07 Gru 2015

Janusz Połom, mój szkolny kolega z III Liceum Ogólnokształcącego, profesor na Wydziale Sztuki UWM otrzymał nagrodę im. Hieronima Skurpskiego za dokonania w dziedzinie filmu i fotografii. W laudacji na cześć laureata wspomniałem o Jerzym Klikowiczu, naszym panu od przyrody. Ten utalentowany nauczyciel, gdy chodziliśmy do liceum, zrealizował film na lekcji biologii, taką filmową lekcję poglądową. Janusz dziękując za nagrodę wśród powinności artysty wymienił troskę o najbliższy pejzaż. Choć ceni sztukę wysublimowaną, to jednak spostrzega, że życie w harmonijnej przestrzeni jest najważniejsze.

Najlepsi

Pozostając w szkolnym kręgu: poznałem wnuczkę mojego wychowawcy i nauczyciela z podstawówki nr 5 na Zatorzu. Miało to miejsce na uroczystości wręczenia dyplomów ukończenia studiów absolwentom Wydziału Sztuki. Dwójka z nich: Vanessa Kurmin i Mateusz Cwaliński otrzymała nagrody dziekana za najlepsze dyplomy w roku akademickim 2014/2015. ( Tu na zdjęciu Zbyszka Urbalewicza).

Mgr Vanessa Kurmin to właśnie wnuczka mojego nauczyciela. Otrzymała nagrodę za cykl rzeźb, które wykonała pod kierunkiem dr. Izydora Borysa w Instytucie Sztuk Pięknych. Swoją pracą nawiązuje do ostatnich dni Pompei. Vanessa urodziła się we Włoszech. Pomysł na dyplom narodził się, gdy jako uczestniczka programu wymiany studentów Erazmus wyjechała na Sycylię. Zainspirowały ją odlewy ciał, które zobaczyła w ruinach Pompejów zniszczonych w starożytności przez wybuch Wezuwiusza.

O Mateuszu Cwalińskim, studiującym w Instytucie Muzyki, pisałem już w tym miejscu. Pamiętacie nazwę zespołu „ŻelipapĄ”? Słuchałem dyplomowej prezentacji tego zespołu (licencjat) w maju tego roku. Mateusz grał na akordeonie utwory słynnych mistrzów tang, Francuza Richarda Galliano i Argentyńczyka Astora Piazzolli. Lubię nie tylko słuchać Mateusza , ale patrzeć jak gra.

 

22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

30 Cze 2014

 

2Stolarczyk i Dakowicz3Mariola Kruszewska4Kotys czyta wiersze1Gracjan Kaja6Andrzej PieczynskiDSCN2449wenecja 1 

 

SOBOTA. W Praniu Przemysław  Dakowicz z Łodzi  (na zdjęciu z prawej, obok Jan Stolarczyk przewodniczący jury) otrzymał nagrodę imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Orfeusz za tomik „Teoria wiersza polskiego”.

 

Mariola Kruszewska  została  laureatką Orfeusza Mazurskiego  za tomik „Wczoraj czyli dziś”.

 

 

Najpierw czekaliśmy aż przestanie padać, ale nie przestało. Gala wręczenia nagrody a zarazem XVII Inauguracja Sezonu Artystycznego w Praniu odbyła się więc z powodu deszczu, nie na scenie nad Jeziorem Nidzkim, tylko pod dachem leśniczówki , w której Gałczyński napisał „Kronikę Olsztyńską” i gdzie znajduje się muzeum jego imienia. Pomieścili się wszyscy przybyli.  

 

 

Wiersze laureatów czytali Kamila Sammler-Kotys i Ryszard Kotys.

 

 

Kiedy przestało padać Gracjan Kaja, młody rzeźbiarz z Bydgoszczy, mógł odsłonić pomnik Zielonej Gęsi. Artysta powiedział, że pozowała mu prawdziwa gęś. Istotnie rzeźba jest bardzo realistyczna.

 

Andrzej Pieczyński przedstawił swój monodramem „Bal u Salomona”. Spytałem aktora czy czuł dreszcz, grając w historycznym wnętrzu.- Mam nadzieję ,że Ildefons nie grozi mi z góry palcem. Jeśli się pomyśli, że grałem wśród rzeczy, których on dotykał , to tak, poczułem metafizyczny dreszcz. Ale lepiej się z Gałczyńskim komunikuję przez tekst „Balu u Salomona”, w którym jest niebywała  kompensacja poezji – powiedział Andrzej Pieczyński, pamiętny taksówkarz Jurek z „Wielkiego Szu”. 

 

 

W tym roku przez cały sezon artystyczny w Praniu zaproszeni artyści: Stanisława Celińska, Tadeusz Chudecki, Marcin Troński i Wojciech Malajkat będą obok poezji Gałczyńskiego interpretować także twórczość zmarłego tej wiosny Tadeusza Różewicza. W Praniu rośnie już zasadzona jesienią ubiegłego roku daglezja z ogrodu Tadeusza Różewicza.

