30 Paź 2011

Piątek. Wszystkie telewizje świata pokazują  zalaną krwią twarz Kaddafiego, którego ktoś sfilmował komórką. A potem jego ciało w chłodni na targowisku, gdzie ciągną tłumy z komórkami w ręku by sfotografować trupa.

Kevin Maney w książce „Coś za coś” o konflikcie między jakością i dostępnością pisze, że telefon z aparatem spowodował rewolucję w fotografii. Obok rynku celowego robienia przemyślanych zdjęć powstał rynek pstrykania fotek przy każdej okazji,  aparatem, który stale nosimy przy sobie, czyli komórką.

Sobota. W Sali CEiIK kolejne przedstawienie Demuludów – „Starucha” Teatru Ochoty według tekstów Daniiła Charmsa. W przedstawieniu perełki aktorskie. Absurdalny humor. Charms zmarł z głodu w szpitalu psychiatrycznym podczas oblężenia Leningradu w 1942. W internecie są widomości, że za życia Charmsa, poza poezją dziecięcą, ukazały się tylko trzy jego wiersze

Niedziela. Znajomy architekt odwiedził swoją dawną szkołę podstawową, tysiąclatkę. Był jednym z jej pierwszych uczniów. Nie poznał szkoły. Pamięta ją jako pełną powietrza i słońca. – Dobry projekt architektoniczny został kompletnie zeszpecony. Klatka schodowa zakończona kratą, jakby chciano odstręczyć potencjalnych samobójców, poręcze nabijane ćwiekami. Woźna siedzi w jakiejś wartowni – opowiada mi przejęty. A do tego ordynarna kolorystyka ścian, jakby nie było ludzi wykształconych w tym kierunku, nikt się nie zwrócił choćby do niego z prośbą o pomoc.

Niedawno kolega był na zjeździe absolwentów swojego liceum – tam dla odmiany jakaś infantylizacja – na tablicach kwiatki, motylki, jak w jakimś przedszkolu. – A przedszkolu? – pytam znajomego, bo też tam był.- W przedszkolu constans. Bez zmian – mówi mi.

Środa. Oglądam w kablówce film o partyzanckich filmach jugosłowiańskich, w tym najbardziej wystawnych gigantach, jak „Sutjeska” z Richardem Burtonem w roli marszałka Tito. Producent chciał by w tej roli  wystąpił Kirk Douglas, ale aktor zażyczył sobie honorarium  astronomicznej wysokości i wtedy ktoś przypomniał sobie, że Burton jest podobny do Tito. Widać zażądał mniej. Ale dostał z Taylor do dyspozycji na czas zdjęć wyspę na Morzu Śródziemnym. Reżyser Emir Kusturica powiedział w tym dokumencie, skąd pochodziły pieniądze na takie wystawne filmy wojenne – Jugosławia eksportowała w owym czasie broń.

Z książki „Coś za coś” wiem, że Jugosławia eksportowała też w latach 1985-1992 do USA samochody zastava yugo i były to najtańsze auta na tamtejszym rynku. Kosztowały 3990 dolarów. Jednak notorycznie psuły się, klienci narzekali na nie, i firma, która je sprzedawała wycofała się z biznesu. Ciekawe jakiej jakości robili broń?

Pamiętam, że wtedy w Jugosławii powstawały nie tylko filmy wojenne i zastavy. W 1972 roku  Aleksandar Petrović w koprodukcji z Włochami przeniósł na ekran książkę Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. W roli Mistrza wystąpił Ugo Tognazzi. Wolandem był słynny francuski aktor teatralny i filmowy Alain Cuny znany m.in. z „Wieczornych gości” Carné z 1942 roku, ale też  z „Drogi mlecznej” Buñuela i  „Emmanuelle” Jaeckina z  Kristel.


Małgorzatę zagrała Amerykanka Mimsy Farmer. Petrović , który zdobył sławę jako autor „Spotkałem nawet szczęśliwych Cyganów” dostał w sumie  za swoje jugosłowiańskie filmy aż pięć nominacji do Złotej Palmy w Cannes, ale nigdy tej nagrody nie zdobył.

Sobota. Serbowie nie eksportują już odrzutowców ( podobnie jak my), ale ich duch bojowy wyraża się w tenisie. Rano oglądam w telewizorze Janko Tipsarevicia. Z moich kolegów  z Zatorza najlepiej grał w tenisa Tomek Leman. Często mijałem kort przy ówczesnym WDK i patrzyłem na grających. Ale wolałem skakać z wieży spadochronowej.

Nieocenione „Forum” przedrukowuje z „Der Spiegel” artykuł , którego bohaterem jest inny serbski tenisista – Novak Djoković. Z artykułu można się dowiedzieć, ze trenował  pośród bomb zrzucanych przez samoloty NATO na Belgrad.­­­

„Wojna uczyniła mnie lepszym człowiekiem” twierdzi Djoković. Uważa też, że dzięki niej stał się lepszym tenisistą, „bo poprzysięgłem sobie pokazać światu, że są też dobrzy Serbowie”. Ciekawe, że w belgradzkim klubie Partizan Djoković nie tylko grał w tenisa, ale czytał wiersze i słuchał Beethovena i Chopina. Potrzebna jest wojna, żeby dobrze grać w tenisa?

