07 Gru 2015

Janusz Połom, mój szkolny kolega z III Liceum Ogólnokształcącego, profesor na Wydziale Sztuki UWM otrzymał nagrodę im. Hieronima Skurpskiego za dokonania w dziedzinie filmu i fotografii. W laudacji na cześć laureata wspomniałem o Jerzym Klikowiczu, naszym panu od przyrody. Ten utalentowany nauczyciel, gdy chodziliśmy do liceum, zrealizował film na lekcji biologii, taką filmową lekcję poglądową. Janusz dziękując za nagrodę wśród powinności artysty wymienił troskę o najbliższy pejzaż. Choć ceni sztukę wysublimowaną, to jednak spostrzega, że życie w harmonijnej przestrzeni jest najważniejsze.

Najlepsi

Pozostając w szkolnym kręgu: poznałem wnuczkę mojego wychowawcy i nauczyciela z podstawówki nr 5 na Zatorzu. Miało to miejsce na uroczystości wręczenia dyplomów ukończenia studiów absolwentom Wydziału Sztuki. Dwójka z nich: Vanessa Kurmin i Mateusz Cwaliński otrzymała nagrody dziekana za najlepsze dyplomy w roku akademickim 2014/2015. ( Tu na zdjęciu Zbyszka Urbalewicza).

Mgr Vanessa Kurmin to właśnie wnuczka mojego nauczyciela. Otrzymała nagrodę za cykl rzeźb, które wykonała pod kierunkiem dr. Izydora Borysa w Instytucie Sztuk Pięknych. Swoją pracą nawiązuje do ostatnich dni Pompei. Vanessa urodziła się we Włoszech. Pomysł na dyplom narodził się, gdy jako uczestniczka programu wymiany studentów Erazmus wyjechała na Sycylię. Zainspirowały ją odlewy ciał, które zobaczyła w ruinach Pompejów zniszczonych w starożytności przez wybuch Wezuwiusza.

O Mateuszu Cwalińskim, studiującym w Instytucie Muzyki, pisałem już w tym miejscu. Pamiętacie nazwę zespołu „ŻelipapĄ”? Słuchałem dyplomowej prezentacji tego zespołu (licencjat) w maju tego roku. Mateusz grał na akordeonie utwory słynnych mistrzów tang, Francuza Richarda Galliano i Argentyńczyka Astora Piazzolli. Lubię nie tylko słuchać Mateusza , ale patrzeć jak gra.

 

22 Lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

25 Paź 2014

Pamiętacie „Panoramę Północy”, tygodnik ilustrowany, który ukazywał się w Olsztynie do 1981 roku? Znalazłem „Panoramę Pólnocy” na płótnie Hieronima Skurpskiego.

Poniedziałek. Wybrałem się na Zatorze, a konkretnie na ulicę Parkową 1. Wiesław Wachowski zaprosił mnie do Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych, bo z okazji przejścia na emeryturę urządził performance. Zjawili się jego przyjaciele z dawnych lat, a także koleżanki i koledzy z pracy, czyli CEiIK-u.

Artysta rozsypał w sali widowiskowej 5712 kapsli. Jeden kapsel za jeden dzień, bo tyle dni pracował w tej instytucji, ucząc rysować i malować młodzież, a także dorosłych. Była to więc medytacja nad życiem, które minęło. Kapsle artysta zbierał sam, pomagali mu też przyjaciele.

Wiesiek 2

Przyznam, że starałem się podczas tego spotkania nie poddawać nastrojowi melancholii, jak to bywa, gdy myślimy zbyt uporczywie o upływającym czasie. Znam Wieśka jeszcze z czasów studenckich, gdy mieszkaliśmy w tym samym akademiku na Bielanach w Toruniu. Jako  dyplomowany grafik po Wydziale Sztuk Pięknych UMK w listopadzie 1973 roku Wiesiek zjawił się w Olsztynie. Zaprosił go Tadeusz Burniewicz, kolega ze studiów, który po prostu zameldował przyjaciela w mieszkaniu swoich rodziców na Zatorzu.

Gdy Wiesiek otrzymał pracownię w dawnej kotłowni przy ul. Kołobrzeskiej 17 stała się ona wkrótce alternatywnym ośrodkiem kultury. Miałem tam okazję słuchać śpiewającego i grającego na gitarze Edwarda Stachurę.

