27 Lip 2010

Kasztanowce na ulicy Limanowskiego śnią się ludziom, którzy przed laty wyjechali z Olsztyna. Ostatnio pospacerowałem po ulicy Kopernika, która jest jeszcze całkiem ładnym kawałkiem dawnego miasta. I to nie byle jakim – z przebiciem na Królewiec, Malbork , Lwów i trochę Krakowa.

Bo jak się dobrze przyjrzeć Olsztynowi, to wyglądają z niego inne miasta.

Ulica Kopernika ( przed wojna też nosiła imię astronoma ) jest nadal zadrzewiona. Jej dominantą jest kościół Serca Jezusowego zaprojektowany przez królewieckiego architekta Fritza Heitmanna. Górna część wieży z czterema wieżyczkami wokół iglicy i galeryjką widokową naśladuje wieżę kaplicy zamkowej w Królewcu. Oryginał nie istnieje, bo niewiele zostało ze starej architektury Królewca po alianckich bombardowaniach Starego Miasta, ale olsztyńska kopia ma się dobrze.

Mamy więc przebicie z ulicy Kopernika do samego Królewca. Ale mamy też tam przebicie do Malborka. Bo królewiecki architekt nawiązuje – o czym pisze Andrzej Rzempołuch w „Architekturze i urbanistyce Olsztyna 1353-1953”- do rozwiązań z krzyżackiego zamku w Malborku. Ale nieocenionemu dr. Mieczysławowi Orłowiczowi , autorowi  „Ilustrowanego przewodnika po Mazurach Pruskich i Warmii” kościół Serca Jezusowego przypominał kościół św. Elżbiety we Lwowie. Ten znany krajoznawca zwracał uwagę, że najwyższa wieża kościoła Serca Jezusowego ma 83 metry, jest więc o dwa metry wyższa od wieży kościoła Mariackiego w Krakowie. Jest więc przebicie i na Kraków.

Spacerując po Olsztynie spotykam miejsca, które nie mają szczęścia, jak ta parcela po kinie „Kopernik”, z którego zostały ruiny niczym pozostałości z jakiegoś Wilczego Szańca.

 

Są miejsca , które ulegają przeróbce jak dawny „Dukat”, ale i takie widoki, które są bez zmian od co najmniej 60 lat, jak ten na ratusz od strony Starego Miasta. 

17 Lip 2010

Poprzedni mój wpis skomentowała Ewa, która przyjechała do Olsztyna z Niemiec na spotkanie swojej klasy ze Szkoły Podstawowej nr 6. Minęliśmy się, nie było mnie w tym czasie w mieście.

Ewa tęskni do niegdysiejszego smaku Olsztyna, „ciepło-zimnego”, warmińsko-wileńskiego.

Polecam komentarz Ewy. Podkreśla w nim wagę indywidualizmu. Ja też chciałbym, żeby moje miasto było wyjątkowe, jedyne w świecie. Niepodobne do innych. By miało swój oryginalny smak.


W czasach mojego dzieciństwa miasto było zielone. Aleja Wojska Polskiego była cienistą aleją. Brakuje mi na niej drzew, tak jak na ulicy Dąbrowszczaków i ulicy Limanowskiego. Dawały cień w takie gorące dni, jak tego lata. Ktoś kto zamieszkał w  naszym mieście niedawno, czy nawet 20 lat temu, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Cień drzewa w centrum miasta.

Byliśmy z kolegą ze szkoły ( tego lata szukam wspomnień) nad Jeziorem Krzywym. Droga do plaży wydepilowana z drzew, robi jak najgorsze wrażenie. Jedynie pomost ratuje honor starej plaży. Wspominaliśmy film „Kochajmy syrenki” z Bogdanem Łazuką i Jackiem Fedorowiczem.

Na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku pół Olsztyna wyległo nad Jezioro Krzywe, gdzie powstawały zdjęcia do tej komedii. Dziś już tylko na czarno-białych kadrach można zobaczyć drewniany pawilon  z charakterystycznym kołem sterowym. Warto by kiedyś zrobić album, kopiując klatka po klatce, olsztyńskie sceny tego filmu, który jest staroświecką ramotą, ale przy okazji dokumentuje urodę olsztynianek.


Na koncercie Joe Walkera spotkałem wielu mocno dorosłych fanów, w tym z mojej klasy. Walker śpiewał  o Hendrixie. Pamiętam dobrze dzień , w którym umarł Jimi. Jechaliśmy z Andrzejem K. ( też był na koncercie Walkera) w odwiedziny do koleżanki  mieszkającej w Ostródzie. W pewnej chwili do naszego przedziału wpadł długowłosy chłopak z radiem tranzystorowym przy uchu i dosłownie zawył z rozpaczy: – Jimi nie żyje… Wiedzieliśmy o kogo chodzi, bo wtedy był  jedyny Jimi na świecie. Zdarzyło się to 18 września 1970 roku. Kąpaliśmy się potem w Jeziorze Drwęckim, bo wrzesień był wtedy  gorący, choć dawały się we znaki kłopoty w zaopatrzeniu. Mamie naszej koleżanki bardzo było przykro, że do ziemniaków ma tylko konserwę tyrolską. Nam to nie przeszkadzało, byliśmy młodzi, a koleżanka urodziwa. A zsiadłe mleko , które też piliśmy do obiadu było dobrze schłodzone i przyjemnie kwaskowe.


