28 Sty 2011

Byłem na przedpremierowym pokazie filmu „Jak zostać królem” Toma Hoopera. Jakie jest dzieło obsypane dwunastoma nominacjami do Oscarów?

Solenne, brytyjskie w każdym kadrze, staroświeckie. Miejscami patetyczne i teatralne, z wieloma odniesieniami

do Szekspira. Kulturalne. Wzruszające i trzymające w napięciu do ostatniej sceny. Wielkie kino, jakie pamiętamy z dawnych lat. Zrobione „po bożemu”, dobrze zmontowane, sfilmowane i zagrane.

Angielski tytuł „The King’s Speech” czyli „Królewskie przemówienie” lepiej oddaje treść filmu. Tytułowa mowa, nota bene wygłoszona 3 września 1939 roku, a więc w obronie napadniętej przez Hitlera Polski, jest najważniejszym przemówieniem Jerzego VI (Colin Firth). Król przedrzeźniany przez brata, jąkający się i płaczliwy, staje wobec najtrudniejszego wyzwania w życiu. Ma wygłosić mowę przed mikrofonami BBC. Transmitowaną na cały ówczesny świat.

Nauczycielem króla jest logopeda z powołania, niedoszły aktor Lionel Logue (Geoffrey Rush). Historia prosta więc, zwyczajna i ludzka. Jakich wiele. O uczniu i nauczycielu. Król choć bardzo chce przestać się jąkać, jak to bywa z władcami, przyzwyczajony jest do tego by traktowano go po królewsku, a logopeda żąda partnerstwa. Ceni swój profesjonalizm. I król musi ustąpić. Nauczyciel staje się przyjacielem i powiernikiem króla. W jakimś sensie to on stwarza Jerzego VI.

Firth jako król jest świetny, ale nie ustępuje mu Rush, jako królewski nauczyciel.

Wzruszają kobiety: Helena Bonham Carter jako królowa Elżbieta i Jennifer Ehle jako Myrtle Logue, czyli żona nauczyciela. Nie byłoby króla Jerzego bez Elżbiety i logopedy Logue’a bez Myrtle.

Film pokazuje narodziny nowego medium XX wieku jakim jest radio. Stary król przed śmiercią mówi swojemu synowi, że kiedyś wystarczyło, że władca dobrze nosi mundur i nie spada z konia – dziś musi umieć przemawiać przez radio. I to tak zwracać się do poddanych jakby był osobiście w ich domach. Musi być aktorem.

A na marginesie: nasi piloci w bitwie o Anglię byli  lotnikami króla Jerzego VI – RAF to formacja królewska. Zachowało się zdjęcie, gdy Jerzy VI wizytuje dywizjon 303 we wrześniu 1940 roku. Jeden z mieszkających w Olsztynie pilotów RAF opowiadał mi, że wśród deputatów wojskowych podczas wojny otrzymywali prawdziwe kurze jajka i mówiło się, że sam król tak o nich dba. Bo zwykli Brytyjczycy dostawali tylko żółtka w proszku.

19 Sty 2011

Używałem kiedyś kamery filmowej na sprężynę. Teraz kamerę mam w komórce. Czy komórka nauczyła mnie nowego myślenia? Pisałem na maszynie do pisania i nie była ona na sprężynę. A teraz wystukuję słowa na klawiaturze notebooka. Może jeszcze za wcześnie by uchwycić tę zmianę.

Te rozważania rodem z Marshalla McLuhana wzięły się z tego, że zapragnąłem przypomnieć sobie „Do utraty tchu” Jean – Luc Godarda. Wróciłem wieczorem z redakcji i zamiast sobie coś poczytać czy posłuchać poezji z kasety, na przykład Wisławy Szymborskiej, wrzuciłem do laptopa płytkę z tym filmem. Skłoniła mnie do tego wywiedź Davida Remnicka, redaktora naczelnego tygodnika „The New Yorker”. Mam ją ciągle w głowie.

Remnick stanął w obronie prawdziwego dziennikarstwa. Przeczytałem  wywiad z nim dzięki nieocenionemu „Forum”. Remnick jest optymistą. Przyznaje, że jest „nieco uzależniony” od papieru, ale z ufnością patrzy w przyszłość. I sprawiają to czytelnicy. Szacuje on, że „New Yorkera” wciąż czyta trzy miliony Amerykanów.

— Mimo wszystko zaskakująco wiele osób wciąż czyta długie artykuły o dziwnych sprawach i nie zadawala się gołą informacją dozowaną niczym karma dla kota — mówi on hiszpańskiemu dziennikarzowi. Wspomina starą redakcję, w której unosił się gryzący dym z papierosów i rozlegało natrętne stukanie maszyn do pisania. — Ale nieważne, czy w redakcji jest głośno, czy cicho — mówi Remnick. I nieważne kto pisze artykuły. Ważne by były one „wnikliwe, wszechstronne, sensowne i inteligentne”.

