31 Sty 2010

Przeszedłem na nartach z ulicy Dworcowej do jeziora Skanda i z powrotem. Pokonałem tę trasę na moich drewnianych „Beskidach”. Śnieg ładnie zmrożony. Ale przy przejściach za dużo soli. Zdjąłem deski przy Kardynała Wyszyńskiego. Za szeroka ulica. I nie wypada iść po asfalcie w nartach.

Autor podczas uprawiania narciarstwa miejskiego. Al.Wojska Polskiego. 1996 rok.

Potem przez Osiedle Mazurskie. Po chodniku wzdłuż ulicy Pstrowskiego. Po drodze minąłem entuzjastów maszerowania z kijkami. Dwie panienki ślizgały się na butach. Ludzie z psami. Samochody. Nad jeziorem znów ktoś maszerujący z kijkami. Zjechałem z górki. W końcu wznosi się na wysokość  150 metrów. Znów na górkę i zboczem między drzewami – to realizacja letniego postanowienia – na ulicę Plażową i nią – ustępując miejsca samochodom- na pola ciągnące się do Ostrzeszewa.

Kiedy patrzyłem na śnieg przyszło mi do głowy, że skrzy się w słońcu, jak sól na słoninie. Nie wiem skąd takie zdanie. Może poczułem się głodny, bo była już pora obiadowa. Ruszyłem do ulicy Pstrowskiego. Maszt lśnił jak igła a jakiś obywatel z torbą wiktuałów widząc mnie zawołał: O, Małysz! Ruszyłem przez Osiedle Mazurskie , ale na drugą stronę ulicy Augustowskiej przeszedłem na nartach. Zdjąłem je znów przy Wyszyńskiego. I deski na plecy. Upadła mi rękawiczka. Podało grzeczne dziecko narciarzowi. Wróciłem do domu. Narty do piwnicy.

Narciarstwo miejskie uprawiam od dziecka. Kiedy mieszkałem na Zatorzu miałem łatwiej. Zakładałem narty na podwórku i szusowałem w dół, do rzeki, na most. Tam miałem do wyboru kierować się do Wąwozu, czy ruszyć w kierunku Wilczej. Najczęściej wybierałem Trzy Pieski. Stamtąd widziałem mój dom na ulicy Kasprowicza. Zjeżdżałem nad samą Łynę.

Autor w Lesie Miejskim, luty 1965.

Od lat używam tych samych nart i wiązań, nieustraszonych  kandaharów z Bielska-Białej, butów z prawdziwej skóry. Podzelowałem je i są jak nowe. Zmieniłem kijki na aluminiowe. Miałem z bambusa, ale jeden złamałem na lidzbarskiej Górze Krzyżowej .

PS. Zamierzałem napisać o najnowszym numerze „Portretu”. Jeszcze do tego wrócę. Ma czarną żałobną okładkę , bo to numer ostatni. Czytam, jak przeczytam opowiem. Potem zobaczyłem w gazetach portrety  J.D.Salingera w żałobnych ramkach. Salinger umarł, może więc o „Buszującym w zbożu”? Od razu pomyślałem sobie o „Buntowniku bez powodu”. Poszedłem do biblioteki i tak się zaczytałem, że zapomniałem o Salingerze, ale wypożyczyłem „Układ” Kazana i dwie książki Kerouaca. Wieczorem była premiera w teatrze Jaracza. Dyplomanci studium teatralnego pokazywali na scenie U Sewruka „Samobójcę”. Po spektaklu poszedłem do empiku i tam w „Die Zeit” zobaczyłem wielkie zdjęcie Gene Hackmana z „Francuskiego łącznika”. 30 stycznia aktor skończył 70 lat. Może więc o Genku, bo przecież tak go nazywaliśmy w latach 70.?

Stanęło na narciarstwie miejskim. Jest bardzo filmowe.

24 Sty 2010

Młode wilczki interesują się olsztyńskimi kinami. Namówiły mnie bym im opowiedział o Dworcowym, Odrodzeniu, Studencie. Wspominałem przed kamerą seanse w Grunwaldzie i żyrandol w Polonii, z łezkami z kryształu, wielkimi jak pięciozłotówki.

Czym było dla nas kino? Wszystkim. Oknem na świat, rozrywką, wytchnieniem, pierwszymi uniwersytetami, klubem towarzyskim.  Długo szukałem obrazu, który opowie tamten czas i naszą ekscytację filmem. I znalazłem fotografię dzieci w kinie. Zrobił ją Pere Sender w 1955 roku w Barcelonie.