Wieczorem oglądam w TV „Na skróty” Altmana (Złoty Lew w Wenecji w 1993 roku za najlepszy film). Nie wiadomo co podziwiać bardziej: pomysł, że w  akcji bierze udział dwudziestu kilku bohaterów, reżyserię czy grę aktorów.

Widziałem ten film prawie 20 lat temu film w kinie (w „Koperniku”, czy w „Polonii”? – nie pamiętam). W telewizji nadal robi wielkie wrażenie. Teraz zapadł mi w pamięć szczególnie Tom Waits.

Altman w czasie II wojny światowej zdążył jeszcze polatać jako drugi pilot bombowca B-24. Niedawno odkryłem, że zaczynał w telewizji jako reżyser seriali „Alfred Hitchock przedstawia” i „Bonanza”. Tuż przed śmiercią, a był już po 80 zaczął kręcić film „Ostatnia audycja”. Ale nie zdołał go już ukończyć. Czy też mógł powiedzieć, że dzięki wojnie stał się lepszym człowiekiem?

 

21 Paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. –  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

10 Paź 2011

Niedziela. Marian Pilot za „Pióropusz” dostał nagrodę Literacką Nike. W Olsztynie pierwszy  zwrócił mi uwagę na tę solidną powieść prawnik i pisarz Bohdan Dzitko.

Marian Pilot powiedział, że powieść powinna być jak rumba. „Rumba dołżna imiet’ pandeiro” i tego się pisarz trzymał pisząc „Pióropusz”. Co to jest pandeiro? Kto to wie? Ciekawe czy Bohdan trafnie przewidzi przyszłoroczną Nike?

Poniedziałek. Sławomir Mrożek przyjechał z Nicei, gdzie osiadł na stałe dla lepszego klimatu. Podpisywał w Warszawie swoją korespondencję ze Stanisławem Lemem. 
Raz widziałem Mrożka podpisującego książki. Wydał mi się wysoki.

Wielki Człowiek. Lem napisał, ze Mrożek jest niezastąpiony. Lem też. Brakuje mi jego komentarzy.

Środa. Zmarł Steve Jobs. Wywodził się z powojennego pokolenia z którym się utożsamiam. Oglądałem na FB archiwalny filmik z młodym Jobsem prezentującym Macintosha Classic.

Mam duży sentyment do tego komputerka. Walizkową maszynę do pisania zamieniłem na niego. Mam go do tej pory. I ważne teksty przechowuję w jego łebku.

Czwartek. Tomas Tranströmer, szwedzki poeta  otrzymał literackiego Nobla. Wisława Szymborska wysłała laureatowi esemesa z gratulacjami. Czesław Miłosz w swojej antologii poetyckiej „Wypisy z ksiąg użytecznych” umieścił cztery wiersze Szweda.

Lubię wiersz Tranströmera — „7 marca 1979”. O zaśnieżonej wyspie. Obraz pustkowia jest sugestywny, czujemy zimno prawie arktyczne. Ale w pewnej chwili poeta natrafia na „ślady sarnich kopytek w śniegu”. Szymborska w wierszu „Radość pisania” pyta: „Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?”.

Sobota. Rozmawiam z mamą o dorożkach w Olsztynie. Kiedy miałem dwa miesiące mama postanowiła odwiedzić swoich rodziców, czyli moich dziadków, którzy wówczas mieszkali w Kutnie. Sprawa była prozaiczna — w Olsztynie nie było mleka w proszku. A tam było. Tata zamówił dorożkarza.  Dorożkarz umieścił mój głęboki wózek obok siebie na koźle, a my z mamą opatuleni za nim.

Był zimny maj. Spadł śnieg. Ruszyliśmy na Dworzec Główny w Olsztynie. Całą noc jechaliśmy pociągiem do Kutna. Mleko w proszku przepisał mi w Kutnie dr Kinderman. Był lekarzem szkolnym w liceum, w którym uczył mój dziadek.

Niedziela. 90 urodziny Tadeusza Różewicza. Zatelefonowałem  do Janka Stolarczyka, co słychać u Mistrza. Janek, który raz w tygodniu odwiedza Różewicza, powiedział mi, że poeta nie przejmuje do wiadomości swojego jubileuszu. Jak zawsze z dystansem, surowy wobec siebie.

Raz rozmawiałem z Tadeuszem Różewiczem. Na targach książki. Spytałem Mistrza jak się czuje. Powiedział mi, że wydaje mu się, że będzie żył 500 lat.
500 lat Panie Tadeuszu!

