21 Paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. –  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

3 komentarze »

  1. podoba mi sie to uporzadkowanie wydarzen w chronologii dni tygodnia – wszak blog to rodzaj dzinnika-pamietnika, znowu przeczytalem z zainteresowaniem – WOW!

    Komentarz by Dyl S. — 21 października 2011 @ 12:55

  2. Mnie też się to spodobało.
    A otaczający pana Kuczoka wianuszek kobiet jest charakterystyczny na spotkaniach autorskich 🙂

    Komentarz by przewodnikpokrakowie — 22 października 2011 @ 20:31

  3. Wojciech Kuczok ma ujmującą powierzchowność i jest grzeczny. W dzisiejszych czasach nie jest to częste…

    Komentarz by Marek — 22 października 2011 @ 21:47

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.