24 Lip 2009

Edward Stachura zawsze miał ze sobą chlebak i gitarę. Pamiętam go, jak w dawnym empiku, vis-a-vis ratusza, na pierwszym piętrze, w trakcie spotkania mówi z tym swoim francuskim „er”: „Norwid miał panią Calergis, a ja mam panią alergis”.

Albo widzę go w czapce uszatce i wojskowej kurtce. Odprowadzamy go z pracowni Wiesia Wachowskiego na Kołobrzeskiej do hotelu „Warmińskiego”. Przed chwilą grał tam na gitarze i śpiewał a potem opowiadał o młodych Meksykanach, którzy popisują się przed turystami skacząc do morza w czasie przypływu. Kiedy gotują się do skoku, pod nimi jest sucha plaża. Kiedy lecą majestatycznie w dół — powoli napływają fale.

W pracowni Wiesia po raz pierwszy usłyszałem słynny poemat Steda „Kropka nad ypsylonem” z tą powtarzającą się frazą „pomóż wspomóż dopomóż wyjątku czuły/odeprzeć tłumne armie reguły”. W pewnej chwili autor powołuje się na Luisa Bunuela (wym. buniuola i tak małą literą i w ten sposób pisze nazwisko wielkiego Hiszpana w drukowanej wersji poematu, wywyższając więc formę mówioną nad drukowaną). „Kropkę nad ypsylonem” czytał zaprzyjaźniony ze Stedem olsztyński pisarz Bohdan Dzitko.

Stachura grał i śpiewał już nie pamiętam co. Może „Walc nad Mississippi” albo „Nie brookliński most” a może to było „Nie rozdziobią mnie kruki” ze słynnym „Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo”.

Piosenki+

Edward Stachura „Piosenki”, z rysunkami Jana Sawki, w opracowaniu graficznym Tadeusza Burniewicza, Pojezierze Olsztyn, 1980 rok

Wczoraj postanowiłem przypomieć sobie głos Steda. Z kasety magnetofonowej wysłuchałem jego przejmującego śpiewu. Uświadomiłem sobie jak mocny i ładny miał głos. 
Pamiętam jak Tadek Burniewicz, który przygotowywał projekty okładek książek Steda, które ukazywały się w olsztyńskim wydawnictwie „Pojezierze”,  mówił o nim: —To święty Franciszek.
.. Mnie Edward Stachura wydał się niespotykanie łagodnym człowiekiem.

Lubię anegdotę, którą opowiadał Wiesław Niesiobędzki, poeta i pisarz z Iławy. 
Na spotkanie z Edwardem Stachurą do Siemian przyjechał z pobliskiego Jerzwałdu Zbigniew Nienacki. Wszyscy trzej poszli napić się czegoś do pobliskiej restauracji „Cyraneczka”. Tam autor „Pana  Samochodzika” zarzucił Stachurze, że ten nie potrafi „godnie prezentować stanu pisarskiego”. Chodziło o ubiór Steda, sposób podróżowania i grę na gitarze oraz śpiewanie podczas spotkań autorskich. „Bardzo pana kocham, panie Zbigniewie — odparł cicho Sted — ale to nie ma nic do rzeczy”. 

Stachura często zaglądał do Iławy. Chodził sobie po tamtejszej bibliotece w skarpetkach, panie z biblioteki robiły mu herbatę a on pisał książkę „Fabula rasa”. Niesiobędzki wystarał się Stedowi pół etatu bibliotekarza w wiejskiej bibliotece w Siemianach. W kwietniu 1979 czekała tam na Steda kwatera i biblioteka, niestety wkrótce przyszła wiadomość że Stachura jest bardzo chory. Po jego śmierci 24 lipca 1979 roku, Niesiobędzki chodził koło tego, by bibliotece w Iławie nadać imię Stachury. I „wychodził”. 22 października 1983 roku nadano Miejskiej Bibliotece Publicznej w Iławie imię Edwarda Stachury.

Kto chciałby więcej poczytać o miejscach związanych z Edwardem Stachurą polecam książkę Waldemara Szyngwelskiego „Sted- kalendarium życia i twórczości Edwarda Stachury” wydaną w Oficynie Wydawniczej RYTM, w Warszawie w 2003 roku.