26 Wrz 2011

Jerzy Gorzelik szef Ruchu Autonomii Śląska i  zarazem wicemarszałek województwa  publicznie powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Te słowa usłyszałem w teatrze Korez, gdzie ogłoszono wyniki konkursu na jednoaktówkę pisaną po śląsku. Na konkurs napłynęło 37 sztuk. I w sobotni wieczór popularni śląscy aktorzy, w tym związany przez wiele lat z teatrem Stefana Jaracza w Olsztynie, Tadeusz Madeja,  je czytali.

Generał de Gaulle i Cholonek

Jeden z jurorów konkursu, reżyser i dramaturg, Ingmar Villqist powołał się na opinię amerykańskiego dramaturga Tennessee’a Williamsa, że jeśli jakaś mowa potrafi wyartykułować tekst dramaturgiczny – jest językiem. Konkurs na jednoaktówkę miał być takim językowym testem i zdaniem Villqista, śląski sprawił się znakomicie. Kryterium spodobało się szefowi RAŚ – Gorzelikowi i dlatego powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Ale zaraz wicemarszałek dyplomatycznie dodał: – Śląsk podnosi głowę dla siebie. Ja dodałbym – dla nas wszystkich. Bo siłą Śląska jest jego różnorodność.

Istnieje głośny w Polsce Ruch Autonomii Śląska, ale natychmiast powstała na niego reakcja, mniej znana – Ruch Integracji Śląska.

Imponuje mi połączenie na Śląsku tradycji z kulturą współczesną. Przykładem jest właśnie prywatny teatr Korez w Katowicach wystawiający w gwarze „Cholonka” .

Jeśli ktoś czyta uważnie mój blog to pamięta, ze pisałem w nim o „Cholonku”, tej, trawestując generała de Gaulle’a, najbardziej śląskiej ze śląskich sztuk. Przypomnę, że prezydent Francji podczas wizyty w Zabrzu w 1967 roku powiedział: – Niech żyje Zabrze najbardziej śląskie miasto, ze wszystkich śląskich miast, czyli najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast!

W sobotę w teatrze Korez najważniejszymi osobami prócz laureatów konkursu na jednoaktówkę byli twórcy „Cholonka” – Robert Talarczyk, reżyser tego przedstawienia, na co dzień dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Mirosław Neinert – szef Koreza oraz aktorka Grażyna Bułka – wszyscy oni grają główne role w tym spektaklu. ”Cholonek” wystawiany jest od wielu lat z powodzeniem w Korezie. Oglądaliśmy go również u nas w Olsztynie na scenie Teatru Stefana Jaracza. Na jesień zapowiedziana jest premiera nowego, nie ocenzurowanego tłumaczenia książki Janoscha, która jest podstawą spektaklu.

Bysuch s Reichu

O czym były sztuki nadesłane na konkurs? Poznaliśmy trzy. Zwyciężył „Bysuch s Reichu” (Odwiedziny z Niemiec). Autor sztuki, Roman Gatys napisał rzecz inspirowaną autentyczną historią dwóch braci, wcielonych podczas II wojny światowej do niemieckiego wojska. Po wojnie jeden z nich zmienił nazwisko i został w Niemczech (w „Reichu”). Niespodziewanie zjawił się w latach 80. na Śląsku i ta wizyta jest tematem sztuki.

Spytałem autora jak przygotowywał się do konkursu. Powiedział mi, że wypożyczył sobie z biblioteki „Dwa teatry” Szaniawskiego by dowiedzieć się jak skonstruowana jest jednoaktówka, a potem usiadł do pisania. Poszło mu szybko tym bardziej, że pisał o sprawach znanych mu z opowieści rodzinnych. Autor prywatnie jest kolekcjonerem śląskiej porcelany i wydaje o niej książki. Jest też w jednej z grup zajmujących się kodyfikacją języka śląskiego.

Mnie spodobała się jednoaktówka, która otrzymała drugą nagrodę, Leszka Sobieraja „Karlus niy z tyi zimi”. To komedia opisująca współczesną śląską rodzinę. Córka zapowiada przyjazd swojego chłopaka. Matka i ojciec martwią się, że nie znają jego rodziców. W końcu okazuje się, że wybrankiem serca córki jest syn Wietnamczyka i katowiczanki. Matka dziewczyny zastanawia się co jest gorsze: zięć z Wietnamu, czy gorol tzn. ktoś spoza Górnego Śląska.

Kiedy wychodziłem z teatru Korez spotkałem pana Tadeusza Madeję. Rozmawialiśmy o rozstrzygniętym przed chwilą konkursie. Pan Madeja przypomniał mi historię pewnego Warmiaka, który służył w czasie wojny w niemieckiej marynarce wojennej. I widział w peryskopie łodzi podwodnej na której służył… Nowy Jork.