 

 

PIĄTEK. Wenecja to malowniczo położona  wieś niedaleko Morąga, jedna z miejscowości  o których istnieniu przypominamy sobie przy okazji nadzwyczajnych akcji. Z inicjatywy Iwony Bolińskiej-Walendzik , szefowej stowarzyszenia Areszt Sztuki, do wiejskiej świetlicy w Wenecji przyjechali z Olsztyna artyści- plastycy ze swoimi obrazami.

 

I ja tam byłem z Lucyną Kowalską, która  śpiewała moje wiersze i Mateuszem Cwalińskim, który jej akompaniował na akordeonie.

 

Po wernisażu i koncercie rozmawiałem z mieszkańcami , którzy wyrazili nadzieję, że nie jest to ostatnie nasze spotkanie. Nazwa tej wsi ma niebywały potencjał promocyjny. I są mieszkańcy, którzy to dostrzegają.

 

 

 

19 Lis 2013

PREMIERA PAPUSZY W OLSZTYNIE. NAGRODA IM.HIERONIMA SKURPSKIEGO

Zdjęcie1850 Papusza 1

Wtorek. Zdarzyło się nam w Olsztynie święto – premiera „Papuszy”.  Z udziałem aktorów i statystów oraz jednego z reżyserów  filmu – Krzysztofa Krauze. Mogłem wreszcie skonfrontować efekt końcowy z tym, co widziałem na planie.

Jestem pod dużym wrażeniem filmu. Odwiedziłem ekipę w październiku ubiegłego roku. Na zaledwie kilka godzin. Zaszyli się w Nadleśnictwie Wichrowo.

Powstały tam jedne z najbardziej malowniczych scen. Bez krajobrazu Warmii nie byłoby „Papuszy”. I oczywiście bez olsztyńskim Romów. Zdjęcia to majstersztyk operatorów: Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia. Na wielkiej polanie filmowali scenę zjazdu trzech taborów. Powstało ogromne obozowisko: wozy, kobiety, mężczyźni i dzieci, pozorny chaos. Ale żadnego zniecierpliwienia wśród statystów i całej ekipy. Wszyscy mili wobec siebie. Widać, że zafascynowani charyzmatycznym reżyserem.

Zdjęcie1845 Papusza 2

W tym tłumie ważną rolę odgrywali cyganolodzy i tłumacze romskiego: Jacek Milewski, Andrzej Grzymała-Kazłowski i nasz Rysio Choiński z Olsztyna (na zdjęciu).

Historia poetki Papuszy jest tylko pretekstem do przedstawienia panoramy losu polskich Romów w XX wieku. Opowieść idzie własnym torem. Ma wielu narratorów. Nie epatuje tanim folklorem. To coś w rodzaju albumu. Białego wiersza.

Świetny jest Zbigniew Waleryś jako Dionizy Wajs, mąż Papuszy. Skromnie sobie stał po premierze. Uścisnąłem mu rękę. Sądzę, że jeszcze dużo dobrego o nim usłyszymy.

Piątek. Otrzymałem Nagrodę Prezydenta Olsztyna im. Hieronima Skurpskiego w dziedzinie sztuk plastycznych. Za popularyzację sztuk plastycznych oraz ludzi kultury, zjawisk i wydarzeń artystycznych. Uroczystość miała miejsce na zamku .

W trakcie wieczoru Marta Andrzejczyk zaśpiewała trzy moje wiersze a Piotr Banaszek towarzyszył jej na fagocie. Elżbieta Grad-Cupriak i Jarosław Cupriak przeczytali urywki „Podróży do obrazów” (Amsterdam, Florencja i Wenecja). Laudację wygłosił Kazimierz Brakoniecki.

Dziękując za nagrodę opowiadałem o artystach, którzy byli moimi przewodnikami w świecie sztuki, m.in. o Tadeuszu Gronowskim, Rolandzie Toporze i Hieronimie Skurpskim. A także o konceptualistach, których poznałem podczas studiów w Toruniu: Tadeuszu Burniewiczu i Wiesławie Wachowskim.

Na tym zdjęciu jest Skurpski i Bury.

Obraz (46)

W zamku pokazałem m.in. animację „Razem” z 1977 roku, fragmenty dokumentu z 1999 roku „Przed zagadką. Lustro Hieronima Skurpskiego” a także mini-reportaż z niedawnej wizyty w pracowni śląskiego malarza Erwina Sówki.

Oprócz statuetki, dyplomu i kwiatów dostałem niezwykły prezent. Aleksander Wołos wręczył mi małe zawiniątko. Były w nim takie oto konceptualne prawdziwki i podgrzybki z… kasztanów.

