06 Lip 2011

W Warszawie trzy miesiące temu plakat do filmu rumuńskiego z 1971 roku „Początek nowego świata” reżysera Gheorghe Vitanidisa sprzedawano po 700 zł. To jeden z dowodów na to, że kino rumuńskie jest w cenie.
Warszawscy i krakowscy filmoznawcy z zazdrością piszą o tym, że kino rumuńskie jako jedyne z naszego regionu zdołało przebić się do ekstraklasy. W 2007 roku film Cristiana Mungiu o nielegalnej aborcji „4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni” dostał Złotą Palmę w Cannes, a wyróżnienie otrzymał film „California Dreamin” Cristiana Nemescu. W ubiegłym roku w Berlinie film „Jeśli chcę gwizdać, to gwiżdżę” Florina Serbana dostał Srebrnego Niedźwiedzia i nagrodę im. Alfreda Bauera (przyznaje się ją za film, który „otwiera horyzonty sztuki filmowej”).
Kinematografia  rumuńska jest znacznie biedniejsza niż polska. Jak podaje Janusz Wróblewski w „Polityce” z ubiegłego tygodnia („Rumun na fali”) ich odpowiednik naszego PISF-u ma pięciokrotnie mniej pieniędzy. Kręcą też — jak podaje Wróblewski — trzy razy mniej filmów. W 2000 roku nie wyprodukowali żadnego. Może u nas powstaje ich za dużo?
Jakie są źródła tych sukcesów? „Zaskakuje w tych filmach silne, organiczne połączenie codzienności i filozofii” — pisze Wróblewski. Filmolożka Magdalena Bartczak w pierwszym numerze krakowskiego czasopisma „EKRAN-y” pisze o „osobistej perspektywie”, która łączy twórców rumuńskiego kina.

A ja przypomniałem sobie, że jeden z najbardziej awangardowych dramaturgów XX wieku Eugene Inesco, współtwórca teatru absurdu był w połowie Rumunem (matkę miał Francuzkę). Rumunem był jeden z najbardziej wpływowych myślicieli XX wieku Mircea Eliade. Jego dzienniki i pamiętniki są jak czysty zdrój. Czytam je wciąż i nie mogę się nimi nasycić. A  słownik religii Eliade nie ma sobie równych. Kto zna „Wyznania i anatemy” Emila Ciorana ten wie, że  jest on ostry jak brzytwa a czytanie zdań, które wyszły spod jego pióra to prawdziwa rozkosz. Trzeba tu zaznaczyć, że choć Rumun, to pisał je po francusku. Rumunem był Constantin Brancusi, który zapoczątkował nurt abstrakcyjny w rzeźbie.
Z Rumunią wiążą nas więzi niezwykle, o których zapominamy. Król Jan Olbracht wybrany między innymi głosem wuja Mikołaja Kopernika (Łukasz Watzenrode jako biskup warmiński brał w wolnej elekcji króla) zaordynował w 1497 roku wyprawę na Mołdawię, która skończyła się w lesie niedaleko Czerniowiec klęską. Odtąd mówiło się, że „za króla Olbrachta wyginęła szlachta”.

