20 Lip 2011

W Warszawie czynna jest wystawa fotografii Bogdana Łopieńskiego, jednego z najbardziej znanych polskich fotoreporterów. Zyskał on przydomek „kolekcjonera klatek”, ponieważ jego pojedyncze zdjęcia z licznych fotoreportaży publikowanych w takich pismach jak „Świat” i „Polska”, stały się znakami i symbolami epoki.

Chyba najsłynniejszą fotografią Łopieńskiego jest ta z 1973 przedstawiająca Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza spoglądających  jednocześnie na swoje zegarki. Autor zatytułował ją  „Przyśpieszajcie obywatele” . Na aukcji internetowej sprzedano je za 1400 zł.

Ja lubię fotkę, którą Łopieński zrobił w 1965 roku Beacie Tyszkiewicz i Andrzejowi Wajdzie w kapeluszach kowbojskich. Są piękni i młodzi. Ludzie sukcesu. Ta fotografia znalazła kupca w Internecie za 1400 zł. Ale jest jeszcze do kupienia fotka z 1972 roku, przedstawiająca Jackie Onasis w Warszawie, na pogrzebie księcia Radziwiłła. Cena wywoławcza 800 zł.

Na wystawie jest zdjęcie , które powstało w latach 60.  Podczas wakacji autora w Mikołajkach w 1961 roku. Przedstawia młodego człowieka z książką w motorówce. Na tle restauracji Sielawa. Nie ma tej foty na aukcji. Może jest bezcenna? Ciekawe jakie były koleje losu tego młodzieńca. I co wówczas czytał?

Przejmujące są zdjęcia Łopieńskiego przedstawiające Warszawę sprzed pół wieku. Ze śladami wojennej demolacji. Z resztką przedwojennej zabudowy. Słyszałem autora w II Programie Radio, jak je komentował. Powiedział krotko:- No, trzeba było tę Warszawę odbudować… Właśnie. Ktoś to zrobił. Wszyscy mamy w tym udział.

Łopieński zwrócił uwagę na jeszcze jedno: dzisiaj wiele z tych zdjęć nie mogłoby powstać. Z banalnego powodu. Robiło się po prostu pstryk. A teraz trzeba mieć zgodę każdego fotografowanego na piśmie. Na upublicznienie wizerunku. Nie każdy jest piękną dziewczyną żądną sławy.

W Olsztynie też mamy fotografików, którzy dokumentowali świat w latach 60. Warto ich przypomnieć. I ich zdjęcia.

 