Prawdziwki

19 Mar 2013

Zapach kawy roznosił się po Kętrzynie w końcu XIX wieku. Tak zapamiętał z dzieciństwa niemiecki poeta Arno Holz, który urodził się w tym mieście. Wówczas nosiło ono nazwę Rastenburg.

Gdy jesteśmy dziećmi mamy węch absolutny. Koleżanka opowiedziała mi o swoim doświadczeniu zapachowym: osiedle Nad Jeziorem Długim w Olsztynie, wiosna. Czyta w domu obowiązkową lekturę. „Niemcy” Leona Kruczkowskiego. Żeby się lepiej czytało otworzyła okno. I wtedy poczuła zapach ziemi. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak był intensywny: ziemia nieskażona żadną chemią, a powietrze bez spalin. W trakcie lektury koleżanka  wyglądała przez okno i była świadkiem jak wprost z ziemi wychodzą tulipany.

Koleżanka podzieliła się tym wspomnieniem e-mailowo z kolegą mieszkającym w Arizonie. Wzruszył się do tego stopnia, że musiał wyjść z domu by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przypominanie zapachów i smaków z dzieciństwa wzbudza emocje podobnie, jak przywoływanie obrazów z dawnych lat. Niedawno w sali kopernikańskiej zamku Zofia Barankiewicz, znana olsztyńska fotografka, przedstawiała część swoich zbiorów. Na widok fotografii Olsztyna z lat  50. i 60. nie jednej z licznie zebranych tam osób „spociły się oczy” – jak to mówiła Nel. Kto pamięta kino letnie nad Jeziorem Długim? Pani Zofia zrobiła takie zdjęcie.

A ja sfotografowałem  dom na Zatorzu w którym spędzilem dzieciństwo .

 

 

27 Sty 2013

Wciąż spotykam ludzi, którzy opowiadają mi o kopiarkach 3D. Na podstawie zdjęcia można na przykład stworzyć  przy pomocy owej maszyny przestrzenną miniaturkę czyjeś postaci z plastiku. By postawić sobie na biurku, albo schować do portfela. Albo siebie takiego miniaturowego zrobić by podarować komuś. By sobie miał. Ale to oczywiście jedno z wielu zastosowań kopiarki 3D. Już używają tych urządzeń  studenci kierunków projektowania przemysłowego. Ma taką gdańska Akademia Sztuk Pięknych. O ich znaczeniu w edukacji świadczy fakt, że administracja prezydenta Obamy w najbliższych czterech latach sfinansuje wyposażenie tysiąca amerykańskich szkół w warsztaty 3D. Edwin Bendyk, autor książki „Bunt Sieci” rzucił już na początku ubiegłego roku hasło fundowania kopiarek 3D polskim szkołom by dzieci uczyły się innowacyjnego myślenia. Japończycy umieszczają te drogie – na razie – urządzenia w miejscach publicznych by mogli z nich korzystać zwykli ludzie. Najlepiej byłoby samemu udać się do Japonii by sprawdzić jak to tam działa. Można już  za niecałe 600 złotych odbyć  podróż lotniczą do Tokio i z powrotem. Zrobił tak  21-latek z Bydgoszczy, pasjonat taniego latania. Spędził kilkadziesiąt godzin w samolotach i siedem godzin w Japonii. Nie interesowały go kopiarki . Zjadł sushi, obejrzał dzielnicę biznesową Tokio, zwiedził świątynię i przejechał się też szybką koleją. Tyz piknie.

Nie boję się robotów

Ankieterka – licealistka spytała mnie czy nie boję się robotów. Ja ? Skąd. Robotów się bać?  Przyjaźnie jestem do nich  nastawiony. Pełna empatia.  Obejrzałem w PLANETE + dokument „Roboty. Nowocześni terapeuci”. Świat zachodni oddala się od nas z prędkością światła. Film opowiada o doświadczeniach z robotami terapeutycznymi w Danii, Francji, Niemczech i Japonii. Niemiecki teolog zastanawiał się jak prawdziwe są uczucia wywoływane przez maszynę. Bo powstało zagadnienie: czy informować starszych pacjentów z demencją, że mają do czynienia z robotem.

Tym robotem była skonstruowana przez Japończyków elektroniczna foczka Paro, którą testowano w jednym z niemieckich domów opieki. W takich placówkach nie wolno mieć zwierząt. Więc elektroniczna foczka jak żywa, z wielkimi oczami jak z disnejowskiej kreskówki nigdy się nie nudzi i nie złości. I oczywiście nie wydala z siebie niczego. Nawet czystej wody. Szybko uczy się głosu osoby, która chce się z nią zaprzyjaźnić. I daje się przytulać bez żadnych fochów. Karmić ją tylko trzeba prądem elektrycznym. Końcówka do ładowania przypomina kształtem smoczek. Czy jest w tym wszystkim drugie dno? Pewnie chęć obniżenia ceny usług medycznych. Ale skoro kontaktując się ze sztuczną foczką  pacjent czuje się lepiej, to wszystko jest w porządku.

