28 Mar 2010

Do Krakowa zawsze  jeździło się po strawę duchową. Najczęściej do Starego Teatru. Teraz Stary Teatr przyjechał do nas. Powiało Krakowem. Wprawdzie dziś Teatr Stary nie ten, co kiedyś. Ale my też nie ci sami.

Na finiszu Olsztyńskich Spotkań Teatralnych Stary Teatr  wystąpił  z „Król umiera, czyli ceremonie” Eugene Ionesco. Sztuka jest posępna, ale świetnie napisana. Reżyser przedstawienia, Piotr Cieplak chciał nas rozweselić, wprowadził balet i żywą muzykę. Jakby nie wierzył, że widzów stać jeszcze na zmierzenie się z poważnym tekstem Wielkiego Autora bez żadnych baletów. Cieplak dodatkowo zagrał na resentymentach do Starego Teatru, na wspomnieniach o wielkich spektaklach tej sceny z czasów między innymi Konrada Swinarskiego. I o legendarnych kreacjach aktorów: Jerzego Treli,  Anny Polony i  Anny Dymnej. Aktorzy-legendy stawili się w komplecie w Olsztynie. I przyjechała z nimi Dorota Segda.

W spektaklu Cieplaka  tytułowym władcą, który nie chce umierać,  jest właśnie Jerzy Trela, czyli Konrad z  „Wyzwolenia”. Towarzyszą mu dwie królowe. Małgorzata i Maria. Pierwsza żona, jest nią  Anna Polony, w pewnej chwili przymierza strój Muzy z „Wyzwolenia”.  Z kolei druga żona – w tej roli Anna Dymna- śpiewa piosenkę, którą śpiewała przed laty Zosia w „Dziadach”. Wszyscy oni są wielcy i w świetnej formie, ale ja zachwyciłem się Dorotą Segdą.

Julia Doroty Segdy jest lekko zwariowaną pokojówką króla. Segda grubą kreską kreśli swoją rolę, ni to kobiety-dziecka, ni to błazna. Podobno przypomina Albertynkę, którą była w „Operetce” Tadeusza Bradeckiego. Nie oglądałem, więc nie mogę porównać. Dla mnie w „Król umiera” jest wyborna.

Przeczytałem w Internecie, że Dorota Segda widzi z okna swego mieszkania kopiec Kościuszki, a  kiedy myje zęby, ogląda w lustrze wieżę Mariacką, bo widać ją z okna w łazience. Może nawet jak wytęży wzrok, dostrzega hejnalistę. A kiedy pije herbatę, to patrzy na Błonia. I z daleka na Wawel.

Kiedy to przeczytałem , to trochę pozazdrościłem pani Dorocie, bo ja, kiedy myję zęby, albo się golę, to choćbym nie wiem jak się starał, to poza swoją – jak to mówił Wiech – fizjonomią, niczego w lustrze nie zobaczę, bo nie mam okna w łazience. Ale po wizycie w teatrze już niczego pani Dorocie nie zazdroszczę. Należy  jej  się ten królewski widok. I innym aktorom Starego Teatru też.

14 Mar 2010

Ile można o serach z Warmii, o węgorzach z Mazur? Nawet  Mikołaj Kopernik się przejadł. Dlatego proponuję korzystając z hasła Warmińsko- Mazurskiej Zachęty  ogłosić: Olsztyn = Moc Sztuki.

Warmińsko-Mazurskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Olsztynie działa już od czterech lat. Właśnie ukazał się  katalog  olsztyńskiej Zachęty pod tytułem „Moc Sztuki”. Są w nim zreprodukowane wszystkie dzieła, które zakupiono do kolekcji. Współczesne miasta snobują się na posiadanie muzeów sztuki nowoczesnej. Olsztyn miasto-nie miasto, jak definiuje trafnie Ryszard Czerwiński , takiego muzeum formalnie nie ma, ale ma zbiór dzieł, zaczątek takiego muzeum .

Anna Baumgart ,”Lady Dark”, żywica syntetyczna, 2007 rok

W kolekcji znajduje się na przyklad  rzeźba Anny Baumgart „Lady Dark”. To  przykład wpływu publicystyki prasowej na artystów. Baumgart zainspirowała się fotografią przedstawiającą ćwiczenia antyterrorystyczne duchownych.