10 Lip 2011

Myślę od kilku dni o Tadeuszu Borowskim. Rozmawiałem o nim ze znajomymi. Zastanawialiśmy się jak powinien być  upamiętniony w naszym mieście ten więzień Auschwitz nr 119 198 i jeden z największych pisarzy XX wieku. I jego rodzina. W Olsztynie mieszkali od 1945 roku do swej śmierci: brat pisarza Juliusz (1919-1987), ojciec Stanisław (1890-1966) oraz matka Teofila. Pamiętam bardzo dobrze panią Teofilę. Po śmierci synów i męża jej mieszkanie było salonem towarzyskim Olsztyna w którym można było spotkać historyka naszego miasta dr. Andrzeja Wakara, historyka medycyny i lekarza dr. Andrzeja Skrobackiego i pisarza Klemensa Oleksika. Podczas tych spotkań pani Teofila zdecydowała, że archiwum rodzinne wraz z listami Tadeusza Borowskiego trafi do Biblioteki Narodowej w Warszawie. Pani Teofila zmarła 18 stycznia 1993 roku w wieku 95 lat. Do trumny kazała włożyć swoje okulary i kosmyk kruczoczarnych włosów Tadeusza. Pamiętam jej słowa, jak mówi z czułością: „Tadziunio urodził się 12 listopada (1922 roku) między 4 a 6 rano. Z soboty na niedzielę. Taki śliczny chłopaczek. W czepeczku.” Juliusz przybył do Olsztyna 6 kwietnia 1945 roku z Andrzejem Wakarem, swoim kolegą z gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie. Juliusz podobnie jak Wakar zatrudnił się w biurze pełnomocnika rządu na Okręg Mazurski. 9 maja przyjechali do Olsztyna  Teofila i Stanisław. Latem 1946 roku Tadeusz po wielu poszukiwaniach odnalazł bliskich w Olsztynie. Wtedy to po raz pierwszy pisarz przybył do naszego miasta. W tamte letnie dni 1946 roku na pamiątkę szczęśliwego połączenia rodziny Borowskich zostało zrobione to zdjęcie w Olsztynie: Tadeusz z matką. Obok, w pewnym oddaleniu Juliusz. Zdjęcie prawdopodobnie zrobił ojciec, Stanisław. Borowski  między 1946 a 1951 wielokrotnie bywał w mieszkaniu rodziców i brata na ulicy Pocztowej (obecnie 22 stycznia).  Pomieszkiwał u nich po parę tygodni. Zastanawiam się jaką drogą tam trafiał. Czy Tadeusz kończył podróż pociągiem z Warszawy na Dworcu Zachodnim, jechał tramwajem ulicą Grunwaldzką, wysiadał przy Wysokiej Bramie i dalej szedł piechotą w kierunku poczty? Czy może drogą przy zamku? Co myślał o naszym mieście, gdy widział je po raz pierwszy z okien pociągu? Ostatni raz u rodziców był prawdopodobnie – jak twierdził Andrzej Wakar –  30 czerwca 1951 roku. 1 lipca znalazł się w szpitalu, 3 lipca zmarł. Rodzice nie wierzyli w wersję o samobójczej śmierci syna. Nie znajdowali motywów. A i okoliczności wydawały  im się niejasne. —Nie zostawił listu pożegnalnego — mówili. — Gdyby chciał się otruć odkręciłby wszystkie palniki a nie jeden… Śledzili wszystkie publikacje o nim i prostowali wszelkie nieścisłości, które tam znajdowali. Pani Teofila z dumą podkreślała, że jej rodzina (wszak była z domu Karpińska) wywodziła się rodziny ziemiańskiej. Urodziła się już w Żytomierzu, kiedy wspomnienie o rodzinnym dworze było „zamierzchłą przeszłością” —  jak pisał Wakar   o Borowskiej. W 1918 roku Borowskich odwiedził w Żytomierzu Tadeusz Hołówko, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, współorganizator Polskiej Organizacji Wojskowej. Po pokoju ryskim Żytomierz znalazł się poza granicami II Rzeczypospolitej. W 1926 roku za przynależność do POW aresztowano Stanisława Borowskiego, a w 1930 roku jego żonę. Dzieci przygarnęli dobrzy ludzie. W archiwum Borowskich znajduje się list, który  w lutym 1946 roku Tadeusz napisał z Monachium do znajomej. Coś w rodzaju szkicu autobiograficznego. Podsumowuje w nim tragiczne koleje losu rodziców.  Pisze Borowski :„Na dobry ład nigdy nie miałem życia rodzinnego, bo albo Ojciec siedział pod Murmańskiem, albo Matka była na Syberii, albo ja byłem w internacie, na prywatce  czy w obozie (…) że widziałem śmierć miliona ludzi, dosłownie a nie metaforycznie”. Czytam rocznicowe publikacje o nim trochę ich oczami. I jakbym widział irytującą się panią Teofilę, która czyta znów, że posłała synów do „franciszkańskiego internatu”. Nie do franciszkańskiego tylko kresowego. Warszawa była siedzibą Towarzystwa Pomocy Dzieciom i Młodzieży Polskiej z Kresów. A VII Internat Kresowy im. Marszałka Piłsudskiego mieścił się w dawnym klasztorze  franciszkanów. Borowski płacił za pobyt synów w internacie 50 złotych za rok szkolny. Pani Teofila trzymała te wszystkie dowody wpłaty. Trafiły do Biblioteki Narodowej. Podobnie jak list potwierdzający fakt, że Teofila Borowska przechowała w czasie okupacji żydowskie dziecko — Jerzyka Szulca —  wnuka Hersza Szulca — znanego filantropa i restauratora, właściciela restauracji „Riwera” na rogu Karmelickiej i Nowowlipek. Jerzyk  po wojnie wyjechał z Polski.

