18 Lis 2010

Jul do Ryśka Czerwińskiego: – Strzelałeś?– Pewnie. Zawsze pierwszy. ”Shoot” znaczy zarówno strzelać, jak i pstrykać migawką – mówi Rysiek. Ta rozmowa miała miejsce blisko 23 lata temu w nieistniejącym już „Klubie”, czyli DŚT w Olsztynie. Dziś w tym miejscu są pomieszczenia banku.

Jul czyli Juliusz Grodziński opisał powyższe  spotkanie  pod tytułem „Strzelam pierwszy” w dwutygodniku „Warmia i Mazury”  w  nr. 2 z 1987 roku. Jul umarł 22 lata temu, Rysiek w niedzielę, 14 listopada.

Pamiętam ich obu. Byli do siebie podobni: z męską szorstkością, dbałością o fason, a zarazem galanterią wobec kobiet, którą nazwalibyśmy staroświecką.

Rysiek jest autorem definicji Olsztyna. Najbardziej celnej jaką znam. Kiedyś spytałem go, co to jest Olsztyn. Olsztyn? –To takie miasto – nie miasto – odpowiedział, poprzedzając swoją definicję powszechnie znanym słowem na „k”, które  w jego ustach nabierało specyficznego wdzięku.

Umiał fotografować to swoje miasto-nie miasto, widać to choćby w  albumie z 2009 roku „Olsztyn przestrzeń radości”. Rysiek sfotografował domy, zabytki i ulice, w jego ujęciu podoba mi się szczególnie  ulica Mrongowiusza, ale  w tym „miejskim” albumie najważniejsza jest przyroda: sandacze i jelenie, wydry i bociany…

Rysiek Czerwiński urodził się w Wilnie w 1937 roku. Należy do całej plejady artystów, którzy zaszczepili na „tutejszym” – (warmińskim, mazurskim, poniemieckim ?) drzewku to coś. Co to jest? Specjalną wrażliwość na pejzaż, na przyrodę i człowieka. Może jakiś rodzaj liryzmu. On i jego rówieśnicy: fotograficy i malarze przywieźli to coś repatriacyjnymi pociągami. Znad rodzinnej Wilii.

Rysiek najwcześniej z osób, które znałem, a które interesowały się filmem, zajął się nim zawodowo.  Zaczynał w pierwszej ekipie Amatorskiego Klubu Filmowego „Grunwald”. Był jednym z założycieli klubu. Robił zdjęcia filmowe, razem z Ryszardem Jankowskim z Lubawy, do pierwszego filmu nakręconego miejscowymi siłami w Olsztynie po wojnie.

To był dokument „Ludzie z bazy” o meliorantach ciężko pracujących przy kopaniu rowów i kanałów odwadniających. Dzisiaj te prace wykonują maszyny, 45 lat temu, kiedy film powstawał – człowiek z łopatą.

Reżyserem tego dokumentu był Alfred Stefański, urodzony w 1934 roku w Oświęcimiu dziennikarz Radia Olsztyn, zmarły przedwcześnie w wieku niespełna 34 lat. Dziś ten film można znaleźć w internecie na stronie Archiwum Entuzjastów http://www.enthusiastsarchive.net/movie_stream.php?id=52&speed=0, które założyli działający w Anglii artyści Neil Cummings i Marysia Lewandowska.

W tym samym roku Czerwiński już samodzielnie zrobił zdjęcia do etiudy fabularnej Jerzego Obłamskiego, jednego z najbardziej utytułowanych realizatorów AKF „Grunwald”, autora znanego później m.in. z filmu „Ostatnie takie trio” ze Zbigniewem Zapasiewiczem.

W następnym roku Czerwiński nakręcił zdjęcia do dokumentu  o stroicielach organów we Fromborku. Film  „Stroiciele” wyreżyserował Jerzy Obłamski. Ich wspólną pracę pokazywano między innymi na festiwalu UNICA w Hiszpanii. Rysiek stał się zawodowcem. Rozpoczął pracę w TVP, gdzie realizował między innymi filmy przyrodnicze.

A teraz o tytułowym strzale. We wspomnianej rozmowie Rysiek opisywał Julowi swój wyjazd na Pustynię Nevada. Na zdjęciu ilustrującym tekst widać  biały Land Rover, który rzuca długi cień. W tym samochodzie Rysiek mieszkał na pustyni. Był jednocześnie operatorem, kierowcą, tropicielem i kucharzem. Filmował na zlecenie Amerykanów pustynię i rzekę, żyjące tam zwierzęta i ptaki.

Miał ze sobą sztucer. Służbowy. Do obrony przed jaguarami.  Tłumaczył, że w Nevadzie mężczyzna bez sztucera, to jak u nas facet bez skarpetek.  Zapytany przez Jula jaki napis nosił na koszulce, powiedział: – I shoot first. Strzelam pierwszy

15 Lis 2010

Dokładnie trzy lata temu byłem w Katowicach na Festiwalu Ars Cameralis. Tam, pierwszy i jak się okazało jedyny raz w życiu, króciutko rozmawiałem z kompozytorem Henrykiem Mikołajem Góreckiego.