Pamiętajmy jednak, że słowo robot  wymyślił czeski pisarz Karel Čapek. Napisał on sztukę , gdzie  przedstawił fabrykę w której pracują roboty  wyglądające jak ludzie. Coś w rodzaju androidów czy ludzkich klonów . I które w końcu się buntują. Rozróżnienie podróbki człowieka w postaci robota od oryginału jeszcze więc przed nami. Ale starożytni  Grecy wszystko już dawno przemyśleli. Potrafili odróżnić  bogów, który mieszali się z tłumem, od ludzi. Po oczach. Bogowie mieli w nich nieśmiertelność. Podobnie będzie można podejść człekokształtnego robota, który pewnego dnia zapuka do naszych drzwi. Spójrzmy mu w oczy nim go wpuścimy do siebie. Zobaczymy w nich czy jest sztuczny. Chyba że nie zdążmy w nie zajrzeć, bo pobiegnie do kontaktu by się doładować.

07 Sty 2013

Czwartek. Za oknem istna wiosna – kompletny brak zimy. Jej deficyt w ubiegłym roku spowodował, że Wajda nie zakończył zdjęć do „Wałęsy”. Będzie kontynuował w styczniu. Jak spadnie śnieg. Kiedyś filmowcy robili sztuczny. Aktorzy chodzili po zwałach naftaliny, ale też soli. W kinie najlepiej zima – jak pamiętam – wyglądała w „Doktorze Żywago” z 1965 roku. Chętnie sprawdziłbym to teraz, bo podobno po cyfrowej obróbce obraz „nieustannie powoduje radosne dreszcze podczas oglądania”. Czy jest takie kino na świecie w którym mógłbym zobaczyć odrestaurowanego „Doktora Żywago”? By nakręcić ten film pod Madrytem wybudowano replikę… Moskwy a zdjęcia zimowe kręcono w Finlandii.

Środa. W „Guinnessa księdze filmu” znalazłem wiadomość, że niektóre sceny „Doktora Żywago” zrealizowano na węższej o połowę, czyli tańszej taśmie 16 mm. Ja filmowałem jeszcze taniej, bo na 8 mm. Nie ja jeden wtedy na świecie, bo Spielberg i Almodovar też. Jaki jest związek tego ostatniego z Olsztynem pisałem już w  naszej „Gazecie”, więc nie będę się powtarzał.

W tym samym 1965 roku miała premierę „Kasia Ballou” z Marvinem i Jane  Fondą. Ten film widziałem w kinie „Grunwald”. Jane wywoływała dreszcze. Jakie były przygotowanie do seansu w „Grunwaldzie”. Wyobraźcie sobie: sala nabita do ostatniego miejsca, a bileter w liberii rozpyla ze specjalnej szprycy wodę kolońską. Żeby było przyjemniej.

Wtorek. W święta obejrzałem „Chinatown” Polańskiego z 1974 roku. Niestety nie w kinie, w telewizorze. Arcydzieło. Ciekawy przypadek: muzyka pisana była do tego obrazu dwukrotnie. Pierwszą stworzył niejaki Alonzo. Po pierwszym publicznym pokazie „Chinatown”, kiedy połowa widzów wyszła z kina przed końcem seansu, Polański z producentem Evansem postanowili ją zmienić. I w osiem dni doświadczony kompozytor hollywoodzki Jerry Goldsmith (18 nominacji do Oscara, choć otrzymał tylko jednego, za „Omen”) napisał nową partyturę. Ta muzyka, z dominującą solową partią trąbki, spowodowała, że to był już zupełnie inny film. Otrzymał jedenaście nominacji do Oscara. W końcu dostał tylko jednego, za scenariusz. W 1974 roku  najlepszym filmem Akademia Filmowa uznała „Ojca chrzestnego II”.

Poniedziałek. Jednak filmowym przebojem świąt i Nowego Roku był dla mnie i moich znajomych Waldemar Januszczak. Jest on najsłynniejszym brytyjskim krytykiem sztuki. Należy do ludzi o polskich korzeniach, którzy odnieśli prawdziwy sukces w Wielkiej Brytanii. Pisuje w „The Sunday Times” i prowadzi fascynujące programy telewizyjne o artystach malarzach, starych i nowych mistrzach. Mówi w sposób obrazowy i z ogromnym entuzjazmem. Obejrzałem kilkuodcinkowy serial w którym opowiadał o impresjonizmie. Między innymi o pewnym zamożnym inżynierze i żeglarzu, który nazywał się Gustave Caillebotte i wspierał impresjonistów m.in. Moneta kupując ich obrazy. Pod ich wpływem sam zaczął malować. Januszczak analizował obraz Caillebotte’a  przedstawiający most Europy w Paryżu w sposób tak fascynujący, że chciałoby się natychmiast wsiąść w samolot i udać się do Frankfurtu nad Menem, gdzie do 20 stycznia będzie czynna wystawa obrazów Caillebotte’a.