Wiesław Wachowski jest artystą awangardowym, zaangażowanym w swój czas. Czwartą rocznicę ataku z 11 września 2001 roku na wieże WTC w Nowym Jorku upamiętnił specjalnym pokazem. Na scenie staromiejskiej z siedmiu tysięcy drewienek zbudował dwie ponad czterometrowe konstrukcje, które ściął na oczach widzów. Powtórzył tę akcję w 2006 i 2007 roku.

Wiesiek używa wody, śniegu, lodu oraz własnego ciała „jako medium artystycznych działań”. Jego akcje są wydarzeniem jednorazowym. Jakby rzeźbił we mgle. Albo w chmurze. Ich jednym śladem są fotografie lub filmy, które można zobaczyć w Internecie.

Czwartek. Pojechałem na nidzicki zamek (16 października) na sesję naukową i wystawę „Skurpski – opisanie świata”. Paweł Gawliński prezentował blisko 80 prac pana Hieronima, będących wyborem z gromadzonej od połowy lat 90. ubiegłego wieku kolekcji. Ma on prawdziwe perełki, np. widoki miast Warmii i Mazur, w tym Olsztyna i Nidzicy. Bezcenne szkice do kanonicznej „Pustej nocy”. Wśród innych ciekawostek zwraca uwagę matissowski obraz i szkic do niego pod tytułem „Panorama Północy” (egzemplarz pisma na czerwonym stoliczku, przy którym artysta malował).

katalog

Każdy interesujący się regionem powinien w te pędy ruszyć do Nidzicy. Wystawa niestety jest czynna tylko w godzinach pracy Nidzickiego Ośrodka Kultury, czyli do godz.15. W trakcie sesji wystąpiłem z prelekcją „Mazur z ulicy Warmińskiej. Portret w ruchu” , która podobnie jak inne wystąpienia z sesji znalazła się w pięknie wydanym katalogu opracowanym graficznie przez Bogdana Żukowskiego.

Wcześniej moje wspomnienie o panu Hieronimie Skurpskim, rysowniku, grafiku i artyście – malarzu oraz założycielu wielu instytucji kulturalnych i naukowych w powojennym Olsztynie ukazało się w tomie „Artysta, który miał świadomość spełnienia” (Tow. Naukowe im. W. Kętrzyńskiego, Olsztyn 2014 ). Promocja książki, w której brał udział m.in. Erwin Kruk, miała miejsce w Domu Polskim w Olsztynie 17 września.

Hieronim Skurpski

Piątek. Zwieńczeniem uroczystości w stulecie urodzin pana Hieronima  było spotkanie na zamku w Olsztynie (17 października) „Hieronim Skurpski  jakiego nie znacie”  i otwarcie wystawy  jego prac  ze zbiorów olsztyńskich kolekcjonerów (na zdjęciu jedna z prac, autoportret artysty). Interesujący referat wygłosił o panu Hieronimie, jako kustoszu Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, Andrzej Rzempołuch.

 

 

08 Kwi 2014

Waluga

Ożył tramwaj, który sfotografował Jurek Waluga. Proszę przyjść do BWA Galerii  Sztuki  (planetarium) na wystawę „Ikony i ślady. Nasz Olsztyn” by przekonać się o tym samemu.

Należy stanąć przed tą wielkoformatową fotografią i wsłuchać się w odgłosy Olsztyna sprzed pół wieku. Bowiem jest to wystawa dźwiękowa. Ekspozycji towarzyszą odgłosy miasta nagrane przez reporterów olsztyńskiego Radia w centrum miasta w połowie lat 60. Słychać śmiejące się dzieci, stukot końskich kopyt, warkot motocykla, trąbienie samochodów oraz dzwonek i trzask zamykanych drzwi tramwaju właśnie.

Jak wspomina Jurek Waluga był pewien dzień kończącego się lata 1965 roku, gdy wyszedł on na miasto ze swoim enerdowskim aparatem.

Uwiecznił wagonik tramwaju pnący się ulicą Grunwaldzką, tuż po wyjeździe z mostu Jana. Tramwaj nr 1 jadący nad Jeziora Długie. Na fotografii z lewej strony, widoczna jest kamienica przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie pod nr 3 mieści się obecnie znany antykwariat „Silva Rerum” Zbigniewa Galona.

