24 Sie 2010

Jak pisał klasyk „ lata złote nogi/już się szykują do drogi.” W  tym roku nie odpuszczam lata. Pływałem żabką w mazurskich jeziorach. Ostatnio rowerem wodnym po Krzywym .  Znów żabką w  Skandzie. I w Kortowskim. Postanowiłem też poszukać wspomnień nad Krzywym. Poczułem tam wiatr od morza.

Nie lubię chodzić nad wodę sam. W góry jak najbardziej. Ale nad wodą zawsze szukam towarzystwa rodziny, kolegów i koleżanek. Kiedy byliśmy ze znajomą na przystani „Warmia” zobaczyłem tam portret Krystyny Eisele jako komandora Yacht Klubu. Krysia była jedną z najważniejszych osób olsztyńskiego żeglarstwa. Sześć lat temu, jak to mówią żeglarze, odeszła na wieczną wachtę. Kulturalna pani. Lwowianka.  Była moją pierwszą szefową w „Gazecie Olsztyńskiej”. Kiedyś spytałem ją czy wybrałaby się sama w dłuższy rejs.  –  Nigdy, odpowiedziała mi. – Cała przyjemność żeglowania polega na tym by ją przeżywać z kimś, by dzielić się natychmiast wrażeniami…

Oczywiście są samotni żeglarze , którzy opływają świat, ale pani Krystynie najbardziej odpowiadał ten „wspólnotowy” aspekt  żeglowania.

Chodząc po przystani „Warmii” poczułem w pewnej chwili  wiatr od morza. Tu były przecież początki olsztyńskiego wielkiego żeglowania.

Odwiedziliśmy też plażę miejską i główne jej molo. Latem to centralny plac Olsztyna. Kto tego nie rozumie , ten kiep.

Gdy masz w nozdrzach zapach wody i czujesz pod bosymi stopami deski pomostów — wiesz że żyjesz.

I pointa. Jestem szczęśliwym posiadaczem grubego tomu „Stany Zjednoczone w literaturze”. To amerykański podręcznik szkolny z wypisami.  Może kiedyś poświęcę tej książce więcej miejsca, bo na to zasługuje. Wśród jej wspaniałych ilustracji  wiele jest rycin i fotografii żaglowców, widoków mórz, rzek, jezior  i strug.  Jeden z rozdziałów poświęcony jest Melvillowi i jego „Moby Dickowi”.


07 Sie 2010

Znajomy mówi : – Napisz o księgarni na Zatorzu. To niebywałe. Był tam sklep z gorzałką, a teraz księgarnia… Wiem, już miałem kilka razy o tym napisać. Wracając wczoraj autobusem z Tracka wysiadłem na przystanku Jagiellońska. Ulica Jagiellońska to tętnica Zatorza. Mój Montmartre.

Byłem świeżo po „Incepcji” Nolana. A w tym filmie jeden z wątków to powrót do dzieciństwa. Całkiem jak  u Wellesa w „Obywatelu Kane”. U Wellsa była różyczka, u Nolana  jest wiatraczek. Spacerując Jagiellońską myślałem o mojej pobliskiej ulicy Kasprowicza, po której biegałem w dzieciństwie. A wiatraczek? W szkolnym budynku przy Kasprowicza, gdzie mieszkaliśmy, było ogrzewanie parowe ( to jakaś tradycja rodzinna, bo u mojego pradziadka w Częstochowie była winda na parę). Kilkakrotnie oparzyłem się jako dziecko o kaloryfer, ale pięknie kręcił się nad nim wiatraczek w strugach gorącego powietrza.

I jeszcze o Wellesie. Miałem okazję rozmawiać z Irvinem Kershnerem, reżyserem piątej części „Gwiezdnych wojen”- „Imperium kontratakuje”. Ma on korzenie polskie i jest jednym z wielu potomków emigrantów z Europy Wschodniej, którzy całe lata nadawali ton w Hollywood. Spytałem Kershnera o Wellesa. Z wielką atencją mówił o twórcy „Obywatela Kane”.

Na Zatorzu księgarnia połączona ze sklepem papierniczym mieściła się w zbudowanym w połowie lat 50. budynku na rogu ulic Żeromskiego i Jagiellońskiej. W niej zaopatrywałem się w stalówki i atrament. I w książki , które wystawione były w witrynie od strony Żeromskiego. Tam kupiłem „Pociągi pod specjalnym nadzorem” Hrabala. Dostałem od taty dziesięć złotych na tę książkę. Mam „Pociągi” Hrabala do tej pory. Z ilustracjami Henryka Tomaszewskiego (poniżej).

Budynek na parterze którego mieściła się księgarnia, długo stał nieotynkowany, ba, pamiętam kiedy go w ogóle nie było, w tym miejscu znajdował się placyk ze schodkami, jako pozostałością po spalonym domu. Księgarnia przetrwała  burze dziejowe, ale niedawno przestała istnieć. I teraz, na tej samej ulicy, tylko pod innym numerem, powstała nowa.

Na Jagiellońskiej teraz nie dość, że znów można kupić książki , to zlokalizowane są na niej dwa sklepy z antykami, jak na jakimś Montmartre.  Zatorzańska ulica nie jest wprawdzie położona na wzgórzu, jak słynna dzielnica paryskich artystów, ale charakteryzuje się sporym spadkiem, jest spadzista , albo „spadzita” , jak mówi mój znajomy ze Śląska.


Na paryskim Montmartre mieszkał Picasso. Naszym Picasso jest  przedwcześnie zmarły Henryk Mączkowski (1936-1973), rodowity przedwojenny olsztyniak, który miał pracownię  nad dawnym „Samem” na ulicy Limanowskiego. Wcześniej malował w niej jego nauczyciel, przybyły z Wilna, Jan Ilkiewicz (1916-1969).

Idąc w dół Jagiellońską zaglądam na ulicę Żeromskiego, gdzie mieszkał Ilkiewicz z żoną i córką . Do pracowni nie miał daleko. Ilkiewicz malował jednego z moich sąsiadów z Kasprowicza, sędziwego kolejarza z sumiastymi wąsami.

Szedłem więc pogrążony we wspomnieniach dalej ulicą Jagiellońską, mijałem puste lokale po zamkniętych zakładach rzemieślniczych . I u wylotu ulicy w stronę Alei Wojska  Polskiego, tej aorty Zatorza, zajrzałem na podwórko domu, który powstawał na moich oczach .W bramie wypatrzyłem tablicę upamiętniającą budowniczych tego domu. Wiem, że dla konserwatorów zabytków 55 lat to mało, ale myślę warto o niej pamiętać. To historia olsztyńskiego Montmartre.


Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.