Niedziela. W tym roku na Sylwestra licealiści uczący się do międzynarodowej matury przebierali się za drużynę filmowego „Ojca  chrzestnego”. Mój znajomy w karnawale wystąpi jako postać z opery. Nie wie jeszcze jakiej. Ma się konsultować z panią doktor od włoskich librett. Czytam de Maupassanta i Moravię. Kupiłem w antykwariacie. Ten pierwszy pokazuje Francję impresjonistów, drugi Włochy lat 60. XX wieku. De Maupassant jest bezpruderyjny. Tak jak paryscy malarze z jego epoki. Poczytajcie „Idyllę”. O tym jak kobieta karmi w pociągu  piersią mężczyznę, który nie jadł od dwóch dni. A Moravia? Ci co piszą o mediach powinni czytać tego pisarza. Kapitalna jest „Nadęta twarz” o fotografiście – paparazzi, któremu żona nie pozwala wykonywać tego zawodu.

Sobota. Licealiści przebierają się za ferajnę „Ojca chrzestnego”, ale czytają „Technology review”. To pismo wydaje najważniejsza politechnika świata – Massachusetts Institute of Technology. Przeczytałem wywiad z pracującą w MTI trzydziestoletnią neurobilożką Rebeccą Saxe, która zajmuje się teorią umysłu. Saxe  próbuje zrozumieć umiejętność porozumiewania się bez słów. Okazuje się, że zawiaduje tym mały obszar mózgu za prawym uchem. Tak jak miłością i zdolnością prowadzenia dialogu. Odpowiada on również za to, że teraz piszę te słowa. Możemy być spokojni o licealistów. Wiedzą gdzie schowane są konfitury.

 Piątek. Znajoma licealistka podsunęła mi ankietę skierowaną do ludzi 50 plus (to ja) na temat robotów. Czy będę je wykorzystywał w przyszłości, czy się ich nie obawiam itd. W jednym z tygodników przeczytałem o założycielu i prezesie firmy iRobot. Colin Angle, oczywiście absolwent MTI produkuje roboty, które jeżdżą po Marsie. I służą w polskim wojsku. Ale najciekawszy jest chyba szpitalny, który zapewnia konsultacje z nieobecnym na miejscu specjalistą. Mój znajomy pracuje w Szwecji. Nie ma dzieci. Jego mama jest tym zmartwiona: bo kto będzie się tobą opiekował na starość? – pyta. Roboty – odpowiada znajomy.

 

09 Cze 2012

Stawkolodzy czyli sympatycy serialu  „Stawka większa niż życie” przyjechali na dwa dni do Olsztyna. 

W tę sobotę wędrowali  po Starym Mieście śladami serialu. Wcześniej spotkali się ze Stanisławem Mikulskim, który niezapowiedziany – z ręką na temblaku, po przebytej niedawno operacji ręki – zjawił się w klubie „U Artystów”. Aktor opowiadał na liczne pytania dotyczące serialu, ale także najnowszej produkcji w której wystąpił z Emilem Karewiczem – „Stawka większa niż śmierć”.

Stanisław Mikulski obejrzał też wystawę na której zgromadzono  między innymi zdjęcia z 1967 roku, kiedy powstawały  „olsztyńskie” odcinki „Stawki”.

Wystawa na parterze  klubu „U Artystów” ma być czynna całe lato. Może stanie się zaczątkiem Muzeum Hansa Klossa w Olsztynie?

Zaułek „Stawki większej niż życie” już jest i pod nim w samo południe w sobotę sfotografowali się uczestnicy zlotu. Wśród nich był nestor olsztyńskich fotoreporterów  – Wacław Kapusto.

 

28 Maj 2012

Poniedziałek. Wczoraj Złota Palma  w Cannes dla filmu „Miłość”  Michaela Hanekego. Austriacki reżyser już dostał te prestiżowe wyróżnienie za „Białą wstążkę” trzy lata  temu. Krytycy piszą, że to film klasyczny o miłości dwojga ludzi, którzy już mają większość życia za sobą. Grają w nim dwie legendy kina francuskiego Emmanuelle Riva („Hiroszima moja miłość”) i Jean-Louis Trintignant ( „Kobieta i mężczyzna”, „Trzy kolory: Czerwony”). To tak jakby Marek Koterski wyreżyserował film z Andrzejem Łapickim i Barbarą Kraftówną w roli głównej, albo Emilem Karewiczem i Lucyną Winnicką. Może doczekamy takiego filmu i Złotej Palmy w Cannes dla Koterskiego?