Zachęta jest wydawcą nie tylko tego katalogu. Opublikowała już trzeci tom szkicowników Hieronima Skurpskiego (1914-2006), z lat 1980-2006. Księga, podobnie jak poprzednie jej dwie części, może być ozdobą każdego księgozbioru miłośnika sztuki.

Już pisałem, że Hieronim Skurpski to góra, jego twórczość jest tak bogata i ważna, że mogłaby zapełnić sale osobnego muzeum. Być może dojrzejemy do tego. Teraz możemy – dzięki Zachęcie – oglądać rysunki z jego szkicowników.

Artysta był świadom tego, że jego zapełniane codziennie, od 1939 roku aż do śmierci, bruliony są dziełem wyjątkowym na skalę światową. Zachowały się 162 stukartkowe zeszyty. Za życia artysty mogli do nich zaglądać wybrani, a teraz może się z nimi zapoznać każdy. A kto nigdy nie odwiedził pana Hieronima w jego ostatniej pracowni, przy ulicy Warmińskiej, będzie miał o niej wyobrażenie, dzięki znakomitym zdjęciom Stanisława Zbigniewa Kamieńskiego. Bezcennym dodatkiem do książki są fragmenty dzienników artysty. Hieronim Skurpski przybył do Olsztyna w 1945 roku, spędził tu najbardziej twórcze lata swego życia, jest więc artystą na wskroś olsztyńskim. Takim też jest Andrzej Samulowski (1924-2002).

Od 1957 roku aż do śmierci Samulowski mieszkał na Starym Mieście w Olsztynie. Był wnukiem jednego z założycieli „Gazety Olsztyńskiej”, w gietrzwałdzkim domu dziadka urządził pierwszą pracownię malarską. Właśnie zakończyła się wystawa malarstwa i pastelu Andrzeja Samulowskiego w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olsztynie. Kto nie zdążył jej zobaczyć  powinien kupić katalog wystawy, to kolejna pozycja, która powinna się znaleźć w księgozbiorze miłośnika sztuki.

Andrzej Samulowski, „Złocony pejzaż”, pastel, 1998

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną książkę o sztuce, album poświęcony artyście związanemu z Olsztynem od narodzin aż do śmierci, Henrykowi Mączkowskiego (1936-1973). Od  Jana Antoniego Blanka (1785-1844), który jest pierwszym artystą-malarzem urodzonym w Olsztynie, następnym jest dopiero Mączkowski.

Blank mało jest  znany w rodzinnym mieście, a powinien. Najsławniejsza praca Blanka to portret wynalazcy maszyny do liczenia – Abrahama Sterna, pradziada Antoniego SłonimskiegoWiemy jak wyglądał Blank, bo namalował siebie na portrecie rodziny z 1825 roku znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Jan Antoni Blank,”Rodzina”, olej na płótnie, 1825 rok

Artysta umieścił się tam w otwartym oknie. Rozpisałem się o Blanku a miałem o Henryku Mączkowskim.

Album „Henryk Mączkowski malarstwo i grafika” to   pierwsza  od  przedwczesnej śmierci artysty tak obszerna prezentacja jego twórczości. W bardzo kompetentnym wprowadzeniu do książki  Krystyna Koziełło-Poklewska pisze: „Pozostawił po sobie pełne żarliwości, piękne malarstwo, rysunki, plakaty i realizacje plastyczne. Był u siebie w Olsztynie zaledwie lat 36, ale jak mało kto, wrośnięty w tę ziemię, jej urodę, tradycję i kulturę”. Zachwycam się jego niezwykłym portretem rybaka. Coś niepokojącego jest w tym płótnie Mączkowskiego. I ta jedyna w swoim rodzaju zielono –błękitna tonacja obrazu.

Henryk Mączkowski, „Rybak”, olej na płótnie, 1969

Chwała Stowarzyszeniu Społeczno-Kulturalnemu „Pojezierze” za inicjatywę wydania albumu.

Byli u siebie w Olsztynie: Skurpski, Samulowski, Mączkowski. Badacze naszego krajobrazu. Są dowodem na olsztyńską Moc Sztuki.

09 Mar 2010

„Gadające głowy”(1980 rok) to jeden z ostatnich filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego. Reżyser zdaje swoim bohaterom dwa  pytania: Kim jesteś? Czego byś chciał ?


