10 Lip 2009

Pierwszą rolkę czarno-białego filmu Foton, formatu 6 na 9 cm, zaniosłem do zakładu „Foto-Sternik” na ulicy Wyzwolenia. Wcześniej czytałem książkę Jerzego Płażewskiego „Fotografowanie nie jest trudne”. Ale o sensie fotografii najwięcej dowiedziałem się od Julio Cortázara.

Kiedy spotykam się w gronie 50-latków w pewnej chwili ktoś zwykle zaczyna mówić Cortázarem. Najczęściej cytuje jego „Gry w klasy”. Często schodzi na zdjęcia czarno-białe. Wspominamy nasz szlak wtajemniczenia: aparaty mieszkowe naszych ojców, potem druhy, zorki, smieny, kijewy i zenity. Opowiadanie „Babie lato” Cortázara jest pochwałą fotografii. Można tam znaleźć takie zdanie: „Wśród wielu sposobów zwalczania nicości jednym z lepszych jest fotografowanie, którego powinno się uczyć od najmłodszych lat, wymaga bowiem skupienia, wyrabia poczucie estetyki, oko i pewność ręki” (tłumaczenie Zofia Chądzyńska). 
Michelangelo Antonioni z tego zdania wywiódł swój film „Powiększenie” („Blow -Up”). Od „Powiększenia” zaczęła się światowa kariera pary David Hemmings i Vanessa Redgrave.

Powiększenie

 

Plakat do „Powiększenia”

Film robił na widzach piorunujące wrażenie. U nas może większe niż na Zachodzie. Każdy chciał wyglądać jak Hemmings, nosić takie jak on białe spodnie z szerokim wojskowym pasem. I mieć takiego, jak jego filmowy bohater, Hasselblada. Niewielu wtedy z nas kojarzyło, że występująca w tym filmie supermodelka Veruschka to Vera Lehndorff, córka ostatniego pana na Sztynorcie, straconego za udział w zamachu na Hitlera.

Pierwszy zwrócił mi na to uwagę wiele lat po premierze filmu nieoceniony Hieronim Skurpski. Pokazał mi kwartalnik „Fotografia” (3-4/49-50 z 1988 roku) z artykułem Susan Sontag, która z uznaniem wyrażała się o działalności Very Lehndorff w nowym wcieleniu artystki współpracującej z uznanym fotografikiem Holgerem Trülzschem. Stworzyli razem całe serie zdjęć poetyckich do których Vera pozowała.

Robert Doisneau

Ten sam numer kwartalnika wydrukował wywiad z fotografikiem francuskim Robertem Doisneau. Rozmawiała z nim w Paryżu Krystyna Łyczywek, artystka fotografik ze Szczecina. Doisneau powiedział jej, że czeka czasem dwie godziny a nawet dłużej by zarejestrować jakąś sytuację w takim kadrze jaki zaplanował. Ciekawe były jego wywody na temat kompozycji. Doisneau uważał, że zdjęcie powinno być podobne do jakiejś litery np. A, L, V, ponieważ z tą kompozycją jest się zżytym. Niedawno jego albumik wydało wydawnictwo Taschen z opisem po polsku, angielsku i francusku. Warto tam zajrzeć.

01 Lip 2009

Francis Ford Coppola jest kolejnym człowiekiem kina, który zamiast kręcić filmy zajmuje się produkcją wina. W swojej wytwórni  zatrudnia 600 osób.

Zawsze byłem pod wrażeniem jego „Ojca chrzestnego” i trochę mi szkoda, że kino traktuje już jako hobbysta. Jest przecież wystarczająco zamożny by być twórcą niezależnym. W nieocenionym „Forum” skarży się na widownię. Jego zdaniem została ona zepsuta przez telewizję. Reżyser przypomina lata 50. kiedy programy były nadawane na żywo i telewizją zajmowali się najinteligentniejsi ludzie Ameryki. Cóż „Kabaret Starszych Panów” — też  początkowo nadawany był na żywo. Podejrzewam, że „Zrób to sam” inżyniera Adama Słodowego — również. Poznałem kiedyś jednego z pionierów naszej telewizji, już niestety nieżyjącego, scenografa Ryszarda Radwańskiego. Był na swój sposób genialny. Umiał zrobić dekorację z niczego i namalować wszystko.