Rumuński dramaturg, Breżniew i duch Topora

Teatr Korez był też w sobotę miejscem jeszcze jednego wydarzenia. O godz. 22.00 na jego scenie zaprezentowano spektakl „Kryzysy albo historia miłosna”. Sztukę napisał dramaturg z Rumunii Mihai Ignat, który specjalnie przybył na spektakl. Zagrali w nim młodzi aktorzy Kinga Kaczor oraz Hubert Bronicki – jednocześnie reżyser przedstawienia ( na zdjęciu wszyscy troje – Ignat pierwszy od prawej).

Ignat spotkał się po spektaklu z publicznością. Jego sztuka jest interesującym eksperymentem formalnym, sceny z życia małżeństwa, jak koraliki w naszyjniku można dowolnie nanizać. Autor opowiadał o różnych realizacjach swojej sztuki w rumuńskich teatrach.

Jakby tych wydarzeń było mało, dzień wcześniej, w katowickim BWA miał miejsce wernisaż wystawy i happening belgijskiego artysty Jacquesa Lizene’a. Jego działania artystyczne  przypominają dokonania dadaistów. Lizene tnie różne przedmioty i łączy ich niedopasowane połówki ze sobą. Mnie jego artystyczne żarty przypomniały dokonania Rolanda Topora. Autor nie zaprzeczył, że uznaje mistrzostwo tego wielkiego rysownika i pisarza, twórcy humoru panicznego. I zaprowadził mnie pod realistyczny portret Breżniewa. Rozmówca genseka zasłonięty był czarną zasłonką. I Lizene zapozował mi z sekretarzem.

Od młodych aktorów z Koreza dostałem zaproszenie na spektakl „Zimy pod stołem” Topora. Tę sztukę, jak i inne dzieła Rolanda Topora widziałem cztery lata temu w Katowicach podczas festiwalu Ars cameralis. Topor wiecznie żywy.

04 Wrz 2011

Kto jeszcze nie był, powinien pójść, by się pokrzepić. „O północy w Paryżu” — najnowsze dokonanie Woody Allena to pokrzepienie i pozytywny przekaz.

Pomysł filmu jest prosty i często wykorzystywany przed Allenem — podróż wehikułem czasu .

Pamiętamy trylogię Zemeckisa „Powrót do przeszłości”. Miłośnikom kina polskiego przypomnę Bohdziewicza „Kalosze szczęścia” z podróżą w czasie i w przestrzeni, z Krakowa roku 1958 do międzywojennego Paryża. Chętnie zobaczyłbym remake tego filmu.

Nasz bohater, współczesny pisarz z Ameryki, jest fanem Paryża lat 20 ubiegłego wieku. I tam właśnie przenosi się co wieczór. O północy podjeżdża po naszego bohatera zabytkowe auto, które zawozi go w miejsce, gdzie biesiadują wielcy artyści ówczesnego świata.
 To trochę tak jakby scenarzysta serialu „Majka” spotykał  na paryskim bruku Mickiewicza i Słowackiego, albo młody artysta-malarz z Olsztyna, który pracuje w reklamie  natknął się na Olgę Boznańską i Tadeusza Makowskiego.

Bohater „O północy w Paryżu” swoich idoli spotyka w barach i bistrach, a nie w pracowniach, ale przecież każdy wie, że choć wielu znanych pisarzy i malarzy nie wylewało za kołnierz, to prowadzili życie skromne i bardzo pracowite: najczęściej przesiadywali przy biurkach i sztalugach. Gdyby było inaczej, nie przeszliby do historii.

Otrzymujemy więc postaci trochę jakby ze szkolnej czytanki, świat cokolwiek uproszczony. Allen stworzył bajkę odpowiednią dla dziatwy z gimnazjum. Ale może dzięki już pewnej popularności „O północy w Paryżu” zacznie się ona snobować na sztukę i literaturę.

Namawiam rodziców by zaordynowali dzieciakom wycieczkę na ten film nim nie uzbierają pieniędzy na wyjazd do Paryża.

Mnie cieszy choćby to, że bohaterami najnowszej produkcji Allena są ludzie kultury. Przed filmem widziałem reklamówkę jednej z polskich fabuł, gdzie padało obficie grube słowo. Allen pokazuje, że można nakręcić pogodne dziełko w którym nie pada żadne brzydkie słowo, a widzowie wychodzą z kina zadowoleni.

Z filmem „O północy w Paryżu” jest jak z wycieczką zagraniczną. Ktoś kto decyduje się na zwiedzanie miast i zabytków z okien autokaru i na dodatek niewiele wie o tym co ogląda, może się na takiej wycieczce nudzić. Większą korzyść z takiego wojażu odniesie  ten, kto dokładnie przestudiował przewodnik. Ale najlepiej zwiedzać indywidualnie lub w małych grupach.

Moi znajomi wybrali się w sierpniu w trzy osoby na taką eskapadę nad Sekwanę. Już w styczniu kupili bilet lotniczy i wynajęli hotel niedaleko Luwru. Pan domu spędził kilka miesięcy na sporządzenie dokładnego grafiku i opracowanie trasy. Wszyscy w domu czytali o artystach, których obrazy mieli zobaczyć. Znajomi wiedzieli, co chcą zwiedzać i plan zrealizowali.