Niedziela. Zasmakowaliśmy w wolności kupowania w niedzielę i tak łatwo od niej nie odstąpimy. Dziś od rana w moim osiedlowym sklepiku tłumek. Mamy inne zmartwienia niż pamiętać kiedy jest ustawowy zakaz handlu.

W powietrzu czuć nadciągającą zmianę, bo ludzie mówią publicznie to, co myślą. Po profesorach krytykujących jakość uniwersyteckiego kształcenia wypowiedziała się Magda Gessler o restauratorstwie. Uczestnicząc w wyścigu szczurów „nie wiemy, że dobre życie w ogóle jest możliwe”- mówi Gessler i zdradza, że mamy najlepszą wołowinę i wieprzowinę na świecie, ale nie można jej dostać w naszych sklepach, bo idzie na eksport. Tuż przed 1939 rokiem  eksportowaliśmy bardziej nowoczesne myśliwce, od tych, których używało nasze lotnictwo. Z tego powodu szybciej przegraliśmy we Wrześniu, tak jak teraz przegrywamy wojnę o polski smak, bo w naszych sklepach jest tylko chińska wieprzowina.

Tradycje kuchni staropolskiej odeszły w niepamięć, bo od morza do Tatr serwuje się to samo, a głównie góralszczyznę, pizzę i kebab z zamrażalnika. Jedynie trzyma się Górny Śląsk, co potwierdzam, gdzie można zjeść, roladę i kluski śląskie z modrą kapustą, czyli „ślonski łobiod”.

Czy ktoś wie gdzie w Olsztynie podają ryby z okolicznych jezior?

Sobota. Krzysztof Rybiński wieszczy w „Bloomberg Businessweek”, że Grecja i Włochy upadną, jeśli taka będzie wola rynków finansowych. W tymże „BB” przeczytałem, że w Portugalii z powodu kryzysu usunięto z kalendarza cztery dni świąteczne (w tym Boże Ciało) i zawieszono budowę linii TGV między Lizboną a Madrytem. Świat drenuje Portugalię z mózgów. Wyjeżdżają najzdolniejsi absolwenci a przyjeżdżają mniej wykształceni z dawnych kolonii.

Piątek. Zapragnąłem przypomnieć sobie „Niebo nad Berlinem” Wendersa, film z 1987 roku. Poszedłem do dużej wypożyczalni. Sympatyczny młody człowiek rozłożył ręce jakbym zapytał o klasykę niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. Kilka lat, tyle trwa pamięć wypożyczalni. Poza tą granicą jest czarna dziura. Wziąłem więc „Dziewczynę z tatuażem” Finchera, hollywoodzką ekranizację pierwszej części trylogii Larssona „Millennium”.  Amerykański film ma świetny montaż i jest lepiej zrobiony niż szwedzka produkcja sprzed trzech lat. Natomiast aktorzy u Finchera – moim zdaniem – są zbyt gładcy. Lepsze są przaśne typy w szwedzkim filmie.

Oglądając „Dziewczynę z tatuażem” uświadomiłem sobie, że Larsson zastosował ten sam chwyt fabularny, co przed laty Julio Cortazar w opowiadaniu „Las babas del diablo” (po polsku „Babie lato”), Szwed tak jak Argentyńczyk wyszedł od fotografii, co tak świetnie rozwinął Antonioni w „Powiększeniu”.

Środa. Tomasz  Białkowski zdobył „Wawrzyn”- Literacką Nagrodę Warmii i Mazur za powieść „Teoria ruchów Vorbla”, a Waldemar Kontewicz nagrodę czytelników za „Braniewnik”. Kontewicz urodził się w Braniewie w 1951 roku. „Braniewnik” jest jego debiutem książkowym. Ukończył fizykę na olsztyńskiej WSP, uczy matematyki w Toronto..

„Braniewnik”,  podobnie jak inny finalista  Wawrzynu – „Miasteczko” Waldemara Mierzwy to książka  traktująca z czułością region. Obie wnoszą nowy smak do naszej literatury. I jeszcze jedno; nigdy nie było takiego zainteresowania mediów Wawrzynem jak w tym roku.

Po tym święcie  literatury z Warmii i Mazur jakim było wręczenie Wawrzynu  szykują się wkrótce dwie premiery najnowszych powieści: Włodzimierza Kowalewskiego „Ludzie moralni” oraz Tomasza Białkowskiego „Drzewo morwowe”. Prozaicy trzymają się mocno w naszym mieście.

Środa. Jubileusz Borussii z okazji 50 numeru pisma. Do planetarium przyszło wiele znanych osób. Trochę zabrakło mi współpracowników z zagranicy. Nie było też Kazimierza Brakonieckiego pierwszego redaktora naczelnego pisma.

Borussia jest fenomenem, bo stowarzyszenie działa już ponad 20 lat i dobrze sobie radzi w tych ciężkich czasach dla kultury. Głównie dzięki ofiarności pracujących we Wspólnocie Kulturowej Borussia kobiet. I poza oficjalną urzędową i państwową kulturą.