Coppola uważa, że telewizję zabiły półgodzinne komedyjki sytuacyjne. One to — jego zdaniem — popsuły gust widzów. Teraz ambitniejszy twórca kina jest w sytuacji kogoś, kto zaprosił gości na kolację i gdy serwuje własne danie, gość pyta: — Kiedy podasz frytki i hamburgery? Najnowszy obraz  twórcy „Ojca chrzestnego” to „Tetro”— historia siedemnastoletniego Amerykanina, który przybywa do Buenos Aires, aby odnaleźć swego brata. Coppola tłumaczy, że jest to jego najbardziej osobisty film. Reżyser miał starszego brata, pisarza, w cieniu którego dorastał. 
Reżyser wraca też do filmu swojej córki Sofii „Między słowami” z 2003 roku z kapitalnym Billem Murray’em. Porównuje to dzieło do dobrego wina. Pociągając jego łyk wiemy, że to na przykład trunek z Burgundii. Reżyser wprowadza francuski termin, funkcjonujący wśród winiarzy: terroir . Można to tłumaczyć jako: poczucie miejsca. Ogólnie mówiąc to zespół czynników niezależnych od człowieka, związanych ściśle z danym terenem, kształtujących warunki uprawy winorośli. Wypowiedź Coppoli jest pochwałą indywidualizmu i jakości.

Tak się porobiło, że coraz więcej jest sklepów z markowymi winami. A markowe filmy? Tylko w najlepszych wypożyczalniach. Film i wino — kwestia gustu i smaku.

P.S. Unowocześniamy się. Stąd „Widok z okna” w nowych ramach.

22 Cze 2009

Bardzo lubię Aleksandra Wołosa jako artystę i człowieka. Jest skromny i życzliwy ludziom. Pamiętam i cenię jego karykatury. Lubię rysunkowe portrety, w których artysta chwyta podobieństwo przedstawianych postaci. Od kilku lat zajmuje się z ogromnym powodzeniem pastelem. To bardzo trudna technika. Połączył w niej cechy charakteru i umiejętności malarskie.

Aleksander Wołos swoimi pastelami uśmiecha się do nas. Wystarczy spojrzeć na jego „Pomnik żaby” z parku nad Łyną czy wędkarza znad jeziora Długiego. Jeśli ktoś zestresowany uważnie przyjrzy się tym pracom, zły nastrój zaraz pryśnie. Polecam szczególnie pastele przedstawiające drzewa z olsztyńskich parków. Wołos rysuje je zakochane w sobie i przytulające się do siebie. W portretowaniu drzew Wołos jest niezrównany. Aleksandrowi wpadł w oko taki okaz znad Łyny, który zatytułował „Drzewo znad Niagary”. W tej pracy artysta udowadnia swoje mistrzostwo: rzeczywistość jest tu tylko punktem wyjścia do abstrakcyjnej formy. Kiedy podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Alkiem, wcale się nie zdziwił tylko powiedział skromnie: — Abstrakcji nie trzeba wymyślać, ona tkwi w przyrodzie…

Niagara

Wołos jest kronikarzem Olsztyna. Utrwala widoki, których już nie ma, jak ten w perspektywie Alei Piłsudskiego z katedrą w tle, teraz zasłoniętą centrum handlowym. Artysta proponuje też nowe punkty widzenia: na amfiteatr wypełniony kolorowym tłumem, z wyglądającą zza drzew sylwetą kościoła ewangelickiego czy Dom Gazety Olsztyńskiej ujęty od strony ulicy Nowowiejskiego. Wystawa pasteli Wołosa z cyklu „Mój Olsztyn” miała miejsce w galerii Rynek. Może warto przedłużyć jej żywot w powszechnie dostępnych reprodukcjach, w albumie, w pocztówkach ?

13 Cze 2009

Gdybym nie zobaczył, nie wiedziałbym.