Jerzy Waluga jest rodowitym warszawiakiem, z wykształcenia rybakiem, po Wydziale Rybackim Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, wieloletnim pracownikiem olsztyńskiego Instytutu Rybactwa Śródlądowego. Autorem ponad 100 tysięcy fotografii naszego miasta, wśród których są zdjęcia  ostatnich tramwajów .

Uważni czytelnicy mojego bloga pamiętają, że zachwyciłem się tą fotografią, gdy pewnego dnia ujrzałem ją w oknie wystawowym winiarni na Starym Mieście. Po jakimś czasie poznałem Jurka. Przy gruzińskim  winie opowiedział mi historię zdjęcia.

Zachwycam się idealną kompozycją obrazu. Jeżeli poprowadzimy linie od rogów fotografii to na skrzyżowaniu przekątnych znajdą się pasażerowie tramwaju. Kompozycyjnie to „złoty strzał”.

Zdjęcie zapisuje modę lat 60. Dbałość o strój. Daje wgląd w czas miniony. Wystarczy w tę fotografię … wejść.

 

19 Lis 2013

PREMIERA PAPUSZY W OLSZTYNIE. NAGRODA IM.HIERONIMA SKURPSKIEGO

Zdjęcie1850 Papusza 1

Wtorek. Zdarzyło się nam w Olsztynie święto – premiera „Papuszy”.  Z udziałem aktorów i statystów oraz jednego z reżyserów  filmu – Krzysztofa Krauze. Mogłem wreszcie skonfrontować efekt końcowy z tym, co widziałem na planie.

Jestem pod dużym wrażeniem filmu. Odwiedziłem ekipę w październiku ubiegłego roku. Na zaledwie kilka godzin. Zaszyli się w Nadleśnictwie Wichrowo.

Powstały tam jedne z najbardziej malowniczych scen. Bez krajobrazu Warmii nie byłoby „Papuszy”. I oczywiście bez olsztyńskim Romów. Zdjęcia to majstersztyk operatorów: Krzysztofa Ptaka i Wojciecha Staronia. Na wielkiej polanie filmowali scenę zjazdu trzech taborów. Powstało ogromne obozowisko: wozy, kobiety, mężczyźni i dzieci, pozorny chaos. Ale żadnego zniecierpliwienia wśród statystów i całej ekipy. Wszyscy mili wobec siebie. Widać, że zafascynowani charyzmatycznym reżyserem.

Zdjęcie1845 Papusza 2

W tym tłumie ważną rolę odgrywali cyganolodzy i tłumacze romskiego: Jacek Milewski, Andrzej Grzymała-Kazłowski i nasz Rysio Choiński z Olsztyna (na zdjęciu).

Historia poetki Papuszy jest tylko pretekstem do przedstawienia panoramy losu polskich Romów w XX wieku. Opowieść idzie własnym torem. Ma wielu narratorów. Nie epatuje tanim folklorem. To coś w rodzaju albumu. Białego wiersza.

Świetny jest Zbigniew Waleryś jako Dionizy Wajs, mąż Papuszy. Skromnie sobie stał po premierze. Uścisnąłem mu rękę. Sądzę, że jeszcze dużo dobrego o nim usłyszymy.

Piątek. Otrzymałem Nagrodę Prezydenta Olsztyna im. Hieronima Skurpskiego w dziedzinie sztuk plastycznych. Za popularyzację sztuk plastycznych oraz ludzi kultury, zjawisk i wydarzeń artystycznych. Uroczystość miała miejsce na zamku .

W trakcie wieczoru Marta Andrzejczyk zaśpiewała trzy moje wiersze a Piotr Banaszek towarzyszył jej na fagocie. Elżbieta Grad-Cupriak i Jarosław Cupriak przeczytali urywki „Podróży do obrazów” (Amsterdam, Florencja i Wenecja). Laudację wygłosił Kazimierz Brakoniecki.

Dziękując za nagrodę opowiadałem o artystach, którzy byli moimi przewodnikami w świecie sztuki, m.in. o Tadeuszu Gronowskim, Rolandzie Toporze i Hieronimie Skurpskim. A także o konceptualistach, których poznałem podczas studiów w Toruniu: Tadeuszu Burniewiczu i Wiesławie Wachowskim.