Walker w amfiteatrze im. Niemena ( powinienem napisać Cześka, bo przecież dla nas   był Cześkiem, a nie żadnym Niemenem) wspominał więc Hendrixa. I tam wypatrzyła mnie Ewa.  Zaraz  dostrzegłem też jej siostrę bliźniaczkę Ankę, która przyszła na koncert z mężem. Anka przyjechała z Kalifornii , Ewa z Niemiec, w których pracuje i zarazem z Holandii, w której mieszka. Chodziliśmy do jednej klasy.

Staram się policzyć, kto wyjechał z mojego rodzinnego Olsztyna za granicę, ile ładnych dziewczyn, ilu fajnych chłopaków z mojego pokolenia. Z podstawówki, a chodziłem do piątki, pierwszy wyjechał  Jurek do Niemiec (RFN), potem Róża  do Izraela, mój kolega z ławki, Zbyszek, do Ameryki, z gomułkowskiej Polski prosto na Manhattan. Po maturze nasze cztery koleżanki z liceum znalazły mężów w szerokim świecie. Myślę o tych pięknych dziewczynach  z ulicy Kasprowicza, które wyjechały do Australii, Kanady, Niemiec… A z ulicy Limanowskiego ile wyjechało. Pomyślałem sobie teraz, że warto zrobić światowy zjazd olsztyniaków. Ile by mogli nam ciekawego powiedzieć o swoich losach.

Ale znalazłem tego lata dawny smak. Najpierw wsiadłem do szynobusu, który jest XXI wiekiem w sercu Puszczy Piskiej. Szynobus zawiózł mnie do Karwicy Mazurskiej, potem ruszyłem do leśniczówki Pranie. Kustosz Muzeum Gałczyńskiego, poeta Wojciech Kass, pokazał mi znajdujące się po drodze z Prania do Krzyży Jezioro Wesołek.

Nad Wesołkiem panuje cisza pierwotnego uroczyska. Tak jezioro musiało wyglądać sto i więcej lat temu. Torfiasty  grząski brzeg ugina się pod nogami. Spokój. W takich miejscach myśli się o wieczności. Leśną ścieżką dociera się do małego pomostu i po drewnianej  drabince schodzi się do wody, jak do basenu.

Polecam klimatyzowany szynobus i Jezioro Wesołek.

P.S. Szukając dawnego opisu leśniczówki Pranie sięgnąłem po nieocenionego dr. Mieczysława Orłowicza („Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii”, Lwów-Warszawa, 1923). Jest tam niebywałe zdanie o klimacie panującym w prańskiej okolicy: Klimat jest tu wyjątkowo zimny, a wedle zapisów znajdującej się tu stacji meteorologicznej prócz pierwszej połowy sierpnia żaden miesiąc nie jest wolny od mrozów.

Wolę latem upał niż mróz.

01 Lip 2010

Obejrzałem polską komedię „Mąż swojej żony”. Wprowadziła mnie w pogodny wakacyjny nastrój. Prosta fabuła o opozycji sportu i wysokiej sztuki. Popularni aktorzy, wpadająca w ucho piosenka, ładne zdjęcia.

W filmie można podziwiać talent i wdzięk zmarłej niedawno Elżbiety Czyżewskiej. Właśnie wdzięk . To słowo dzisiaj zapomniane, wdzięk nie ma nic wspólnego z wdzięczeniem się. Tak jak prostota z prostactwem. Wdzięk to naturalny dar, który otrzymujemy z genami. W kinie bardzo łatwo rozpoznać aktorów, którzy są nim obdarzeni. Miał wdzięk Zbyszek Cybulski, czy przed wojną Eugeniusz Bodo.

Teraz rozumiem starsze pokolenie, które w czasach mojej młodości z zapartym tchem oglądało filmy z Eugeniuszem Bodo i Elżbietą Barszczewską w telewizyjnym programie „W starym kinie”. Polskie komedie z lat 60. oglądam z takim sentymentem, jak moi rodzice przedwojenne kino.

Komedie sprzed pół wieku mają swój czar. Lubię intonację głosu występujących w nich aktorów, powolną, jakby odświętną, śpiewną mowę.

Podobno Czesław Miłosz, kiedy przysłano mu do Kalifornii taśmę z przedstawieniem „Dziadów” Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru był oburzony, tym jak mówią aktorzy. – To nie po polsku – wołał na ten nowy akcent.

W naszych miastach po wojnie wymieszały się języki lokalne i gwary.

Niektórzy czuli obserwatorzy języka polskiego słyszą w mieszance górnośląskiej np. w Gliwicach, wymowę i gwarę lwowska, połączoną ze śląską. W Olsztynie – niestety – całkowicie wyparowała twarda gwara warmińska.

Byłem jako dziecko zafascynowany tym bogactwem, które posiadaliśmy: na przykład na rynku końskim, czy na hali targowej mieszała się twarda wymowa Warmiaków spod Olsztyna, ze śpiewną, którą mówili powojenni osiedleńcy z Wilna i okolic.

Dziś mówimy podobnie, tak jak w telewizji ogólnopolskiej. Czasem komuś wymknie się słówko, które usłyszał w dzieciństwie u babci, czy u kolegi na podwórku. Słówko jak przyprawa i domowy smak.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.