Duże miasta ogłupiają. To opinia Jana Nowickiego. Przeczytałem ją w Magazynie Młodej Kultury Slajd. W wywiadzie udzielonym temu miesięcznikowi znany aktor mówi: ”im dalej od dużych miast, tym inteligentniej”. Ale im dalej od dużych miast tym mniej kin. Obecnie tylko w metropoliach można zobaczyć najnowsze filmy. Jadąc przez Polskę obejrzałem pięć, w tym jeden na dvd u znajomych w domu – „Mamma mia”. Oto one w kolejności od najlepszego:

  1. „Mamma mia” – szczególnie warto polecić dodatki, o tym jak powstawał ten film
  2. „Anioły i demony” – amerykański profesor ratuje Watykan i świat, kino akcji z elementami edukacyjnymi dla osób zainteresowanych zabytkami Rzymu
  3. „Machina” – film brazylijski o wpływie telewizji na życie ludzi, ciekawy, bo z innej półkuli
  4. „Wojna polsko-ruska” – ekranizacja powieści Doroty Masłowskiej sprzed siedmiu lat, film męczący i trochę zdezaktualizowany, podobała mi się Anna Prus, młoda aktorka o przedwojennej urodzie i delikatności
  5. „Antychryst” – walka dobra ze złem w naturalnym środowisku, film z pretensjami, szkoda pieniędzy.

P.S. Mój przyjaciel pokazał mi na Youtube skecz o mielonce Monty Pythona. Gdybym nie zobaczył, nie wiedziałbym, co go śmieszy. Mnie też rozbawił skecz o mielonce.

10 Cze 2009

„Spóźniony śpiewak” (The Last Singer) to wiersz Williama Carlosa Williamsa (1883-1963). Dał tytuł tomikowi, który ukazał się niedawno w wydawnictwie Biuro Literackie we Wrocławiu. Wiersze Williamsa przełożyła Julia Hartwig.

W.C.Wiiiliams

W.C.W. wiele podróżował po świecie i stykał się ze sławnymi ludźmi, ale całe życie spędził w prowincjonalnym miasteczku Rutherford na wschodnim Wybrzeżu. Pracował tam jako lekarz. W.C.W. należy do amerykańskich „obiektywistów”. Dążył w swojej poezji do konkretu. Kierował się zasadą: „składaj/ nie idee/ ale rzecz do rzeczy”. Był antysymbolistą i antymodernistą.

Kiedy czytam wiersze Williamsa, myślę o autobusie nr 16, który codziennie przejeżdża Zatorze. Myślę o kolejarskich domach z czerwonej cegły, których pełno w tej dzielnicy Olsztyna i o ludziach, którzy tam mieszkają. Williams cytował Johna Dewey’a, amerykańskiego filozofa i pedagoga: „Jedynie to, co lokalne, jest uniwersalne, na nim budowana jest wszelka sztuka”.

03 Cze 2009

Starzy olsztyniacy są niezawodni. Zainteresował mnie problem lodu w Olsztynie i natychmiast jest odzew. Poniżej zamieszczam list Petera Masucha, który od 1937 do 1983 roku mieszkał w Likusach. Obecnie mieszka w Niemczech, w Bad Kreuznach w Hesji. Dziękuję za wyjaśnienie, gdzie gromadzono lód, ale też opis, jak przechowywano kiedyś żywność. Do szczęścia brakuje tylko fotografii któregoś z olsztyńskich magazynów z lodem. Może zachowało się takie zdjęcie w archiwach rodzinnych? Gdyby ktoś miał takie — poproszę.

Nad Skandą
i Krzywym
W Olsztynie lód gromadzono praktycznie nad każdym jeziorem otaczającym miasto. Na przykład dwa takie miejsca znajdowały się przy jeziorze Ukiel (Krzywe). Jedno w zatoce koło obecnego hotelu Novotel, a drugie między Likusami a Gutkowem w tzw. zatoce gutkowskiej. Wydobyty z jeziora lód krojono w płaty lub bryły, a później składowano i magazynowano w specjalnie do tego celu przeznaczonych barakach. Jeżeli nie było baraku, to miejsce na składowanie grodzono siatką. Boki okładano deskami a potem słomą. Lód był posypywany trocinami. Każda warstwa osobno. Na koniec całość zabezpieczano papą przed opadami atmosferycznymi.
Przechowywanie lodu w barakach było łatwiejsze.

