24 Sie 2009

Po wojnie wyświetlano w Polsce zabawną komedyjkę pod tytułem  „Nikt nic nie wie” („Nikdo nic nevi”) z 1947 roku, produkcji czecho-słowackiej. Przy tytule filmu — jak to u nas — podawano na plakatach producenta i taka jest geneza nieszczęśliwego w naszym języku powiedzenia „nikt nic nie wie — czeski film” na coś niezbyt mądrego. Kto interesuje się kinem, wie jak ono jest nieuprawnione. Wystarczy zobaczyć, ile bracia Czesi zdobyli Oscarów, choć to nie jedyne kryterium.

Nikdo nic ne vi

Plakat do filmu „Nikt nic nie wie”

Już od pewnego czasu można dostać na dvd kolekcję wczesnych filmów Miloša Formana, powstałych jeszcze w Czechosłowacji („Pali się moja panno”, „Miłość Blondynki”, „Czarny Piotruś” i „Konkurs”). Kto ich nie zna, powinien je poznać.

poster-640[1]

Plakat do „Czarnego Piotrusia”. Vladimir Pucholt drugi od prawej.

Niedawno poddałem się hipnotycznemu urokowi „Czarnego Piotrusia”. Przypominam — film z 1964 roku. Po raz pierwszy oglądałem go w maju 1969 roku, w kinie „Student” w Kortowie. Pamiętam tamto wrażenie — czegoś niesłychanie autentycznego, ale zarazem jakby …surowego. Po 40 latach dzieło Formana robi nadal dobre wrażenie. Walorem są naturszczycy i młodzi aktorzy występujący w tym filmie. Przeczytałem w autobiografii reżysera o jednym z nich, Vladimirze Pucholcie (ur. w 1942 roku).

lasky

Czeski plakat do „Miłości blondynki”

Pucholt gra murarza, kolegę tytułowego Piotrusia. Po „Miłości blondynki” w 1965 roku (tytuł oryginalny „Lásky jedné plavovlásky”), gdzie wcielił się w pianistę, stał się  najpopularniejszym aktorem filmowym w Czechosłowacji. Ciekawe, że  zrezygnował on z kariery artysty. Jak pisze Forman w swojej autobiografii, Pucholt w 1969 roku rzucił film i wyjechał do Anglii. Nie miał pieniędzy i nie znał angielskiego. W Anglii pomógł mu  reżyser Lindsay Anderson, który pozwolił Pucholtowi przez dwa lata mieszkać w swoim domu. Anderson, reżyser genialnego „Szczęśliwego człowieka”, odwiedził kiedyś ekipę „Miłości blondynki” na planie i tam poznał Pucholta.

Przypomnijmy, że Anderson  „odkrył” aktora Malcolma McDowella a także ułatwił na Zachodzie karierę operatorowi Miroslavovi Ondříčkovi, którego zatrudnił w filmie „Jeżeli…”. Ondříčka zobaczył u Formana właśnie na planie „Miłości blondynki”. Anderson odwiedził w tym czasie Łódź i Warszawę, ale jakoś nikogo nie wypatrzył, choć wyreżyserował sztukę Osborne’a „Nie do obrony” (1966) w Teatrze Współczesnym w Warszawie i w Wytwórni Filmów Dokumentalnych  20-minutowy film „Raz, dwa, trzy” (1967) — o zajęciach prof. Ludwika Sempolińskiego ze studentami warszawskiej PWST. Andersona miałem przyjemność widzieć na własne oczy na początku lat 90. na festiwalu filmów w Gdyni, ale to już inna historia.

Ale wracam do Pucholta. W dzień zarabiał myciem okien, a wieczorem chodził na kurs angielskiego. Po czterech latach skończył szkołę średnią, a po dalszych siedmiu — medycynę. Potem ożenił się z poznaną w Anglii dziewczyną i wyjechał z nią do Kanady. „Dziś pracuje w Kanadzie jako wzięty pediatra. Codziennie widzi efekty swojej pracy i jest zadowolony. Często przyjeżdża do Nowego Jorku i stąd wiem , że nie ogląda się wstecz” — pisze Forman. Wyjaśnia on, że Pucholt już jako chłopiec chciał zostać lekarzem, a jego kariera filmowa była jedynie „przypadkowym zboczeniem z drogi ku prawdziwemu powołaniu”.

