26 Paź 2009

Jesień jest Miłoszem. Tak powiedział koreański poeta na krakowskim Festiwalu Literackim imienia Czesława Miłosza. „Delektuj się życiem” powiedział karaibski poeta Derek Walcott z monitora zawieszonego w kościele św.Katarzyny. Dzięki Miłoszowi i festiwalowi więcej poetów w mediach. Ale najwięcej w Internecie.

Cz.Milosz

Czesław Miłosz na targach książki w Warszawie wiele lat temu.

 Fot. Marek Barański

Z okazji festiwalu Miłłosza można więc było obejrzeć w gazetach Wisławę Szymborską z łopatą w ręku, gdy z innymi gośćmi sadziła dąb upamiętniający noblistę (noblistka upamiętnia noblistę, o którym powiedziała „Nie ma Go już, ale ciągle jest Obecny”).

Ponieważ nie byłem osobiście na festiwalu oglądałem transmisje z festiwalu przez Internet. Najpierw słuchałem karaibskiego poetę Dereka Walcotta czytającego swoje wiersze z Morza Karaibskiego, w tym jeden, pod tytułem „Miłość po miłości”, zakończony słowami: „Delektuj się życiem”. I jeszcze jeden o tym, że „w klasykach pociecha, ale nie do końca”.

Potem oglądałem i słuchałem  koreańskiego poetę Ko Una. Czytał swoje wiersze o  Himalajach, jakby się głośno modlił. Na koniec zaśpiewał starą pieśń koreańską.

Poeta angielski Christopher Reid wyglądał jak profesor uniwersytetu. Jego wiersze są jak dowcipne przypowieści. Po polsku czytał je tłumacz, Jerzy Jarniewicz, sam znakomity poeta. Prowadząca spotkanie Magda Heydel wyraziła nadzieje, źe bohater poezji Reida, Pan Pyszczek, zadomowi się w polszczyźnie , jak Pan Cogito Herberta.

Na koniec wystąpił Adam Zagajewski. W kurtce, za co przeprosił mówiąc, że jest zmarzluchem. Przeczytał wiersz o ojcu, a  na zakończenie o rodzinnym Lwowie.

Pomyślałem sobie, że to bardzo ważne widzieć poetów i ich tłumaczy, jak czytają, recytują albo śpiewają. Jak zachowują się na scenie, jak przymierzają do publiczności. Jak się trochę tremują.

Poeci występowali w krakowskich świątyniach. I wyglądali trochę jak pastorzy, mnisi albo nauczyciele. Ubrani na czarno lub szaro. I pomyślałem: piszesz wiersz w samotności, a potem wchodzisz na scenę i czytasz. Jakie to proste, a zarazem jakie trudne.

20 Paź 2009

W mediach nie ma wielkich poetów. Nie są obecni Wisława Szymborska, ani Tadeusz Różewicz. Nie ma ich głosów. Aż tu Wydawnictwo Literackie sprawiło niespodziankę i  wydało korespondencję Tadeusz Różewicza z Zofią i Jerzym Nowosielskimi.

image001

Mam nadzieję, że będzie się mówiło o tej książce. Czytam ją i nie mogę się naczytać. Każdy list to inspiracja, wskazówka. Różewicz, z wykształcenia historyk sztuki, jest miłośnikiem malarstwa. Jerzy Nowosielski to jedna z najbliższych duchowo mu osób.

Najnowsza pieśń ma powodzenie

Nowosielski  w liście z 2 lutego 1964 roku donosi, że najważniejsze dla niego było odkrycie tekstów neoplatońskich o naturze sztuki. I dzieli się tym odkryciem z poetą. Malarz poleca poecie lekturę wydanej wtedy „Historię estetyki” Władysława Tatarkiewicza.

Natychmiast sięgnąłem na półkę po pierwszy tom estetyki Tatarkiewicza ze starożytnością.  Trochę się sam przed sobą zawstydziłem, że przez lata zapomniałem o niej. Porzuciłem ją dla wydanych w ostatnich latach albumów na kredowym papierze. A tu tylko białe, jakby sprane, płótno okładki, a w środku ponad 400 stron bez żadnych ilustracji. Ale jakie źródła: w słupku zestawione greckie i łacińskie, obok tekst polski.