Podobnie jest z filmem Allena. Ktoś kto zna, lepiej lub gorzej, twórczość Dalego, Toulouse-Lautreca, czy też Bunuela będzie miał satysfakcję, że natychmiast rozpoznaje — wcześniej niż niezorientowani widzowie na sali — z kim nasz bohater ma do czynienia.

Jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Córka moich znajomych w trakcie wycieczki w Paryżu nic nie płaciła za bilet w państwowych muzeach. Bo tam uczniowie mają do państwowych wstęp za darmo. Może tak u nas wzorem Francji Sarkozego wydać taki ukaz?

28 Sie 2011

Wybrałem się na rynek Starego Miasta by zobaczyć zwielokrotnienie pruskiego posągu z dziedzińca naszego zamku.

Jak wiadomo monolit  z granitu przeniesiony został po II wojnie światowej z Barcian na dziedziniec olsztyńskiego zamku i tam sobie stoi budząc mniejsze lub większe zainteresowanie turystów. Zwielokrotniony i przybrany różnymi malunkami budzi wesołość dorosłych i szczególne zainteresowanie dzieci, a osobliwe małych dziewczynek, które widzą w nim dużą lalkę.

Akcja jest radosna i rozsłonecznia starówkę. Jest żartem artystycznym, dadaistycznym gestem, trochę na podobieństwo tego, którego autorem przed laty był Marcel Duchamp (1887-1968). Duchamp pewnego jesiennego dnia kupił reprodukcję znanego obrazu Leonarda da Vinci „Mona Lisa” i domalował  sportretowanej  damie wąsy i bródkę. Kobieta z obrazu znanego renesansowego artysty stała się więc mężczyzną.

Artystyczna młodzież z Olsztyna wykonała podobny ruch w duchampowskiej grze „zamieszania” płci. Tylko w drugą stronę. Z chłopa czyniąc  babę. Jak pisze przecież profesor  Łucja Okulicz-Kozaryn w tomie „Dzieje Prusów”(Wrocław 1997 r.) „Baby” pruskie „przedstawiają wojowników, rycerzy i wodzów, a więc oczywiście ludzi znakomitych w pojęciu Prusów.

I oto teraz staje przed nami taki wojownik –  niewątpliwie kiedyś bardzo groźny i na serio – w damskich szatkach, z wymalowanymi oczami, w chuście na głowie, albo nawet na  szpilkach. Jest  to więc akt pacyfistyczny, protest przeciwko wojnie zgodny z ideą Dada, czyli dadaizmu, awangardowego stylu Europy lat  XX, który zrewolucjonizował ówczesna sztukę. Baba Dada na rynku więc  to ruch w dobrą stronę.

Nacieszywszy się multiplikacją baby  postanowiłem odwiedzić jej oryginał na dziedzińcu zamku. Monolit (monolitka) stał (-ła) jakby smutno. Niewiele osób wokół. Spotkałem  kolegę z żoną. Wymieniliśmy uwagi na temat dzisiejszych czasów w których kopia popularniejsza jest niż autentyk.

 

21 Sie 2011

Sztuka najnowsza jest ekscytująca. Pierwsze skrzypce grają w niej kobiety. Sztuka bywa więc jak one: lód albo ogień.

Choć lato jest deszczowe i raczej chłodne w galerii BWA można się rozgrzać na wystawie Joanny Rajkowskiej –  patrz poniżej. Prace Rajkowskiej  są do obejrzenia w Olsztynie do 4 września.  Tytuł wystawy „Bibliotekarze w Ziemi Ognistej”.

Nie miałem dotąd okazji wspomnieć o wystawie „Trzy kobiety”, którą otwarto z początkiem wiosny w warszawskiej Zachęcie. To również był ogień. Pokazano dzieła trzech artystek, pionierek polskiej sztuki kobiet: Ewy Partum, Natalii Lach-Lachowicz i Marii Pinińskiej-Bereś. Te odważne wizjonerki były w latach 70. śmielsze od mężczyzn.

Sfotografowałem na tej wystawie pracę Natalii LL „Aksamitny  terror” z 1970 roku.

Praca Natalii LL świetnie oddaje modę tamtego czasu, te dziwne buty, których dziś pewnie nie włożyłaby żadna dziewczyna.

Wspominam wiosnę tego lata. Maj był piękny. Zaczęło się spektaklem w teatrze Stefana Jaracza  „Tango nuevo” z muzyką Astora Piazzolli, w reżyserii Giovanny Castelanosa. Piazolla wiadomo – klejnot Argentyny, zrewolucjonizował tango. Tancerki wystukiwały swoimi bucikami rytmy męskiego tańca malambo, a ja myślałem o męskim punkcie widzenia na kobietę, który objawia się w wierszu chijskiego poety Nicanora Parra . Wiersz zatytułowany jest „Kobiety” i rozpoczyna się wersem „Kobieta niemożliwa, /Kobieta wysoka na dwa metry…” a kończy  „Doprowadzą mnie do szaleństwa”. (Ten i inne wiersze Nicanora Parry, w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej, można przeczytać w „Literaturze na świecie”, nr 7-8 z  2000 roku, str. 199-200).

