21 Kwi 2010

Aktorzy gdakają jak kury i rżą jak konie. Malują swoje ciało pisakami i oblewają farbą. Obnażają  się. Upadają na podłogę. Mam nadzieję, że nie ranią się boleśnie.  Są ofiarni i pełni poświęcenia. Aktorzy są bez zarzutu: Milena Gauer, Grzegorz Gromek, Grzegorz Sowa.

Milena Gauer i Grzegorz Gromek  fot.Teatr Stefana Jaracza w Olsztynie

Ten rodzaj ekspresji znałem dotąd z  teatru alternatywnego, czy studenckiego. Premiera sztuki „Noże w kurach” na scenie kameralnej Stefana Jaracza w Olsztynie dowodzi, że również w teatrze repertuarowym jest miejsce na eksperyment  .

Autor David Harrower, rocznik 1966 jest Szkotem. Ma na swoim koncie siedem sztuk i drugie tyle  adaptacji na potrzeby sceny. Tłumaczy Brechta. Autor zna się na teatrze. Ale „Noże w kurach” to jego debiut sprzed trzynastu lat. Można powiedzieć : rozpoznanie sceny bojem, żeby nie użyć określenia, wprawka.

„Noże w kurach” to historia wiejskiego trójkąta: chłop, jego żona i młynarz. Harrower maluje postaci grubą krechą. Jakby  rozwijał taśmę z  socrealistycznym  filmem. Być może to „brechtowskie ukąszenie” dramaturga, albo po prostu próba warsztatowa.

Młynarz (Grzegorz Sowa)  to prawie inteligent. Nie pracuje tak ciężko jak chłop (Grzegorz Gromek) i jego żona (Milena Gauer). Ci dwoje nie pracują , oni tyrają.  Ale na tym koniec z Brechtem i socrealizmem. Zaczyna się gramatyka. Rozbiór gramatyczny w teatrze. Feminizmem lekko podszyty. Człowiek w moim  wieku jest wyczulony na różne – izmy, choć przyznaję się do związków z konceptualizmem, ale na podchwytliwe pytanie ze sceny:  czy  kobieta jest polem do orania? odpowiadam nie, nie jest. Ale wiem, że potrafi  tyrać jak koń , albo wół. Choć znam mężczyzn, być może jest ich mniejszość, którzy też tyrają.

Młodą reżyserkę Weronikę Szczawińską (rocznik 1981) pewnie dziwią moje skojarzenia z Brechtem i filmami  z lat 50. Jej  „Noże w kurach”  według Harrowera niewiele mają wspólnego z tradycyjnym teatrem. Oglądając spektakl czułem się jakbym siedział w laboratorium, gdzie bada się możliwości  języka, ale i przy okazji  wytrzymałość widza. Czytałem wiele pochlebnych opinii o jej „Zemście”, gdzie komedię Fredry  Szczawińska „rozebrała” na kawałki a potem je ponownie złożyła. Mam wrażenie, że w olsztyńskim przedstawieniu  mamy do czynienia z podobną metodą. Spektakl  jest modelem do składania, który musimy samemu złożyć w swojej głowie. Tylko gdzie w tym wszystkim magia i sentyment? Brak.

04 Kwi 2010

Pamiętam czasy, gdy każdy zdający na akademię był obkuty z życiorysu Picassa. Kandydat na artystę prócz tego, że umiał rysować, wiedział co Picasso namalował na przykład  w okresie różowym, a co w błękitnym. Ale nikt nie słyszał o Hopperze. Byliśmy odcięci od Hoppera .

Pablo Picasso (artyści mówili poufale: Pablo) znany był nie tylko wśród malarzy. Można nawet powiedzieć, że zwykły człowiek zaczepiony na ulicy wiedział – a przecież nie było wtedy  internetu i tabloidów – kim jest Picasso. Pablo trafił pod strzechy, tak jaki trafił van Gogh , którego „Słoneczniki” reprodukowano w milionach egzemplarzy. Pablo trafił pod strzechy, ale inaczej, bo do języka, gdyż  lud, w przeciwieństwie do artystów, wolał realizm.  Pablo nie pasował  ludowi i abstrakcyjne „nowoczesne” wzory , którymi przyozdobione były dostępne w państwowej sieci handlowej tkaniny i materiały nazwał prześmiewczo pikasami. Z kolei  sławę Picassa wśród młodzieży akademickiej podsycały docierające z opóźnieniem wieści o jego kolejnych ożenkach, fotografie Pabla  w pasiastym podkoszulku,  jak rączo biega po plaży z coraz młodszą żoną.

