28 Lip 2013

Sobota. Z Burym wybraliśmy się do Węgajt. Rozmawiamy po drodze o Jerzym Ludwińskim. W Muzeum Współczesnym we Wrocławiu otwarto właśnie wystawę poświęconą temu konceptualiście. Ludwińskiego poznałem w połowie lat 70. w Toruniu na którymś ze zjazdów konceptualistów, które organizował Bury.  

DSCN1092

Namawiałem więc Burego na wyprawę do Wrocławia pociągiem. Jedzie się 8 godzin, tyle ile w czasach naszej młodości. Ale w końcu nie zdecydowaliśmy się na jazdę do Wrocławia i ruszyliśmy do Węgajt. Zjawiliśmy się na zakończenie Festiwalu „Wioska Teatralna”.

DSCN1097

A tam pięknie jak zawsze. Piękna festiwalowa młodzież   i  niezłomni – Wacek i Mutka Sobaszkowie.

DSCN1098Trafiliśmy na czeski  spektakl „Kaukaskie arabeski” na podstawie zapisków z wypraw do Gruzji. Para aktorów z Pragi: Karolina Plachá i  David Zelinka.

Scenografia ograniczona do minimum: niski stół, miednica, ocynkowane wiadro. Krzesło. Woda. Kilim. Życie domowe w Gruzji, jakie toczy się współcześnie. W rozmowach przy stole bohaterowie powracają do czasów sprzed wojny gruzińsko-rosyjskiej, które jawią się jako sielanka.

Dla skrócenia perspektywy aktorzy poruszają się na…kolanach. David wchodzi na stół, kładzie się na blacie (Bury szeptem do mnie: Mógłbyś tak występować na swoich wieczorach autorskich…), wchodzi pod stół.

Kolejna zmiana perspektywy:  Karolina przewrócony stół nakrywa obrusem, wrażenie, że patrzymy na aktorów z góry.

DSCN1099

David wysoki, z siwiejącymi długimi włosami, Karolina młodsza. Myśląc o ich grze przypominam sobie to, co pisał o swojej rodzinie  tragicznie zmarły artysta Zdzisław Beksiński. Dziadek, mama i syn artysty miewali od czasu do czasu takie stany „zagapienia się”, nieobecności. Karolina i David szkicowali swą grą coś podobnego i dało to znakomity efekt.

W spektaklu kilkakrotnie pojawiły się reprodukcje obrazów gruzińskiego Nikifora – Niko Pirosmanaszwili.

 DSCN1112

Z Węgajt pojechaliśmy do Nowego Kawkowa obejrzeć pola lawendowe.

Niewiele rzeczy mnie porusza, ale okolice Nowego Kawkowa jak najbardziej. To Kaszuby i  Beskid Niski w jednym.

 DSCN1103

A pola lawendowe? Kojarzą się z celtami. Stoi tam dom przeniesiony z Beskidu Niskiego i świetnie pasuje do tego krajobrazu.

Na polu stoi ławeczka by sobie na niej pokontemplować wśród lawendy.

DSCN1105

Wróciliśmy stamtąd zaopatrzeni w syrop lawendowy.

Piątek.  Konceptualizm jest mi bliski więc z radością odnotowuję  wystawę konceptualną w Galerii Stary Ratusz Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie. Wystawa obejmuje dwie ekspozycje. Pierwsza to  „Five o`clock in Olsztyn” Iwony Bolińskiej-Walendzik , druga „Panoramy Olsztyna” Bogdana Gruszczyńskiego.

DSCN1040 Iwona
Artystka fotografowała panoramy Olsztyna z okien mieszkań przyjaciół o godz.17. Do wspólnej prezentacji  zaprosiła Bogdana Gruszczyńskiego, członka Klubu Plastyka Amatora „Sąsiedzi”. Jego obraz „Widok z mojego okna”, wyróżniono na Wojewódzkim Konkursie w Mrągowie w 2012 r.