Paweł Jasienica uważał, że po wojnie  na Bukowinie Jagiellonowie stracili cały swój impet. „Wydaje się rzeczą nie do wiary, że jedna niefortunna kampania, stoczona w dodatku na obcej ziemi, mogła aż do tego stopnia wstrząsnąć państwem, strącić je z wyżyn” — napisał Jasienica w „Polsce Jagiellonów”. Wiosną 1498 roku ruszyli Tatarzy. Jan Olbracht musiał zrzec się Głogowa, a wraz z nim tytułu „najwyższego księcia Śląska”. Jedyny zysk to krakowski Barbakan — wystawiony w obawie przed Turkami.
Czerniowce jeszcze raz odegrały fatalną rolę w dziejach Polski. We wrześniu 1939 roku, po ponad 400 latach, znów oglądały pokonanych Polaków i to najwyższe władze Rzeczypospolitej na czele z prezydentem Ignacym Mościckim. Rumunii internowali nasz rząd.
Rumuni są zdolni. Przed wojną sprzedaliśmy im licencję na myśliwiec P-24 ( sami walczyliśmy w 1939 roku honorowo na gorszym P-11). Oni z naszego P-24 wzięli niektóre elementy, jak podaje znawca tematu Andrzej Glass: „usterzenie i tył kadłuba, instalacje zespołu napędowego oraz wyposażenie kabiny” i stworzyli bardzo zgrabny i udany samolot. Czemuśmy sami tego nie zrobili, to już inna sprawa.
Rumuni są zdolni. Janusz Młynarski, dziennikarz wychodzącego w Londynie pisma „Polish Express” napisał, że większość Rumunów przybywających do pracy na Wyspy zna angielski. Są więc w lepszej sytuacji niż Polacy. Od znajomych wiem, że ich dzieci przyjaźnią się z Rumunami, bo ci są sympatyczni i kulturalni.
Biorąc to wszystko pod uwagę trudno się dziwić sukcesom rumuńskiego kina. I jeszcze jedno: ciągle żyje król Rumunii Michał I, który choć był przeciwnikiem Stalina został kawalerem radzieckiego Orderu Zwycięstwa. Rumuni są zdolni.

21 Cze 2011

Zawsze o tej porze roku podśpiewuję sobie piosenkę „Lato, lato” z filmu ”Szatan z siódmej klasy”. Jej sens wykłada się w tym, że lato na nas czeka a my jeszcze nie mamy na nie czasu , bo  zajęci jesteśmy szkołą lub pracą.

Tym razem rozpocząłem wakacje wcześniej. Przed latem. Czekam na nie. A ono się spóźnia. Ale nie narzekam. Nazbierała mi się cała półka książek na które nie miałem wcześniej czasu. Wybrane pakuję do plecaka razem z wygodnymi butami i peleryną .


By było słonecznie zabieram wiersze  Leopolda Staffa. Ukazały sie w ubiegłym roku w krakowskim wydawnictwie o ładnej nazwie Zielona Sowa. Nigdy nie czytałem ich ciurkiem. Chronologicznie. Ta pewność, że „po słocie pogoda idzie wieczną zmianą” jest z jego „Listu”. Szczególnie lubię te najkrótsze wiersze Staffa. Pogodne. Scedzone do imentu. Z dowcipem.  Jak ten „Rób coś”: ” Zewsząd tak ciasne widoki./ Trudno rozszerzać horyzont,/ Więc zaokrąglam horyzont!/Zaokraglam!”.

Lubię słuchać głosu Gustawa Holoubka więc wkładam do plecaka mp3 z czytanym przezeń  „Doktorem Faustusem” Tomasza Manna. Staram się ciągle uzupełniać wykształcenie więc wypożyczyłem sobie z biblioteki „Księgę niepokoju” Fernando Pessoi. Zabieram też do plecaka książkę o tym portugalskim poecie jego rodaka – Jose Saramago „Rok śmierci Ricarda Reisa”.

Kupiłem „Korczaka”  Joanny Olczak –Ronikier, ciężka, ale ją zmieszczę. I jeszcze najnowsza powieść Tomka Białkowskiego „Teoria ruchów Vorbla”. Korci mnie żeby zabrać Michaiła Bułhakowa po rosyjsku. „Mistrza i Małgorzatę”. Kieszonkowe, jeszcze stare emigracyjne  wydanie, niewiele zajmuje miejsca, na cienkim biblijnym papierze, ale małe litery. Musiałbym wziąć lupę.

W komórce mam radio. Rano będę starał się nie przegapić „Doliny Issy” Czesława Miłosza, którą czyta Andrzej Seweryn. Ale będę dozować lektury, bo przecież czeka na mnie rzeka i las. Lato.