Także nad jeziorem Skanda znajdował się drewniany barak (długo stał jeszcze po wojnie), w którym trzymano lód. Do transportu lodu wybierano najkrótszą drogę. Lód najczęściej kupowały browary, przetwórcy ryb i mięsa a także warzyw i owoców. Słowem był on potrzebny dla przemysłu rolno-spożywczego. Bardzo rzadko lód spożytkowany był przez indywidualne gospodarstwa domowe.

Pod oknem,
pod lufcikiem
Nawet w miastach, w mieszkaniach na parterze, najczęściej pod podłogą w pokoju, znajdowały się piwnice, spiżarnie, ziemianki na produkty żywnościowe. Po otworzeniu klapy schodziło się po drabinie do chłodnej piwnicy. Klapa po jej zamknięciu przykrywana była dywanem. W niektórych gospodarstwach domowych, przy domkach jednorodzinnych, gdzie był duży ogród, znajdowały się piwnice, w których trzymano szybko psujące się towary.

Produkty spożywcze trzymano również w kamionkach pod oknem, lufcikiem. Produkty spożywcze były też peklowane, wędzone albo wekowane. Pamiętam też, że do produkcji lodów spożywczych używano specjalnego urządzenia, gdzie do bębna wsypywano rozdrobniony lód z jeziora. W środku tego bębna był pojemnik, do którego wlewano przygotowaną masę do produkcji lodów spożywczych. Pojemnik kręcił się w rozdrobnionym lodzie. Przez to kręcenie obniżała się temperatura masy. By jeszcze obniżyć temperaturę, dosypywano do lodu sól.
Peter Masuch

28 Maj 2009

Królewiec — do którego jest z Olsztyna tylko 110 kilometrów — zawdzięcza swoją nazwę czeskiemu królowi. W muzeach i kościołach Warmii i Mazur wiele jest rzeźb, które powstawały pod wpływem sztuki czeskiej. Jednym słowem Czechy są blisko. A Warmia i Mazury mają szczególny dług wdzięczności wobec Śląska Cieszyńskiego.

Gdy byłem studentem zaczytywałem się w prasie filmowej. Kiedyś spotkałem swojego profesora prawa konstytucyjnego Wacława Szyszkowskiego przed kioskiem. Było to pod toruńskim Łukiem Cezara. Profesor kupował „Twórczość” i „Dialog”. Ja stałem po tygodnik „Film”.

Kondrat wyciąga
naukę z Holoubka

Profesor, trzymając grube miesięczniki, wyjaśnił mi tajemnicę i sens tej lektury: — Trzeba czytać, jak mówią Rosjanie, tołstyje żurnały. Dlaczego? Bo cenzura przymyka na nie oko… Dzisiaj nie ma cenzury, ale nadal istnieją tołstyje żurnały, które warto czytać. Jednym z nich jest „Notatnik teatralny”. Bohaterem nr 52/53 z 2009 roku jest zmarły w ubiegłym roku wielki aktor Gustaw Holoubek.

notatnik_teatralny_2009[1]

„Notatnik Teatralny” w całości poświęcony Gustawowi Holoubkowi

Wśród wielu tekstów zwrócił moją uwagę wywiad z Markiem Kondratem. Wystąpił on jako dziecko u boku Holoubka w „Historii żółtej ciżemki”, co miało wpływ na całe jego dalsze życie. Holoubek stał się mentorem Kondrata. Autor tłumaczy się dlaczego odstąpił od swego zawodu, a zajął się winem. Nie chce być aktorem, bo nie chce tak jak jego mistrz pozostać — mimo swojej niewątpliwej wielkości — tylko wartością lokalną. Kondrat pyta dramatycznie: — Czy nasze książki ktoś przeczyta w świecie? Czy ktoś nas doceni i zrozumie? I tu wreszcie dochodzę — po tym długim wstępie — do tytułowych Czechów. Kondrat uważa, że Czesi, którzy wcale nie mają łatwiejszego języka od nas, są inaczej (czytaj: lepiej) postrzegani w świecie. Czesi są — jego zdaniem — bliżej świata.
 Kto był w Pradze widział, że Amerykanie jeżdżą tam, jak Anglicy do Krakowa, czyli do swego.