Trwa seans. Twarze i oczy zachwyconych dzieci błyszczą światłem odbitym od ekranu. Nad głowami widzów smuga od projektora. Na pierwszym planie dwóch chłopców, między nimi dziewczynka. Pierwsi z brzegu łuskają pestki słonecznika. Wszyscy zahipnotyzowani tym, co dzieje się na ekranie, srebrnym, jak to się wtedy mówiło.

Bohaterowie Sendera nie dostrzegają fotografa. Musiał zrobić zdjęcie ze statywu. Wyobraźmy sobie skalę trudności, niskoczuła taśma, półmrok…

Zastanawiam się co stało się z bohaterami tej fotografii, jak wyglądało ich życie, czy związali je z filmem? Co dzisiaj powiedzieliby o tamtej chwili, którą unieśmiertelnił fotograf? Czy chłopcy rywalizowali o dziewczynkę? A może to rodzeństwo?

Czuję bliskość z tymi którzy są na tej fotografii. Należę do tego samego pokolenia, wychowanego na kinie. Nasi dziadkowie i babcie oglądali nieme filmy. Pola Negria, nim zrobiła karierę hollywoodzkiej gwiazdy, mieszkała jako Apolonia Chałupiec na Pradze niedaleko mojej babci. Do tej pory zazdroszczę mojej siostrze, że widziała na własne oczy Zbyszka Cybulskiego. Gdybym miał więcej szczęścia zobaczyłbym Bogumiła Kobielę. Jechałem w Warszawie tramwajem i  nagle ktoś zawołał: -Bobek, Bobek! Tłok , ścisk. Nie dopchałem się do okna. Tramwaj ruszył. Nie zobaczyłem Bobka.

Gdzie dowiedziałem się o istnieniu zdjęcia Sendera? W Krakowie. W 2000 roku Instytut Cervantesa zorganizował w Muzeum Narodowym w Krakowie wystawę z okazji 150- lecia fotografii hiszpańskiej. I odtąd Sender nie daje mi spokoju. Niedawno wypatrzyłem jego dzieło w internecie i dzielę się nim z Wami.

A gdyby ktoś nie znał obrazu Edwarda Hoppera (1882-1967) „Nowojorskie kino” z 1939 roku, to polecam wirtualną wizytę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

15 Sty 2010

Janek widział na własne oczy Gałczyńskiego. Przypomniał sobie o tym, kiedy czytał mój poprzedni wpis na blogu. Znamy się z Jankiem od wielu lat. Połączyły nas sprawy filmowe. Podkochiwaliśmy się w tej samej muzie. Dziesiątej.

Obaj należeliśmy do Amatorskiego Klubu Filmowego „Grunwald” przy dawnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie, tylko w różnym czasie. Janek na samym początku istnienia klubu, w latach 60., bo potem wyjechał do Niemiec. Poznaliśmy się podczas jubileuszu AKF w latach 80. Janek odwiedził mnie w domu i już miał wychodzić, kiedy zgadaliśmy się, że mieszkaliśmy na Zatorzu pod tym samym adresem. On przed wojną i w jej trakcie, a ja po. Już nie było czasu by pójść i obejrzeć to miejsce na ulicy Kasprowicza.

Kasprowicza2

Ulica Kasprowicza przed generalnym remontem w latach 80. Przegradzają ją drzwi z odnawianych domów. Trochę jak kadr z  surrealistycznego filmu.

Fot.Marek Barański

W opowiadaniu „Tylko przeżyć” Janek opisał jak wyglądała nasza ulica w styczniu i lutym 1945 roku. I dom w którym mieszkaliśmy. Oczami 15-latka patrzył na agonię miasta Allenstein. Jego zapis jest kronikarski i beznamiętny. Fragment tego opowiadania zamieściliśmy w magazynie kulturalnym „Gazety Olsztyńskiej”- „Bywalcu” nr 5, z 17 stycznia 2003 roku . Tekst przetłumaczyła z niemieckiego mieszkająca w Berlinie olsztynianka, Marta Wierzejska.

photo

Dom na ul.Kasprowicza, w którym mieszkaliśmy, ja i Janek, w różnych latach. Z surrealistycznymi drzwiami.

