17 Lip 2010

Poprzedni mój wpis skomentowała Ewa, która przyjechała do Olsztyna z Niemiec na spotkanie swojej klasy ze Szkoły Podstawowej nr 6. Minęliśmy się, nie było mnie w tym czasie w mieście.

Ewa tęskni do niegdysiejszego smaku Olsztyna, „ciepło-zimnego”, warmińsko-wileńskiego.

Polecam komentarz Ewy. Podkreśla w nim wagę indywidualizmu. Ja też chciałbym, żeby moje miasto było wyjątkowe, jedyne w świecie. Niepodobne do innych. By miało swój oryginalny smak.


W czasach mojego dzieciństwa miasto było zielone. Aleja Wojska Polskiego była cienistą aleją. Brakuje mi na niej drzew, tak jak na ulicy Dąbrowszczaków i ulicy Limanowskiego. Dawały cień w takie gorące dni, jak tego lata. Ktoś kto zamieszkał w  naszym mieście niedawno, czy nawet 20 lat temu, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Cień drzewa w centrum miasta.

Byliśmy z kolegą ze szkoły ( tego lata szukam wspomnień) nad Jeziorem Krzywym. Droga do plaży wydepilowana z drzew, robi jak najgorsze wrażenie. Jedynie pomost ratuje honor starej plaży. Wspominaliśmy film „Kochajmy syrenki” z Bogdanem Łazuką i Jackiem Fedorowiczem.

Na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku pół Olsztyna wyległo nad Jezioro Krzywe, gdzie powstawały zdjęcia do tej komedii. Dziś już tylko na czarno-białych kadrach można zobaczyć drewniany pawilon  z charakterystycznym kołem sterowym. Warto by kiedyś zrobić album, kopiując klatka po klatce, olsztyńskie sceny tego filmu, który jest staroświecką ramotą, ale przy okazji dokumentuje urodę olsztynianek.


Na koncercie Joe Walkera spotkałem wielu mocno dorosłych fanów, w tym z mojej klasy. Walker śpiewał  o Hendrixie. Pamiętam dobrze dzień , w którym umarł Jimi. Jechaliśmy z Andrzejem K. ( też był na koncercie Walkera) w odwiedziny do koleżanki  mieszkającej w Ostródzie. W pewnej chwili do naszego przedziału wpadł długowłosy chłopak z radiem tranzystorowym przy uchu i dosłownie zawył z rozpaczy: – Jimi nie żyje… Wiedzieliśmy o kogo chodzi, bo wtedy był  jedyny Jimi na świecie. Zdarzyło się to 18 września 1970 roku. Kąpaliśmy się potem w Jeziorze Drwęckim, bo wrzesień był wtedy  gorący, choć dawały się we znaki kłopoty w zaopatrzeniu. Mamie naszej koleżanki bardzo było przykro, że do ziemniaków ma tylko konserwę tyrolską. Nam to nie przeszkadzało, byliśmy młodzi, a koleżanka urodziwa. A zsiadłe mleko , które też piliśmy do obiadu było dobrze schłodzone i przyjemnie kwaskowe.


Walker w amfiteatrze im. Niemena ( powinienem napisać Cześka, bo przecież dla nas   był Cześkiem, a nie żadnym Niemenem) wspominał więc Hendrixa. I tam wypatrzyła mnie Ewa.  Zaraz  dostrzegłem też jej siostrę bliźniaczkę Ankę, która przyszła na koncert z mężem. Anka przyjechała z Kalifornii , Ewa z Niemiec, w których pracuje i zarazem z Holandii, w której mieszka. Chodziliśmy do jednej klasy.

Staram się policzyć, kto wyjechał z mojego rodzinnego Olsztyna za granicę, ile ładnych dziewczyn, ilu fajnych chłopaków z mojego pokolenia. Z podstawówki, a chodziłem do piątki, pierwszy wyjechał  Jurek do Niemiec (RFN), potem Róża  do Izraela, mój kolega z ławki, Zbyszek, do Ameryki, z gomułkowskiej Polski prosto na Manhattan. Po maturze nasze cztery koleżanki z liceum znalazły mężów w szerokim świecie. Myślę o tych pięknych dziewczynach  z ulicy Kasprowicza, które wyjechały do Australii, Kanady, Niemiec… A z ulicy Limanowskiego ile wyjechało. Pomyślałem sobie teraz, że warto zrobić światowy zjazd olsztyniaków. Ile by mogli nam ciekawego powiedzieć o swoich losach.

Ale znalazłem tego lata dawny smak. Najpierw wsiadłem do szynobusu, który jest XXI wiekiem w sercu Puszczy Piskiej. Szynobus zawiózł mnie do Karwicy Mazurskiej, potem ruszyłem do leśniczówki Pranie. Kustosz Muzeum Gałczyńskiego, poeta Wojciech Kass, pokazał mi znajdujące się po drodze z Prania do Krzyży Jezioro Wesołek.

Nad Wesołkiem panuje cisza pierwotnego uroczyska. Tak jezioro musiało wyglądać sto i więcej lat temu. Torfiasty  grząski brzeg ugina się pod nogami. Spokój. W takich miejscach myśli się o wieczności. Leśną ścieżką dociera się do małego pomostu i po drewnianej  drabince schodzi się do wody, jak do basenu.

Polecam klimatyzowany szynobus i Jezioro Wesołek.

P.S. Szukając dawnego opisu leśniczówki Pranie sięgnąłem po nieocenionego dr. Mieczysława Orłowicza („Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii”, Lwów-Warszawa, 1923). Jest tam niebywałe zdanie o klimacie panującym w prańskiej okolicy: Klimat jest tu wyjątkowo zimny, a wedle zapisów znajdującej się tu stacji meteorologicznej prócz pierwszej połowy sierpnia żaden miesiąc nie jest wolny od mrozów.

Wolę latem upał niż mróz.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.