Autorka wystawiła również portrety przyjaciół biorących udział w „akcji”, której przygotowanie trwało rok . Można było również obejrzeć filiżanki,  w których częstowano ją popołudniową herbatą.

Na wystawę przybyło wielu artystów wśród nich Wiesiek Wachowski, znany konceptualista. Można by rzec konceptualista niezmordowany. Podobnie jak Bury, mój kolega z akademika UMK DS 9 na Bielanach w Toruniu.

DSCN1043

Syrop lawendowy z Nowego Kawkowa świetny jest do herbaty. 

16 Cze 2013

Po raz pierwszy po 31 latach obecna jest w Olsztynie twórczość Alexandra Jagelowitza-Kaźmierczaka (autor na zdjęciu poniżej). Artysta mieszka i pracuje w Hamburgu.

Wystawie pasteli pod tytułem „Event” towarzyszy katalog przygotowany przez Agnieszkę Odrakiewicz. Wystawa czynna jest codziennie, oprócz poniedziałków, w godz. 12-19 w Galerii „Rynek” przy ul. Stare Miasto 24/25 (przy dawnym kinie „Awangarda”).

 „Nieobecny obecny”  to tytuł wystawy w Galerii „Zamek” w Reszlu niemieckiego rzeźbiarza i nauczyciela akademickiego prof. Hansa Joachima Albrechta (autor i jego wystawa na zdjęciach poniżej). Autor tworzy w duchu konstruktywizmu. Mieszka i pracuje w Krefeld .

 

Albrecht urodził się 11 czerwca 1938 roku w Ornecie (wówczas Wormditt w Prusach Wschodnich).

 Wyeksponowane w Reszlu dzieła są własnością artysty i Fundacji Hansa Albrechta w Krefeld).

Jadąc do Reszla warto zajrzeć do mrągowskiego Centrum Kultury i Turystyki by obejrzeć wystawę rzeźb Bolesława Marschalla (autor  i jego prace na zdjęciach poniżej).

Fot. Marek Barański

 

 

 

  

 

03 Maj 2013

Vivat Aleksander!

Trudno sobie wyobrazić Olsztyn bez Aleksandra Wołosa, jest jednym z najbardziej ulubionych i popularnych artystów naszego miasta. Może nawet  najbardziej znanym. Jego sztuka wzrusza i przemawia do każdego.  Przy tym Aleksander  Wołos  jest człowiekiem ujmująco skromnym. Nie ma więc Olsztyna, ale i Warmii  i Mazur bez Wołosa, bo obie te krainy ciągle go inspirują.

Pierwsza wystawa jego prac w Olsztynie miała miejsce 50 lat temu. Rysunki i zachwycające pastele Wołosa przez wiele lat ukazywały się na łamach „Gazety Olsztyńskiej”. 

W Galerii Rynek MOK  zwracają uwagę  jego pejzaże znad rzeki Gilwy, z przełomu Łyny, czy z rezerwatu Kośno. Ale i martwe natury , jak „Ślimaki martwe” ( foto niżej)  namalowane na surowym płótnie utkanym przez mamę artysty.

Wystawa  obrazów Aleksandra Wołosa „Żywa i martwa natura” czynna będzie w Galerii Rynek do 15 maja. Warto się tam wybrać.

 

Fot. Marek Barański

19 Mar 2013

Zapach kawy roznosił się po Kętrzynie w końcu XIX wieku. Tak zapamiętał z dzieciństwa niemiecki poeta Arno Holz, który urodził się w tym mieście. Wówczas nosiło ono nazwę Rastenburg.

Gdy jesteśmy dziećmi mamy węch absolutny. Koleżanka opowiedziała mi o swoim doświadczeniu zapachowym: osiedle Nad Jeziorem Długim w Olsztynie, wiosna. Czyta w domu obowiązkową lekturę. „Niemcy” Leona Kruczkowskiego. Żeby się lepiej czytało otworzyła okno. I wtedy poczuła zapach ziemi. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak był intensywny: ziemia nieskażona żadną chemią, a powietrze bez spalin. W trakcie lektury koleżanka  wyglądała przez okno i była świadkiem jak wprost z ziemi wychodzą tulipany.

