22 Lut 2011

Mój znajomy przeczytał w ubiegłym roku 90 książek — zapisuje wszystkie tytuły w zeszyciku — a w 2011 roku już 20. Powiedział mi o tym, gdy zapytałem go o opinię na temat ostatnich badań w sprawie czytelnictwie. Ma z nich wynikać, że statystycznie czytamy mniej.

Moje badania terenowe i rozmowy ze znajomymi  przeczą temu uogólnieniu. Wszyscy wokół mnie czytają i to sporo. Obracam się w kręgu ludzi książki. Czytanie należy do moich obowiązków zawodowych. Czy znam jeszcze jakiś oryginalny argument za czytaniem?

Znalazłem taki w rozmowie Jorge Luisa Borgesa z Richardem Burginem (widziałem tę książkę na Allegro za 6 złotych — rekomenduję). Otóż jeden z najwybitniejszych pisarzy XX wieku mówi: „Moim zdaniem lektura książki jest przeżyciem równie autentycznym jak podróż albo zakochanie”. Kiedy czytam Shawa — mówi Borges, są to doświadczenia nie mniej prawdziwe, niż zwiedzanie Londynu.

Kontynuując myśl Borgesa: książka może odegrać szczególną rolę w życiu człowieka samotnego i młodego, szukającego swojego miejsca w życiu. Właśnie dlatego, że lektura dostarcza autentycznego przeżycia.

Ale niektórzy uważają, że czytanie to również tradycja miejsca, kraju. 
Bohumil Hrabal powiedział węgierskiemu dziennikarzowi  László Szigetiemu („Drybling Hidegkutiego, czyli rozmowy z Hrabalem”): „Jak się pan przejedzie po Pradze, to zobaczy pan, że w tramwaju co trzeci człowiek śpi, a co czwarty czyta. Nie tylko gazety, ale i książki. A są w nich tak zaczytani, że aż rzuca się w oczy”.

Zdaniem Hrabala dużo czytają mieszkańcy nie tylko Pragi, ale innych miast Europy Środkowej: Budapesztu, Wiednia, Brna i Krakowa. Czeski pisarz wywiadu udzielił w połowie lat 80. Czy od tego czasu coś się zmieniło? Czy dzisiaj w miastach środkowoeuropejskich nadal dużo się czyta? Gdyby ktoś miał nowe wiadomości na ten temat, to proszę podzielić się ze mną.

Kiedy byłem trzy lata temu w Londynie zauważyłem, że czytają tam książki w metrze. W większości kobiety. Podobnie jest w Warszawie.

Ale aktualne jest pytanie, co czytać? 
Kiedy znajdziemy się dzisiaj w księgarni możemy spłoszyć się widokiem mnóstwa nowych tomów ułożonych w pryzmy. Wielu moich znajomych woli zamawiać książki przez Internet. Ja jednak  lubię je podczytywać w księgarni. Najlepiej jeśli jest jeszcze gdzie usiąść. Bo na stojąco czytać niewygodnie.

W Katowicach w doskonale zaopatrzonym ogromnym empiku są stoliczki przy których ludzie sobie czytają. Jak w kawiarni.

PS.1 Co czytać? Najlepiej pytać o to przyjaciół. Henry Miller w „Książkach mojego życia” podaje listę stu książek, które wywarły na niego największy wpływ oraz listę tych, które ma zamiar przeczytać. Do tomu załączył listę przyjaciół, którzy zaopatrzyli go w książki.

PS.2 Zmarł Jerzy Nowosielski. 20 października 2009 roku pisałem na blogu o korespondencji Tadeusza Różewicza z Zofią i Jerzym Nowosielskimi. Tom listów ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego. To jedna z tych książek, które trzeba przeczytać. A najlepiej mieć ją na własność.

11 Lut 2011

Ale najpierw stałem w długiej kolejce po bilet. Żeby  zobaczyć wczoraj dokument  „Śmietnisko”  („Waste Land”) w kinie „Awangarda”.  Zaraz wejdę na stronę „New York Timesa” by zagłosować za tym filmem. „Śmietnisko” kandyduje do Oscara w  kategorii dokumentu. Dostało już nagrody na festiwalu w  Sundance i Berlinie.

Film niebywały: z jednej strony prosta , wzruszająca historia o szlachetnym człowieku,  niczym bajka z dobrym zakończeniem –  w wypełnionym po brzegi kinie niejeden uronił łzę – a zarazem świetna robota popularyzująca sztukę współczesną i zaangażowaną. Widz, który nie miał z nią do czynienia przekonuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ale chyba największą zaletą filmu jest, że przedstawia artystę w działaniu, dokumentuje powstanie dzieła, a także ilustruje jak zmienia ono ludzi.

Najbardziej znany współczesny brazylijski artysta Vik Muniz, obecnie nowojorczyk, postanawia wrócić do korzeni. Wywodzi się z biedy, chce teraz podzielić się swoim bogactwem z  rodakami. Ale robi to w sposób niezwykle pomysłowy. Wyrusza na największe wysypisko śmieci na świecie w Jardim Gramacho, niedaleko Rio de Janeiro. Pracują tam ludzie zwani „catadores”, ci, którzy poszukują określonych materiałów np. papieru czy plastiku. Vik wybiera spośród nich swoich bohaterów.

