21 Cze 2011

Zawsze o tej porze roku podśpiewuję sobie piosenkę „Lato, lato” z filmu ”Szatan z siódmej klasy”. Jej sens wykłada się w tym, że lato na nas czeka a my jeszcze nie mamy na nie czasu , bo  zajęci jesteśmy szkołą lub pracą.

Tym razem rozpocząłem wakacje wcześniej. Przed latem. Czekam na nie. A ono się spóźnia. Ale nie narzekam. Nazbierała mi się cała półka książek na które nie miałem wcześniej czasu. Wybrane pakuję do plecaka razem z wygodnymi butami i peleryną .


By było słonecznie zabieram wiersze  Leopolda Staffa. Ukazały sie w ubiegłym roku w krakowskim wydawnictwie o ładnej nazwie Zielona Sowa. Nigdy nie czytałem ich ciurkiem. Chronologicznie. Ta pewność, że „po słocie pogoda idzie wieczną zmianą” jest z jego „Listu”. Szczególnie lubię te najkrótsze wiersze Staffa. Pogodne. Scedzone do imentu. Z dowcipem.  Jak ten „Rób coś”: ” Zewsząd tak ciasne widoki./ Trudno rozszerzać horyzont,/ Więc zaokrąglam horyzont!/Zaokraglam!”.

Lubię słuchać głosu Gustawa Holoubka więc wkładam do plecaka mp3 z czytanym przezeń  „Doktorem Faustusem” Tomasza Manna. Staram się ciągle uzupełniać wykształcenie więc wypożyczyłem sobie z biblioteki „Księgę niepokoju” Fernando Pessoi. Zabieram też do plecaka książkę o tym portugalskim poecie jego rodaka – Jose Saramago „Rok śmierci Ricarda Reisa”.

Kupiłem „Korczaka”  Joanny Olczak –Ronikier, ciężka, ale ją zmieszczę. I jeszcze najnowsza powieść Tomka Białkowskiego „Teoria ruchów Vorbla”. Korci mnie żeby zabrać Michaiła Bułhakowa po rosyjsku. „Mistrza i Małgorzatę”. Kieszonkowe, jeszcze stare emigracyjne  wydanie, niewiele zajmuje miejsca, na cienkim biblijnym papierze, ale małe litery. Musiałbym wziąć lupę.

W komórce mam radio. Rano będę starał się nie przegapić „Doliny Issy” Czesława Miłosza, którą czyta Andrzej Seweryn. Ale będę dozować lektury, bo przecież czeka na mnie rzeka i las. Lato.

 

 

12 Cze 2011

Dzięki TVP Kultura obejrzałem „na żywo” finał festiwalu polskich filmów w Gdyni .  Słyszałem, że był przełomowy.

Wcześniej też były przełomy. Pamiętam festiwal, jeszcze w Gdańsku w 1981 roku, kiedy wygrała prorocza „Gorączka” Agnieszki Holland z zachwycającym Bogusławem Lindą. Na tym festiwalu Jerzy Skolimowski pokazał „Ręce do góry”, film z 1967 z dokręconym prologiem w 1981 roku. Dostał nagrodę dziennikarzy.

Uhonorowano też zdjęty z półek „Spokój” Krzysztofa Kieślowskiego. Jury przewodniczył Kazimierz Kutz. A jurorował znany autor filmów animowanych Zbigniew Rybczyński oraz pisarz Jerzy Andrzejewski. Ciekaw jestem czy czytelnicy pamiętają dzisiaj o Andrzejewskim? Czy tylko profesorowie literatury?

Ciekawy był festiwal w Gdyni w 1992 roku. W jury zasiadał  wtedy Adam Michnik, ks. Józef Tischner i Janusz Głowacki. Przewodniczył znów Kazimierz Kutz. ”Odjazd” – film Magdaleny i Piotra Łazarkiewiczów, zainspirowany reportażem Ryszarda Kapuścińskiego o Mazurach, dostał nagrodę specjalną jury. Wtedy „Psy” Władysława Pasikowskiego zdobyły  Złote Lwy za reżyserię.

Ciekawy był festiwal w 1993 roku, kiedy kierowała jury Agnieszka Holland a honorowym przewodniczącym był wielki angielski reżyser Lindsay Anderson. W obradach jury brał udział producent Branko Lustig oraz Janusz Kijowski, dzisiaj dyrektor Teatru Jaracza w Olsztynie. Nagrodzono na tym festiwalu „Przypadek Pekosińskiego” Grzegorza Królikiewicza. Dziś Królikiewicz to niesłusznie zapomniany mistrz naszego kina.

