorzu pod tym samym adresem. On przed wojną i w jej trakcie, a ja po. Już nie było czasu by pójść i obejrzeć to miejsce na ulicy Kasprowicza.

Kasprowicza2

Ulica Kasprowicza przed generalnym remontem w latach 80. Przegradzają ją drzwi z odnawianych domów. Trochę jak kadr z  surrealistycznego filmu.

Fot.Marek Barański

W opowiadaniu „Tylko przeżyć” Janek opisał jak wyglądała nasza ulica w styczniu i lutym 1945 roku. I dom w którym mieszkaliśmy. Oczami 15-latka patrzył na agonię miasta Allenstein. Jego zapis jest kronikarski i beznamiętny. Fragment tego opowiadania zamieściliśmy w magazynie kulturalnym „Gazety Olsztyńskiej”- „Bywalcu” nr 5, z 17 stycznia 2003 roku . Tekst przetłumaczyła z niemieckiego mieszkająca w Berlinie olsztynianka, Marta Wierzejska.

photo

Dom na ul.Kasprowicza, w którym mieszkaliśmy, ja i Janek, w różnych latach. Z surrealistycznymi drzwiami.

Fot.Marek Barański

Janek urodził się w Berlinie, ale dzieciństwo i młodość spędził w Olsztynie. Polskiego nauczył się po wojnie w Jurkowym Młynie na Uniwersytecie Ludowym prowadzonym przez Jana Boenigka. Choć wyjechał z Polski ponad 40 lat temu, mówi nadal bogatą, bezbłędną polszczyzną z dobrym akcentem. Czy dlatego, że jest poetą i miał dobrych nauczycieli? Zadebiutował wierszami pisanymi po polsku, teraz pisze po niemiecku.

W końcu listopada 2008 roku Janek wpadł jak po ogień do Olsztyna. I wtedy wybraliśmy się na podwórko naszego dzieciństwa i popatrzyliśmy sobie na Łynę. Zrobiłem Jankowi serię zdjęć. Telefonem komórkowym. Wyjechał, telefonowaliśmy w święta. I gdzieś jesienią, następnego roku, spotkaliśmy się na Facebooku. Tam Janek podzielił się ze mną rewelacją o poecie Konstantym. Zaraz zatelefonowałem do Prania, do Wojtka Kassa. Mam nadzieję, że Janek Pulina będzie mógł osobiście przekazać kustoszowi Muzeum Gałczyńskiego swą opowieść o tym, jak widział autora „Kroniki olsztyńskiej” składającego kwiaty na mogile Michała Kajki w Ogródku.

Kiedy myślę o Janku to wspominam pionierskie czasy filmowego Olsztyna. AKF „Grunwald” powołali do życia dziennikarze i pracownicy Rozgłośni Polskiego Radia, tacy jak Alfred Stefański, Witold Nowosz, Ryszard Jankowski, Krzysztof Sliwiński. Chcieli stworzyć telewizję. Wtedy to nie było możliwe. Ale mieli półprofesjonalną kamerę filmową. Kręcili więc dokumenty na taśmie 16 mm, dźwięk do nich przygotowywali w radiowym studio. Po dokumencie przyszło zafascynowanie fabułą, która stała się specjalnością Jurka Obłamskiego. Ja interesowałem się animacją. Swój pierwszy film animowany nakręciłem samodzielnie, na kupionej za pracę w lesie kamerze na taśmę 8 mm, a potem zapisałem się do klubu, gdzie zrealizowaliśmy wspólnie z Krzysiem Janickim kilka filmów, w tym na „szesnastce”. Ale to już historia na inne opowiadanie.

03 Gru 2009

Erwin Sówka  4 grudnia z okazji Barbórki pojedzie z żoną na działkę. Ten emerytowany górnik jest jedną z najpopularniejszych postaci Górnego Śląska. Jego zmysłowe akty, w których Ślązaczki upozowane są na hinduskie boginie, cenione są wśród kolekcjonerów z całej Polski.

Erwin Sowka1

Erwin Sówka w swoim katowickim mieszkaniu, 3 grudnia 2009.

W mieszkaniu pana Erwina Sówki, na dziesiątym piętrze katowickiego bloku tak zwanego honeckera, bo to budynek z wielkiej płyty z NRD, jest mała galeria obrazów. Gospodarz maluje realistycznie i nie lubi  abstrakcji. Wystarczy mu, że mieszka w abstrakcji, bo jak inaczej nazwać to blokowisko.  Jest sympatycznym, otwartym i ciepłym  człowiekiem.

Dyskutujemy o Davidzie Lynchu, który niedawno otworzył wystawę swoich prac w centrum Katowic. Pan Erwin poznał osobiście amerykańskiego reżysera.  Kiedy wchodziłem do mieszkania państwa Sówków akurat zadzwonił  ktoś z telewizji, by umówić się na wywiad.

Artysta poleca mi dokument, który nakręcił o jego twórczości Adam Sikora. No i jest jeszcze fabularny „Angelus” Lecha Majewskiego o malarzach-okultystach, w którym pan Erwin gra siebie. Dyskutujemy ponad godzinę o Śląsku, o ezoteryzmie i sztuce. Erwin Sówka spotyka się z Davidem Lynchem, bo Śląsk jest światowy. Amerykański reżyser lubi Łódź, ale to w Katowicach otworzył wystawę swoich grafik i fotografii.