Koleżanka podzieliła się tym wspomnieniem e-mailowo z kolegą mieszkającym w Arizonie. Wzruszył się do tego stopnia, że musiał wyjść z domu by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przypominanie zapachów i smaków z dzieciństwa wzbudza emocje podobnie, jak przywoływanie obrazów z dawnych lat. Niedawno w sali kopernikańskiej zamku Zofia Barankiewicz, znana olsztyńska fotografka, przedstawiała część swoich zbiorów. Na widok fotografii Olsztyna z lat  50. i 60. nie jednej z licznie zebranych tam osób „spociły się oczy” – jak to mówiła Nel. Kto pamięta kino letnie nad Jeziorem Długim? Pani Zofia zrobiła takie zdjęcie.

A ja sfotografowałem  dom na Zatorzu w którym spędzilem dzieciństwo .

 

 

15 Lut 2013

O tym, że LOT kursował po wojnie z Olsztyna do Gdańska i Warszawy pamiętają tylko najstarsi ludzie.

Albo artyści, jak Krzysztof Tanajewski ( na zdjęciu), którym namalował samolot pasażerski z żurawiem na ogonie nad Dajtkami. LOT obecnie jest w tarapatach, grozi mu bankructwo. Żal LOT-u, żal żurawia. Żuraw w locie to jeden z ostatnich znaków firmowych II Rzeczypospolitej, które dotrwały do naszych czasów (teraz mówi się logo). Symbol LOT-u wymyślił Tadeusz Gronowski. Miałem zaszczyt i przyjemności rozmawiać z panem Gronowskim. Mówił o sobie :— Jestem skromnym facetem. Nie mam wygórowanego pojęcia o sobie… Mówił to ktoś, kto praktycznie stworzył przedwojenna reklamę  i przeniósł do polskiego plakatu i ilustracji francuski gust. W mojej pamięci uosabia to, co przedwojenna Polska miała najlepszego. Ambicje i światowość. I elegancję.

Dostałem w prezencie książkę „Miedzy elitą a półświatkiem. Życie codzienne w przedwojennej Polsce”. To album z fotografiami. Są w nim zdjęcia biednych dzieci na tle chat krytych słomą, ale i  eleganckich pań, które paradują po molo w Gdyni w białych szlafrokach narzuconych na kostiumy kąpielowe. Z tej książki można się dowiedzieć, że zbudowane w 1934 roku molo w Orłowie miało długość 430 metrów, a dziś tylko 180. Żal mola.

 

27 Sty 2013

Wciąż spotykam ludzi, którzy opowiadają mi o kopiarkach 3D. Na podstawie zdjęcia można na przykład stworzyć  przy pomocy owej maszyny przestrzenną miniaturkę czyjeś postaci z plastiku. By postawić sobie na biurku, albo schować do portfela. Albo siebie takiego miniaturowego zrobić by podarować komuś. By sobie miał. Ale to oczywiście jedno z wielu zastosowań kopiarki 3D. Już używają tych urządzeń  studenci kierunków projektowania przemysłowego. Ma taką gdańska Akademia Sztuk Pięknych. O ich znaczeniu w edukacji świadczy fakt, że administracja prezydenta Obamy w najbliższych czterech latach sfinansuje wyposażenie tysiąca amerykańskich szkół w warsztaty 3D. Edwin Bendyk, autor książki „Bunt Sieci” rzucił już na początku ubiegłego roku hasło fundowania kopiarek 3D polskim szkołom by dzieci uczyły się innowacyjnego myślenia. Japończycy umieszczają te drogie – na razie – urządzenia w miejscach publicznych by mogli z nich korzystać zwykli ludzie. Najlepiej byłoby samemu udać się do Japonii by sprawdzić jak to tam działa. Można już  za niecałe 600 złotych odbyć  podróż lotniczą do Tokio i z powrotem. Zrobił tak  21-latek z Bydgoszczy, pasjonat taniego latania. Spędził kilkadziesiąt godzin w samolotach i siedem godzin w Japonii. Nie interesowały go kopiarki . Zjadł sushi, obejrzał dzielnicę biznesową Tokio, zwiedził świątynię i przejechał się też szybką koleją. Tyz piknie.