Kortowo zaczęło się
w Cieszynie

Niedawno znajomy historyk sztuki z Warszawy zwrócił mi uwagę, że wiele kresowych rezydencji i świątyń Rzeczypospolitej Obojga Narodów zawdzięcza swoją świetność architektom i rzemieślnikom z Czech. Zapominamy, że Królewiec zawdzięcza swoją nazwę czeskiemu królowi Przemysławowi Ottokarowi II, który najechał z Krzyżakami Sambię. W muzeach i kościołach Warmii i Mazur wiele jest rzeźb, które powstawały w warsztatach królewieckich pod wpływem sztuki czeskiej. Czesi to nasi Włosi.
Warmia i Mazury mają dług wdzięczności wobec Śląska Cieszyńskiego. Z tamtych stron wywodzili się i wywodzą mazurscy pastorzy i nauczyciele. Cieszyńscy naukowcy założyli po wojnie w Olsztynie Wyższą Szkołę Rolniczą, poprzedniczkę Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Powinniśmy więc żywo interesować się wszystkim, co dotyczy tego regionu. Zaolzie — od 1920 roku w Czechosłowacji, a obecnie w Czechach — to część historycznego Śląska Cieszyńskiego. Zamieszkuje go od pokoleń ludność polska. Przypomnijmy, że stamtąd pochodzi były premier Jerzy Buzek. Dr Libor Martinek jest wybitnym czeskim badaczem literatury, pracuje na uniwersytecie w Opawie. Dr Martinek jest również tłumaczem poezji polskiej. Przekłada na czeski także wiersze poetów z Olsztyna. Bada od lat stan literatury polskiej, a więc kultury na Zaolziu.

Czy na Zaolziu będą
mówić po polsku?

Najnowsza książka Libora Martinka „Życie literackie na Zaolziu 1920-1945” jest bolesna dla nas. Czeski badacz stwierdza, że ostatnio ubywa polskich uczniów w polskich szkołach podstawowych i średnich na Zaolziu, gdyż „polszczyzna jest uważana przez rodziców za język dający niewielkie perspektywy w przyszłej pracy zawodowej”. Zniknęła cenzura, pojawił się natomiast problem finansowy wynikający z ograniczeń dotacji państwowych dla mniejszości narodowych. Z powodów finansowych zamknięto jedyną polską księgarnię w Czeskim Cieszynie. Po roku 1999 na Zaolziu trudniej jest dostępna prasa polska, ponieważ nasz rząd wstrzymał dotację na eksport prasy, stąd ceny polskich gazet zakupionych w Czechach równają się niekiedy cenie książek, czytelnicy zrezygnowali więc z prenumeraty. Nie można się więc spodziewać, że na Zaolziu powstawać będzie twórczość wyłącznie w literackiej polszczyźnie. Dr Martinek nie ma złudzeń: kultura na naszych oczach stała się towarem, a inteligencja traci swój dotychczasowy prestiż kulturalny i społeczny. Czy jest światło w tym tunelu? Dwujęzyczna poetka Renata Putzlacher i sławny pieśniarz Jaromir Nohavica (usłyszymy go w tym roku na olsztyńskich spotkaniach zamkowych Śpiewajmy Poezję) wskrzesili tradycję cieszyńskiej kawiarni „Avion”, gdzie dzisiaj, jak przed wojną, odbywają się spotkania literackie. Czeski badacz proponuje wykorzystać kulturalny i ekonomiczny potencjał Śląska Cieszyńskiego w duchu XXI wiecznego regionalizmu, a więc przez powrót do republikańskich zasad i republikańskiego rozumienia obywatelstwa. Przez odrzucenie myślenia w kategoriach większość — mniejszość.

Mickiewicz z Kieślowskim,
Hrabal z Menzlem

Kiedyś spotkałem się z pewnym bardzo miłym i kulturalnym Czechem z Moraw i powiedziałem mu o swojej atencji do artystów czeskich. Wymieniłem szczególnie Bohumila Hrabala i jego „Pociągi pod specjalnym nadzorem” a także oscarowy film pod tym samym tytułem, który nakręcił Jiżi Menzel. Wtedy ów rozmówca przypomniał mi z pewnym smutkiem: — Wy mieliście Adama Mickiewicza, a my Bożenę Niemcową, która pisała „Bajki czeskich dzieci”. My mamy w kinie Menzela i Formana, a wy mieliście Kieślowskiego. No i coś takiego jak film Wajdy „Człowiek z marmuru” nigdy u nas nie powstało.
Tak, oni mają smaki, których u nas brakuje a my możemy im zaoferować coś, czego nie mają. Dlatego czasem lubię pojechać do Czeskiego Cieszyna i usiąść w tamtejszej karczmie. Jest niby tak samo jak u nas, a jednak trochę inaczej.

