26 Wrz 2011

Jerzy Gorzelik szef Ruchu Autonomii Śląska i  zarazem wicemarszałek województwa  publicznie powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Te słowa usłyszałem w teatrze Korez, gdzie ogłoszono wyniki konkursu na jednoaktówkę pisaną po śląsku. Na konkurs napłynęło 37 sztuk. I w sobotni wieczór popularni śląscy aktorzy, w tym związany przez wiele lat z teatrem Stefana Jaracza w Olsztynie, Tadeusz Madeja,  je czytali.

Generał de Gaulle i Cholonek

Jeden z jurorów konkursu, reżyser i dramaturg, Ingmar Villqist powołał się na opinię amerykańskiego dramaturga Tennessee’a Williamsa, że jeśli jakaś mowa potrafi wyartykułować tekst dramaturgiczny – jest językiem. Konkurs na jednoaktówkę miał być takim językowym testem i zdaniem Villqista, śląski sprawił się znakomicie. Kryterium spodobało się szefowi RAŚ – Gorzelikowi i dlatego powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Ale zaraz wicemarszałek dyplomatycznie dodał: – Śląsk podnosi głowę dla siebie. Ja dodałbym – dla nas wszystkich. Bo siłą Śląska jest jego różnorodność.

Istnieje głośny w Polsce Ruch Autonomii Śląska, ale natychmiast powstała na niego reakcja, mniej znana – Ruch Integracji Śląska.

Imponuje mi połączenie na Śląsku tradycji z kulturą współczesną. Przykładem jest właśnie prywatny teatr Korez w Katowicach wystawiający w gwarze „Cholonka” .

Jeśli ktoś czyta uważnie mój blog to pamięta, ze pisałem w nim o „Cholonku”, tej, trawestując generała de Gaulle’a, najbardziej śląskiej ze śląskich sztuk. Przypomnę, że prezydent Francji podczas wizyty w Zabrzu w 1967 roku powiedział: – Niech żyje Zabrze najbardziej śląskie miasto, ze wszystkich śląskich miast, czyli najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast!

W sobotę w teatrze Korez najważniejszymi osobami prócz laureatów konkursu na jednoaktówkę byli twórcy „Cholonka” – Robert Talarczyk, reżyser tego przedstawienia, na co dzień dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Mirosław Neinert – szef Koreza oraz aktorka Grażyna Bułka – wszyscy oni grają główne role w tym spektaklu. ”Cholonek” wystawiany jest od wielu lat z powodzeniem w Korezie. Oglądaliśmy go również u nas w Olsztynie na scenie Teatru Stefana Jaracza. Na jesień zapowiedziana jest premiera nowego, nie ocenzurowanego tłumaczenia książki Janoscha, która jest podstawą spektaklu.

Bysuch s Reichu

O czym były sztuki nadesłane na konkurs? Poznaliśmy trzy. Zwyciężył „Bysuch s Reichu” (Odwiedziny z Niemiec). Autor sztuki, Roman Gatys napisał rzecz inspirowaną autentyczną historią dwóch braci, wcielonych podczas II wojny światowej do niemieckiego wojska. Po wojnie jeden z nich zmienił nazwisko i został w Niemczech (w „Reichu”). Niespodziewanie zjawił się w latach 80. na Śląsku i ta wizyta jest tematem sztuki.

Spytałem autora jak przygotowywał się do konkursu. Powiedział mi, że wypożyczył sobie z biblioteki „Dwa teatry” Szaniawskiego by dowiedzieć się jak skonstruowana jest jednoaktówka, a potem usiadł do pisania. Poszło mu szybko tym bardziej, że pisał o sprawach znanych mu z opowieści rodzinnych. Autor prywatnie jest kolekcjonerem śląskiej porcelany i wydaje o niej książki. Jest też w jednej z grup zajmujących się kodyfikacją języka śląskiego.

Mnie spodobała się jednoaktówka, która otrzymała drugą nagrodę, Leszka Sobieraja „Karlus niy z tyi zimi”. To komedia opisująca współczesną śląską rodzinę. Córka zapowiada przyjazd swojego chłopaka. Matka i ojciec martwią się, że nie znają jego rodziców. W końcu okazuje się, że wybrankiem serca córki jest syn Wietnamczyka i katowiczanki. Matka dziewczyny zastanawia się co jest gorsze: zięć z Wietnamu, czy gorol tzn. ktoś spoza Górnego Śląska.

Kiedy wychodziłem z teatru Korez spotkałem pana Tadeusza Madeję. Rozmawialiśmy o rozstrzygniętym przed chwilą konkursie. Pan Madeja przypomniał mi historię pewnego Warmiaka, który służył w czasie wojny w niemieckiej marynarce wojennej. I widział w peryskopie łodzi podwodnej na której służył… Nowy Jork.

Rumuński dramaturg, Breżniew i duch Topora

Teatr Korez był też w sobotę miejscem jeszcze jednego wydarzenia. O godz. 22.00 na jego scenie zaprezentowano spektakl „Kryzysy albo historia miłosna”. Sztukę napisał dramaturg z Rumunii Mihai Ignat, który specjalnie przybył na spektakl. Zagrali w nim młodzi aktorzy Kinga Kaczor oraz Hubert Bronicki – jednocześnie reżyser przedstawienia ( na zdjęciu wszyscy troje – Ignat pierwszy od prawej).