To typy jak z powieści  Jorge Amado. Jednym z nich jest młody szef związku zawodowego „catadores”, który  znalazł na śmietnisku „Księcia” Machiavellego. Mówi od do kamery, że okolice Rio de Janeiro przypominają mu renesansową Florencję. Rozmówców Muniza mimo, że są bardzo biedni, i niektórzy z nich pracują na wysypisku od dziecka nie dlatego, że lubią , tylko zmuszają ich do tego okoliczności życiowe,  rozpiera energia. Są radośni.

Muniz fotografuje ich przy wybieraniu materiałów z gór śmieci, które przywożą wywrotki.  Potem upozowuje jak bohaterów  znanych obrazów, i tak na przykład związkowiec staje się Maratem z obrazu Davida, a młoda matka Madonną Rafaela. Później zaprasza  bohaterów do studia. Tu –  i to jest część genialnego pomysłu Muniza – razem z artystą „catadores” rekonstruują  swoje portrety, używając do tego przedmiotów znalezionych na śmietnisku.

Muniz  zbieraczy surowców wtórnych zmienia więc w artystów.  Wytwory wspólnej pracy fotografuje wielkoformatowym aparatem. Fotografie wystawia na aukcji dzieł sztuki i na przykład Marat idzie za 50 tys. funtów (!). Artysta zarabia na swoim projekcie pół miliona dolarów, z czego połowę oddaje swoim współpracownikom ze śmietniska.

Autorką tego niezwykłego filmu jest  Lucy Walker – piękna i mądra Angielka z Londynu. Życzę jej  tego Oscara z całego serca. A olsztyńską premierę  filmu zawdzięczamy Galerii Sztuki Współczesnej BWA. Oby więcej takich premier.

08 Lut 2011

Dlaczego nie mamy polskiego Woody’ego Allena? A dlaczego nie mamy polskiego F-16? Kinematograf i aeroplan to zagadnienia skomplikowane myślowo.  Najbardziej zaawansowana technologia i najbardziej błyskotliwa inteligencja.

Młodzi krytycy i młode krytyczki ogłosili właśnie manifest, który nazwali Restart. Chcą naprawić polskie kino. Jakie ono jest, każdy widzi. Doszło do tego, że warszawscy intelektualiści nawołują się na Facebooku by obśmiewać najnowszą produkcję pod tytułem „Jak pozbyć się cellulitu”.  Spotkałem się nawet z poglądem, że oglądanie polskich komedii to zwykłe upodlenie. Ja nie przeprowadzam na sobie takiego doświadczenia, wypożyczyłem „Co nas kręci, co nas podnieca” Woody Allena. Po obejrzeniu tego filmu jestem w życzliwym nastroju i nie mam zamiaru go zmieniać.


Pytać dlaczego nie mamy Woody’ego Allena, to tak jakby pytać dlaczego nie mamy polskiego samolotu naddźwiękowego. 
Byliśmy bardzo blisko zbudowania takiego aparatu w 1964 roku. Zaprojektowano wtedy następcę „Iskry”— był to naddźwiękowy „Grot”. Konstruktor tej super-maszyny, Tadeusz Sołtyk, wspominając po latach tamte czasy wyraził się obrazowo, że w owym 1964 roku szliśmy „łeb w łeb” z Zachodem. Było i się zmyło. Nie rozwijam tego wątku, bo piszę o filmie.

W kinie też bywało, że szliśmy „łeb w łeb” z Zachodem. Dowodem na to choćby nominacje do Oscarów. W 1963 roku po raz pierwszy nasz film zgłoszony do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego otrzymał nominację. Był to „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. W 1966 roku — „Faraon” Kawalerowicza. Przed 1989 rokiem nominowano siedem polskich filmów. Oprócz wymienionych wcześniej jeszcze: „Potop” Hoffmana, „Noce i dnie” Antczaka oraz trzy filmy Wajdy: „Ziemię obiecaną”, „Panny z Wilka” i „Człowieka z żelaza”. Po 1989 roku  tylko jeden —„Katyń” Wajdy.

Wracam do manifestu. Młodzi chcą nowego otwarcia. Ciekawe, że powołują się na Jean–Luc Godarda jako patrona ideowego. Niedawno w tym miejscu wspominałem jego sztandarowe dzieło „Do utraty tchu”. Godard miał przyjechać w ubiegłym roku do Wrocławia na festiwal „Era Nowe Horyzony”, ale nie dotarł. Restartowcy wśród swoich patronów wymieniają także takich twórców polskiego kina jak: Andrzej Żuławski, Jerzy Skolimowski, Andrzej  Barański, Grzegorz Królikiewicz i Lech Majewski. Wszyscy oni byli swojego czasu — kiedy ten ruch był bardzo prężny — pupilami Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Nie można więc tu mówić o jakiejś masówce, tylko o kinie elitarnym.

Ciekawym przykładem jest Lech Majewski. Jego „Angelus” o okultystycznych artystach-malarzach — film mniej znany na naszej Północy — cieszy się prawdziwym kultem na Śląsku
. Pisałem nie tak dawno w tym miejscu o jednym z bohaterów i aktorów tego filmu— Erwinie Sówce.

Wśród restartowców jest Weronika Szczawińska, która w  Teatrze Stefana Jaracza w Olsztynie wyreżyserowała „Noże w kurach” i „Jackie. Śmierć i księżniczka”.

Życzę powodzenia uczestnikom ruchu odnowy polskiego filmu, choć zdaję sobie sprawę, że łatwiej napisać manifest, niż nakręcić dobry film i zdobyć dystrybutora, który to dzieło wyświetli.

Łeb łbem, ale potrzeby jest jeszcze kapitał.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.