Nie boję się robotów

Ankieterka – licealistka spytała mnie czy nie boję się robotów. Ja ? Skąd. Robotów się bać?  Przyjaźnie jestem do nich  nastawiony. Pełna empatia.  Obejrzałem w PLANETE + dokument „Roboty. Nowocześni terapeuci”. Świat zachodni oddala się od nas z prędkością światła. Film opowiada o doświadczeniach z robotami terapeutycznymi w Danii, Francji, Niemczech i Japonii. Niemiecki teolog zastanawiał się jak prawdziwe są uczucia wywoływane przez maszynę. Bo powstało zagadnienie: czy informować starszych pacjentów z demencją, że mają do czynienia z robotem.

Tym robotem była skonstruowana przez Japończyków elektroniczna foczka Paro, którą testowano w jednym z niemieckich domów opieki. W takich placówkach nie wolno mieć zwierząt. Więc elektroniczna foczka jak żywa, z wielkimi oczami jak z disnejowskiej kreskówki nigdy się nie nudzi i nie złości. I oczywiście nie wydala z siebie niczego. Nawet czystej wody. Szybko uczy się głosu osoby, która chce się z nią zaprzyjaźnić. I daje się przytulać bez żadnych fochów. Karmić ją tylko trzeba prądem elektrycznym. Końcówka do ładowania przypomina kształtem smoczek. Czy jest w tym wszystkim drugie dno? Pewnie chęć obniżenia ceny usług medycznych. Ale skoro kontaktując się ze sztuczną foczką  pacjent czuje się lepiej, to wszystko jest w porządku.

Pamiętajmy jednak, że słowo robot  wymyślił czeski pisarz Karel Čapek. Napisał on sztukę , gdzie  przedstawił fabrykę w której pracują roboty  wyglądające jak ludzie. Coś w rodzaju androidów czy ludzkich klonów . I które w końcu się buntują. Rozróżnienie podróbki człowieka w postaci robota od oryginału jeszcze więc przed nami. Ale starożytni  Grecy wszystko już dawno przemyśleli. Potrafili odróżnić  bogów, który mieszali się z tłumem, od ludzi. Po oczach. Bogowie mieli w nich nieśmiertelność. Podobnie będzie można podejść człekokształtnego robota, który pewnego dnia zapuka do naszych drzwi. Spójrzmy mu w oczy nim go wpuścimy do siebie. Zobaczymy w nich czy jest sztuczny. Chyba że nie zdążmy w nie zajrzeć, bo pobiegnie do kontaktu by się doładować.

07 Sty 2013

Czwartek. Za oknem istna wiosna – kompletny brak zimy. Jej deficyt w ubiegłym roku spowodował, że Wajda nie zakończył zdjęć do „Wałęsy”. Będzie kontynuował w styczniu. Jak spadnie śnieg. Kiedyś filmowcy robili sztuczny. Aktorzy chodzili po zwałach naftaliny, ale też soli. W kinie najlepiej zima – jak pamiętam – wyglądała w „Doktorze Żywago” z 1965 roku. Chętnie sprawdziłbym to teraz, bo podobno po cyfrowej obróbce obraz „nieustannie powoduje radosne dreszcze podczas oglądania”. Czy jest takie kino na świecie w którym mógłbym zobaczyć odrestaurowanego „Doktora Żywago”? By nakręcić ten film pod Madrytem wybudowano replikę… Moskwy a zdjęcia zimowe kręcono w Finlandii.