Fot.Marek Barański

Janek urodził się w Berlinie, ale dzieciństwo i młodość spędził w Olsztynie. Polskiego nauczył się po wojnie w Jurkowym Młynie na Uniwersytecie Ludowym prowadzonym przez Jana Boenigka. Choć wyjechał z Polski ponad 40 lat temu, mówi nadal bogatą, bezbłędną polszczyzną z dobrym akcentem. Czy dlatego, że jest poetą i miał dobrych nauczycieli? Zadebiutował wierszami pisanymi po polsku, teraz pisze po niemiecku.

W końcu listopada 2008 roku Janek wpadł jak po ogień do Olsztyna. I wtedy wybraliśmy się na podwórko naszego dzieciństwa i popatrzyliśmy sobie na Łynę. Zrobiłem Jankowi serię zdjęć. Telefonem komórkowym. Wyjechał, telefonowaliśmy w święta. I gdzieś jesienią, następnego roku, spotkaliśmy się na Facebooku. Tam Janek podzielił się ze mną rewelacją o poecie Konstantym. Zaraz zatelefonowałem do Prania, do Wojtka Kassa. Mam nadzieję, że Janek Pulina będzie mógł osobiście przekazać kustoszowi Muzeum Gałczyńskiego swą opowieść o tym, jak widział autora „Kroniki olsztyńskiej” składającego kwiaty na mogile Michała Kajki w Ogródku.

Kiedy myślę o Janku to wspominam pionierskie czasy filmowego Olsztyna. AKF „Grunwald” powołali do życia dziennikarze i pracownicy Rozgłośni Polskiego Radia, tacy jak Alfred Stefański, Witold Nowosz, Ryszard Jankowski, Krzysztof Sliwiński. Chcieli stworzyć telewizję. Wtedy to nie było możliwe. Ale mieli półprofesjonalną kamerę filmową. Kręcili więc dokumenty na taśmie 16 mm, dźwięk do nich przygotowywali w radiowym studio. Po dokumencie przyszło zafascynowanie fabułą, która stała się specjalnością Jurka Obłamskiego. Ja interesowałem się animacją. Swój pierwszy film animowany nakręciłem samodzielnie, na kupionej za pracę w lesie kamerze na taśmę 8 mm, a potem zapisałem się do klubu, gdzie zrealizowaliśmy wspólnie z Krzysiem Janickim kilka filmów, w tym na „szesnastce”. Ale to już historia na inne opowiadanie.

08 Sty 2010

W tym tygodniu zachwycił mnie nieprawdopodobny film edukacyjny , który udostępnia w Internecie jedna z najbogatszych instytucji sztuki na świecie:  J.Paul Getty Trust. Animacja komputerowa najwyższej próby, a przede wszystkim warsztat konserwatora zabytków i rzeźbiarza- bez tajemnic.

Polecam wystawą hiszpańskiego malarstwa i rzeźby 1600-1700 „Sacred made Real”. Zorganizowało ją londyńskie National Gallery. Trwa już jakiś czas, czynna jest do 24 stycznia. Film, do obejrzenia którego gorąco namawiam, dostępny jest w Internecie.

O wystawie przeczytałem w poznańskim magazynie „Arteon”.

Rzeźbiarze z cechu stolarzy

Już kiedyś mieszkająca w Londynie olsztynianka zwróciła mi uwagę, że ”Arteon”  to bardzo kompetentny miesięcznik o sztuce, który wśród wielu zalet ma jedną niewątpliwą, kosztuje tylko 5 zł.

Wystawa sztuki hiszpańskiej to Himalaje profesjonalizmu. Powstała przy współpracy National Gallery w Waszyngtonie i National Gallery w Londynie. Zgromadzono na niej wprawdzie tylko trzydzieści przykładów malarstwa i rzeźby XVII-wiecznej Hiszpanii, ale najlepszych. Zawsze interesuje mnie dwuzawodowość ( malarze, którzy piszą, pisarze, którzy rysują). Tu mamy do czynienia z czymś podobnym w osobie artysty Alonso Cano (1601-1667). Był malarzem-rzeźbiarzem. W  ówczesnej Hiszpanii rzeźbiarze należeli do cechu stolarzy, a malarze do cechu malarzy. Rzeźbiarzom nie wolno było samodzielnie malować rzeźb. Alonso Cano należał do obu cechów, mógł samodzielnie kłaść polichromię. Na wystawie mamy jego świętego Jana.