W ostatnim ujęciu stuletnia kobieta (rocznik 1880) nie potrafi precyzyjnie odpowiedzieć na te pytania. — Sto lat mam — mówi. — A co by pani chciała? — pyta Kieślowski zza kadru. —Jak? — kobieta niedosłyszy.— Co by pani chciała? — reżyser powtarza pytanie. — Ile bym chciała? — pyta staruszka. — Chciałabym dłużej żyć… dłużej żyć — i uśmiecha się. Jeden z małych chłopców odpowiada, że chciałby być samochodem …syrenką.

Kieślowski tym filmem pokazywał co myślą ludzie w Polsce w końcu lat 70. Dzieci i dorośli, studenci, artyści, inteligenci i robotnicy. Wśród bohaterów jest samotna matka i kapłan. Pisarz, artysta-malarz i profesor. W książce „O sobie” reżyser tłumaczył, że jego dokumenty są po prostu opisaniem świata przy pomocy kamery.”To trochę tak, że jeżeli coś nie jest opisane, właściwie nie istnieje”. Do tej pory nie pytano bohaterów w filmach dokumentalnych  „Kim jesteś? Czego byś chciał?”. Zrobił to Kieślowski.

Po raz pierwszy oglądałem „Gadające głowy” na ekranie kina WDK w Olsztynie na ulicy Parkowej 1 (obecnie CEiIK), w 1981 roku, w trakcie seminarium Dyskusyjnego Klubu Filmowego „ZA”. Wrażenie było piorunujące, spotęgowane przez efekt sali kinowej: wielkie zbliżenia twarzy, jakby zaglądało się bohaterom do wnętrza głowy. Dokument oglądany po latach, tylko na ekranie komputera, nadal silnie na mnie  działa. Surowość, czerń i biel – jest jego walorem. Ale teraz zwróciłem uwagę na coś, czego wcześniej nie dostrzegałem u rozmówców Kieślowskiego, ogromną koncentrację u jednych, i coś w rodzaju nerwowego napięcia u drugich.

Kiedy myślę o tym filmie  przypomina mi się jedna z najsłynniejszych książek tamtych lat, „Ziarno” Andrzeja Bonarskiego. Wypowiadają się w niej ludzie teatru, między innymi Jerzy Grotowski. Na pytanie Bonarskiego „Kim jesteś”? Grotowski odpowiada na kilku stronach, zaznaczając na wstępie, że pytanie to powinno być sformułowane w pierwszej osobie „Kto, kto jestem?”. Tak naucza hinduski mędrzec Mahariszi — przypomina Grotowski.

Brytyjski filmoznawca Paul Coates postawił tezę, że Kieślowski  w „Gadających głowach” „mówi” wszystkimi głosami swoich bohaterów, szczególnie, gdy „apelują o mniej agresji w codziennym życiu, wzywając do miłości i wolności”. Jedna z bohaterek twierdzi na przykład, że jej jedynym marzeniem jest „spokój”, czyli — zauważa Coates — wypowiada kluczowe słowo dla twórczości Kieślowskiego.

Polski filmoznawca, Tadeusz Lubelski, uważa, że pogląd bliski reżyserowi wypowiada jedynie rówieśnik Kieślowskiego, mężczyzna z rocznika 1941. Mówi on — Wydaje mi się, że w zasadzie mam wszystko, co normalny, przeciętny człowiek powinien chcieć i mieć. Może to jest i dobrze, ale wydaje mi się, że czegoś mi brakuje. Że jestem już w takim okresie, że chciałbym coś zmienić, coś osiągnąć. Nie wiem co, co bym chciał zmienić, ale chciałbym, żeby było inaczej…

Pisarz Andrzej Szczypiorski uważał, że realizując między innymi „Gadające głowy” Kieślowski był trochę Mrożkiem a może i Gombrowiczem naszej kinematografii, a chciał być kimś więcej. Już nie wystarczało mu rejestrowanie życia. W styczniu 1981 roku w „Dialogu” ogłasza zwrot we własnej twórczości „głęboko zamiast szeroko, do środka a nie na zewnątrz”. Wszystkie nadzieje wiąże z filmem fabularnym.

Przełomem jest „Dekalog”. Kieślowski staje się największym moralistą polskiego filmu. W końcu po wielkich sukcesach „Trzech kolorów” ogłasza, że nie będzie się już zajmował się filmem.