Pucholt jednak raz spojrzał za siebie i w 1999 roku wystąpił w czesko-amerykańskim filmie „Powrót utraconego raju”. Obraz wyreżyserował Vojtech Jasný. Filmu jeszcze nie widziałem, jak zobaczę, to podzielę się wrażeniami.

19 Sie 2009

Na maturze ustnej z geografii (zdawałem w III LO w Olsztynie pisemną z polskiego i matematyki a ustną z geografii u prof. Lidii Bednarskiej), jedno z trzech pytań dotyczyło niszczącej działalności morza. Pięć lat temu po raz pierwszy w okolicach Łeby zobaczyłem betonową budowlę wrytą w plażę, w tym roku stoi już w morzu. Niszczące działanie fal widać jak na dłoni. 
Od paru lat jeździłem na Kaszuby w drugiej połowie czerwca. W tym roku zmieniłem harmonogram i ruszyłem do tej pięknej krainy na przełomie lipca i sierpnia. Kontrolnie zajrzałem do Łeby. I natychmiast pożałowałem: znalazłem tę niegdysiejszą wioskę rybacką pełną rozgorączkowanych turystów, których największą troską jest zaparkowanie auta. Parę lat temu byłem w sierpniu w Wenecji. Plaża na Lido była pustawa w porównaniu z tym, co widziałem tego lata nad naszym morzem. Być może obserwujemy kres nasycenia rodzimej natury turystami? Ona już ledwo dyszy.

Sam dojazd nad Bałtyk w ciągu tygodnia jest problemem. Odradzam podróż samochodem przez Trójmiasto. Można utknąć w korkach na dwie godziny. Tylko autostradą i to najlepiej w sobotę lub w niedzielę rano. Pociągi zapchane, bo przecież jest sezon — jak wytłumaczył mi pracownik kolei.

Zwykle szukam miejsc niedostępnych, mało uczęszczanych, a o takie już na Kaszubach co raz trudniej. Ten region jest wczasowiskiem Trójmiasta. W sercu Kaszub, w gminie Chmielno w powiecie kartuskim stoi nad jeziorami 600 domków letniskowych. Może to i mało, ale w tamtejszych gazetach  przeczytałem, że większość z tych dacz nie ma szamb, kanalizacji ani umów na wywóz śmieci. Tymczasem na polach dużo tablic oferujących sprzedaż działek, nawet kilka kilometrów od morza.

Czy jednak nie widziałem na Kaszubach niczego optymistycznego?


 Brzeg Bałtyku jest ciągle, w przeciwieństwie do mórz w ciepłych krajach, gdzie leżą ostre kamienie — piaszczysty, można godzinami spacerować po nim boso, choć należy uważać na rowerzystów. Kraina nasycona marketami i sklepami. Po wioskach wielkie plastikowe pojemniki do segregowania śmieci.

Jedzenie w kilku miejscach jest od lat niezawodne. Pierwsze miejsce w moim rankingu zajmuje restaurację „Ewa” w Sasinie. Godna odwiedzenia, nie tylko ze względu na smaczne jedzenie, ale kulturę obsługi. Podają kelnerzy. Ci sami od paru lat. Jak przypuszczam, taki jak w „Ewie” nastrój musiał panować w przedwojennych restauracjach warszawskich. Wystarczy jeden szczegół: na zakąskę, nie jak Polska długa i szeroka — chłopski smalec czy włoska oliwa w miseczce, tylko staropolski śledź. Mogę też polecić pizzerię „Oliwka” w centrum Lęborka. Podają tam wyborną zupą gulaszową na prawdziwej wołowinie a pizze wielkie jak koła od wozu. Kto lubi osobliwości może na Kaszubach zjeść w  żywcem przeniesionej z beskido-tatr góralskiej karczmie czy restauracji mieszczącej  się w makiecie szlacheckiego dworu.

Ale jaka pointa? Po przyjeździe do domu usiadłem wieczorem na swoim miniaturowym balkonie (po akcji ocieplania bloku z trudem, ale mieszczę się na nim z leżakiem) i zacząłem wdychać wieczorne olsztyńskie powietrze. Mieszkam w miejscu dość ruchliwym, ale tym razem nie przeszkadzały mi auta. Oddychałem z przyjemnością żywicznym powietrzem. Doszedłem do wniosku, że to olsztyńskie lasy wokół miasta tak filtrują naszą atmosferę. Sami nie wiemy co posiadamy. Po prostu żyjemy w uzdrowisku.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.