08 Lut 2010

Pojechałem do Warszawy by obejrzeć obrazy Jacka Malczewskiego. Zdążyłem jeszcze na wystawę Zbigniewa Libery w „Zachęcie”. I na premierę filmu „Fish Tank” w kinie „Kultura”. Libera i „Fish Tank” przebiły Malczewskiego. A przed „Grunwaldem” Jana Matejki spotkałem buddyjskie bóstwo z Japonii. Idzie nowe.

Wystawa   Libery to pierwsza całościowa prezentacja tego artysty w Polsce. Znalazły się na niej prace nigdy w kraju nie pokazywane jak „Ciotka Kena”, czy „Lego. Obóz koncentracyjny”. Malczewski to wietrzenie magazynów Muzeum Narodowego. „Fish Tank” jest najlepszym brytyjskim filmem ubiegłego roku. Budyjski Bishamonten –  japońska rzeźba z XVII-XVIII wieku – to Interwencje! – nowe zestawienie eksponatów, które ma zmusić widza Muzeum Narodowego do myślenia.

Uderzyć z głowki

Zacznę od „Fish Tank”. Zaczyna się jak zwyczajna historia o piętnastolatce z bloku, która nie chce się uczyć, klnie i potrafi uderzyć koleżankę „z główki”. Młodsza siostra Mii popala i popija piwo z puszki. W tym domu nie ma ojca, a matka prawdopodobnie żyje z zasiłków. Zwiastun daje mylne wyobrażenie o tym, czym jest „Fish Tank”: to nie jest film „dresiarski”, ale liryczna, poruszająca opowieść o burzliwym dojrzewaniu piętnastolatki. Film dla  nastolatek i ich rodziców.
Podoba mi się pomysł: kamera (zdjęcia Robbie Ryan) nie spuszcza bohaterki z oka. Reżyserka „Fish Tank” Andrea Arnold dostała Oscara za dokument, w „Fish Tanku” oglądamy kino stylizowane na tę formę, jak w angielskich „gniewnych”, kinie czeskim, czy w pierwszych fabułach Krzysztofa Kieślowskiego.
W nastolatkę z blokowiska wcieliła się Katie Jarvis, dziewczyna, którą asystentka reżyserki spotkała na stacji. Ciekaw jestem jak potoczą się jej losy. Film otworzył przed nią nowe możliwości, mam nadzieję, że je wykorzysta.

Mia jest niegrzeczna, ale pragnie tego, co wszystkie dzieci: akceptacji i czułości. Ma jeszcze coś więcej, potrzebę twórczości. Tańczy hip-hop.

Przygotowuje program taneczny do „California Dreamin”, co nadaje temu filmowi jeszcze jednego refleksu: jej matka zachowuje się jak hipiska, ale nią nie jest. Jest po prostu samotną matką,która szuka faceta i nie umie sobie dać rady z córkami.

Czytałem kilka wywiadów z reżyserką „Fish Tank”, Andreą Arnold . Odżegnuje się od tradycji krytycznego kina angielskich „gniewnych” i uważa się, jeśli już, to jedynie za spadkobierczynię Karola Dickensa. Interesuje ją dobrze opowiedziana historia. A co z tej opowieści wynika, niech już osądzą widzowie. Arnold, jak każdy wytrawny autor, niechętnie interpretuje swoje dzieło i twierdzi, że relacje między bohaterami są tak skomplikowane, że ona sama ich nie rozumie.
Facetem matki jest ochroniarz , grany przez Michaela Fassbendera ( „Kompania braci”, ”Bękarty wojny”). Gra postać niejednoznaczną, jest troskliwy, zastępuje Mii ojca, a potem ją uwodzi – jak bohater „Lolity” Vladimira Nabokova. Jest dobry i zły zarazem. Podtrzymuje w dziewczynie żar, utwierdza ją w przekonaniu by wystartowała w konkursie, do którego Mia przygotowuje swój program taneczny. Ale nie ostrzega jej, że to konkurs na tancerki do jakiegoś sex-klubu.
W filmie Arnold dotyka czegoś pierwotnego, rytualnego: Mia wyjeżdża z domu i na koniec tańczy w kuchni z matką i siostrą. To forma pożegnania, a jednocześnie pojednania. Kiedy oglądałem tę scenę przypomniał mi się wstęp do wywiadów z antropologiem Josephem Campbellem „Potęga mitu”. Campbell opowiadał anegdotę o tym, jak na jakimś sympozjum religioznawczym amerykański socjolog zwrócił się do kapłana szintoistycznego by wyjaśnił mu ich ideologię i teologię. Japończyk pokiwał głową: – Myślę, że my nie mamy ideologii – powiedział – Ani teologii. My tańczymy…
Mia tylko tańczy.

