26 Paź 2010

Przesłanie najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego jest następujące: jeśli twój kraj prowadzi wojnę nawet w najodleglejszym zakątku świata, to spodziewaj się, że pewnego dnia wróg stanie u twych wrót.

W trillerze Skolimowskiego „Essential Killing”  nieważne jest to, że taliba gra Amerykanin (Vincent Gallo), norweskie puszcze udają polskie, a Izrael – Afganistan. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Skolimowski pokazuje wojnę, która przyszła na próg  naszego domu. I wprowadza komplikację etyczną: nie odczłowiecza swojego bohatera, mistrzowską reżyserią sprawia, że współczujemu talibowi. Cierpimy, kiedy on cierpi. Zapominamy, że zastrzelił żołnierzy armii, której jesteśmy sojusznikami.

Kiedy reżyser był w Olsztynie pytaliśmy o związek powstającego wtedy filmu z rewelacjami na temat domniemanych więzień CIA na Mazurach. Skolimowski uśmiechał się tajemniczo. Mogę teraz powiedzieć, że ten film dzieje się gdzieś w Polsce, czyli nigdzie. Padają w nim wprawdzie zdania wypowiedziane w języku Kochanowskiego i Mrożka. Na przykład  jeden z żołnierzy  konwojujących talibskiego więźnia pyta po polsku: – Kajdanki? Jak są po angielsku kajdanki?

Przykryty śniegiem i skuty lodem kraj leżący gdzieś na północy, zamieszkują ludzie, którzy zajmują się wyrębem lasu i połowem ryb. Ich kobiety nawet zimą jeżdżą rowerami i karmią piersią, a mężczyźni nie stronią od alkoholu. W takie miejsce zostaje rzucony brodaty muzułmanin za którym rusza nagonka.

Ale  poza pacyfistyczno-politycznym rozumieniem filmu, proponuję jego odczytanie kulturowe. Talib, jak Marsjanin wysadzony ze statku kosmicznego, ogląda  surową przyrodę: las, w którym ryczą jelenie, a na obcego rzucają się zdziczałe psy. Ale w tej krainie wpuszczą cię do domu nawet wieczorem, szczególnie , gdy jest to wyjątkowy wieczór zwany Wigilią. Nakarmią cię i opatrzą. I nawet dadzą konia, byś mógł dalej uciekać.

Opowieść Skolimowskiego na poziomie anegdoty  jest, jakich już było wiele w kinie, historią  ucieczki więźnia. Gallo w tej roli  jest przekonywujący . Nie wyobrażam sobie w niej nikogo innego. Film jest właściwie koncertem jednego aktora. I choć akcja jest na granicy prawdopodobieństwa, film ma dłużyzny, groźny krajobraz północy na zdjęciach Adama Sikory staje się czasami tak malowniczy, że aż kiczowaty, a muzyka Pawła Mykietyna jest natrętna, to jednak pod powiekami po wyjściu z kina zostaje nieprawdopodobny Gallo. I tajemnicze zakończenie. Wyprowadza je Skolimowski z malarstwa , które tak kocha. Błękitna plisowana szata afgańska spływająca potokiem. Biały koń którego sierść czerwieni się od krwi wyksztuszanej przez taliba. Nasuwają się kadry z dzieł Kurosawy. I z polskiej szkoły filmowej. Spointowanie spotkania dwóch kultur –  wschodniej i dalekowschodniej. I my w tym wszystkim. Ze swoimi pijakami.

2 komentarze »

  1. na pewno pojde na ten film, dzieki za recenzje

    Komentarz by Dyl S. — 27 października 2010 @ 22:02

  2. Film… przynajmniej Dziwny… Obejrzałem, ale współczucie się we mnie nie obudziło. Faktycznie jak Marsjanin, albo człowiek na Planecie małp… Sporo symboliki, tylko naszej grupie kulturwej znanej (koń, krew, śnieg i las… itp. prawie jak z opowiadania Żeromskiego, – „Rozdziobią nas kruki, wrony…”, lub filmach Kurosawy. Poza tym Ciekawy dla miłośników „bieszczadzkiej” przyrody – zimą i do tego, nocą 😉 Słowem – historia nieprwdopodobna – jednak… ps. wszak Szymany niedaleko 🙂

    Komentarz by Vado — 5 listopada 2010 @ 23:55

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.