Środa. W „Guinnessa księdze filmu” znalazłem wiadomość, że niektóre sceny „Doktora Żywago” zrealizowano na węższej o połowę, czyli tańszej taśmie 16 mm. Ja filmowałem jeszcze taniej, bo na 8 mm. Nie ja jeden wtedy na świecie, bo Spielberg i Almodovar też. Jaki jest związek tego ostatniego z Olsztynem pisałem już w  naszej „Gazecie”, więc nie będę się powtarzał.

W tym samym 1965 roku miała premierę „Kasia Ballou” z Marvinem i Jane  Fondą. Ten film widziałem w kinie „Grunwald”. Jane wywoływała dreszcze. Jakie były przygotowanie do seansu w „Grunwaldzie”. Wyobraźcie sobie: sala nabita do ostatniego miejsca, a bileter w liberii rozpyla ze specjalnej szprycy wodę kolońską. Żeby było przyjemniej.

Wtorek. W święta obejrzałem „Chinatown” Polańskiego z 1974 roku. Niestety nie w kinie, w telewizorze. Arcydzieło. Ciekawy przypadek: muzyka pisana była do tego obrazu dwukrotnie. Pierwszą stworzył niejaki Alonzo. Po pierwszym publicznym pokazie „Chinatown”, kiedy połowa widzów wyszła z kina przed końcem seansu, Polański z producentem Evansem postanowili ją zmienić. I w osiem dni doświadczony kompozytor hollywoodzki Jerry Goldsmith (18 nominacji do Oscara, choć otrzymał tylko jednego, za „Omen”) napisał nową partyturę. Ta muzyka, z dominującą solową partią trąbki, spowodowała, że to był już zupełnie inny film. Otrzymał jedenaście nominacji do Oscara. W końcu dostał tylko jednego, za scenariusz. W 1974 roku  najlepszym filmem Akademia Filmowa uznała „Ojca chrzestnego II”.

Poniedziałek. Jednak filmowym przebojem świąt i Nowego Roku był dla mnie i moich znajomych Waldemar Januszczak. Jest on najsłynniejszym brytyjskim krytykiem sztuki. Należy do ludzi o polskich korzeniach, którzy odnieśli prawdziwy sukces w Wielkiej Brytanii. Pisuje w „The Sunday Times” i prowadzi fascynujące programy telewizyjne o artystach malarzach, starych i nowych mistrzach. Mówi w sposób obrazowy i z ogromnym entuzjazmem. Obejrzałem kilkuodcinkowy serial w którym opowiadał o impresjonizmie. Między innymi o pewnym zamożnym inżynierze i żeglarzu, który nazywał się Gustave Caillebotte i wspierał impresjonistów m.in. Moneta kupując ich obrazy. Pod ich wpływem sam zaczął malować. Januszczak analizował obraz Caillebotte’a  przedstawiający most Europy w Paryżu w sposób tak fascynujący, że chciałoby się natychmiast wsiąść w samolot i udać się do Frankfurtu nad Menem, gdzie do 20 stycznia będzie czynna wystawa obrazów Caillebotte’a.

Niedziela. W tym roku na Sylwestra licealiści uczący się do międzynarodowej matury przebierali się za drużynę filmowego „Ojca  chrzestnego”. Mój znajomy w karnawale wystąpi jako postać z opery. Nie wie jeszcze jakiej. Ma się konsultować z panią doktor od włoskich librett. Czytam de Maupassanta i Moravię. Kupiłem w antykwariacie. Ten pierwszy pokazuje Francję impresjonistów, drugi Włochy lat 60. XX wieku. De Maupassant jest bezpruderyjny. Tak jak paryscy malarze z jego epoki. Poczytajcie „Idyllę”. O tym jak kobieta karmi w pociągu  piersią mężczyznę, który nie jadł od dwóch dni. A Moravia? Ci co piszą o mediach powinni czytać tego pisarza. Kapitalna jest „Nadęta twarz” o fotografiście – paparazzi, któremu żona nie pozwala wykonywać tego zawodu.