Jak pisze Annette Insdorf w książce „Podwójne życie, powtórne szanse” Kieślowski  „nie doczekał wieku, w którym byłby zgarbionym siedemdziesięciolatkiem przy pojemniku na śmieci”. Zmarł 13 marca 1996 roku, po operacji serca.

02 Mar 2010

Lem powiedział kiedyś, ze Mrożek jest niezastąpiony. Gdyby go nie było, w naszym dramatopisarstwie byłaby kosmiczna dziura. A co by było z naszym życiem gdyby nie było Mrożka?

Sławomir Mrożek, pastel Aleksandra Wołosa

Moim kolegą na studiach był Marian. Wielbił on Mrożka. Szczególnie opowiadania z tomu „Półpancerze praktyczne”. Mrożek w pewnym sensie ukształtował  Mariana.  Mnie od dziecka ciągnęło do sztuk pięknych, konkretnie do rysowania, więc szybko wpadła mi w oko kreska Mrożka w „Przekroju”.  Z tym większą frajdą wybrałem się do kamienicy Naujacka by obejrzeć oryginały jego rysunków.

Wziąłem ze sobą kolegę, który pracuje w administracji. Był  jakoś posmutniały po codziennej monotonii biura, ale jak tylko pooglądał Mrożka – to poweselał. Bo jak się nie uśmiechnąć, kiedy widzi się taką scenkę: dwóch gentlemanów, jeden pyta — Czego się boisz? — Nie powiem, bo się boję —  odpowiada  ten drugi. Siedzi pod stołem.
Na Zatorzu w moim dzieciństwie funkcjonowało pojęcie wysilania-niewysilania. — Nie wysilaj się — mówiono komuś, kto bardzo się starał, a nie potrafił. I nie chodziło tu tylko o wysiłek fizyczny, o salto na trawie zrobione lekko, z wdziękiem, czy skok na główkę do jeziora, ale dobrze opowiedziany żart. W sposób niewymuszony. Takie są rysunki Mrożka. On potrafi.
 Jego technika jest bardzo prosta. Rysuje czarnym flamastrem na brystolu. Podpisy robi w dymkach  drukowanymi literami.
W pasjonującej książce „Życie w „Przekroju” Andrzej Klominek opisuje jakie były początki twórczości Mrożka. Nim stał się on autorem drukowanym i granym „produkował się” w mieszkaniu Wisławy Szymborskiej i jej ówczesnego męża, poety i redaktora Adama Włodka. W trakcie tych wieczorów kolega szkolny Mrożka — znany później aktor Leszek Herdegen — skakał na szafę, na której wykonywał pantomimę sępa, zakończoną zeskokiem.

Kiedyś — jak pisze Klominek — obaj, Mrożek i Herdegen, wykonali tę pantomimę na dachu przed pobliskim domem na Krupniczej, przywoławszy wpierw do okna mieszkającą w nim Szymborską. Zeskok na niższą część dachu wyglądał tak, jakby rzucili się w dół z wysokości piątego piętra.
Lubię opis spotkania Mrożka i Gombrowicza, którego autorem jest artysta malarz Kazimierz Głaz („Gombrowicz w Vence”). Kiedy autor „Tanga” mieszkał w Genui był częstym gościem  w Vence, u Gombrowicza. Opis kolacji: Gombrowicz siedzi przy stole i dyryguje — Sławomirze, zmieszaj makarony, żeby nie były banalne…
Przy stole rozmowa o sprawach technicznych. Mrożek ogląda pióro Gombrowicza. — Pióro jest znakomite — mówi Mrożek. — Skąd masz takie pióro?— pyta Gombrowicza. — To w prezencie od wielbicielki…— Nie mógłbyś zdobyć takiego samego dla mnie ?— napiera Mrożek.
Mrożka widziałem na własne oczy z pięć lat temu na targach książki w Warszawie. Ustawiła się do niego po autografy najdłuższa kolejka na tych targach. Chwilę tam postałem. Usłyszałem jak panienka do panienki mówi: — Zdawałem z jego twórczości maturę… Ja, który zdawałem maturę z Żeromskiego i Wyspiańskiego, słysząc to poczułem pewnego rodzaju wzruszenie, jakbym stał przed florencką katedrą. Mrożek ubrany był w dobre buty i dżinsy. Nawet kiedy siedział widać było, że jest wysokim mężczyzną. Nagle wstał i wyszedł.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.