W czerwcu w olsztyńskiej galerii Rynek wystawiał swoje obrazy Jarosław Puczel. Jedną ze swoich prac zatytułował „Blow-Up” czyli „Powiększenie”. Pamiętacie film Michelangelo Antonioniego z 1966 roku o tym tytule?

Ten film jest ważny z naszego, warmińsko-mazurskiego powodu, bo grała w nim Veruschka Lehndorff, córka hrabiego Lehndorffa ostatniego pana na Sztynorcie, straconego za udział w sprzysiężeniu przeciwko Hitlerowi.

Płótno Puczela nawiązuje do kadru z „Powiększenia”. Antonioni zainspirował się nowelą rodaka Piazzoli  – Argentyńczyka  Julio Cortázara  „Babie lato” („Las babas del diabolo” –  w kraju pisarza babie lato zwie się diabelską śliną). Puczel zainspirował się filmem Antonioniego.

W czerwcu po raz kolejny pokazało się, że panie są górą, bo na VII Olsztyńskim Biennale Sztuki wzięły siedem na osiem nagród i wyróżnień (wyjątkiem potwierdzającym regułę był Robert Listwan, który otrzymał drugą nagrodę).

 

Panie nie zaprezentowały sztuki łatwych wzruszeń. Raczej była to surowość i minimalizm, jak w wypadku nagrodzonej Grand Prix pracy Anny Drońskiej z cyklu „Opuszczone-Odzyskane”, którą tu przedstawiam, czy wyróżnionej fotografii Mai Siecińskiej.

Maja Siecińska sfotografowała trójkąt ocynkowanej blachy, przypominający skrzydło nowoczesnego myśliwca, czy pojazd kosmiczny, oświetlony zimowym światłem.

Artystki więcej widzą? Czy przewidują globalne ochłodzenie? A może tylko szybki koniec lata?

 

 

14 Sie 2011

Brak dobrych wiadomości wprost rzuca się w oczy – napisano w jednej z brytyjskich gazet. Ale w powodzi złych wieści zawsze można znaleźć coś pocieszającego.

Niedawno uświadomiłem sobie, że to Giacometti patrzy na nas z franka. Zobaczyłem w internecie wachlarz szwajcarskich stówek. Było to na marginesie wiadomości z giełdy. Pomyślałem sobie, że to niespodziewana promocja twórczości słynnego, ale bardzo elitarnego artysty.

„Idący człowiek” na stówce

Alberto Giacometti patrzy na nas z  banknotu 100 frankowego. Na awersie jest portret Giacomettiego, a na rewersie wrzecionowata postać  „Idącego człowieka”. Artysta wykonał sześć wariantów tej rzeźby, a pierwszą wersję „Idącego” w ubiegłym roku na aukcji w Londynie anonimowy nabywca kupił za 65 milionów funtów.  Z tego co wiem jest to, jak dotąd, w dziejach rynku sztuki najdrożej sprzedana praca na aukcji. Tylko podziwiać  Szwajcarów, że wybrali trafnie tak bezcenne dzieło na 100 frankowy banknot.

Giacometti zmarł w 1966 roku. Wiadomo o nim, że bał się spać po ciemku, utykał na jedną nogę, odkąd prowadząca po pijanemu Amerykanka najechała na niego autem i zmiażdżyła mu stopę, nałogowo palił papierosy i od nich pewnie zmarł.

Jego dieta też nie była nadzwyczajna.  Jak wspomina Ernst Scheidegger, współpracownik słynnej paryskiej agencji fotograficznej Magnum, autor fotografii rzeźbiarza wykorzystanej na banknocie, Giacometti rano wypijał kawę, późnym popołudniem jadł to, co nazywał obiadem, a co składało się z jajka i pieczywa, do tego wypijał kieliszek wina, kilka filiżanek kawy i oczywiście wypalał papierosy.

Pracował  w swojej paryskiej pracowni do godziny  11 w nocy, potem szedł do kawiarni  „Le Dome”  by… czytać . Tam wypijał morze kawy. Potem szedł do lokalu obok, do słynnej „La Coupole”,  gdzie zamawiał prawdziwy obiad.

Potomek włoskich cukierników

Alberto Giacometti urodził się w 1901 roku w Borgonovo w Alpach Szwajcarskich. Na polskiej stówce, jakbyśmy dalej byli monarchią, jest  król , a Szwajcarzy mają dwudziestowiecznego rzeźbiarza- górala. To tak jakby z naszej stuzłotówki uśmiechał się Witkacy. Albo ktoś inny , kto wniósł wielki wkład w światową naukę i kulturę w XX wieku.