Sobota. Licealiści przebierają się za ferajnę „Ojca chrzestnego”, ale czytają „Technology review”. To pismo wydaje najważniejsza politechnika świata – Massachusetts Institute of Technology. Przeczytałem wywiad z pracującą w MTI trzydziestoletnią neurobilożką Rebeccą Saxe, która zajmuje się teorią umysłu. Saxe  próbuje zrozumieć umiejętność porozumiewania się bez słów. Okazuje się, że zawiaduje tym mały obszar mózgu za prawym uchem. Tak jak miłością i zdolnością prowadzenia dialogu. Odpowiada on również za to, że teraz piszę te słowa. Możemy być spokojni o licealistów. Wiedzą gdzie schowane są konfitury.

 Piątek. Znajoma licealistka podsunęła mi ankietę skierowaną do ludzi 50 plus (to ja) na temat robotów. Czy będę je wykorzystywał w przyszłości, czy się ich nie obawiam itd. W jednym z tygodników przeczytałem o założycielu i prezesie firmy iRobot. Colin Angle, oczywiście absolwent MTI produkuje roboty, które jeżdżą po Marsie. I służą w polskim wojsku. Ale najciekawszy jest chyba szpitalny, który zapewnia konsultacje z nieobecnym na miejscu specjalistą. Mój znajomy pracuje w Szwecji. Nie ma dzieci. Jego mama jest tym zmartwiona: bo kto będzie się tobą opiekował na starość? – pyta. Roboty – odpowiada znajomy.

 

01 Lis 2012

Dzwoniłem puszką i prosiłem o grosik. Dostawałem zwykle więcej. Bywało, że i wpadło dziesięć złotych. W tym roku częściej niż w ubiegłym. Może to  sprawiła dzisiejsza słoneczna pogoda? A może to, że prosiłem o datek? W ubiegłych latach stałem po prostu z puszką. W tym roku zmieniłem taktykę. Byłem bardziej aktywny. Wychodziłem na przeciw, zachęcałem. Dziękowałem goręcej za hojne datki. Hojne – to takie w granicach dziesięciu złotych. Uśmiechałem się też do każdego darczyńcy. Ot, taka psychologia.

Mam różne refleksje z mojego corocznego kwestowania na cmentarzu przy kościele św. Józefa. Mniej lub bardziej osobiste. Dzisiaj spotkałem podczas kwesty kolegów z Zatorza. Wszyscy, z którymi rozmawiałem, chcieliby by ten cmentarz przetrwał.  

Niektórzy podawali przykład Gdańska, gdzie na takich zabytkowych cmentarzach jak św. Józefa pozwolono na pochówek by – jeśli tak można tak powiedzieć o nekropoliach – przedłużyć ich żywot.

Wiem, że wszyscy, którzy zaangażowali się w tym roku w kwestę starali się jak mogli by wypadła ona jak najlepiej  i mam wrażenie, że razem uzbieraliśmy więcej pieniędzy na ratowanie olsztyńskich cmentarzy niż w latach ubiegłych. Idea spotkała się ze zrozumieniem i dobrze została rozpropagowana wśród olsztynian.

Ale spotykałem też dzisiaj takich, którzy stracili nadzieję. Na każdym kroku na cmentarzu  św. Józefa widzą ślady agresji wandali. Ja też je widzę. I mam świadomość, że jeśli odejdą ci, którzy mają na nim groby swoich bliskich, przyśpieszy to agonię tego cmentarza.

Nie możemy do tego dopuścić. Cmentarz św. Józefa to  historia powojennego Zatorza.  

To banalna refleksja, ale zawsze będą tacy, którzy niszczą i tacy, którzy próbują ocalić.