Ignat spotkał się po spektaklu z publicznością. Jego sztuka jest interesującym eksperymentem formalnym, sceny z życia małżeństwa, jak koraliki w naszyjniku można dowolnie nanizać. Autor opowiadał o różnych realizacjach swojej sztuki w rumuńskich teatrach.

Jakby tych wydarzeń było mało, dzień wcześniej, w katowickim BWA miał miejsce wernisaż wystawy i happening belgijskiego artysty Jacquesa Lizene’a. Jego działania artystyczne  przypominają dokonania dadaistów. Lizene tnie różne przedmioty i łączy ich niedopasowane połówki ze sobą. Mnie jego artystyczne żarty przypomniały dokonania Rolanda Topora. Autor nie zaprzeczył, że uznaje mistrzostwo tego wielkiego rysownika i pisarza, twórcy humoru panicznego. I zaprowadził mnie pod realistyczny portret Breżniewa. Rozmówca genseka zasłonięty był czarną zasłonką. I Lizene zapozował mi z sekretarzem.

Od młodych aktorów z Koreza dostałem zaproszenie na spektakl „Zimy pod stołem” Topora. Tę sztukę, jak i inne dzieła Rolanda Topora widziałem cztery lata temu w Katowicach podczas festiwalu Ars cameralis. Topor wiecznie żywy.

04 Wrz 2011

Kto jeszcze nie był, powinien pójść, by się pokrzepić. „O północy w Paryżu” — najnowsze dokonanie Woody Allena to pokrzepienie i pozytywny przekaz.

Pomysł filmu jest prosty i często wykorzystywany przed Allenem — podróż wehikułem czasu .

Pamiętamy trylogię Zemeckisa „Powrót do przeszłości”. Miłośnikom kina polskiego przypomnę Bohdziewicza „Kalosze szczęścia” z podróżą w czasie i w przestrzeni, z Krakowa roku 1958 do międzywojennego Paryża. Chętnie zobaczyłbym remake tego filmu.

Nasz bohater, współczesny pisarz z Ameryki, jest fanem Paryża lat 20 ubiegłego wieku. I tam właśnie przenosi się co wieczór. O północy podjeżdża po naszego bohatera zabytkowe auto, które zawozi go w miejsce, gdzie biesiadują wielcy artyści ówczesnego świata.
 To trochę tak jakby scenarzysta serialu „Majka” spotykał  na paryskim bruku Mickiewicza i Słowackiego, albo młody artysta-malarz z Olsztyna, który pracuje w reklamie  natknął się na Olgę Boznańską i Tadeusza Makowskiego.

Bohater „O północy w Paryżu” swoich idoli spotyka w barach i bistrach, a nie w pracowniach, ale przecież każdy wie, że choć wielu znanych pisarzy i malarzy nie wylewało za kołnierz, to prowadzili życie skromne i bardzo pracowite: najczęściej przesiadywali przy biurkach i sztalugach. Gdyby było inaczej, nie przeszliby do historii.

Otrzymujemy więc postaci trochę jakby ze szkolnej czytanki, świat cokolwiek uproszczony. Allen stworzył bajkę odpowiednią dla dziatwy z gimnazjum. Ale może dzięki już pewnej popularności „O północy w Paryżu” zacznie się ona snobować na sztukę i literaturę.

Namawiam rodziców by zaordynowali dzieciakom wycieczkę na ten film nim nie uzbierają pieniędzy na wyjazd do Paryża.

Mnie cieszy choćby to, że bohaterami najnowszej produkcji Allena są ludzie kultury. Przed filmem widziałem reklamówkę jednej z polskich fabuł, gdzie padało obficie grube słowo. Allen pokazuje, że można nakręcić pogodne dziełko w którym nie pada żadne brzydkie słowo, a widzowie wychodzą z kina zadowoleni.

Z filmem „O północy w Paryżu” jest jak z wycieczką zagraniczną. Ktoś kto decyduje się na zwiedzanie miast i zabytków z okien autokaru i na dodatek niewiele wie o tym co ogląda, może się na takiej wycieczce nudzić. Większą korzyść z takiego wojażu odniesie  ten, kto dokładnie przestudiował przewodnik. Ale najlepiej zwiedzać indywidualnie lub w małych grupach.

Moi znajomi wybrali się w sierpniu w trzy osoby na taką eskapadę nad Sekwanę. Już w styczniu kupili bilet lotniczy i wynajęli hotel niedaleko Luwru. Pan domu spędził kilka miesięcy na sporządzenie dokładnego grafiku i opracowanie trasy. Wszyscy w domu czytali o artystach, których obrazy mieli zobaczyć. Znajomi wiedzieli, co chcą zwiedzać i plan zrealizowali.

Podobnie jest z filmem Allena. Ktoś kto zna, lepiej lub gorzej, twórczość Dalego, Toulouse-Lautreca, czy też Bunuela będzie miał satysfakcję, że natychmiast rozpoznaje — wcześniej niż niezorientowani widzowie na sali — z kim nasz bohater ma do czynienia.

Jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Córka moich znajomych w trakcie wycieczki w Paryżu nic nie płaciła za bilet w państwowych muzeach. Bo tam uczniowie mają do państwowych wstęp za darmo. Może tak u nas wzorem Francji Sarkozego wydać taki ukaz?

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.