Otwieram, wpadam na Homera. Z Odysei I 351: „Bo najnowsza pieśń ma zawsze u słuchaczów największe powodzenie”. Albo Plotyn III.8,7: „Złym artysta jest ten, który wytwarza brzydkie formy”.

Przy łóżku mam „Płaskorzeźbę”— tom wierszy Tadeusza Różewicza. I są dni, że muszę do niego zajrzeć przed snem. Tom ilustrowany jest grafikami Jerzego Tchórzewskiego, wydrukowany na cienkim, żeberkowanym papierze. Są tam również zreprodukowane rękopisy  wierszy Tadeusza Różewicza, ze skreśleniami  i dopiskami. Czasem więcej jest skreśleń niż pozostawionego tekstu.

W „Plaskorzeżbie” lubię wiersz  z 1989 roku, poświęcony krytykowi teatralnemu Konstantemu Puzynie (Ket). Suchy, ościsty, jeśli tak można powiedzieć o wierszu.

Wiersz to są zioła sprasowane

Puzyna sam pisał też poezję. Z tomiku „Kamyki” pochodzi jego utwór „Z nauk tajemnych mistrza B.B.” Zaczyna się  tak: „Wiersz to są zioła sprasowane”. Odpowiada mi ta definicja.

Ponieważ robię porządki w bibliotece wiem, gdzie leży na półce „Dziennik 1969-1979” Krzysztofa Mętraka.  Jak chcę sobie przypomnieć tamte czasy, zaglądam do niego. Tak jak dwudziestolecie i okres powojenny sprawdzam w dziennikach Marii Dąbrowskiej.

Co dobrego by

Kiedy sięgam po Mętraka dzwoni Tamara Bołdak-Janowska. Zaprasza na spotkanie 29 pażdziernika promujące jej książkę „Co dobrego było w peerelu ?”.  Mówię, że w PRL dobry był Różewicz. Przyszedł mi do głowy, bo o nim piszę. Umawiamy się na spotkanie z panią Tamara, a ja zaglądam do Mętraka. Szukam Różewicza: „Jest tylko trzech pisarzy polskich, których lektura jest moją wewnętrzną potrzebą, i to lektura wszystkiego co napiszą: Jerzy Andrzejewski, Andrzej Kijowski i Tadeusz Rożewicz”— pisze w swoim dzienniku Mętrak.

Andrzejewskiego widziałem chyba dwa razy w życiu, raz na festiwalu filmów fabularnych w Gdyni, gdzie był  jurorem, a potem na Starym Mieście w Warszawie. Niósł elegancki sakwojażyk z czarnej skóry, wypchany rolkami papieru toaletowego.

Czytam dalej u Mętraka: „Różewicz poetą dworskim nigdy nie był, nawet w latach 50.” Kartkuję Mętraka i znajduję taki zapis bez daty: ”Edward Stachura stracił kawałek ręki. Ucałowałem go w ZLP ( Związek Literatów Polskich – przyp.mój) w tę rękę”. Albo taki zapis : „Znowu „Popiół i diament” w TV. W tym jest jakiś polski koloryt, jakiś polski sentymentalizm, polskie zatracenie i polskie bankiety”.

 Zbigniew Zapasiewicz w „Za ścianą”

Widziałem kiedyś Mętraka jak zmierza do stolika Zbigniewa Zapasiewicza. To było na festiwalu w Łagowie, w jakiejś knajpie przy rynku. Tak zapamiętałem ich obu. Kiedy zmarł Zapasiewicz zobaczyłem w którejś z gazet zdjęcie właśnie z tamtego festiwalu. Aktor stoi z papieroskiem w ręku, w takim dżinsowym wdzianku, jakie się wtedy nosiło. Ciągle myślę o tym, że w filmie „Za ścianą” Krzysztofa Zanussiego, Zapasiewicz był w parze z Mają Komorowską na swój sposób genialny.