Na tym zdjęciu jest Skurpski i Bury.

Obraz (46)

W zamku pokazałem m.in. animację „Razem” z 1977 roku, fragmenty dokumentu z 1999 roku „Przed zagadką. Lustro Hieronima Skurpskiego” a także mini-reportaż z niedawnej wizyty w pracowni śląskiego malarza Erwina Sówki.

Oprócz statuetki, dyplomu i kwiatów dostałem niezwykły prezent. Aleksander Wołos wręczył mi małe zawiniątko. Były w nim takie oto konceptualne prawdziwki i podgrzybki z… kasztanów.

Prawdziwki

30 Wrz 2013

Sztuka w obejściu

wersal

2 wersal

Wersal na Warmii? A jakże. Niedaleko Nowego Kawkowa. Obserwowałem tam, jak filcuje się owczą wełnę.

1Letycja Pietraszewska

Odwiedziłem też  pracownię ceramiczną Letycji Pietraszewskiej. I niezwykły dom w którym tworzy koronczarka Monika Paśnik-Petryczenko. Oglądałem w pracowni Cegielnia Art ikony artystów ze Starego i Nowego Kawkowa.

A na koniec byłem w Teatrze Węgajty. Na wystawie „4 żywioły” i spektaklu – proteście „Ogień, kryzys, dworzec centralny”.

Wegajty3 Wegajty

Przedstawienie ma dwa wątki. Jeden opiera się na wywiadach z bezdomnymi, których wypowiedzi nagrano na  dworcach.

 

Drugi odnosi się do własnej historii zespołu dotkniętego cięciami w kulturze.

Nie zdążyłem odwiedzić Lawendowego Pola.  Ale skosztowałem  kremu marchewkowego w galerii-kawiarni Nowe Kawkowo.

Było co wybierać i czego smakować od piątku do niedzieli na trasie przez Pupki, Godki, Kawkowo, Węgajty, Szałastry i Wołowno. W trakcie trzeciej edycji trzydniowego święta „Sztuka w obejściu”. Warmia tej jesieni jest wyjątkowo piękna. 

Trzy razy Chorwacja

Olsztyn od tego weekendu stoi sztuką chorwacką. Od  piątku w Galerii Rynek MOK prezentacja rysunków złocistym i srebrnym piórkiem o tematyce mitologicznej pt. „Notatki intymne”, których autorem jest Tomislav Buntak.

W Galerii Stary Ratusz WBP wystawa obrazów neoimpresjonistycznych „Trafione w sedno I”, które namalował Danko Friščić. Inne jego prace można oglądać w Galerii Amfilada MOK (Kamienica Naujacka, I piętro).

Tam również słoneczne, jak pocztówki z wakacji obrazy, których autorką jest Koraljka Kovač oraz abstrakcyjne impresje z Indii, które namalowała Lea Popinjač.

Davorin Kerekovic

Inicjatorem projektu „Teraz Chorwacja”  przybliżającego mieszkańcom Warmii i Mazur sztuką tego kraju z południa Europy jest  Davorin Kereković z Zagrzebia (na zdjęciu). Wstęp na wszystkie wystawy jest bezpłatny. Można je oglądać do 20 października.

19 Mar 2013

Zapach kawy roznosił się po Kętrzynie w końcu XIX wieku. Tak zapamiętał z dzieciństwa niemiecki poeta Arno Holz, który urodził się w tym mieście. Wówczas nosiło ono nazwę Rastenburg.

Gdy jesteśmy dziećmi mamy węch absolutny. Koleżanka opowiedziała mi o swoim doświadczeniu zapachowym: osiedle Nad Jeziorem Długim w Olsztynie, wiosna. Czyta w domu obowiązkową lekturę. „Niemcy” Leona Kruczkowskiego. Żeby się lepiej czytało otworzyła okno. I wtedy poczuła zapach ziemi. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak był intensywny: ziemia nieskażona żadną chemią, a powietrze bez spalin. W trakcie lektury koleżanka  wyglądała przez okno i była świadkiem jak wprost z ziemi wychodzą tulipany.