Rówieśnikiem Giacomettiego był  na przykład Alfred Tarski, który urodził się w 1901 roku w Warszawie. Tarski, zaprzyjaźniony z Witkacym, to jeden z największych logików w historii. Uważany jest za „człowieka, który zdefiniował prawdę”. To byłby dobry bohater na naszą stówkę.

Giacometti przyszedł na świat na terenie kantonu Gryzonia, w alpejskiej dolinie Bregalia, gdzie mówi się dialektem języka włoskiego. Mieszkańcy Bregalii są protestantami od 1529 roku. W czasach kontrreformacji i później udzielali schronienia przebywającym z Włoch protestantom. Przodkowie Giacomettich przybyli w tamte strony z Włoch środkowych. Od pokoleń zajmowali się hotelarstwem i cukiernictwem. Wędrowali zresztą po całej Europie. Pradziad rzeźbiarza zaprzęgiem ciągnionym przez woły miał dotrzeć nawet aż do Polski.

Bregalijczycy mieli sławę dobrych cukierników. Głównie pracowali w Wenecji. Prawdopodobnie również w Warszawie. Gdyby pradziad Giacomettiego zagrzał miejsca w Polsce, może Alberto patrzył na nas ze stówki , kto wie?

Pisząc ten tekst korzystałem z „ Kwartalnika Artystycznego Kujaw i Pomorza” nr 2-3/2003, poświęconego w całości Giacomettiemu. Polecam!

 

20 Lip 2011

W Warszawie czynna jest wystawa fotografii Bogdana Łopieńskiego, jednego z najbardziej znanych polskich fotoreporterów. Zyskał on przydomek „kolekcjonera klatek”, ponieważ jego pojedyncze zdjęcia z licznych fotoreportaży publikowanych w takich pismach jak „Świat” i „Polska”, stały się znakami i symbolami epoki.

Chyba najsłynniejszą fotografią Łopieńskiego jest ta z 1973 przedstawiająca Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza spoglądających  jednocześnie na swoje zegarki. Autor zatytułował ją  „Przyśpieszajcie obywatele” . Na aukcji internetowej sprzedano je za 1400 zł.

Ja lubię fotkę, którą Łopieński zrobił w 1965 roku Beacie Tyszkiewicz i Andrzejowi Wajdzie w kapeluszach kowbojskich. Są piękni i młodzi. Ludzie sukcesu. Ta fotografia znalazła kupca w Internecie za 1400 zł. Ale jest jeszcze do kupienia fotka z 1972 roku, przedstawiająca Jackie Onasis w Warszawie, na pogrzebie księcia Radziwiłła. Cena wywoławcza 800 zł.

Na wystawie jest zdjęcie , które powstało w latach 60.  Podczas wakacji autora w Mikołajkach w 1961 roku. Przedstawia młodego człowieka z książką w motorówce. Na tle restauracji Sielawa. Nie ma tej foty na aukcji. Może jest bezcenna? Ciekawe jakie były koleje losu tego młodzieńca. I co wówczas czytał?

Przejmujące są zdjęcia Łopieńskiego przedstawiające Warszawę sprzed pół wieku. Ze śladami wojennej demolacji. Z resztką przedwojennej zabudowy. Słyszałem autora w II Programie Radio, jak je komentował. Powiedział krotko:- No, trzeba było tę Warszawę odbudować… Właśnie. Ktoś to zrobił. Wszyscy mamy w tym udział.

Łopieński zwrócił uwagę na jeszcze jedno: dzisiaj wiele z tych zdjęć nie mogłoby powstać. Z banalnego powodu. Robiło się po prostu pstryk. A teraz trzeba mieć zgodę każdego fotografowanego na piśmie. Na upublicznienie wizerunku. Nie każdy jest piękną dziewczyną żądną sławy.

W Olsztynie też mamy fotografików, którzy dokumentowali świat w latach 60. Warto ich przypomnieć. I ich zdjęcia.

 