Gdzie w tym wszystkim Hopper, prawie równolatek Picassa, zaledwie o rok od niego młodszy ? Skąd dowiedziałem się o jego istnieniu? Z „Ameryki”, którą, a jakże, kupiłem w  antykwariacie, już nie pamiętam którym. ”Ameryka” była miesięcznikiem ( później stała się kwartalnikiem) wydawanym po polsku przez rząd Stanów Zjednoczonych. Miała świetne kolorowe zdjęcia, perfekcyjny druk jeszcze dziś robi wrażenie. No i „Ameryka” pachniała…  Ameryką.

W latach 70. kupiłem archiwalny egzemplarz  pisma z czasów Kennedy’ego, zresztą z młodziutką Jacqueline na okładce, z czasów tuż po tym jak została pierwszą damą. Tam zobaczyłem reprodukcję obrazu nieznanego mi malarza. Temat dzieła jednoznacznie kojarzył się z socrealizmem. Płotno nosiło bezpretensjonalny tytuł „Zakład fryzjerski” i przedstawiało fryzjera strzygącego  jakiegoś pana, gdy tymczasem siedząca przy stoliku młoda kobieta, którą wziąłem początkowo za czekającą na swoją kolej klientkę, przeglądała pismo. Z opisu obrazu dowiedziałem się, że to manikiurzystka. To było dzieło Edwarda Hoppera. Polubiłem tego malarza. To była wręcz miłość od pierwszego wejrzenia. Zrobiło chyba wtedy na mnie wrażenie to , co o nim przeczytałem: że wiele lat mieszkał w Nowym Jorku i inspirował się tym miastem. Redakcja „Ameryki” widocznie podzielała moją fascynację Hopperem, bo w wielu numerach zamieszczała reprodukcje  jego obrazów.

Okładka hopperowskiej „Ameryki”, z zimy 1982 roku

„Ameryka” z zimy 1982 roku  ( pismo stało się kwartalnikiem) była przełomowa. 11 stron ( na sto) poświęcono Hopperowi. To tam zobaczyłem jego „Nocne ptaszki” z 1942 roku.

Swiat przyśpieszył i Niemcy zaczęli dzielić ze mną miłość do Hoppera. Wydawnictwo Taschen wydało album „mojego” malarza w 1990 roku  ( edycja polska ukazała się dopiero w 2002 roku). „Ameryka” przestała wychodzić na początku lata 90. A ciągle nie było Hoppera po polsku.

Zbliżał się koniec drugiego tysiąclecia, gdy nagle w wywiadzie z szefem któregoś z wielkich zachodnich muzeów  sztuki współczesnej przeczytałem, że z całego XX wieku liczy się tylko Picasso, może Balthus i właśnie Hopper. W sierpniu 2000 roku pojechałem autobusem na wycieczkę do Wenecji. Miasto niczego sobie, ale ja przywiozłem albumik o Hopperze. Włoski .

Po polsku nie było ciągle  Hoppera, gdy tymczasem uznali jego wielkość  historycy. Kiedy kupiłem piąty tom „Historii życia prywatnego”, wydawnictwa Ossolineum, w ostatnim rozdziale „Obce wzory” o modelach społeczeństw europejskich  ze zdumieniem zobaczyłem reprodukcję „Nocnych ptaszków” z komentarzem odredakcyjnym: ”Edward Hopper wystawia na scenie „samotność absolutną” amerykańskiego społeczeństwa”.

W 2006 roku w serii „Klasyków sztuki” poświęconej wielkim malarzom, od średniowiecza do końca XX wieku, ukazało się po polsku wydanie włoskiego albumu. Hopper  trafił pod strzechy.

Kiedy „Tatarak” Andrzeja Wajdy miał swoją premierę , pewien uczony krytyk oceniając pracę operatora filmu twierdził, że przypominają obrazy Hoppera (np. Krystyna Janda we wnętrzu). Tymczasem cała Europa zaczęła podzielać moją fascynację dziełami autora „Nocnych ptaszków”.W Rzymie trwa właśnie wielka wystawa jego dzieł w Fondazione Roma Museo. Wcześniej w Wiedniu można było oglądać prace artystów zafascynowanych Hopperem. Przykładem artysty idącego ścieżką Hoppera jest Eric Fischl.

Kiedy Hopper stał się taki popularny, zaczął mi się mniej podobać. Muszę zainteresować się kimś mniej znanym.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.