Koleżanka podzieliła się tym wspomnieniem e-mailowo z kolegą mieszkającym w Arizonie. Wzruszył się do tego stopnia, że musiał wyjść z domu by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przypominanie zapachów i smaków z dzieciństwa wzbudza emocje podobnie, jak przywoływanie obrazów z dawnych lat. Niedawno w sali kopernikańskiej zamku Zofia Barankiewicz, znana olsztyńska fotografka, przedstawiała część swoich zbiorów. Na widok fotografii Olsztyna z lat  50. i 60. nie jednej z licznie zebranych tam osób „spociły się oczy” – jak to mówiła Nel. Kto pamięta kino letnie nad Jeziorem Długim? Pani Zofia zrobiła takie zdjęcie.

A ja sfotografowałem  dom na Zatorzu w którym spędzilem dzieciństwo .

 

 

27 Sty 2013

Wciąż spotykam ludzi, którzy opowiadają mi o kopiarkach 3D. Na podstawie zdjęcia można na przykład stworzyć  przy pomocy owej maszyny przestrzenną miniaturkę czyjeś postaci z plastiku. By postawić sobie na biurku, albo schować do portfela. Albo siebie takiego miniaturowego zrobić by podarować komuś. By sobie miał. Ale to oczywiście jedno z wielu zastosowań kopiarki 3D. Już używają tych urządzeń  studenci kierunków projektowania przemysłowego. Ma taką gdańska Akademia Sztuk Pięknych. O ich znaczeniu w edukacji świadczy fakt, że administracja prezydenta Obamy w najbliższych czterech latach sfinansuje wyposażenie tysiąca amerykańskich szkół w warsztaty 3D. Edwin Bendyk, autor książki „Bunt Sieci” rzucił już na początku ubiegłego roku hasło fundowania kopiarek 3D polskim szkołom by dzieci uczyły się innowacyjnego myślenia. Japończycy umieszczają te drogie – na razie – urządzenia w miejscach publicznych by mogli z nich korzystać zwykli ludzie. Najlepiej byłoby samemu udać się do Japonii by sprawdzić jak to tam działa. Można już  za niecałe 600 złotych odbyć  podróż lotniczą do Tokio i z powrotem. Zrobił tak  21-latek z Bydgoszczy, pasjonat taniego latania. Spędził kilkadziesiąt godzin w samolotach i siedem godzin w Japonii. Nie interesowały go kopiarki . Zjadł sushi, obejrzał dzielnicę biznesową Tokio, zwiedził świątynię i przejechał się też szybką koleją. Tyz piknie.

Nie boję się robotów

Ankieterka – licealistka spytała mnie czy nie boję się robotów. Ja ? Skąd. Robotów się bać?  Przyjaźnie jestem do nich  nastawiony. Pełna empatia.  Obejrzałem w PLANETE + dokument „Roboty. Nowocześni terapeuci”. Świat zachodni oddala się od nas z prędkością światła. Film opowiada o doświadczeniach z robotami terapeutycznymi w Danii, Francji, Niemczech i Japonii. Niemiecki teolog zastanawiał się jak prawdziwe są uczucia wywoływane przez maszynę. Bo powstało zagadnienie: czy informować starszych pacjentów z demencją, że mają do czynienia z robotem.

Tym robotem była skonstruowana przez Japończyków elektroniczna foczka Paro, którą testowano w jednym z niemieckich domów opieki. W takich placówkach nie wolno mieć zwierząt. Więc elektroniczna foczka jak żywa, z wielkimi oczami jak z disnejowskiej kreskówki nigdy się nie nudzi i nie złości. I oczywiście nie wydala z siebie niczego. Nawet czystej wody. Szybko uczy się głosu osoby, która chce się z nią zaprzyjaźnić. I daje się przytulać bez żadnych fochów. Karmić ją tylko trzeba prądem elektrycznym. Końcówka do ładowania przypomina kształtem smoczek. Czy jest w tym wszystkim drugie dno? Pewnie chęć obniżenia ceny usług medycznych. Ale skoro kontaktując się ze sztuczną foczką  pacjent czuje się lepiej, to wszystko jest w porządku.