Ostatni dzwonek by zobaczyć Jacka


Zacząłem od obrazów Jacka Malczewskiego w Narodowym. Będzie czynna do niedzieli, więc ostatni dzwonek by wybrać się na nią do Warszawy. Widziałem na Malczewskim całe rodziny. Jacek to jeden z najważniejszych polskich malarzy więc należy się z nim ciągle konfrontować, na nowo rozważać skąd przychodzimy i jacy jesteśmy. Ciekawe na wystawie są pierwociny, rysunki dziecka, małego geniusza, pracowite kopie zwierząt egzotycznych. Jacek dorosły to teatr jednego aktora. Jest Jezusem, Hamletem, św. Franciszkiem…
Na mnie zawsze robi wrażenie jeden z ostatnich jego dzieł: szalony, kabotyński, szkicowy autoportret z 1926 roku, ni to kubistyczny, przechodzący w abstrakcję, z czymś w rodzaju korony cierniowej na głowie.
Po Jacku przeszedłem się jak zwykle po galerii malarstwa polskiego – robię to ilekroć jestem w Warszawie – by podziwić nasze wybijanie się na niepodległość w dziedzinie sztuk plastycznych. Muszę popatrzyć na „Kuropatwy” Józefa Chełmońskiego, na portrety Piotra Michałowskiego i Henryka Rodakowskiego, aż dochodzę do Jana Matejki, by podziwiać jak namalował kryzę Zygmuntowi III Wazie („Kazanie Skargi”). I na koniec „Grunwald” przy którym zawsze coś się dzieje. Tym razem oprócz turystów znalazłem pod „Grunwaldem” japońskie bóstwo.
W galerii malarstwa powojennego Andrzej Wróblewski i Bronisław Linke  z „Autobusem”. A ponieważ poprzedniego dnia zjadłem obiad w barze mlecznym na Nowym Świecie 39 – z ciekawością oglądałem socrealistyczny „Bar mleczny” Józefy Wnukowej. Licznych barów mlecznych można stolicy pozazdrościć.

Libera to temat na osobne opowiadanie. Wiele osób mądrzy się na jego temat, ale mało kto widział prace Libery na własne oczy. Wystawa w „Zachęcie” była pierwszą okazją by wyrobić sobie własne zdanie. Przy Liberze po raz kolejny widzę słuszność mojej doktryny by oglądać obrazy na własne oczy a nie w reprodukcji. Dzieło zyskuje przy spotkaniu oko w oko. Oglądamy skalę i rozumiemy kontekst. Kiedy widzimy wszystkie prace chronologicznie, rozumiemy przesłanie.
„Lego. Obóz koncentracyjny” to nie tylko zakamuflowana krytyka przemysłu zabawkarskiego, ale to rozprawa na temat pedagogiki i edukacji. Podobnie jak „Ciotka Kena” czy lalka do golenia lub „Body master” dla dzieci.Ciekawe były albumy, które artysta przygotował z sześciu pism i gazet europejskich.

Libera sfotografował  ilustracje z pism i gazet, potem je ułożył w cykle. Widziałem jak zagraniczni turyści fotografowali  zawartość albumów .  Libera jest kontestatorem, filozofem,  badaczem-antropologiem, aktorem , w czym przypomina Malczewskiego.

Na koniec coś z dziedziny architektury: przykład psucia dobrego. Warszawiacy popsuli pasaż Wiecha na tyłach Warsa i Sawy. Były tu ławeczki, daszki, pergole, zieleń. Zburzono małą architekturę ( jako relikt PRL-u?) i w to miejsce ustawiono monstrualne latarnie-koszmarki, które wyglądają jak resztki jakiejś niedokończonej budowli. Jest paskudnie, a przede wszystkim wieje.

Ten obrazek przedstawiam wszystkim modernizatorom starej architektury pod rozwagę.