 

03 Paź 2012

 

Wróciłem ze Lwowa dwa tygodnie temu, po drodze były inne miasta, Kraków, Zabrze, Katowice,

Pszczyna, Warszawa, a ja wracam wciąż do Lwowa. Dzisiaj śnił mi się Lwów.

Myślę o tym, czego tam nie zobaczyłem, choć widziałem wiele. Uświadomiłem sobie teraz, że mogłem na przykład sprawdzić czy istotnie kościół Serca Jezusowego w Olsztynie wyglądem zewnętrznym przypomina lwowski kościół św. Elżbiety. Tak twierdził  dr Mieczysław Orłowicz , autor przewodniku  po „Mazurach Pruskich i Warmii”, zresztą pierwsze wydanie tego baedekera  wyszło w 1923 roku we Lwowie. Trzeba więc znów jechać do Lwowa by to sprawdzić. A może polecieć do Lwowa samolotem?

Odwiedziłem Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, gdzie naoglądałem się różnych aparatów latających z całego świata, w tym z Polski. Niestety nie przetrwał do naszych czasów najnowocześniejszy szybowiec wyczynowy zbudowany przed II wojną  światową w Polsce PWS-102 „Rekin”. Wielu słyszało o Ordonce, ale kto o „Rekinie” .

 Gdzie został zbudowany „Rekin”? Oczywiście we Lwowie, w tamtejszych Lwowskich Warsztatach Lotniczych. Przez dwa lata  istnienia tego zakładu, od 1937 roku zbudowano w nim 150 szybowców 9 typów, w tym „Rekina”, a także jeden z naszych najlepszych szybowców wyczynowych PWS-103. Ten ostatni był podobnie jak „Orlik” szykowany na Olimpiadę w Helsinkach w 1940 r. Trzeba więc jechać do Lwowa, by zobaczyć choć to miejsce, gdzie powstał „Rekin”.

 Szybowce przed wojną i teraz, to nasza myśl oryginalna, żadne licencje i kopiowanie, czy montowanie gotowych elementów. Do tej pory konstruujemy świetne szybowce. Można powiedzieć, że to nasza specjalność narodowa. Czy ktoś o tym wie? Wiedzą tylko specjaliści. Teraz kiedy uczeni i politycy zastanawiają się  jaką powinniśmy iść drogą warto pamiętać , że mamy do konstruowania szybowców jakiś dryg. Warto wybrać się do Muzeum Lotnictwa Polskiego do Krakowa i obejrzeć szczegółowo  ekspozycję. Daje wiele do myślenia. Polecałbym tam wizytę parlamentarzystom i samorządowcom.  

Nasze szybowce ładnie wyglądają i ładnie latają. A polscy piloci szybowcowi latają najlepiej na świecie. Z tego wszystkiego kupiłem sobie w Krakowie model Diany-2, szybowca na którym Sebastian Kawa zdobył w tym roku mistrzostwo świata  i skleiłem. Jak pomaluję, to się nim pochwalę.

 

11 Sie 2012

12 SIERPNIA MINIE 110 ROCZNICA URODZIN ANTONIEGO KOCJANA, KONSTRUKTORA ORLIKA, SZYBOWCA, KTÓRY NIE POLECIAŁ NA OLIMPIADĘ. 

Nie ma szybowców na olimpiadzie. Szkoda. Mielibyśmy dodatkowe medale.  Skoro są konie i żagle, powinny być i szybowce. Olimpiada olimpiadą, a właśnie trwają szybowcowe mistrzostwa świata. Polacy szybują w burzy i deszczu nad Teksasem i nie ujmując niczego ciężarowcom czy kulomiotom, to są naprawdę dramatyczne zmagania. W dwóch klasach nasi są w czołówce. W klasie 18-metrowej liderem jest Zbigniew Nieradka, a w klasie 15 metrowej Sebastian Kawa zajmuje drugie miejsce.