Pamiętajmy jednak, że słowo robot  wymyślił czeski pisarz Karel Čapek. Napisał on sztukę , gdzie  przedstawił fabrykę w której pracują roboty  wyglądające jak ludzie. Coś w rodzaju androidów czy ludzkich klonów . I które w końcu się buntują. Rozróżnienie podróbki człowieka w postaci robota od oryginału jeszcze więc przed nami. Ale starożytni  Grecy wszystko już dawno przemyśleli. Potrafili odróżnić  bogów, który mieszali się z tłumem, od ludzi. Po oczach. Bogowie mieli w nich nieśmiertelność. Podobnie będzie można podejść człekokształtnego robota, który pewnego dnia zapuka do naszych drzwi. Spójrzmy mu w oczy nim go wpuścimy do siebie. Zobaczymy w nich czy jest sztuczny. Chyba że nie zdążmy w nie zajrzeć, bo pobiegnie do kontaktu by się doładować.

07 Sty 2013

Czwartek. Za oknem istna wiosna – kompletny brak zimy. Jej deficyt w ubiegłym roku spowodował, że Wajda nie zakończył zdjęć do „Wałęsy”. Będzie kontynuował w styczniu. Jak spadnie śnieg. Kiedyś filmowcy robili sztuczny. Aktorzy chodzili po zwałach naftaliny, ale też soli. W kinie najlepiej zima – jak pamiętam – wyglądała w „Doktorze Żywago” z 1965 roku. Chętnie sprawdziłbym to teraz, bo podobno po cyfrowej obróbce obraz „nieustannie powoduje radosne dreszcze podczas oglądania”. Czy jest takie kino na świecie w którym mógłbym zobaczyć odrestaurowanego „Doktora Żywago”? By nakręcić ten film pod Madrytem wybudowano replikę… Moskwy a zdjęcia zimowe kręcono w Finlandii.

Środa. W „Guinnessa księdze filmu” znalazłem wiadomość, że niektóre sceny „Doktora Żywago” zrealizowano na węższej o połowę, czyli tańszej taśmie 16 mm. Ja filmowałem jeszcze taniej, bo na 8 mm. Nie ja jeden wtedy na świecie, bo Spielberg i Almodovar też. Jaki jest związek tego ostatniego z Olsztynem pisałem już w  naszej „Gazecie”, więc nie będę się powtarzał.

W tym samym 1965 roku miała premierę „Kasia Ballou” z Marvinem i Jane  Fondą. Ten film widziałem w kinie „Grunwald”. Jane wywoływała dreszcze. Jakie były przygotowanie do seansu w „Grunwaldzie”. Wyobraźcie sobie: sala nabita do ostatniego miejsca, a bileter w liberii rozpyla ze specjalnej szprycy wodę kolońską. Żeby było przyjemniej.

Wtorek. W święta obejrzałem „Chinatown” Polańskiego z 1974 roku. Niestety nie w kinie, w telewizorze. Arcydzieło. Ciekawy przypadek: muzyka pisana była do tego obrazu dwukrotnie. Pierwszą stworzył niejaki Alonzo. Po pierwszym publicznym pokazie „Chinatown”, kiedy połowa widzów wyszła z kina przed końcem seansu, Polański z producentem Evansem postanowili ją zmienić. I w osiem dni doświadczony kompozytor hollywoodzki Jerry Goldsmith (18 nominacji do Oscara, choć otrzymał tylko jednego, za „Omen”) napisał nową partyturę. Ta muzyka, z dominującą solową partią trąbki, spowodowała, że to był już zupełnie inny film. Otrzymał jedenaście nominacji do Oscara. W końcu dostał tylko jednego, za scenariusz. W 1974 roku  najlepszym filmem Akademia Filmowa uznała „Ojca chrzestnego II”.

