15 Lis 2010

Dokładnie trzy lata temu byłem w Katowicach na Festiwalu Ars Cameralis. Tam, pierwszy i jak się okazało jedyny raz w życiu, króciutko rozmawiałem z kompozytorem Henrykiem Mikołajem Góreckiego.

Czekałem na koncert Kronos Quartet. Stałem w holu „Dezember Palace”, jak Ślązacy nazywają od nazwiska sekretarza Grudnia potężne gmaszysko na placu Sejmu Śląskiego, gdzie mieści wiele instytucji kulturalnych, w tym ogromna sala koncertowa.  Amerykański zespół miał wykonać po raz pierwszy trzy koncerty smyczkowe Góreckiego. Nagle w tłumie oczekujących na koncert podekscytowanych kobiet i mężczyzn, ubranych w stroje wieczorowe, zobaczyłem charakterystyczną twarz kompozytora. Znałem ją ze zdjęć. Stał samotnie i wyglądał bardzo skromnie.

Podszedłem i przywitałem się. Pamiętam tylko, że zapytałem:

– Kiedy Mistrz przyjedzie na Warmię?

Tak właśnie zwróciłem się do Góreckiego, Mistrzu. Tu przyznam się, że żywię do kompozytorów kult równie wielki  jak do profesorów matematyki. Obie te dyscypliny wydają mi się równie niedostępne.

– To tak daleko powiedział Górecki.

– Ale kiedyś Warmia i Śląsk były razem – odpowiedziałem zaczepnie.

– Były… –  kompozytor na to.

Rozmawialiśmy jeszcze o Feliksie Nowowiejskim. Właśnie obchodziliśmy w Olsztynie okrągłą rocznicę urodzin pochodzącego z Warmii autora muzyki do „Roty” . Opowiedziałem Góreckiemu o próbach wypromowania utworów Nowowiejskiego. Pożegnaliśmy się. Uścisnąłem Mistrzowi prawicę i poszedłem na widownię. Wkrótce zobaczyłem go na scenie, w świetle reflektorów, kiedy wita się z muzykami i kłania publiczności.

Kiedy czytam wspomnienia o Góreckim, Ślązaku z dziada pradziada, rozpoznaję ten sam rys, który znam z życiorysów wielu artystów kształcących się w powojennej Polsce. Górecki dopiero po maturze mógł spełnić swoje muzyczne marzenie. Nie przyjęto go do klasy fortepianu w szkole muzycznej, ale do klasy instruktorskiej. Rano był nauczycielem w szkole podstawowej w Redułtowach pod Rybnikiem, po południu jechał do Rybnika by uczyć się w szkole muzycznej, wieczorem – na koncert do Katowic. Kiedy nie miał już powrotnego pociągu do domu, noc spędzał na dworcu w Rybniku, jak wspominają biografowie, śpiąc lub komponując.

Gdzieś we wspomnieniach Krzysztofa Kieślowskiego, który po wojnie mieszkał w małej miejscowości w Zagłębiu Dąbrowskim, nazywała się ona Strzemieszyce Wielkie, znalazłem podobną opowieść o dojazdach pociągiem do szkoły. I wspomnienie dworcowych bufetów. I bułki z zimnym kotletem mielonym na śniadanie. Kieślowski do łódzkiej filmówki dostał się za trzecim razem.

Widzę w wyborach życiowych Kieślowskiego i Góreckiego podobieństwa. Obaj od młodych lat dobijali się by móc studiować ulubione dziedziny – jeden reżyserię, drugi muzykę. Na początku drogi było im ciężko, ale trzymali się uparcie swego, pod koniec życia osiągnęli uznanie w świecie.

P.S.

Na zdjęciach: pierwszy „mój” Górecki, kaseta magnetofonowa z 1993 roku Polskich Nagrań i dworzec gdzieś na Górnym Śląsku, sfotografowany z ostatniego wagonu pociągu.

1 komentarz »

  1. tez mam sentyment do kolei i pamietam pyszne paczki i goraca herbate w budce przy peronach na dworcu w Krakowie, gdy wracalem po 2 razy w miesiacu przez dwa lata z zajec seminaryjnych studiow podyplomowych /a teraz tam centrum handlowe – nazwane szumnie Galeria Krakowska, gdzie pewnie burgery kupic mozna…/

    Komentarz by Dyl S. — 15 listopada 2010 @ 14:40

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.