 

 

 

14 Maj 2012

Sobota. Dlaczego nie jesteśmy Ameryką? Bo tam samouk może zostać kimś, a u nas bez papieru ani rusz. Bert Stern przeszedł do historii fotografii jako autor ostatnich zdjęć Marilyn Monroe. W 1962 roku, na 6 tygodni przed śmiercią aktorki, w ciągu trzech dni zrobił ich w hotelu w Los Angeles prawie 2700. 93 minutowy film dokumentalny „Bert Stern. Prawdziwy madman” traktuje o jego karierze, ale głównie o tamtych dniach, kiedy fotografik nawiązał intymne porozumienie z MM, która pozwoliła mu się sfotografować nago w pościeli.

Pasjonująca jest opowieść o jego życiu. Nie chciał się uczyć. Rzucił szkołę, gdy miał 13 lat, ale słuchał ojca. – Musisz iść do pracy – powiedział Sternowi tata, ale spytał syna o zdanie. Gdzie chciałbyś pracować? –  W lodziarni…

Stern miesza lody i je sprzedaje. Uwielbia to robić. Po trzech latach ojciec mu każe zmienić zajęcie: To nie jest praca na miarę twoich możliwości. Zatrudnij się w banku… Stern trafia na Wall Street. A gdzie fotografia? Dopiero, gdy idzie do wojska. W czasie wojny w Korei  stacjonuje w Tokio i tam zaczyna fotografować.

Życie filmowe w Olsztynie znów mi się podoba, bo jesteśmy w jego centrum mając możliwość oglądania w weekend najlepszych filmów dokumentalnych świata w trakcie Planete+ DOC Film Festival. Nazwa wprawdzie dziwaczna i nie po polsku, ale filmy świetne. Tak na marginesie: zakończony właśnie festiwal polskich filmów fabularnych nosi od tego roku nazwę Gdynia Film Festival.  

W Gdyni Złote Lwy zdobył film „W ciemności” Agnieszki Holland, dzieło cokolwiek męczące. Dla mnie najciekawsze w tej historii jest życie powojenne Leopolda Sochy, który mieszkał w Gliwicach z ocalonymi przez siebie Żydami i wcale nie zginął w 1945 roku, jak dowiadujemy się z napisów końcowych filmu, tylko rok później. Ale to byłby zupełnie inny film i musiałby go zrealizować Kazimierz Kutz.

Wtorek. Jest tyle do czytania. Odrabiam zaległości nocą. Najciekawsze są tygodniki, i jak mówią Rosjanie, „tołstyje żurnały”, czyli miesięczniki i kwartalniki. Świetne są wypowiedzi ludzi filmu. We „Wprost” pierwszy od lat wywiad z Romanem Polańskim. Pytany o polskie kino mówi, że aktorzy w naszych filmach krzyczą. Że tylko Janusz Gajos mówi jak człowiek. Polańskiemu podoba się też, że mniej się w Polsce pije. Na pytanie: co większą rolę odgrywa w życiu – przypadek, czy przeznaczenie odpowiada, że coś między przypadkiem a przeznaczeniem. Między – między.

W „Wysokich Obcasach” kompozytor Abel Korzeniowski, twierdzi, że Polacy są dość depresyjni  i „inni to widzą” – mówi- więc kiedy potrzebna jest melancholia w filmie wytwórnie sięgają po kompozytorów z naszego kraju .

Zastanawiam się czego inne narody w nas nie widzą, a co bez wątpienia mamy.

Świetny nr 74 z 2011 „Kwartalnika filmowego” poświęcony „rzeczom filmowym” a w nim wspomnienia Łukasza Maciejewskiego i Agnieszki Holland o Marii Kornatowskiej. Pamiętam ją z wielu seminariów filmowych. Była ładna i mądra. Wyglądała jak miniaturka Marilyn Monroe. Maciejewski zapamiętał jej przykazanie by pisać recenzje osobiste, w pierwszej osobie. Holland w dowcipnym i ciekawym wspomnieniu napisała, że Maria Kornatowska była niezwykle elegancka i zawsze chodziła w szpilkach. Nawet klapki miała na szpilkach. Wiem, że swój wspaniały księgozbiór przekazała łódzkiej filmówce w której wykładała.

Środa. 9 maja zmarł Andrzeja Czeczot. Jego śmierć obeszła mnie, jak kogoś bliskiego. Na moich oczach odbywała się rewolucja, która doprowadziła do tego, że „grafika z kosza na śmieci”, jak nazwał ją pewien krytyk, trafiła najpierw do pism, a potem do gazet. Andrzej Czeczot i Andrzej Mleczko to tylko  najbardziej sławni rycerze tej rewolucji w naszym kraju. A było ich wielu. Także w Olsztynie.