Czekałem na koncert Kronos Quartet. Stałem w holu „Dezember Palace”, jak Ślązacy nazywają od nazwiska sekretarza Grudnia potężne gmaszysko na placu Sejmu Śląskiego, gdzie mieści wiele instytucji kulturalnych, w tym ogromna sala koncertowa.  Amerykański zespół miał wykonać po raz pierwszy trzy koncerty smyczkowe Góreckiego. Nagle w tłumie oczekujących na koncert podekscytowanych kobiet i mężczyzn, ubranych w stroje wieczorowe, zobaczyłem charakterystyczną twarz kompozytora. Znałem ją ze zdjęć. Stał samotnie i wyglądał bardzo skromnie.

Podszedłem i przywitałem się. Pamiętam tylko, że zapytałem:

– Kiedy Mistrz przyjedzie na Warmię?

Tak właśnie zwróciłem się do Góreckiego, Mistrzu. Tu przyznam się, że żywię do kompozytorów kult równie wielki  jak do profesorów matematyki. Obie te dyscypliny wydają mi się równie niedostępne.

– To tak daleko powiedział Górecki.

– Ale kiedyś Warmia i Śląsk były razem – odpowiedziałem zaczepnie.

– Były… –  kompozytor na to.

Rozmawialiśmy jeszcze o Feliksie Nowowiejskim. Właśnie obchodziliśmy w Olsztynie okrągłą rocznicę urodzin pochodzącego z Warmii autora muzyki do „Roty” . Opowiedziałem Góreckiemu o próbach wypromowania utworów Nowowiejskiego. Pożegnaliśmy się. Uścisnąłem Mistrzowi prawicę i poszedłem na widownię. Wkrótce zobaczyłem go na scenie, w świetle reflektorów, kiedy wita się z muzykami i kłania publiczności.

Kiedy czytam wspomnienia o Góreckim, Ślązaku z dziada pradziada, rozpoznaję ten sam rys, który znam z życiorysów wielu artystów kształcących się w powojennej Polsce. Górecki dopiero po maturze mógł spełnić swoje muzyczne marzenie. Nie przyjęto go do klasy fortepianu w szkole muzycznej, ale do klasy instruktorskiej. Rano był nauczycielem w szkole podstawowej w Redułtowach pod Rybnikiem, po południu jechał do Rybnika by uczyć się w szkole muzycznej, wieczorem – na koncert do Katowic. Kiedy nie miał już powrotnego pociągu do domu, noc spędzał na dworcu w Rybniku, jak wspominają biografowie, śpiąc lub komponując.

Gdzieś we wspomnieniach Krzysztofa Kieślowskiego, który po wojnie mieszkał w małej miejscowości w Zagłębiu Dąbrowskim, nazywała się ona Strzemieszyce Wielkie, znalazłem podobną opowieść o dojazdach pociągiem do szkoły. I wspomnienie dworcowych bufetów. I bułki z zimnym kotletem mielonym na śniadanie. Kieślowski do łódzkiej filmówki dostał się za trzecim razem.

Widzę w wyborach życiowych Kieślowskiego i Góreckiego podobieństwa. Obaj od młodych lat dobijali się by móc studiować ulubione dziedziny – jeden reżyserię, drugi muzykę. Na początku drogi było im ciężko, ale trzymali się uparcie swego, pod koniec życia osiągnęli uznanie w świecie.

P.S.

Na zdjęciach: pierwszy „mój” Górecki, kaseta magnetofonowa z 1993 roku Polskich Nagrań i dworzec gdzieś na Górnym Śląsku, sfotografowany z ostatniego wagonu pociągu.

07 Lis 2010

Święto u Sewruka. „Letnicy” Maksyma Gorkiego w reżyserii Michała Kotańskiego. W sobotę słuchacze III roku Studium Aktorskiego im. Aleksandra Sewruka przy Teatrze  Stefana Jaracza w Olsztynie pokazali swój spektakl dyplomowy. Przed profesorami i wzruszonymi rodzicami, koleżankam i kolegami, absolwentami studium z poprzednich lat.

Jaki jest związek Maksyma Gorkiego z Olsztynem? Żona Gorkiego Jekatierina Pieszkowa wyciągnęła w 1934 roku z Syberii Teofilę Borowską, matkę pisarza Tadeusza Borowskiego. Brat i rodzice autora „Proszę państwa do gazu” i „Pożegnania z Marią” mieszkali po wojnie w Olsztynie. Borowscy chodzili do Teatru Jaracza, oglądali na scenie patrona studium Aleksandra Sewruka.

Gorki ponad sto lat temu opisał w „Letnikach”  próżniaków, którym czas schodził na grze w szachy, piciu alkoholu i romansach. Sztuka grana w czasach realnego socjalizmu uzasadniała nieuchronność rewolucji bolszewickiej.
 
Słuchacze studium robią trzy dyplomy: pierwszy z „klasyki”, następny będzie z literatury współczesnej, trzeci  pokaże ich możliwości taneczne i wokalne. W tym roku zaczęli od Gorkiego.

W „Letnikach” grają swoją młodzieńczą urodą i energią, czasem może zbyt głośno, ale taki jest współczesny teatr — hałaśliwy. W spektaklu Kotańskiego nie ma carskich mundurów, gorsetów i samowarów. Aktorzy mają na nogach japonki i noszą plażowe spodenki.

Młodzi aktorzy wcielają się w próżniaków, ale nimi nie są. Są młodymi ludźmi z pierwszej dekady XXI wieku. Uczą się pilnie aktorstwa. I jeszcze wiele pracy przed nimi. Trzymamy za nich kciuki.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.