 

 

12 Cze 2011

Dzięki TVP Kultura obejrzałem „na żywo” finał festiwalu polskich filmów w Gdyni .  Słyszałem, że był przełomowy.

Wcześniej też były przełomy. Pamiętam festiwal, jeszcze w Gdańsku w 1981 roku, kiedy wygrała prorocza „Gorączka” Agnieszki Holland z zachwycającym Bogusławem Lindą. Na tym festiwalu Jerzy Skolimowski pokazał „Ręce do góry”, film z 1967 z dokręconym prologiem w 1981 roku. Dostał nagrodę dziennikarzy.

Uhonorowano też zdjęty z półek „Spokój” Krzysztofa Kieślowskiego. Jury przewodniczył Kazimierz Kutz. A jurorował znany autor filmów animowanych Zbigniew Rybczyński oraz pisarz Jerzy Andrzejewski. Ciekaw jestem czy czytelnicy pamiętają dzisiaj o Andrzejewskim? Czy tylko profesorowie literatury?

Ciekawy był festiwal w Gdyni w 1992 roku. W jury zasiadał  wtedy Adam Michnik, ks. Józef Tischner i Janusz Głowacki. Przewodniczył znów Kazimierz Kutz. ”Odjazd” – film Magdaleny i Piotra Łazarkiewiczów, zainspirowany reportażem Ryszarda Kapuścińskiego o Mazurach, dostał nagrodę specjalną jury. Wtedy „Psy” Władysława Pasikowskiego zdobyły  Złote Lwy za reżyserię.

Ciekawy był festiwal w 1993 roku, kiedy kierowała jury Agnieszka Holland a honorowym przewodniczącym był wielki angielski reżyser Lindsay Anderson. W obradach jury brał udział producent Branko Lustig oraz Janusz Kijowski, dzisiaj dyrektor Teatru Jaracza w Olsztynie. Nagrodzono na tym festiwalu „Przypadek Pekosińskiego” Grzegorza Królikiewicza. Dziś Królikiewicz to niesłusznie zapomniany mistrz naszego kina.

Czy w tym roku był przełom? Z fotela w zaciszu domowym widać, że był.

Bo pokazali się emigranci. Przewodził jury  Paweł Pawlikowski. To bardzo interesujacy artysta, starannie wykształcony. Urodził się w Polsce, ale od 14 roku życia mieszka w Wielkiej Brytanii i tam pracuje. U nas znany jest głównie z filmu „Lato miłości” z 2004 roku. Z przyjemnością słuchałem jak mówi po polsku, bez śladu obcego akcentu. Jest naszą wizytówką na Wyspach.

W wychodzącym w Londynie „Polish Express” czytałem bardzo interesujący wywiad z Pawlikowskim, gdzie tłumaczył czym Anglia różni się od Polski. Na przykład tym, że Anglicy mają skalpelową precyzję w nabijaniu się z siebie i obnażaniu pretensji i głupoty. To przeszkadza im w mówieniu o poważniejszych sprawach.

Równie ciekawą postacią tegorocznego festiwalu był Greg Zglinski. On z kolei wyjechał z Polski jako dziesięciolatek. Przez 14 lat mieszkał w Szwajcarii. Był gitarzystą w tamtejszych formacjach rockowych.  W 1992 roku wrócił do Polski. W Gdyni za film „Wymyk” dostał nagrodę za debiut reżyserski. Otrzymał też nagrodę za scenariusz do tego filmu napisany razem z Januszem Margańskim.

Margański to kolejna ciekawa postać tego festiwalu. Literaturoznawca, specjalista od Gombrowicza, dr nauk humanistycznych. Za przekład Orygenesa otrzymał prestiżową nagrodę „Literatury na świecie”. Scenariusz do filmu „Wymyk” do debiut ekranowy pana doktora.

Wszystko to układa się w ciekawą mozaikę. A kto chce sobie przypomnieć co pisałem o „Essential killing”, zwycięzcy tegorocznej Gdyni, zapraszam do lektury.