Dziś wieczorem w teatrze Korez na Placu Sejmu Śląskiego Mirosław Neinert występował w  monodramie „Kolega Mela Gibsona”. W poniedziałek razem z Elżbietą Okupską, Ewą Grysko i Robertem Talarczykiem śpiewali ballady Nicka Cave`a. Korez był w Olsztynie w ubiegłym roku z „Cholonkiem” według Janoscha, zabrzanina, sławnego autora i ilustratora książek dla dzieci.

Aktorzy Koreza grają Cave`a już od siedmiu lat. I każdy spektakl kończy się wspólnym śpiewem – przy pełnej sali – ballady „W ramionach twych”. W szatni zwraca uwagę tabliczka po śląsku: „Szatniarz nie sznupie po kabzach”. W poniedziałek szatniarzem był aktor Dariusz Stach – Detlev z „Cholonka”, a bilety przedzierał sam Cholonek- Robert Talarczyk.

Dyrektor i aktor teatru Korez – Mirosław Neinert uśmiecha się z wiszącego w foyer wspólnego zdjęcia z Melem Gibsonem.

24 Sie 2009

Po wojnie wyświetlano w Polsce zabawną komedyjkę pod tytułem  „Nikt nic nie wie” („Nikdo nic nevi”) z 1947 roku, produkcji czecho-słowackiej. Przy tytule filmu — jak to u nas — podawano na plakatach producenta i taka jest geneza nieszczęśliwego w naszym języku powiedzenia „nikt nic nie wie — czeski film” na coś niezbyt mądrego. Kto interesuje się kinem, wie jak ono jest nieuprawnione. Wystarczy zobaczyć, ile bracia Czesi zdobyli Oscarów, choć to nie jedyne kryterium.

Nikdo nic ne vi

Plakat do filmu „Nikt nic nie wie”

Już od pewnego czasu można dostać na dvd kolekcję wczesnych filmów Miloša Formana, powstałych jeszcze w Czechosłowacji („Pali się moja panno”, „Miłość Blondynki”, „Czarny Piotruś” i „Konkurs”). Kto ich nie zna, powinien je poznać.

poster-640[1]

Plakat do „Czarnego Piotrusia”. Vladimir Pucholt drugi od prawej.

Niedawno poddałem się hipnotycznemu urokowi „Czarnego Piotrusia”. Przypominam — film z 1964 roku. Po raz pierwszy oglądałem go w maju 1969 roku, w kinie „Student” w Kortowie. Pamiętam tamto wrażenie — czegoś niesłychanie autentycznego, ale zarazem jakby …surowego. Po 40 latach dzieło Formana robi nadal dobre wrażenie. Walorem są naturszczycy i młodzi aktorzy występujący w tym filmie. Przeczytałem w autobiografii reżysera o jednym z nich, Vladimirze Pucholcie (ur. w 1942 roku).

lasky

Czeski plakat do „Miłości blondynki”

Pucholt gra murarza, kolegę tytułowego Piotrusia. Po „Miłości blondynki” w 1965 roku (tytuł oryginalny „Lásky jedné plavovlásky”), gdzie wcielił się w pianistę, stał się  najpopularniejszym aktorem filmowym w Czechosłowacji. Ciekawe, że  zrezygnował on z kariery artysty. Jak pisze Forman w swojej autobiografii, Pucholt w 1969 roku rzucił film i wyjechał do Anglii. Nie miał pieniędzy i nie znał angielskiego. W Anglii pomógł mu  reżyser Lindsay Anderson, który pozwolił Pucholtowi przez dwa lata mieszkać w swoim domu. Anderson, reżyser genialnego „Szczęśliwego człowieka”, odwiedził kiedyś ekipę „Miłości blondynki” na planie i tam poznał Pucholta.

Przypomnijmy, że Anderson  „odkrył” aktora Malcolma McDowella a także ułatwił na Zachodzie karierę operatorowi Miroslavovi Ondříčkovi, którego zatrudnił w filmie „Jeżeli…”. Ondříčka zobaczył u Formana właśnie na planie „Miłości blondynki”. Anderson odwiedził w tym czasie Łódź i Warszawę, ale jakoś nikogo nie wypatrzył, choć wyreżyserował sztukę Osborne’a „Nie do obrony” (1966) w Teatrze Współczesnym w Warszawie i w Wytwórni Filmów Dokumentalnych  20-minutowy film „Raz, dwa, trzy” (1967) — o zajęciach prof. Ludwika Sempolińskiego ze studentami warszawskiej PWST. Andersona miałem przyjemność widzieć na własne oczy na początku lat 90. na festiwalu filmów w Gdyni, ale to już inna historia.

Ale wracam do Pucholta. W dzień zarabiał myciem okien, a wieczorem chodził na kurs angielskiego. Po czterech latach skończył szkołę średnią, a po dalszych siedmiu — medycynę. Potem ożenił się z poznaną w Anglii dziewczyną i wyjechał z nią do Kanady. „Dziś pracuje w Kanadzie jako wzięty pediatra. Codziennie widzi efekty swojej pracy i jest zadowolony. Często przyjeżdża do Nowego Jorku i stąd wiem , że nie ogląda się wstecz” — pisze Forman. Wyjaśnia on, że Pucholt już jako chłopiec chciał zostać lekarzem, a jego kariera filmowa była jedynie „przypadkowym zboczeniem z drogi ku prawdziwemu powołaniu”.

Pucholt jednak raz spojrzał za siebie i w 1999 roku wystąpił w czesko-amerykańskim filmie „Powrót utraconego raju”. Obraz wyreżyserował Vojtech Jasný. Filmu jeszcze nie widziałem, jak zobaczę, to podzielę się wrażeniami.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.