Przed nimi utrzymywał się w naszym rysunku prasowym styl francuski, elegancki i mający swój urok, ale raczej purytański. Dwaj wymienieni, ma to związek ze zmianami obyczajowymi, nasycili go rubaszną plebejskością i humorem na granicy przyzwoitości. Niektórym krytykom rysunki tej grupy wydawały się cokolwiek koślawe.

Bardzo lubię album z rysunkami Czeczota „IFO. Zidentyfikowane obiekty latające” wydany w 1980 roku w Gdańsku. Autor dedykował tę książkę Stanisławowi Lemowi. Są w niej rysunki, które nadal mnie śmieszą. Nie powiem jakie, bo przecież to głupie opowiadać rysunki.

Pisząc o Czeczocie myślę o całej generacji genialnych grafików i rysowników, którzy – co najtrudniejsze w sztuce – stworzyli swój własny alfabet. Jak Henryk Tomaszewski, właśnie Czeczot czy Roland Topor.

Po nich, tak jak po Stanisławie Lemie powstała kosmiczna pustka, której nic nie zapełni.

Rozmawiałem z Czeczotem 11 lat temu, bo tak się składa, że 10 maja 2001 otwarto wielką wystawę jego rysunków satyrycznych w olsztyńskiej Galerii BWA. Był witalny, pełen wigoru. Wydawało się, że będzie żył ze sto lat.

Czwartek. Na przystanku pewien obywatel, ni stąd, ni zowąd zwrócił się do mnie:- Panie redaktorze. Ma pan słabą marynarkę- i dodał trochę ciszej: –  Stać pana na lepszą… Odpowiedziałem, że jestem do mojej marynarki przywiązany. Jest tak w istocie. Wcale nie uważam jej za najgorszą. Być może z krytykiem mojego odzienia, gdzieś się poznaliśmy. Coraz częściej zdarza mi się, że ktoś się do mnie uśmiecha, jakbyśmy się dobrze znali.

Już jak wsiadłem do autobusu zobaczyłem przez szybę ciężarówkę z wielkim napisem: „Wypożyczalnia strojów karnawałowych i pokrowców na krzesła”. Nazwa firmy wydała mi się cokolwiek z Gałczyńskiego, później dowiedziałem się, że te stroje karnawałowe i pokrowce, to jak najbardziej naturalny zestaw.

 

Piątek. Poszedłem do kina sprawdzić jak Niemcy poradzą sobie ze swoim wieszczem, czyli z Johannem Wolfgangiem Goethem. Uważam, że wyszło nieźle. Film „Zakochany Goethe” obejrzałem z przyjemnością. Historia, jak doszło do napisania „Cierpień młodego Wertera” przedstawiona jest zręcznie, a sławngo niemieckiego romantyka gra urodziwy aktor Alexander Fehling. I w kawiarni filmowej przy kinie pstryknąłem komórką  Jamesa Deana w aucie.

 

Niedziela. Zobaczyłem w telewizji słynny film „Na krawędzi nieba”, Fatiha Akina. Reżyser jest synem tureckich emigrantów, urodził się w Hamburgu. Jerzy Płażewski postawił kiedyś tezę, że być może Akin nie jest ani Turkiem ani Niemcem, tylko ma jakąś trzecią narodowość, między-między.

A może pojecie narodu – w erze tanich linii lotniczych traci rację bytu? – pyta Płażewski. Teraz ja z kolei, idąc tym tropem, zastanawiam się nad tym, czy czasem nie mamy do czynienia z tworzeniem się czegoś takiego, trzeciego narodu, w Anglii. Wielu młodych ludzi z Polski, którzy pracują na Wyspach być może  jeszcze nie jest Brytyjczykami, ale czy nadal są Polakami?

W filmie mamy świetnych aktorów tureckich, błyszczy też aktorka urodzona w Polsce – Patrycja Ziółkowska .

Ziółkowska ostatnio gra w teatrze w Hamburgu Małgorzatę w trwającym od 8 do 9 godzin „Fauście”. Osiągnęła niebywały sukces o którym wiedzą – jak zwykle w Polsce – tylko specjaliści.

 Ale w filmie gra też Hanna Schygulla, rodowita Ślązaczka z Chorzowa, kiedyś aktorka Fassbindera.

Ciekaw jestem kim ona się czuje?

 

Sobota. Rozmawiam z mamą o „Panu Tadeuszu”. Że jego znajomość słabnie w najmłodszym pokoleniu. W siódmej klasie szkoły podstawowej przerabialiśmy na polskim przez cały rok księgę po księdze, z tego sporo na pamięć. Podobnie szczegółowo przerabiała poemat wieszcza w szkole moja mama, a wcześniej moja babcia.

Ciekawe czy Anglicy przestali uczyć w szkołach Szekspira, a Grecy Homera? Może ktoś wie?

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.