 

01 Cze 2011

Warszawiacy zobaczą  w piątek „Cholonka”. Sam  poszedłbym na „Cholonka”, choć widziałem go dwa razy, raz w katowickim „Korezie”, a raz w Olsztynie. Co takiego jest w spektaklu, który obejrzało 74 tysiące ludzi?

Punktem wyjścia jest książka „Cholonek, czyli dobry Bóg z gliny” urodzonego w Zabrzu w 1931 roku Horsta Eckerta, niemieckiego pisarza i rysownika. Występując pod pseudonimem Janosch bardziej znany jest jako autor książeczek dla dzieci o Misiu i Tygrysku, które sam ilustruje.

„Cholonek”  jest książką dla dorosłych. Janosch opisuje w niej egzystencję Ślązaków w czasach Hitlera i Stalina na pograniczu polsko-niemieckim, gdzie narodowość jest płynna. To zupełnie inny Śląsk od tego, który znamy z filmów Kazimierza Kutza.

W Polsce „Cholonek” ukazał  się dwukrotnie w latach 70 i 80 w nieistniejącej już oficynie „Śląsk”. Po 1989 roku żadne wydawnictwo ogólnopolskie nie zdecydowała się na jego wznowienie. Tłumaczono, że książka jest zbyt lokalna by zainteresować masowego odbiorcę. A może chodzi o to, że jest zbyt wywrotowa, bo pokazuje ludzi z gumy? Tymczasem w internecie można znaleźć anonse czytelników, którzy rozpaczliwie szukają „Cholonka” i gotowi są oddać za niego  „wszystko co mają i jeszcze więcej”.

Książką zainteresowali się Robert Talarczyk  i Mirosław Neinert, wszechstronnie utalentowani aktorzy prywatnego teatru „Korez” w Katowicach.

Talarczyk przygotował adaptację na scenę, a potem obaj sztukę wyreżyserowali i grają w niej z powodzeniem i przy aplauzie śląskiej widowni od siedmiu lat. Ich aktorstwo, nieskażone telewizyjną serialową manierą, jest chyba źródłem sukcesu przedstawienia. Bo sama inscenizacja, choć bardzo pomysłowa, jest skromna.

Nad  spektaklem (na zdjęciu) unosi się nastrój wczesnych filmów Miloša Formana i Jiří Menzla, opowiadań Bohumila Hrabala. Jednym słowem czeskość, która tak smacznie doprawia śląskość. Przydałoby się coś podobnego po mazursku.

Tymczasem zapraszam na czwartek, na godz.19, do księgarni „Tajemnica poliszynela” na premierę książki Siegfrieda Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”.

 

23 Maj 2011

W niedzielę na ulicy Kołłątaja rozbrzmiewała muzyka Astora Piazzolli. Może nie na całej ulicy, ale na jej króciutkim odcinku — tam gdzie mieści się studio fotograficzne eMka.

 

Tango nuevo, które wymyślił genialny Argentyńczyk łączy w sobie tradycyjne tango z elementami jazzu i muzyki poważnej. Nastrój który tworzy ta muzyka, sprzyja czytaniu i słuchaniu poezji. Zauważyłem to już kiedy byłem na wieczorze znajomego poety i profesora. Autora wspierał swoją grą na akordeonie Paweł Radecki — student Instytutu Muzyki UWM. Paweł grał tam między innymi Piazzollę.
 Pomyślałem, że też muszę spróbować.

Prof. Leszek Szarzyński, z tego samego Instytutu Muzyki jest pomysłodawcą dorocznego spotkania studentów Wydziału Sztuk Pięknych pod nazwą „Niebieskie piórko”, na którym łączy różne dyscypliny artystyczne w jeden koncert. Postanowiłem też tak zrobić.

