27 Sty 2013

Wciąż spotykam ludzi, którzy opowiadają mi o kopiarkach 3D. Na podstawie zdjęcia można na przykład stworzyć  przy pomocy owej maszyny przestrzenną miniaturkę czyjeś postaci z plastiku. By postawić sobie na biurku, albo schować do portfela. Albo siebie takiego miniaturowego zrobić by podarować komuś. By sobie miał. Ale to oczywiście jedno z wielu zastosowań kopiarki 3D. Już używają tych urządzeń  studenci kierunków projektowania przemysłowego. Ma taką gdańska Akademia Sztuk Pięknych. O ich znaczeniu w edukacji świadczy fakt, że administracja prezydenta Obamy w najbliższych czterech latach sfinansuje wyposażenie tysiąca amerykańskich szkół w warsztaty 3D. Edwin Bendyk, autor książki „Bunt Sieci” rzucił już na początku ubiegłego roku hasło fundowania kopiarek 3D polskim szkołom by dzieci uczyły się innowacyjnego myślenia. Japończycy umieszczają te drogie – na razie – urządzenia w miejscach publicznych by mogli z nich korzystać zwykli ludzie. Najlepiej byłoby samemu udać się do Japonii by sprawdzić jak to tam działa. Można już  za niecałe 600 złotych odbyć  podróż lotniczą do Tokio i z powrotem. Zrobił tak  21-latek z Bydgoszczy, pasjonat taniego latania. Spędził kilkadziesiąt godzin w samolotach i siedem godzin w Japonii. Nie interesowały go kopiarki . Zjadł sushi, obejrzał dzielnicę biznesową Tokio, zwiedził świątynię i przejechał się też szybką koleją. Tyz piknie.

Nie boję się robotów

Ankieterka – licealistka spytała mnie czy nie boję się robotów. Ja ? Skąd. Robotów się bać?  Przyjaźnie jestem do nich  nastawiony. Pełna empatia.  Obejrzałem w PLANETE + dokument „Roboty. Nowocześni terapeuci”. Świat zachodni oddala się od nas z prędkością światła. Film opowiada o doświadczeniach z robotami terapeutycznymi w Danii, Francji, Niemczech i Japonii. Niemiecki teolog zastanawiał się jak prawdziwe są uczucia wywoływane przez maszynę. Bo powstało zagadnienie: czy informować starszych pacjentów z demencją, że mają do czynienia z robotem.

Tym robotem była skonstruowana przez Japończyków elektroniczna foczka Paro, którą testowano w jednym z niemieckich domów opieki. W takich placówkach nie wolno mieć zwierząt. Więc elektroniczna foczka jak żywa, z wielkimi oczami jak z disnejowskiej kreskówki nigdy się nie nudzi i nie złości. I oczywiście nie wydala z siebie niczego. Nawet czystej wody. Szybko uczy się głosu osoby, która chce się z nią zaprzyjaźnić. I daje się przytulać bez żadnych fochów. Karmić ją tylko trzeba prądem elektrycznym. Końcówka do ładowania przypomina kształtem smoczek. Czy jest w tym wszystkim drugie dno? Pewnie chęć obniżenia ceny usług medycznych. Ale skoro kontaktując się ze sztuczną foczką  pacjent czuje się lepiej, to wszystko jest w porządku.

Pamiętajmy jednak, że słowo robot  wymyślił czeski pisarz Karel Čapek. Napisał on sztukę , gdzie  przedstawił fabrykę w której pracują roboty  wyglądające jak ludzie. Coś w rodzaju androidów czy ludzkich klonów . I które w końcu się buntują. Rozróżnienie podróbki człowieka w postaci robota od oryginału jeszcze więc przed nami. Ale starożytni  Grecy wszystko już dawno przemyśleli. Potrafili odróżnić  bogów, który mieszali się z tłumem, od ludzi. Po oczach. Bogowie mieli w nich nieśmiertelność. Podobnie będzie można podejść człekokształtnego robota, który pewnego dnia zapuka do naszych drzwi. Spójrzmy mu w oczy nim go wpuścimy do siebie. Zobaczymy w nich czy jest sztuczny. Chyba że nie zdążmy w nie zajrzeć, bo pobiegnie do kontaktu by się doładować.

07 Sty 2013

Czwartek. Za oknem istna wiosna – kompletny brak zimy. Jej deficyt w ubiegłym roku spowodował, że Wajda nie zakończył zdjęć do „Wałęsy”. Będzie kontynuował w styczniu. Jak spadnie śnieg. Kiedyś filmowcy robili sztuczny. Aktorzy chodzili po zwałach naftaliny, ale też soli. W kinie najlepiej zima – jak pamiętam – wyglądała w „Doktorze Żywago” z 1965 roku. Chętnie sprawdziłbym to teraz, bo podobno po cyfrowej obróbce obraz „nieustannie powoduje radosne dreszcze podczas oglądania”. Czy jest takie kino na świecie w którym mógłbym zobaczyć odrestaurowanego „Doktora Żywago”? By nakręcić ten film pod Madrytem wybudowano replikę… Moskwy a zdjęcia zimowe kręcono w Finlandii.