Kerouac

Tę biografię Kerouaca kupiłem w Jablunkovie, w czymś co było połączeniem kwiaciarni z księgarnią

15 Maj 2009

Paul Valery „Degas, taniec, rysunek”. Dlaczego sięgnąłem po tę cieniutką książeczkę? Szukałem wytchnienienia po całym dniu. I tam znalazłem te słowa o tradycji.

Degas_taniec_rysunek

„Podjąć tradycję, nawiązywać do tradycji” to określenia sztuczne — pisze Valery. Tradycja musi być nieuświadomiona i nie znosi przerw. Może na przykład tkwić w języku. 
W końcu IX wieku u ujścia Wisły zjawił się anglosaski podróżk Wulfstan. Po powrocie do domu złożył królowi Anglii, Alfredowi, relację z tego, co zobaczył. Podróżnik powiedział królowi, że miejscowe plemiona pruskie „posiadają taką umiejętność, że potrafią wytwarzać zimno”. Wulfstan twierdził, że Prusowie zamrażają wodę (i chłodzą piwo) obojętnie czy to zimą czy latem. 
Prusowie nie znali żadnych magicznych ziół ani zaklęć sprowadzających zimno. Po prostu umieli przechowywać lód, który wyrąbywali zimą z licznych w naszej krainie jezior. Dziś już tylko bardzo starzy ludzie potrafią wskazać miejsca, gdzie stały nad jeziorami szopy, w których jeszcze do połowy ubiegłego wieku przechowywano w trocinach bryły lodu. Po Wulstanie wzdłuż Wisły ruszyli kupcy, a po nich, jak to zwykłe bywa, rycerze. Kupcy szukali tutaj drzewa na statki. Pamiątką po tych wizytach jest w języku angielskim słowo „spruce” [sprus] czyli świerk, a więc drzewo z Prus.

Jaka może być pointa? W ubiegłym roku opisałem historię pana Benedicta Kolczyńskiego, wykładowcy angielskiego w Kolegium Nauczycielskim w Szczytnie. Pracuje tam z żoną Martą, olsztynianką. Poznał ją w Anglii. Pan Benedickt przywiózł do Olsztyna z Anglii mundur swego ojca — pilota Dywizjonu 317. W jego olsztyńskim domu widziałem pocztówki jakie jego prababcia Frances wysłała na początku ubiegłego wieku z Natalu w Południowej Afryce pod …Królewiec. Tam, jej córka Margaret czyli babcia mojego rozmówcy, była guwernantką. Tak było wtedy przyjęte, że młode Brytyjki zdobywały doświadczenie w Europie, pracując jako nauczycielki angielskiego i guwernantki. Analogicznie teraz postępują młode Polki. Babcia prawdopodobnie mówiła panu Benedictowi po raz pierwszy o śniegu, który widziała w Prusach Wschodnich. Pytałem go o śnieg ponieważ urodził się w Durbanie w Południowej Afryce.

14 Maj 2009

Nowy album płytowy Boba Dylana. Jego „Odpowie Ci wiatr” śpiewa u nas Maryla Rodowicz. Dylan jest nie tylko pieśniarzem i kompozytorem, ale autorem tekstów, pisarzem. Otrzymał za poetyckie teksty piosenek najważniejszą amerykańską nagrodę literacką — Pulizera. Wielbiciele jego twórczości w najnowszym albumie znaleźli odniesienia do „Opowieści kanterberyjskich” średniowiecznego angielskiego poety Geofreya Chaucera.

W tej książce jest jeden wers o rycerzu angielskim, który wyprawił się do Prus. Podolsztyński teatr „Węgajty” zrobił przedstawienie według „Opowieści kanterberyjskich”. Istotą tradycji jest niewyczuwalna ciągłość — powiedział Paul Valery.

Zajrzyj na stronę Węgajt

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.