Szukam dalej u Mętraka Puzyny czyli Keta, i znajduję takie zdanie: ”Mam tak teraz szczelną głowę, że kac trzy dni mnie trzyma”.

foto

Tadeusz Różewicz na targach książki w Warszawie w 2000 roku. Za chwilę usiądę przy tym stoliczku

Pana Tadeusza Różewicza widziałem raz na własne oczy na targach książki w Warszawie w 2000 roku. Uścisnąłem mu rękę. A było to tak. Poeta podpisywał książki przy stoisku Wydawnictwa Dolnośląskiego. Młody człowiek stojący w długiej kolejce po autograf poety, poprosił mnie bym sfotografował go w chwili, kiedy Tadeusz Różewicz będzie podpisywał mu książkę. Postanowiłem młodemu człowiekowi towarzyszyć w kolejce, bo zafascynowała mnie żarliwość z jaką mówił o poezji Różewicza, którą niedawno odkrył. Kiedy mój rozmówca usiadł przy stoliku podszedłem i zrobiłem zdjęcie obojgu. Gdy młody człowiek wstał, nie namyślając się długo, sam przysiadłem się do stolika.

Zaproście mnie, to przyjadę

Nie miałem książki do podpisania. Po prostu chciałem uścisnąć prawicę Wielkiemu Poecie. Spytałem go, jak się czuje. I wtedy on uśmiechnął się do mnie i powiedział, że wydaje mu się, ze będzie żył pięćset lat. Przypomniałem mu, że był w latach 60. na spotkaniu autorskim u studentów w Kortowie. Znałem szczegóły tej wizyty od Krzysztofa Panasika. Poeta pamiętał tę wizytę. Spytałem czy przyjechałby ponownie do Olsztyna. —Jak mnie zaprosicie, przyjadę — powiedział. Później konferowałem w sprawie tej wizyty kilkakrotnie z redaktorem Janem Stolarczykiem z Wroclawia.

Gdy w 2002 rok byłem w Berlinie, mieszkająca tam Marta Wierzejska z Olsztyna, pokazała mi na Placu Opery niezwykły pomnik. Na środku placu, między Wydziałem Prawa Uniwersytetu Berlinskiego a Operą, znajduje się pancerna szyba, pod którą w wydrążonej ziemi umieszczono puste regały na książki. Ten pomnik ma upamiętniać spalenie na placu przez hitlerowców 10 maja 1935 roku setek książek. I już po powrocie z Berlina przeczytałem wiersz Różewicza z 1958 roku pod tytułem „Nasze pomniki”. Zaczyna on się tak: „Nasze pomniki- są dwuznaczne- mają kształt dołu”.

14 Paź 2009

Czy znacie szkołę, która ma kwartet saksofonowy? Jest w niej trzech chłopców i jedna dziewczyna. Słuchałem ich jak grali z towarzyszeniem werblisty w sali gimnastycznej. Śnieżynki za oknem, a między drabinkami, na które kiedyś się wspinaliśmy — dźwięki rozgrzewające serce.

1968 rok

Kiedyś, nad morzem. Nasza klasa. Pamiętacie koleżanki i koledzy?

Fot. Marek Barański

Czy znacie szkołę, w której nauczyciel biologii chodzi w skórzanej kurtce i uczniowie robią mu owację na stojąco? Czy znacie szkołę, której absolwenci — matura sprzed kilku dziesięcioleci — fundują swojej szkole laptopy?

Ta szkoła to III LO w Olsztynie, jedyny zatorzański ogólniak, który obchodził dzisiaj 45-lecie. Aż podziw bierze ile książek przez te lata napisali absolwenci.

Kazimierz Brakoniecki , Alicja Bykowska-Salczyńska, Joannna Wilengowska, Paweł Jaszczuk i Jurek Ignaciuk. Ich książki, także trzy skromne tomiki wierszy piszącego te słowa, zajęły dwa regały. Na wystawie było również  dvd z najnowszym meksykańskim fillmem Janusza Połoma. Powiedziałem Kasi z naszego Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół III LO, że trzeba będzie jeszcze do tej kolekcji dołożyć fotografie zmarłego w ubiegłym roku Mariusza Hermanowicza — mistrza kamery, kolegi Janusza Połoma z ławki szkolnej i łódzkiej filmówki.

Na uroczystości spotkałem profesora Adolfa Gałuszkę, który uczył mnie fizyki i astronomii. Wspominaliśmy prof. Jerzego Klikowicza. To dzięki niemu pamiętam, że dudek, to po łacinie  upupa epops. Uczyliśmy się systematyki i rysowaliśmy w zeszytach ewolucje różnych układów. Na przykład oddechowego. To było za czasów Układu Warszawskiego. W gabinecie biologii jest teraz pokój nauczycielski.