7 komentarzy »

  1. tez bylem na wystawie Zbigniewa Libery. Spotkalem sie z krytycznymi opiniami na temat tworczosci Libery, ale mnie ta wystawa bardzo sie podobala. Libera zmusza widza do myslenia i chociaz niektore dziela sa drastyczne a nawet bardzo /np. film o schorowanej babci artysty, ktora sie opiekowal az do jej smierci/,trudno odmowic im smialosci i pomyslu, a nawet sarkastycznego humoru.
    Mam tez inna refleksje – lubie chodzic na wystawy czy do kina z osoba towarzyszaca – mozna wtedy na biezaco dzielic sie opiniami, wyjasniac sobie nawzajem cos mniej zrozumialego, a po wydarzeniu kulturalnym usiac razem na dalsze rozwazania przy filizance kawy /prawie wszystkie duze muzea, kina, teatry – maja w swoim obrebie lokal gastronomiczny/

    Komentarz by Dyl S. — 8 lutego 2010 @ 16:21

  2. Drogi Dylu,
    Zwiedzać razem czy osobno? Można tak i tak. Widziałem male dzieci na Malczewskim niezbyt zainteresowane obrazami. Nic nie pomogły tłumaczenia rodziców, że trzeba oglądać, bo to ważne.Po prostu nudziły się. Bywa, że ktoś się szybko męczy, duszno mu. Lubi galerię, ale na krótko: wpaść-wypaść.
    W tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz – jak u Boya. I jeszcze: jak oboje interesują się sztuką, to zwiedzanie jest przyjemnością.
    Do zwiedzania galerii (obrazów) potrzebna jest pewna wprawa.Kiedy zwiedza wystawę dwóch koneserów przyjemność się potęguje. Dodatkowy komentarz, inne spostrzeżenie niesłychanie wzbogacają.Można się nawet konstruktywnie pokłócić, albo zmienić zdanie.A samemu? Można pokontemplować. Ale smutniej.

    Komentarz by Marek — 9 lutego 2010 @ 11:47

  3. Panie Marku – swieta racja. Ze zwiedzaniem muzeow jest jak z miloscia (do sztuki rowniez). Jezeli kochac, to nie indywidualnie, jak sie zakochac to tylko we dwoch 😉
    Serdecznie pozdrawiam,
    Pawel G.

    Komentarz by Pawel — 10 lutego 2010 @ 22:15

  4. Panie Pawle,
    dziękuję Panu za przypomnienie tej pięknej frazy. Natychmiast rzuciłem się by posłuchać Wiesława Michnikowskiego i po raz kolejny przekonać się o genialności Kabaretu Starszych Panów.
    Serdecznie pozdrawiam
    Marek B.

    Komentarz by Marek B. — 11 lutego 2010 @ 23:40

  5. Drogi Marku.
    Klasy szkolne na wystawe sztuki za reke prowadzic jest „out”
    „IN” jest doprowadzenie dzieci do sztuki poprzez organizowanie szkolek rysunku czy tez szkolek rzezbiarstwa. Dopuszczone rodki produkowania sztuki wszystko co sie do tego nadaje, lacznie pedzla, puszek do grafity az do pracy z komputerem. Ale do tego trzeba miec odpowiednio wyksztalconych pedagogow. Na to Musea (przewaznie)pieniedzy nie maja. A tu gryzie sie kot we wlasny ogon.
    Dlatego swiat koneserow sztuki jest raczej maly w stosunku do zwolennikow pilki noznej.
    Serdecznie pozdrawia
    Janekhansjanek.

    Komentarz by Ciotka Kena i japonczyk pod Grunwaldem — 18 lutego 2010 @ 20:39

  6. Janku,
    ale zawsze budujący jest widok wycieczek w muzeum.
    Widziałem takie sceny w Luwrze i w National Gallery w Londynie. W tym ostatnim dzieci leżały-dosłownie- na ziemi i kopiowały do swoich zeszycików Leonarda. To było bardzo piękne.
    Serdecznie pozdrawiam
    Marek

    Komentarz by Marek — 11 marca 2010 @ 1:50

  7. You’re a classic exceptional internet marketer. Your website packing rate is usually wonderful. It kind of feels that you are carrying out any kind of special technique. As well, A subject matter will be masterwork. you will have completed an excellent exercise with this subject!

    Komentarz by Daiwa fishing rods — 3 stycznia 2014 @ 17:25

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.