10 Lip 2011

Myślę od kilku dni o Tadeuszu Borowskim. Rozmawiałem o nim ze znajomymi. Zastanawialiśmy się jak powinien być  upamiętniony w naszym mieście ten więzień Auschwitz nr 119 198 i jeden z największych pisarzy XX wieku. I jego rodzina. W Olsztynie mieszkali od 1945 roku do swej śmierci: brat pisarza Juliusz (1919-1987), ojciec Stanisław (1890-1966) oraz matka Teofila. Pamiętam bardzo dobrze panią Teofilę. Po śmierci synów i męża jej mieszkanie było salonem towarzyskim Olsztyna w którym można było spotkać historyka naszego miasta dr. Andrzeja Wakara, historyka medycyny i lekarza dr. Andrzeja Skrobackiego i pisarza Klemensa Oleksika. Podczas tych spotkań pani Teofila zdecydowała, że archiwum rodzinne wraz z listami Tadeusza Borowskiego trafi do Biblioteki Narodowej w Warszawie. Pani Teofila zmarła 18 stycznia 1993 roku w wieku 95 lat. Do trumny kazała włożyć swoje okulary i kosmyk kruczoczarnych włosów Tadeusza. Pamiętam jej słowa, jak mówi z czułością: „Tadziunio urodził się 12 listopada (1922 roku) między 4 a 6 rano. Z soboty na niedzielę. Taki śliczny chłopaczek. W czepeczku.” Juliusz przybył do Olsztyna 6 kwietnia 1945 roku z Andrzejem Wakarem, swoim kolegą z gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie. Juliusz podobnie jak Wakar zatrudnił się w biurze pełnomocnika rządu na Okręg Mazurski. 9 maja przyjechali do Olsztyna  Teofila i Stanisław. Latem 1946 roku Tadeusz po wielu poszukiwaniach odnalazł bliskich w Olsztynie. Wtedy to po raz pierwszy pisarz przybył do naszego miasta. W tamte letnie dni 1946 roku na pamiątkę szczęśliwego połączenia rodziny Borowskich zostało zrobione to zdjęcie w Olsztynie: Tadeusz z matką. Obok, w pewnym oddaleniu Juliusz. Zdjęcie prawdopodobnie zrobił ojciec, Stanisław. Borowski  między 1946 a 1951 wielokrotnie bywał w mieszkaniu rodziców i brata na ulicy Pocztowej (obecnie 22 stycznia).  Pomieszkiwał u nich po parę tygodni. Zastanawiam się jaką drogą tam trafiał. Czy Tadeusz kończył podróż pociągiem z Warszawy na Dworcu Zachodnim, jechał tramwajem ulicą Grunwaldzką, wysiadał przy Wysokiej Bramie i dalej szedł piechotą w kierunku poczty? Czy może drogą przy zamku? Co myślał o naszym mieście, gdy widział je po raz pierwszy z okien pociągu? Ostatni raz u rodziców był prawdopodobnie – jak twierdził Andrzej Wakar –  30 czerwca 1951 roku. 1 lipca znalazł się w szpitalu, 3 lipca zmarł. Rodzice nie wierzyli w wersję o samobójczej śmierci syna. Nie znajdowali motywów. A i okoliczności wydawały  im się niejasne. —Nie zostawił listu pożegnalnego — mówili. — Gdyby chciał się otruć odkręciłby wszystkie palniki a nie jeden… Śledzili wszystkie publikacje o nim i prostowali wszelkie nieścisłości, które tam znajdowali. Pani Teofila z dumą podkreślała, że jej rodzina (wszak była z domu Karpińska) wywodziła się rodziny ziemiańskiej. Urodziła się już w Żytomierzu, kiedy wspomnienie o rodzinnym dworze było „zamierzchłą przeszłością” —  jak pisał Wakar   o Borowskiej. W 1918 roku Borowskich odwiedził w Żytomierzu Tadeusz Hołówko, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, współorganizator Polskiej Organizacji Wojskowej. Po pokoju ryskim Żytomierz znalazł się poza granicami II Rzeczypospolitej. W 1926 roku za przynależność do POW aresztowano Stanisława Borowskiego, a w 1930 roku jego żonę. Dzieci przygarnęli dobrzy ludzie. W archiwum Borowskich znajduje się list, który  w lutym 1946 roku Tadeusz napisał z Monachium do znajomej. Coś w rodzaju szkicu autobiograficznego. Podsumowuje w nim tragiczne koleje losu rodziców.  Pisze Borowski :„Na dobry ład nigdy nie miałem życia rodzinnego, bo albo Ojciec siedział pod Murmańskiem, albo Matka była na Syberii, albo ja byłem w internacie, na prywatce  czy w obozie (…) że widziałem śmierć miliona ludzi, dosłownie a nie metaforycznie”. Czytam rocznicowe publikacje o nim trochę ich oczami. I jakbym widział irytującą się panią Teofilę, która czyta znów, że posłała synów do „franciszkańskiego internatu”. Nie do franciszkańskiego tylko kresowego. Warszawa była siedzibą Towarzystwa Pomocy Dzieciom i Młodzieży Polskiej z Kresów. A VII Internat Kresowy im. Marszałka Piłsudskiego mieścił się w dawnym klasztorze  franciszkanów. Borowski płacił za pobyt synów w internacie 50 złotych za rok szkolny. Pani Teofila trzymała te wszystkie dowody wpłaty. Trafiły do Biblioteki Narodowej. Podobnie jak list potwierdzający fakt, że Teofila Borowska przechowała w czasie okupacji żydowskie dziecko — Jerzyka Szulca —  wnuka Hersza Szulca — znanego filantropa i restauratora, właściciela restauracji „Riwera” na rogu Karmelickiej i Nowowlipek. Jerzyk  po wojnie wyjechał z Polski.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.