Wiele zmieniło się od tego czasu, kiedy uczyłem się w murach trójki. Na przykład wtedy zadawano nam dużo wierszy na pamięć. Dziś chyba nie praktykuje się tego i moim zdaniem z tego powodu młodzież ma problemy z wymówieniem „ł”. Ale pięknie tańczy breakdance. Inna ekspresja.

12 Paź 2009

Pierwsze stałe kino otwarto w Olsztynie w listopadzie 1909 roku. Mieściło się ono na rogu dzisiejszych ulic Dąbrowszczaków i Partyzantów (obecnie delikatesy).

Lubię ulicę Skłodowskiej -Curie w Olsztynie. Ten jej nieprawdopodobny spadek. Próbowaliście podjechać pod nią rowerem? Babcia mojego kolegi, która urodziła się w Wilnie, mówiła, że na tej ulicy czuje się jak w rodzinnym mieście.

Studio fotograficzne 
Sally’ego Pfeifela

Skłodowskiej -Curie to prawdziwa ulica z kamienicami, jakie można spotkać w każdym starym mieście europejskim. Jest tu i antykwariat pani Izy i ostatnie w Olsztynie zakładów rzemieślnicze. Dopiero od niedawna kojarzy mi się z historią europejskiej fotografii . Ze studiem Sally’go Pfeifela, w którym fotografował się na początku XX wieku korpus oficerski cesarskiej armii, łącznie z następcą tronu, księciem Fryderykiem Wilhelmem.

Sally Pfeifel jest autorem okolicznościowej pocztówki, która upamiętnia wizytę w połowie października 1909 roku objazdowego kina „Salon-Elektro-Biograf” Kurta Lindnera. Nie był to pierwszy pokaz filmowy w Olsztynie. Rafał Bętkowski przyjmuje, że miał on miejsce w 1897 roku. Pierwsze stałe kino otwarto w Olsztynie w listopadzie 1909 roku. Mieściło się ono na rogu ulic Dąbrowszczaków i Partyzantów (obecnie delikatesy).

„Awangarda” unikalna
 w Europie

Z przedwojennych kin zachowało się w naszym mieście już tylko jedno, obecna „Awangardę”, przed wojną „Luisen Theater”. Kino założone początkowo w 1910 roku na ulicy Górnej 5 przeniosło się na rynek Starego Miasta prawdopodobnie w 1912 roku. Mam  nadzieję, że „Awangarda” nie podzieli losu „Kopernika” i będziemy w niej świętowali stulecie kina w Olsztynie. Niewiele jest takich budynków w Polsce a nawet w Europie.
 
Przyznam, że już kiedyś pan Wojciech Lewandowski z Towarzystwa Sztuk Pięknych w Olsztynie mówił mi o wzniesionym w 1899 roku, na obecnej Skłodowskiej -Curie, atelier fotograficznym.

Tak się złożyło, że dopiero gdy Rafał Bętkowski, niestrudzony badacz olsztyńskich pamiątek, wskazał mi dokładnie to miejsce, wybrałem się tam w sobotę po raz pierwszy w życiu. Dwupiętrowy budynek stoi do dzisiaj. Ostatnio pojawił się wokół niego płot. Trwają prace budowlane. Znika dawna altana fotograficzna z przeszklonym dachem. Prawdopodobnie jeden z ostatnich takich obiektów w Polsce a może i w Europie. Zostaną tylko zdjęcia.

05 Paź 2009

Bruno Schulz jest jednym z gigantów naszej kultury. Artyści współcześni wciąż na nowo konfrontują się z Schulzem. Z niecierpliwością czekam na premierę w teatrze Jaracza w Olsztynie. Julia Wernio przygotowuje adaptację „Sanatorium pod klepsydrą” .

foto1

1938 rok. Truskawiec, do którego często przyjeżdżał Schulz. Może to on tam stoi, przypadkowo sfotografowany? Pocztówkę kupiłem w olsztyńskim antykwariacie pana Wojciecha Suświłły, 30 sierpnia 1993 roku.

Im dalej od tego czarnego czwartku, 19 listopada 1942 roku, kiedy Schulz został zabity przez gestapowca strzałem w głowę, tym bardziej nabiera znaczenia jego twórczość. Myśląc o Schulzu natychmiast widzę Witkacego. Przyjaźnili się. Ocalał tylko jeden list z ich korespondencji.