Rozczuliło mnie kiedy Remnick pytany, co robi w czasie wolnym, odpowiada, że  właściwie to samo co w pracy — czyli czyta i pisze. Bo i ja przecież robię to samo i przypuszczam, że tak postępują wszyscy dziennikarze na całym świecie. Pouczająca  jest opowieść o tym jak Remnickowi udało się, redagując pismo,  znaleźć czas na napisanie 700 stronicowej biografii Baracka Obamy. Po prostu wstawał skoro świt, pracował kilka godzin, a potem szedł do redakcji. Wracał do domu i znów poświęcał kilka godzin biografii.

Na pytanie co poradziłby początkującemu dziennikarzowi  szef „The New Yorkera” odpowiada, że  powiedziałby mu,  by był wyrozumiały oraz interesował się ludźmi, a nie obiegowymi opiniami na ich temat.

Nosząc w głowie wywiad Remnicka przypomniałem sobie, że w „Do utraty tchu” Godard pokazuje Jean Seberg biegającą z „The New York Herald Tribune” po Paryżu i na chwilę paryską redakcję  tej gazety. Dlatego sięgnąłem po ten film. Istotnie w króciutkim ujęciu widzimy niepozorne  wnętrze redakcji „NYHT”. Dzwonią  telefony, stukają maszyny do pisania.

W  filmie Godarda widać jeszcze ludzi z wiecznymi piórami. Młoda Amerykanka, adeptka dziennikarstwa, w tej roli Seberg, w pewnej chwili zachwyca się „Dzikimi palmami” Williama Faulknera. Sama też chce napisać książkę. Za oknem jest Paryż 1960 roku. Po ulicach jeżdżą śmieszne samochody i jest ich zdecydowanie mniej niż w dzisiejszym Olsztynie.

Amerykanka bierze udział w konferencji prasowej. Widzimy na niej fotoreporterów z aparatami fotograficznymi i kamerami na sprężynę. Jean-Paul Belmondo w każdej scenie ma papieros przylepiony do kącika ust.

Na zdjęciu kamera na sprężynę  precyzyjna jak szwajcarski zegarek – na pierwszym planie autor bloga wiele lat temu. Z książek o Godardzie można zebrać całą biblioteczkę, w ubiegłym roku ukazały się u nas dwie. Tę którą napisał Konrad Eberhardt lubię najbardziej.


10 Sty 2011

Dostałem zadanie by znaleźć sztukę na dziesięć osób. W pewnej szkole jest tradycja, że każda klasa przygotowuje na koniec  roku przedstawienie. Dlaczego mam poszukać sztuki na dziesięciu aktorów? Bo młody człowiek, która ma zagrać w tej sztuce chodzi do klasy w której jest dziesięcioro  uczniów. Chodzi o to by każdy zagrał  na szkolnej scenie jakąś rolę. W ubiegłym roku było łatwiej, przerabiali na polskim  „Zemstę” Aleksandra Fredry. Wystawili więc na zakończenie roku jej  fragmenty.


Przez kilka dni myślałem o Sławomirze Mrożku, a nawet skróceniu czegoś Szekspira, ale tam po kilkanaście osób. W  końcu pomyślałem, że najprościej będzie jak zatelefonuje do specjalistów. Zadzwoniłem do teatru Stefana Jaracza w Olsztynie. Wyłuszczyłem sprawę. Tam dowiedziałem, że w Poznaniu ukazuje się specjalnie pismo „Nowe sztuki dla dzieci i młodzieży”
, gdzie drukowane są najnowsze propozycje dla młodej widowni. Mogą z nich korzystać teatry zawodowe i amatorskie. Pismo wydaje Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu www.csd.poznan.pl


Właśnie ukazał się numer 30. Do tej pory znałem tylko miesięcznik „Dialog”, gdzie ukazują się sztuki dla dorosłych.  Zajrzałem więc do najnowszego zeszytu „Nowych sztuk dla dzieci i młodzieży”. Znalazłem tam dowcipną rzecz Michała Walczaka. Dotyczy Łowcy polującego na Janosika. Sztuka ma 17-osobową obsadę, więc odpadła. Jaką  wybrałem, wyjawię jak ją wystawią. Jest na więcej niż 10 osób, ale przecież zawsze można połączyć kilka ról.


Mnie bardzo podoba się ta tradycja szkolnych przedstawień. Idzie ona jeszcze ze średniowiecza. To okazja nie tylko do nauki na pamięć pięknego słowa, poprawienia wymowy, umiejętności pracy w zespole. Mój przyjaciel ze szkolnej ławy w Ameryce studiował prawo. Na pierwszym roku grał Andrzeja Bołkońskiego w studenckim przedstawieniu „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. I punkty za udział w tym przedstawieniu liczyły mu się w ogólnej ocenie studiów. Podobnie jak wyniki sportowe w dyscyplinach, które uprawiał.
Gdy nasi studenci prawa będą wystawiać „Wojnę i pokój” i udział w przedstawieniu  będzie się liczył  w indeksie tak samo jak zaliczenie  ćwiczeń z prawa cywilnego, może wtedy będziemy równie innowacyjni  jak Amerykanie?

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.