Od dawna chodziło mi po głowie by połączyć wystawę fotografii z koncertem muzyczno-poetyckim. Chciałem to zrobić w nowym miejscu. Najlepiej na Starym Mieście. I wtedy okazało się, że Magda Rogowska-Otremba, której fotografie lubię, ma studio fotograficzne na Kołłątaja. Poprosiłem ją o zdjęcia do tematu  „Echo i dym”.

Namówiłem też kilku znajomych by zechcieli poświęcić swój czas — są bardzo zajęci — i by pozowali Magdzie do portretów.

Poprosiłem również Jenny, żonę Burego, mojego dobrego kolegi z toruńskich czasów — jest na zdjęciu — by skomponowała muzykę do jednego z moich wierszy. Ona namówiła Martę Andrzejczyk by zaśpiewała na naszym wspólnym wieczorze.

Najtrudniej było z Pawłem, okazało się że najbliższy wolny termin — rozmawialiśmy wczesną wiosną — ma w niedzielę 22 czerwca.

Udało się wszystkich umówić na tę niedzielę. Paweł grał Piazzollę, widzowie podziwiali nastrojowe fotografie Magdy, słuchali moich wierszy a potem śpiewu Marty.
 Szczęśliwym zrządzeniem losu Piazzolla w ten weekend rozbrzmiewał na drugim końcu miasta, na ulicy Parkowej. Nie umawialiśmy się. Tak się złożyło.

10 Maj 2011

W Olsztynie w kinie Awangarda  rozpoczął się Tydzień Kina Niemieckiego.

Obejrzałem premierowy  niemiecko-polski film „Wintertochter” (wyświetlany pod polskim tytułem „Zimowy ojciec”). Jestem pod wrażeniem talentu reżysera Johannesa Schmida, rocznik 1973. Dzieci pod jego kierunkiem grają jak z nut i nie ustępują pola doświadczonym aktorom: Ursuli Werner, Danielowi Olbrychskiemu i Merabowi Ninidze.

W filmie mówi się po polsku, rosyjsku i niemiecku. Akcja toczy się przez kilka zimowych dni. W Niemczech, ale głównie w Polsce, na Pomorzu. W pewnej chwili pojawiają sie nazwy  miast: Olsztyn- Allenstein, Lwów-Lviv. Te miasta będą odgrywały ważną rolę w filmie.

Trójkę bohaterów: 12-letnią Kattake (zjawiskowa Nina Monka), jej  11-letniego kolegę z tego samego domu oraz ich  starszą sąsiadkę Lenę (Ursula Werner) poznajemy, gdy wszyscy  troje wyruszają na dawny poligon radziecki  w poszukiwaniu choinki. Już wiemy, że znajdujemy się we wschodnich Niemczech. Lena wycina dwa drzewka elektryczną piłą i pakuje do swojego wysłużonego enerdowskiego busa. Wycina tylko dwie choinki, ona bożenarodzeniowego drzewka nie potrzebuje, gdyż nie obchodzi świąt.

Kim jest  trochę oschła Lena, która ciągle pali papierosy i sprawnie posługuje sie piłą elektryczną? Minie trochę czasu, gdy poznamy jej tajemnicę.

Kattake z  rodzicami jest w radosnym świątecznym nastroju. Nagle tę idyllę przerywa telefon. Dzwoni jakiś Alexej (Merab Ninidze). Rosyjski marynarz, który zatrzymał się w polskim porcie. Okazuje się, że to on jest prawdziwym ojcem Kattake. Odezwał się po raz pierwszy po wielu latach.


Po kłótni z rodzicami Kattake ze swoimi przyjaciółmi wyrusza do Polski na poszukiwanie ojca. Jazda dwusuwowym barkasem (pamiętacie te markę?) jest podróżą w przeszłość. Lena przypomina sobie ucieczkę spod olsztyńskiej wsi w 1945 roku podczas której straciła oboje rodziców.