Poniedziałek. Jednak filmowym przebojem świąt i Nowego Roku był dla mnie i moich znajomych Waldemar Januszczak. Jest on najsłynniejszym brytyjskim krytykiem sztuki. Należy do ludzi o polskich korzeniach, którzy odnieśli prawdziwy sukces w Wielkiej Brytanii. Pisuje w „The Sunday Times” i prowadzi fascynujące programy telewizyjne o artystach malarzach, starych i nowych mistrzach. Mówi w sposób obrazowy i z ogromnym entuzjazmem. Obejrzałem kilkuodcinkowy serial w którym opowiadał o impresjonizmie. Między innymi o pewnym zamożnym inżynierze i żeglarzu, który nazywał się Gustave Caillebotte i wspierał impresjonistów m.in. Moneta kupując ich obrazy. Pod ich wpływem sam zaczął malować. Januszczak analizował obraz Caillebotte’a  przedstawiający most Europy w Paryżu w sposób tak fascynujący, że chciałoby się natychmiast wsiąść w samolot i udać się do Frankfurtu nad Menem, gdzie do 20 stycznia będzie czynna wystawa obrazów Caillebotte’a.

Niedziela. W tym roku na Sylwestra licealiści uczący się do międzynarodowej matury przebierali się za drużynę filmowego „Ojca  chrzestnego”. Mój znajomy w karnawale wystąpi jako postać z opery. Nie wie jeszcze jakiej. Ma się konsultować z panią doktor od włoskich librett. Czytam de Maupassanta i Moravię. Kupiłem w antykwariacie. Ten pierwszy pokazuje Francję impresjonistów, drugi Włochy lat 60. XX wieku. De Maupassant jest bezpruderyjny. Tak jak paryscy malarze z jego epoki. Poczytajcie „Idyllę”. O tym jak kobieta karmi w pociągu  piersią mężczyznę, który nie jadł od dwóch dni. A Moravia? Ci co piszą o mediach powinni czytać tego pisarza. Kapitalna jest „Nadęta twarz” o fotografiście – paparazzi, któremu żona nie pozwala wykonywać tego zawodu.

Sobota. Licealiści przebierają się za ferajnę „Ojca chrzestnego”, ale czytają „Technology review”. To pismo wydaje najważniejsza politechnika świata – Massachusetts Institute of Technology. Przeczytałem wywiad z pracującą w MTI trzydziestoletnią neurobilożką Rebeccą Saxe, która zajmuje się teorią umysłu. Saxe  próbuje zrozumieć umiejętność porozumiewania się bez słów. Okazuje się, że zawiaduje tym mały obszar mózgu za prawym uchem. Tak jak miłością i zdolnością prowadzenia dialogu. Odpowiada on również za to, że teraz piszę te słowa. Możemy być spokojni o licealistów. Wiedzą gdzie schowane są konfitury.

 Piątek. Znajoma licealistka podsunęła mi ankietę skierowaną do ludzi 50 plus (to ja) na temat robotów. Czy będę je wykorzystywał w przyszłości, czy się ich nie obawiam itd. W jednym z tygodników przeczytałem o założycielu i prezesie firmy iRobot. Colin Angle, oczywiście absolwent MTI produkuje roboty, które jeżdżą po Marsie. I służą w polskim wojsku. Ale najciekawszy jest chyba szpitalny, który zapewnia konsultacje z nieobecnym na miejscu specjalistą. Mój znajomy pracuje w Szwecji. Nie ma dzieci. Jego mama jest tym zmartwiona: bo kto będzie się tobą opiekował na starość? – pyta. Roboty – odpowiada znajomy.

 

09 Cze 2012

Stawkolodzy czyli sympatycy serialu  „Stawka większa niż życie” przyjechali na dwa dni do Olsztyna. 

W tę sobotę wędrowali  po Starym Mieście śladami serialu. Wcześniej spotkali się ze Stanisławem Mikulskim, który niezapowiedziany – z ręką na temblaku, po przebytej niedawno operacji ręki – zjawił się w klubie „U Artystów”. Aktor opowiadał na liczne pytania dotyczące serialu, ale także najnowszej produkcji w której wystąpił z Emilem Karewiczem – „Stawka większa niż śmierć”.

Stanisław Mikulski obejrzał też wystawę na której zgromadzono  między innymi zdjęcia z 1967 roku, kiedy powstawały  „olsztyńskie” odcinki „Stawki”.

Wystawa na parterze  klubu „U Artystów” ma być czynna całe lato. Może stanie się zaczątkiem Muzeum Hansa Klossa w Olsztynie?

Zaułek „Stawki większej niż życie” już jest i pod nim w samo południe w sobotę sfotografowali się uczestnicy zlotu. Wśród nich był nestor olsztyńskich fotoreporterów  – Wacław Kapusto.

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.