Hiszpańskie rzeźby z XVII wieku są niebywale realistyczne. Niektórzy artyści wstawiali swoim świętym oczy ze szkła i zęby z kości słoniowej .”Sztuka w kraju Swiętej Inkwizycji chciała szokować zmysły i oczyszczać duszę”- pisze Karolina Majewska w artykule poświęconym londyńskiej wystawie.

sw.Ildefons

Sw.Ildefons z Muzeum Gałczyńskiego Fot.MB

A teraz  wątek lokalny wystawy. Mamy w naszym regionie rzeźbę z podobnej epoki, tylko portugalską. Znajduje się w Muzeum w Praniu. Przedstawia świętego Ildefonsa.  Figurkę podarowała muzeum Gałczyńskiego mieszkająca pod Lizboną historyk literatury Maria Danilewicz-Zielińska (1907-2003). Ildefonsa przywieźli do Polski  portugalscy sąsiedzi  pisarki: Gabriela Erdman-Słomka i  jej mąż Jerzy Słomka, związani z Olsztynem. Gabriela Erdman -Słomka jest siostrą Marii Erdman-Przełomiec, nieżyjącej już malarki i konserwatora zabytków z Olsztyna. Jej mąż Jan Przełomiec  jest znanym w Olsztynie artystą-malarzem.

„Angelus” w sylwestra

Wcześniej zadzwonił do mnie Erwin Sówka u którego byłem w Katowicach na początku grudnia. Dostał „Gazetę Olsztyńską” z wywiadem, którego mi udzielił. Powiedziałem mu, że w sylwestra oglądałem  „Angelusa” Lecha Majewskiego, w którym występuje pan Erwin. Szukałem „Angelusa” w olsztyńskich wypożyczalniach i w końcu znalazłem w Planecie 11.

Tak stałem się fanem Planety 11. Okazało się, że mają tam nie tylko ten unikalny film o śląskich ezoterykach -malarzach, ale i  Federico Felliniego. Wypożyczyłem sobie „Niebieskiego ptaka” („Il bidone”) z 1955 roku. Przed laty, gdy oglądałem go w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Utrzymało się ono i nadal uważam, że to jeden z najmroczniejszych filmów jakich znam: bohaterami są oszuści, którzy tracą natchnienie. Przypominają starych aktorów, którzy wypadają z roli. Po latach dodatkowym walorem filmu są zdjęcia kręcone na ulicach Rzymu i w okolicach Wiecznego Miasta. Czyli podróż wehikułem czasu do połowy XX  wieku.

Knapp: łagier i samoloty

Oddając  filmy zajrzałem do BWA. Bardzo lubię ten kawałek dobrej architektury w Olsztynie, jakim jest planetarium, z  kopułą do wyświetlania rozgwieżdżonego nieba, biblioteką multimedialną i galerią sztuki współczesnej. Obejrzałem sobie ponownie „VI Olsztyńskie Biennale Plastyki”. I popatrzyłem na  płaskorzeźbę Stefana Knappa zajmującą całą ścianę patio.

Knapp

Płaskorzeżba Stefana Knappa w patio olsztyńskiego planetarium. Fot.BWA

Już kiedyś pisałem o Knappie. To postać zasługująca ze wszech miar na popularyzację w naszym mieście. Jeszcze żyją  jego olsztyńscy przyjaciele. Prace tego wybitnego artysty zdobią nie tylko nasze planetarium i UMK w Toruniu, ale wiele znanych obiektów użyteczności publicznej na świecie, jak londyńskie lotnisko Heathrow.

Knapp urodził się w 1921 roku w Biłgoraju. Aresztowany przez Rosjan w ulicznej łapance we Lwowie w 1939 roku, miał 18 lat kiedy wywieziono go na Syberię, trafił do łagru w pobliżu Archangielska. Po układzie Sikorski-Majski  w 1941, wydostał się z Rosji i i przez Persję, Indie, Afrykę Południową  dotarł w końcu na Wyspy Brytyjskie, gdzie przeszedł szkolenie lotnicze. Był pilotem 318 dywizjonu rozpoznawczego RAF (Royal Air Force).  Po wojnie został w Anglii, po ukończeniu studiów artystycznych osiadł w Londynie. Z  talentem opisał swoje życie w książce „Kwadratowe słońce”. Codzienność  łagiernika i przygody wojenne lotnika. Książka jest  praktycznie niedostępna. Miała w Polsce  jedno „podziemne” wydanie w 1987 roku.

Knapp zmarł w październiku 1996 roku na atak serca w swojej pracowni pod Londynem , po ukończeniu ostatniej pracy , jaką było murale „Bitwa o Anglię” dla warszawskiego metra. W 1971 roku był w Polsce na plenerze kopernikańskim, na którym poznał wielu olsztyńskich plastyków i po którym zrealizował swoją kompozycję ścienną dla planetarium.

