27 Sty 2014

W sobotę obejrzałem „Klauna” Pavla Kohouta w reżyserii Giovanny Castellanosa. Przedstawienie jest spójne i konsekwentne. Ma słodko-gorzki smak, sceny z życia rodziny klanów wzruszają.

W pewnej chwili żywioł zabawy zwycięża, gdy klauni  „strzelają” w widownię balonami i obrzucają ją pakunkami z confetti. Autorką świetnej scenografii jest Aneta Suskiewicz, a muzyki Marcin Rumiński.

To polska prapremiera sztuki i  jednocześnie pierwsza premiera na zbudowanej od podstaw, przy okazji remontu olsztyńskiego Teatru Stefana Jaracza, scenie Margines.

Rzecz o cyrku, w którym najważniejszym punktem programu jest pokaz tresury koni. Cyrk to oczywiście metafora współczesnego świata.

Sztandarowym numerem popisuje się dyrektor cyrku Holzknecht (Cezary Ilczyna). Ma on pomocnika, demonicznego inspektora maneżu  (świetny Marcin Tyrlik). Klaun August (Paweł Parczewski) ma czelność marzyć o tym by również tresować konie. – Możesz zrealizować swoje marzenie – mówi Augustowi dyrektor. Ale jak? To proste:  – Musisz zostać dyrektorem cyrku.

– Ale czy to możliwe?- dopytuje się naiwny jak dziecko August. Tak, jak założysz rodzinę.

Klaunowi udaje się spełnić ten warunek. Na arenie pojawia się klaunka (podpieram się językiem czeskim, po polsku klaunica?) Lulu (Małgorzata Rydzyńska) – która zostanie żoną Augusta; przyszły teść –  klaun Bumbul (Artur Steranko), zjeżdżający na linie wprost na środek areny, a także synek – August  junior (Przemysław Niedzielski).

Holzknecht piętrzy kolejne trudności, August je spełnia. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale los klaunów jest nie do pozazdroszczenia.

 

Wychodząc z teatru zastanawialiśmy się kogo w dzisiejszym cyfrowym świecie mógłby symbolizować klaun August? Kto chce przejąć władzę nad cyrkiem?

 

02 Sty 2014

31.12.2013

Pod moim balkonem na trawniku rosną stokrotki. Nie dają się mrozowi. W grudniu zakwitły po raz trzeci w tym roku.

Rano w sklepie spotkałem znajomego lotnika. Złożyliśmy sobie życzenia zdrowia i szczęścia na 2014 rok, bo cóż to za szczęście bez zdrowia i na odwrót.

Japończycy nakręcili pełnometrażowy film animowany o konstruktorze myśliwca „Zero”. Samolot był „piękną maszyną”, ale był  użyty w ataku na Pearl Harbor, czyli w złej sprawie.

Myślę o polskich inżynierach, którzy przed wojna konstruowali aparaty latające o takich pięknych imionach jak: wilk, jastrząb, łoś, karaś czy sum.

Szybowiec „Orlik” Antoniego Kocjana pokazano na Wystawie Światowej w 1939 roku. Potem przejęli „Orlika” Amerykanie i bili na nim różne rekordy używając maszyny do 1967 roku. Jakoś nikt nie wpadł na to by nakręcić film o „Orliku”, albo o doskonałych samolotach sportowych RWD na których polscy piloci bili rekordy i zwyciężali w zawodach lotniczych. Współkonstruktorem RWD był Stanisław Rogalski, który po wojnie  doszedł do profesury na prestiżowym uniwersytecie amerykańskim w Princeton.

Czy ktoś jest dziś w stanie rozbudzić takie ambicje jakie były przed wojną? Może należy zacząć od sprawy podstawowej. Od porządnego posiłku.

Marzy mi się by Sejm zadekretował we wszystkich typach szkół bezpłatne obiady dla uczniów. Kiedy im nie będzie burczeć w brzuchu łatwiej nauczą się rachunków.

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.