Środa. W „Guinnessa księdze filmu” znalazłem wiadomość, że niektóre sceny „Doktora Żywago” zrealizowano na węższej o połowę, czyli tańszej taśmie 16 mm. Ja filmowałem jeszcze taniej, bo na 8 mm. Nie ja jeden wtedy na świecie, bo Spielberg i Almodovar też. Jaki jest związek tego ostatniego z Olsztynem pisałem już w  naszej „Gazecie”, więc nie będę się powtarzał.

W tym samym 1965 roku miała premierę „Kasia Ballou” z Marvinem i Jane  Fondą. Ten film widziałem w kinie „Grunwald”. Jane wywoływała dreszcze. Jakie były przygotowanie do seansu w „Grunwaldzie”. Wyobraźcie sobie: sala nabita do ostatniego miejsca, a bileter w liberii rozpyla ze specjalnej szprycy wodę kolońską. Żeby było przyjemniej.

Wtorek. W święta obejrzałem „Chinatown” Polańskiego z 1974 roku. Niestety nie w kinie, w telewizorze. Arcydzieło. Ciekawy przypadek: muzyka pisana była do tego obrazu dwukrotnie. Pierwszą stworzył niejaki Alonzo. Po pierwszym publicznym pokazie „Chinatown”, kiedy połowa widzów wyszła z kina przed końcem seansu, Polański z producentem Evansem postanowili ją zmienić. I w osiem dni doświadczony kompozytor hollywoodzki Jerry Goldsmith (18 nominacji do Oscara, choć otrzymał tylko jednego, za „Omen”) napisał nową partyturę. Ta muzyka, z dominującą solową partią trąbki, spowodowała, że to był już zupełnie inny film. Otrzymał jedenaście nominacji do Oscara. W końcu dostał tylko jednego, za scenariusz. W 1974 roku  najlepszym filmem Akademia Filmowa uznała „Ojca chrzestnego II”.

Poniedziałek. Jednak filmowym przebojem świąt i Nowego Roku był dla mnie i moich znajomych Waldemar Januszczak. Jest on najsłynniejszym brytyjskim krytykiem sztuki. Należy do ludzi o polskich korzeniach, którzy odnieśli prawdziwy sukces w Wielkiej Brytanii. Pisuje w „The Sunday Times” i prowadzi fascynujące programy telewizyjne o artystach malarzach, starych i nowych mistrzach. Mówi w sposób obrazowy i z ogromnym entuzjazmem. Obejrzałem kilkuodcinkowy serial w którym opowiadał o impresjonizmie. Między innymi o pewnym zamożnym inżynierze i żeglarzu, który nazywał się Gustave Caillebotte i wspierał impresjonistów m.in. Moneta kupując ich obrazy. Pod ich wpływem sam zaczął malować. Januszczak analizował obraz Caillebotte’a  przedstawiający most Europy w Paryżu w sposób tak fascynujący, że chciałoby się natychmiast wsiąść w samolot i udać się do Frankfurtu nad Menem, gdzie do 20 stycznia będzie czynna wystawa obrazów Caillebotte’a.

Niedziela. W tym roku na Sylwestra licealiści uczący się do międzynarodowej matury przebierali się za drużynę filmowego „Ojca  chrzestnego”. Mój znajomy w karnawale wystąpi jako postać z opery. Nie wie jeszcze jakiej. Ma się konsultować z panią doktor od włoskich librett. Czytam de Maupassanta i Moravię. Kupiłem w antykwariacie. Ten pierwszy pokazuje Francję impresjonistów, drugi Włochy lat 60. XX wieku. De Maupassant jest bezpruderyjny. Tak jak paryscy malarze z jego epoki. Poczytajcie „Idyllę”. O tym jak kobieta karmi w pociągu  piersią mężczyznę, który nie jadł od dwóch dni. A Moravia? Ci co piszą o mediach powinni czytać tego pisarza. Kapitalna jest „Nadęta twarz” o fotografiście – paparazzi, któremu żona nie pozwala wykonywać tego zawodu.

Sobota. Licealiści przebierają się za ferajnę „Ojca chrzestnego”, ale czytają „Technology review”. To pismo wydaje najważniejsza politechnika świata – Massachusetts Institute of Technology. Przeczytałem wywiad z pracującą w MTI trzydziestoletnią neurobilożką Rebeccą Saxe, która zajmuje się teorią umysłu. Saxe  próbuje zrozumieć umiejętność porozumiewania się bez słów. Okazuje się, że zawiaduje tym mały obszar mózgu za prawym uchem. Tak jak miłością i zdolnością prowadzenia dialogu. Odpowiada on również za to, że teraz piszę te słowa. Możemy być spokojni o licealistów. Wiedzą gdzie schowane są konfitury.

 Piątek. Znajoma licealistka podsunęła mi ankietę skierowaną do ludzi 50 plus (to ja) na temat robotów. Czy będę je wykorzystywał w przyszłości, czy się ich nie obawiam itd. W jednym z tygodników przeczytałem o założycielu i prezesie firmy iRobot. Colin Angle, oczywiście absolwent MTI produkuje roboty, które jeżdżą po Marsie. I służą w polskim wojsku. Ale najciekawszy jest chyba szpitalny, który zapewnia konsultacje z nieobecnym na miejscu specjalistą. Mój znajomy pracuje w Szwecji. Nie ma dzieci. Jego mama jest tym zmartwiona: bo kto będzie się tobą opiekował na starość? – pyta. Roboty – odpowiada znajomy.

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.