W ostatnich dniach lipca 1996 roku Knapp przyjechał do kraju po raz ostatni. Przez kilka dni gościł z żoną i synami w Cerkiewniku, w letniskowym domku należącym do olsztyńsko-warszawskiej rodziny. Wpadł też na chwilę do Olsztyna. Jedna z jego prac należy do olsztyńskiego artysty-plastyka. Wystawia ją na balkonie. Podejrzewam, że sąsiedzi nie mają pojęcia, że patrzą na dzieło światowego artysty.

01 Sty 2010

1 stycznia można przewidzieć jaka będzie  pogoda w sierpniu. Po południu zaczął w Olsztynie padać drobny śnieżek przy mglistym niebie. Czy to zapowiada deszczowy czwarty tydzień sierpnia? Zobaczymy. Jeszcze możemy sobie  parę dni powróżyć. Kto chce zaplanować urlop powinien sięgnąć do „Wierzeń mazurskich”  Maxa P.Toeppena.

Skurpski

Hieronim Skurpski, rysunek tuszem i kredką, 1973 rok

Mazurzy przepowiadali pogodę z „dwunastek”, czyli okresu trwającego od Bożego Narodzenia do Trzech Króli. Obserwując niebo każdego z tych dni przepowiadali pogodę na każdy miesiąc: 25 grudnia na styczeń, 26 grudnia na luty itd. Każdy dzień dwunastek dzielił się na cztery części, od godz. 18, co sześć godzin, co odpowiadało kolejnemu tygodniowi miesiąca.

1 stycznia jest ważny także z tego powodu, że – jak wierzono- zapowiada cały rok. Hieronim Skurpski, Mazur w każdym calu, zapisał 1 stycznia 1974 roku: ”Nowy dzień w rozpoczynającym się roku posiadał zawsze coś z magii. Zabiegi względnie czynności wpływały na „los” dalszych dni. Tak wierzono i dziś jeszcze tułają się smętne resztki. Pozostało mi to z młodości, kiedy wierzono w ten przesądny obyczaj.”

Pan Hieronim 1 stycznia 1974 napinał płótna. Kiedy go poznałem już tego nie praktykował, kupował gotowe blejtramy, już zagruntowane. Ale w Nowy Rok malował i rysował, jak każdego dnia.

Mircea Eliade, rumuński filozof kultury i eseista ,”gwoli uczczenia początku roku” zawsze spędzał  1 stycznia na pisaniu. Możemy o tym przeczytać w opublikowanych fragmentach jego dzienników z lat 1941-1985. W 1953 roku wrócił z sylwestra około drugiej nad ranem,  a o siódmej rano kończył  już pierwszy rozdział książki. Bywało, że tego dnia pisał tak intensywnie, że musiał dawać „odpoczynek dłoni”.

W dzienniku Marii Dąbrowskiej znalazłem już zapomniany zwyczaj noworoczny chodzenia „po proszonem”. W zapisku z 1 stycznia 1951 roku pisarka podaje, że tego dnia odwiedzili ją z życzeniami listonosz i dozorca. „Musiałam z nimi też wypić, a nie chcąc  już pić wódki, piłam z nimi wino”.

Najbliższa przyjaciółka Dąbrowskiej – Anna Kowalska – opisuje noworoczne spotkanie  1 stycznia 1966 u Melchiora Wańkowicza (Dąbrowska już nie żyła od pół roku). Wańkowicz postawił najpierw koniak radziecki, a kiedy przyszedł Jasienica – francuski. Ciekawa jest uwaga Kowalskiej z 1 stycznia 1968 roku. Brzmi bardzo aktualnie mimo upływu 40 lat. ”Nareszcie minął koszmar świąt. Ludzie przemienili się nie tylko w galerników weekendu, ale w galerników świąt, sylwestra, wczasów.(…) żadnej fantazji, żadnej potrzeby prywatności, żadnej wiary, że można znaleźć radość w przebywaniu z samym sobą, z drzewami, psem, ptakami, a nawet – z przyjacielem”.

Stefan Kisielewski jest bardziej dosadny. W swoim dzienniku pod datą 1 stycznia 1970 roku pisze: „Swiąteczna „bryja”, to znaczy ogłuszenie mrozem,wódą, nadmiarem żarcia i telewizji.”

Jak zawsze polecam przebywanie sam na sam z dobrą książką. Można z „Dziennikami” Marii Dąbrowskiej.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.