Czy w tym roku był przełom? Z fotela w zaciszu domowym widać, że był.

Bo pokazali się emigranci. Przewodził jury  Paweł Pawlikowski. To bardzo interesujacy artysta, starannie wykształcony. Urodził się w Polsce, ale od 14 roku życia mieszka w Wielkiej Brytanii i tam pracuje. U nas znany jest głównie z filmu „Lato miłości” z 2004 roku. Z przyjemnością słuchałem jak mówi po polsku, bez śladu obcego akcentu. Jest naszą wizytówką na Wyspach.

W wychodzącym w Londynie „Polish Express” czytałem bardzo interesujący wywiad z Pawlikowskim, gdzie tłumaczył czym Anglia różni się od Polski. Na przykład tym, że Anglicy mają skalpelową precyzję w nabijaniu się z siebie i obnażaniu pretensji i głupoty. To przeszkadza im w mówieniu o poważniejszych sprawach.

Równie ciekawą postacią tegorocznego festiwalu był Greg Zglinski. On z kolei wyjechał z Polski jako dziesięciolatek. Przez 14 lat mieszkał w Szwajcarii. Był gitarzystą w tamtejszych formacjach rockowych.  W 1992 roku wrócił do Polski. W Gdyni za film „Wymyk” dostał nagrodę za debiut reżyserski. Otrzymał też nagrodę za scenariusz do tego filmu napisany razem z Januszem Margańskim.

Margański to kolejna ciekawa postać tego festiwalu. Literaturoznawca, specjalista od Gombrowicza, dr nauk humanistycznych. Za przekład Orygenesa otrzymał prestiżową nagrodę „Literatury na świecie”. Scenariusz do filmu „Wymyk” do debiut ekranowy pana doktora.

Wszystko to układa się w ciekawą mozaikę. A kto chce sobie przypomnieć co pisałem o „Essential killing”, zwycięzcy tegorocznej Gdyni, zapraszam do lektury.

 

01 Cze 2011

Warszawiacy zobaczą  w piątek „Cholonka”. Sam  poszedłbym na „Cholonka”, choć widziałem go dwa razy, raz w katowickim „Korezie”, a raz w Olsztynie. Co takiego jest w spektaklu, który obejrzało 74 tysiące ludzi?

Punktem wyjścia jest książka „Cholonek, czyli dobry Bóg z gliny” urodzonego w Zabrzu w 1931 roku Horsta Eckerta, niemieckiego pisarza i rysownika. Występując pod pseudonimem Janosch bardziej znany jest jako autor książeczek dla dzieci o Misiu i Tygrysku, które sam ilustruje.

„Cholonek”  jest książką dla dorosłych. Janosch opisuje w niej egzystencję Ślązaków w czasach Hitlera i Stalina na pograniczu polsko-niemieckim, gdzie narodowość jest płynna. To zupełnie inny Śląsk od tego, który znamy z filmów Kazimierza Kutza.

W Polsce „Cholonek” ukazał  się dwukrotnie w latach 70 i 80 w nieistniejącej już oficynie „Śląsk”. Po 1989 roku żadne wydawnictwo ogólnopolskie nie zdecydowała się na jego wznowienie. Tłumaczono, że książka jest zbyt lokalna by zainteresować masowego odbiorcę. A może chodzi o to, że jest zbyt wywrotowa, bo pokazuje ludzi z gumy? Tymczasem w internecie można znaleźć anonse czytelników, którzy rozpaczliwie szukają „Cholonka” i gotowi są oddać za niego  „wszystko co mają i jeszcze więcej”.

Książką zainteresowali się Robert Talarczyk  i Mirosław Neinert, wszechstronnie utalentowani aktorzy prywatnego teatru „Korez” w Katowicach.

Talarczyk przygotował adaptację na scenę, a potem obaj sztukę wyreżyserowali i grają w niej z powodzeniem i przy aplauzie śląskiej widowni od siedmiu lat. Ich aktorstwo, nieskażone telewizyjną serialową manierą, jest chyba źródłem sukcesu przedstawienia. Bo sama inscenizacja, choć bardzo pomysłowa, jest skromna.

Nad  spektaklem (na zdjęciu) unosi się nastrój wczesnych filmów Miloša Formana i Jiří Menzla, opowiadań Bohumila Hrabala. Jednym słowem czeskość, która tak smacznie doprawia śląskość. Przydałoby się coś podobnego po mazursku.

Tymczasem zapraszam na czwartek, na godz.19, do księgarni „Tajemnica poliszynela” na premierę książki Siegfrieda Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”.

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.