06 Lip 2011

W Warszawie trzy miesiące temu plakat do filmu rumuńskiego z 1971 roku „Początek nowego świata” reżysera Gheorghe Vitanidisa sprzedawano po 700 zł. To jeden z dowodów na to, że kino rumuńskie jest w cenie.
Warszawscy i krakowscy filmoznawcy z zazdrością piszą o tym, że kino rumuńskie jako jedyne z naszego regionu zdołało przebić się do ekstraklasy. W 2007 roku film Cristiana Mungiu o nielegalnej aborcji „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni” dostał Złotą Palmę w Cannes, a wyróżnienie otrzymał film „California Dreamin” Cristiana Nemescu. W ubiegłym roku w Berlinie film „Jeśli chcę gwizdać, to gwiżdżę” Florina Serbana dostał Srebrnego Niedźwiedzia i nagrodę im. Alfreda Bauera (przyznaje się ją za film, który „otwiera horyzonty sztuki filmowej”).
Kinematografia  rumuńska jest znacznie biedniejsza niż polska. Jak podaje Janusz Wróblewski w „Polityce” z ubiegłego tygodnia („Rumun na fali”) ich odpowiednik naszego PISF-u ma pięciokrotnie mniej pieniędzy. Kręcą też — jak podaje Wróblewski — trzy razy mniej filmów. W 2000 roku nie wyprodukowali żadnego. Może u nas powstaje ich za dużo?
Jakie są źródła tych sukcesów? „Zaskakuje w tych filmach silne, organiczne połączenie codzienności i filozofii” — pisze Wróblewski. Filmolożka Magdalena Bartczak w pierwszym numerze krakowskiego czasopisma „EKRAN-y” pisze o „osobistej perspektywie”, która łączy twórców rumuńskiego kina.

A ja przypomniałem sobie, że jeden z najbardziej awangardowych dramaturgów XX wieku Eugene Inesco, współtwórca teatru absurdu był w połowie Rumunem (matkę miał Francuzkę). Rumunem był jeden z najbardziej wpływowych myślicieli XX wieku Mircea Eliade. Jego dzienniki i pamiętniki są jak czysty zdrój. Czytam je wciąż i nie mogę się nimi nasycić. A  słownik religii Eliade nie ma sobie równych. Kto zna „Wyznania i anatemy” Emila Ciorana ten wie, że  jest on ostry jak brzytwa a czytanie zdań, które wyszły spod jego pióra to prawdziwa rozkosz. Trzeba tu zaznaczyć, że choć Rumun, to pisał je po francusku. Rumunem był Constantin Brancusi, który zapoczątkował nurt abstrakcyjny w rzeźbie.
Z Rumunią wiążą nas więzi niezwykle, o których zapominamy. Król Jan Olbracht wybrany między innymi głosem wuja Mikołaja Kopernika (Łukasz Watzenrode jako biskup warmiński brał w wolnej elekcji króla) zaordynował w 1497 roku wyprawę na Mołdawię, która skończyła się w lesie niedaleko Czerniowiec klęską. Odtąd mówiło się, że „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”.

Paweł Jasienica uważał, że po wojnie  na Bukowinie Jagiellonowie stracili cały swój impet. „Wydaje się rzeczą nie do wiary, że jedna niefortunna kampania, stoczona w dodatku na obcej ziemi, mogła aż do tego stopnia wstrząsnąć państwem, strącić je z wyżyn” — napisał Jasienica w „Polsce Jagiellonów”. Wiosną 1498 roku ruszyli Tatarzy. Jan Olbracht musiał zrzec się Głogowa, a wraz z nim tytułu „najwyższego księcia Śląska”. Jedyny zysk to krakowski Barbakan — wystawiony w obawie przed Turkami.
Czerniowce jeszcze raz odegrały fatalną rolę w dziejach Polski. We wrześniu 1939 roku, po ponad 400 latach, znów oglądały pokonanych Polaków i to najwyższe władze Rzeczypospolitej na czele z prezydentem Ignacym Mościckim. Rumunii internowali nasz rząd.
Rumuni są zdolni. Przed wojną sprzedaliśmy im licencję na myśliwiec P-24 ( sami walczyliśmy w 1939 roku honorowo na gorszym P-11). Oni z naszego P-24 wzięli niektóre elementy, jak podaje znawca tematu Andrzej Glass: „usterzenie i tył kadłuba, instalacje zespołu napędowego oraz wyposażenie kabiny” i stworzyli bardzo zgrabny i udany samolot. Czemuśmy sami tego nie zrobili, to już inna sprawa.
Rumuni są zdolni. Janusz Młynarski, dziennikarz wychodzącego w Londynie pisma „Polish Express” napisał, że większość Rumunów przybywających do pracy na Wyspy zna angielski. Są więc w lepszej sytuacji niż Polacy. Od znajomych wiem, że ich dzieci przyjaźnią się z Rumunami, bo ci są sympatyczni i kulturalni.
Biorąc to wszystko pod uwagę trudno się dziwić sukcesom rumuńskiego kina. I jeszcze jedno: ciągle żyje król Rumunii Michał I, który choć był przeciwnikiem Stalina został kawalerem radzieckiego Orderu Zwycięstwa. Rumuni są zdolni.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.