Szybownictwo jest sportem elitarnym i nie przedziera się do wyobraźni masowej jak piłka nożna. Prawdziwe elity zawsze są w cieniu i unikają świateł reflektorów. Politycy nie interesuje się szybownictwem. Może to dobrze. Mamy znakomite szybowce, wybitnych konstruktorów lotniczych i pilotów, którzy należą do elity światowej. O tym wszystkim wiedzą tylko specjaliści.

Tak jest nieprzerwanie  od lat 30. XX wieku.

Szybownictwo to nie tylko człowiek, to najnowsza technologia. Moim zdaniem to bardzo ciekawe zagadnienie, że nie kultywujemy tego, co mamy najlepsze. Dlaczego tak jest, to chyba tylko mógłby wyjaśnić prof. Janusz Czapiński, który zajmuje się psychologią społeczną.

Szybownictwo byłoby dyscypliną olimpijską gdyby nie II wojna światowa. Odbył się nawet konkurs na szybowiec, na którym mieli wystartować zawodnicy na olimpiadzie w 1940 roku w Helsinkach. Polska zgłosiła Orlika konstrukcji  inżyniera Antoniego Kocjana. Choć Orlik miał lepsze osiągi i własności pilotażowe przegrał w lutym 1939 roku z szybowcem niemieckim – jak podaje Andrzej Glass – w wyniku przewagi głosów sędziów niemieckich i włoskich.

Jeden z egzemplarzy Orlika Polska wystawiła na Światowej Wystawie w Nowym Jorku w 1939 roku. W 1942 roku szybowiec został zarekwirowany przez Amerykanów do treningu pilotów wojskowych. W 1946 roku odkupił Orlika  Paul McCready. W 1948 i 1949 zdobył na nim mistrzostwo Stanów Zjednoczonych.

Paul McCready w grudniu 1948 ustanowił na Orliku międzynarodowy rekord wysokości absolutnej –  9600 metrów. W czasie tego lotu szybowiec eskortowany był przez samolot myśliwski P-38 Lighting.  

Orlik służył amerykańskim pilotom – można powiedzieć na chwałę polskiego pomysłu i przemysłu –  jeszcze do 1967 roku, czyli 28 lat po zbudowaniu.

Paul McCready to zresztą nie byle kto. Doktoryzował się po wojnie z aeronautyki. Wygrał w 1977  roku nagrodę Kremera ( 50 tys. funtów) za stworzenie mięśniolotu, czyli samolotu napędzanego siłą ludzkich mięśni. Skonstruował pierwszy samolot napedzany energią słoneczną. Współpracował z General Motors w stworzeniu samochodu napędzanego energią słoneczną oraz samochodu na napęd elektryczny

Gdyby nie wojna może Kocjan byłby Paulem McCreadym?

12 sierpnia minie 110 rocznica urodzin Antoniego Kocjana. Prócz Orlika i kilku innych znakomitych szybowców skonstruował on w 1935 roku nowatorski motoszybowiec Bąk. Swoimi osiągami Bąk był zbliżony do konstrukcji z lat 60. Znaleźli się już w Polsce pasjonaci, którzy chcą zrekonstruować ten motoszybowiec. 

Podczas pierwszej wielkiej łapanki w Warszawie, 19 września 1940 roku,  Antoni Kocjan trafił do Auschwitz (numer obozowy 4267).  Dzięki przyjaciołom udało się go stamtąd uwolnić. Okoliczności jego uwolnienia z obozu to historia na całe opowiadanie.

Kocjan  rozpracował tajemnicę  V-1 i  V-2. Przypadkowo aresztowany 1 czerwca 1944 roku został rozstrzelany przez Niemców  w ostatniej grupie więźniów Pawiaka 13 sierpnia 1944 roku.

Życiorys  konstruktora Orlika nadaje się na film. Ale my chyba wolimy w kinie fiction niż non-fiction. 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.