Schulz w liście z 1934 roku, do wówczas sławniejszego kolegi, wskazuje na podobieństwa w ich „fantazji”, „formie” czy „minie pisarskiej” „ w kierunku persyflażu, bufonady, autoironii”. Mnie uderza ich podobieństwo w dwutorowości talentu. Można powiedzieć, że świetnie grali na wielu fortepianach: świetnie pisali, rysowali i malowali.

Polot! The Polish
 Attribute

foto2

Artykuł Tarskiego „O ugruntowaniu naukowej semantyki” z uwagami Witkacego. Z:”Stanisław Witkiewicz Marginalia filozoficzne”, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, 2004

9788360501948[1]

Niedawno ukazało się polskie tłumaczenie amerykańskiej biografii  Alfreda Tarskiego, wywodzącego się z Polski, być może największego logika w historii. Jeden z rozdziałów książki „Alfred Tarski. Zycie i logika” autorzy Anita Burdman Feferman i Solomon Feferman zatytułowali :”Polot! The Polish Attribute”, zwaracając uwagę na  renesansową wielość talentów i zainteresowań przedwojennych artystów i uczonych. Na przykład taki Leon Chwistek był równie dobrym filozofem, co malarzem.

cache[1]

Im jestem starszy tym coraz bardziej podobają mi się obrazy Rafała Malczewskiego, syna wielkiego Jacka. Ale od niedawna zachwycam się wspomnieniami „Pępek świata”, w których Rafał Malczewski, z takim talentem, opisał przedwojenne Zakopane i związanych z nim artystów. Jest tam zapis ostatniego spotkania z Witkacym, tydzień przed wybuchem wojny. Malczewski widział go na szosie Morskie Oko- Zakopane, czekającego na autobus. Witkacy powiedział wtedy: ”Wiesz – wojna to koniec naszemu pokoleniu – żadnych złudzeń”.

Przemawia do mnie dramatyczne pytanie, które postawił kiedyś reżyser Krzysztof Warlikowski w odniesieniu do Polski międzywojennej: Co by było, gdyby tego świata nie zniszczyła wojna, gdyby nasz naród miał szansę organicznie się rozwijać? Kim byśmy byli? Kim byłaby moja widownia? – pyta Warlikowski.

Niedawno rozmawiałem o tym z pewną historyczką sztuki w Kortowie. Zadałem jej pytanie Warlikowskiego.— Byłoby pewnie nie tak jak myślimy, ale na pewno inaczej— odpowiedziała.
 Jaka byłaby  Polska z Witkacym i Schulzem?

Drohobycz — ziemia 
księżycowa

Z ćwierć wieku temu odwiedziłem Kazimierz nad Wisłą. I tam przypadkowo poznałem kulturalnego pana, który uczęszczał w latach 30. do Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły w Drohobyczu. Schulz uczył go rysunku. Mój rozmówca pamiętał swojego nauczyciela. I lekcje z nim. Oczywiście rozhukani gimnazjaliści nie mieli pojęcia, że mają do czynienia z wielkim artystą. I zwyczajnie byli niesforni a ich nauczyciel miał problem z utrzymaniem dyscypliny. Kiedy nie mógł sobie dać rady, zwyczajnie wybuchał gniewem i wybiegał z klasy. Albo brał się na sposób: opowiadał uczniom bajki. Oni to bardzo lubili.

Łatwo mi sobie wyobrazić wrażliwego Schulza na przeciw małych urwisów, skorych tylko do żartu. Mam w rodzinie wielu nauczycieli a mój dziadek uczył przed wojną między innymi rysunku.

Andrzej Chciuk, jeden z drohobyckich uczniów Schulza, zostawił o nim obszerne wspomnienie w książce „Ziemia księżycowa”. Ale pisze tam również o zabytkach rodzinnego miasta Schulza, Drohobycza. Chciuk w tej książce pisze, że Jan Mężyk, wót drohobycki, w 1425 roku, jako bezdzietny, zapisał swe miasto Koronie. Stąd od tego czasu Drohobycz był wolnym miastem królewskim. Jan Mężyk zasłużył się jako przyjaciel i doradca króla Władysława Jagiełły a także towarzysz jego wypraw wojennych i polowań.

Mężyk nad bocznymi drzwiami drohobyckiej fary wmurował dwa miecze na pamiątkę dwóch mieczy przesłanych Jagielle przez Wielkiego Mistrza Zakonu. Jest to więc pierwszy w Polsce pomnik grunwaldzki.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.