3 komentarze »

  1. ten artykul sprowokowal mnie do wspomnien. Dwa lata temu bylem na koncercie Czyżykiewicza /spiewal Stachurowe/. Ale poraz pierwszy zachwycily mnie jego teksty w czasie szkolnej wycieczki licealistow w roku 1975. Nasz mlody zdolny profesor chemii i jego rownie uzdolniony brat /obecnie rektor ASP/zabrali ze soba gitary i poplynely slowa „juz jest za pozno, nie jest za pozno”, „zycie to nie teatr…” Wtedy nie wiedzialem, ze to Stachura. Dopiero po kilku latach byla „Siekierezada” i „Fabula rasa”. A teraz w zyciu codziennym Satchura ciagle obecny, gdy mowie do zaprzyjaznionego czarnego kocura o imieniu Bruno – „chodz, pojdziemy na piwo”

    Komentarz by Dyl S. — 24 lipca 2009 @ 21:22

  2. Pamiętam,ze zrobiłem na powitanie Steda w pracowni na Kołobrzeskiej 17…w Kotłowni,napis „widziałem mężczyznę strzelajacego z procy”. Wcześniej rzeczywiscie widziałem jak Sted wyjął procę z kieszeni i strzelił sobie w trawę na skarpie,jeszcze na Kaliningradzkiej . Zauwazył ten powitalny napis. Ale nie jestem pewien czy zrobiłem go na pierwsze spotkanie ze Stedem , to z umyciem nóg i recytacją powolną poszczególnych częsci „Kropki nad ypsylonem”.Z przypominaniem sobie i powracającą frazą wspomóż,dopomóż wyjatku czuły… oraz rysowaniem „tego samego „,ale tylko na słuch. On z jednej strony deski do rysowania, ja z drugiej . Sted wsłuchuje się w szmer mego ołówka. Ja rysuję znak nieskończoności bo to kształt który łatwiej słuchającemu odwzorować . Zainteresowało Go to ,stąd próba.. Sted był jeszcze raz na Kołobrzeskiej.Nie sam,może to wówczas przygotowałem Mu napis. Sted przebywał w okresie Swiąt Bożego Narodzenie kilka a móże kilkanaście dni w Kieżlinach. Dowiedziałem sie o tym dopiero po ślubie z Grażyną ,już po smierci Steda. Czuł się w tym domu kieźlinianek dobrze,śpiewał. Moje z Nim ostatnie spotkanie. Wyruszamy z Kieżlin do Olsztyna wieczorem, na Zołnierska 41m67. Wcześniej Steda sluchałem w „Pracowni” SSK”Pojezierze” . To już czas mówienia Fabula razą. Tej nocy odstąpiłem Mu swoje łózko ,ułożyłem sie na pięterku. Próbowaliśmy rozmawiać,ale słyszałem w ciemnosci…to nie tak,,to oczywiste ,ze tak i …fragment precyzyjnie wypowiadany…z Fabula razy. Rano odprowadziłem Steda na dworzec aż przed wagon. Po tym spotkaniu narysowałem czarny ,zgięty metalowy pręt w czarnej prostokatnej obwódce. To był Sted z tamtego czasu. Jeszcze póżniej Bury mówił,że głos Steda w telefonie niepokojąco zmieniony i jak zza grobu.W lipcu 1979 roku usłyszałem,że nie żyje ,że pochowany na Górce Węglowej. Pamiętam,że pożyczał „Żywioł i ład’…albo „Dzieci wszechswiata” Ditfurtha . Powrócały .Odkryłwałem naniesione na marginesach ołówkiem nieliczne znaki zapytania,wykrzykniki albo uwagi.I one gdziś są u mnie.

    Komentarz by wachowski — 11 września 2009 @ 18:02

  3. Gdy czytam piosenki Stachury (Sted pewnie mogą go nazywać ludzie, którzy go spotkali, zkumplowali się z nim), brzmią mi one jego głosem, fałszującym, z przestrojoną gitarą w tle. Moje pokolonie kojarzy go pewnie z ogniskowymi melodiami Starego Dobrego Małżeństwa – brrrr, okropieństwo. Przypomina mi się zawsze wtedy piosenka innego śpiewaka, aż chce się powiedzieć po rosyjsku „piewca” – Wysockiego – „piesnia piewca u mikrofona”. Charles Trenet, który ni w ząb rosyjskiego nie znał, wysłuchał jego koncertu jednym tchem i tymże na koniec wypowiedział – on nie śpiewa, on żyga. Czy Sted także żyga?

    Dziękuję ci Marku, za te kilka chwil podróży w krainę mojego dzieciństwo, dorastania. „Poznaję do bólu w spiczastych kolanach, mego ludu narzecze niewinne”.

    Komentarz by Arkady — 20 listopada 2009 @ 13:13

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.