Lena urodziła się w Allenstein, który teraz nazywa się Olsztynem. W Polsce poznają Waldka (Dominik Nowak) i jego dziadka – w tej roli Daniel Olbrychski, którzy pomagają dziewczynce odnaleźć prawdziwego ojca. Dziadek Waldka jest rodowitym lwowianinem.

„Wintertochter” jest świetnie sfotografowany przez Michaela Bertla.

W tym filmie dziadkowie dobrze dogadują się z wnukami podobnie   jak rówieśnicy z Polski i Niemiec. To bardzo udana koprodukcja.

Projekcje niemieckich filmów potrwają do soboty. Warto zajrzeć do Awangardy.

04 Maj 2011

Przeczytałem na portalu kaliningrad.ru, że na tamtejszym uniwersytecie im. Immanuela Kanta przygotowują się do otwarcia atomistki. Potrzebni są specjaliści, którzy będą pracować w budowanej w obwodzie kaliningradzkim elektrowni jądrowej. Tymczasem od września uniwersytet rozpoczyna nabór na inną specjalność – planowanie przestrzenne. Ten nowy kierunek to efekt współpracy z Gdańskiem i Olsztynem. Rosjanie działają z rozmachem i szybko się uczą.

Szukając na portalu kaliningrad.ru czegoś, czego nie ma w Olsztynie znalazłem warsztaty teatralne dla dorosłych w cenie ponad 10 zł za godzinę. Cztery lekcje po trzy godziny na miesiąc. Prowadzą je aktorzy z miejscowego teatru. Przedsięwzięcie nazywa się Theatre Project Evolution. Po odbyciu całego kilkumiesięcznego kursu  niekoniecznie można zostać aktorem, choć kto wie, ale staniemy się bardziej otwarci, towarzyscy i uśmiechnięci. Taki jest cel tych zajęć.

Kiedy rozmawiałem w marcu z aktywistką polonijną z Kaliningradu poprosiła mnie o jakąś książkę o dobrych manierach. Widziała potrzebę zorganizowania zajęć z tej dziedziny. Tymczasem jedno z kaliningradzkich biur podróży zaprasza na ekskluzywne zakupy do Krakowa, Warszawy, Gdańska i Łodzi. Zachęca markami polskich kosmetyków i polskim designem. Widać z tego że Rosjanie cenią nasze maniery, kosmetyki i design.

Młodzi kaliningradczycy podobnie, jak olsztyńska Borussia, szukają energii w  historii regionu. W muzeum w Kaliningradzie można już odbyć wirtualną podróż po uliczkach starego Królewcu, a potem zobaczyć rzeczy używane przez mieszkańców miasta nad Pregołą w pierwszej połowie XX wieku.

Olsztyn po wojnie budowany był jako zastępstwo Królewca. Dzisiaj mamy większą szanse niż kiedykolwiek zbliżyć się do siebie. Z większą werwą powinniśmy wymieniać się kulturą.

Ostatnio byłem w sali kopernikańskiej olsztyńskiego zamku  na koncercie „Wileńskie klimaty” (na zdjęciu). Punktem wyjścia koncertu były wiersze Czesława Miłosza o Wilnie. Zagrali razem Arkadi Gotesman z Wilna i Przemysław Knopik z Warszawy na instrumentach perkusyjnych oraz z Olsztyna: Dominik Jastrzębski na klarnecie, i inicjator całego przedsięwzięcia, Aron Blum na gitarze basowej. Wspólnie stworzyli piękną kulę energii. Może warto się nią podzielić z Kaliningradem?

21 Kwi 2011

Poruszyło mnie to zdjęcie. Przechodziłem dzisiaj przed południem przez Stare Miasto. Minąłem kino Awangarda. Szedłem ulicą Kołłątaja. Pustą o tej porze. Kiedy wszystko jest jeszcze pozamykane.

Nagle wpadła mi w oko ta czarno-biała fotografia. W witrynie winiarni. Z tramwajem pnącym się ulicą Grunwaldzką, tuż po wyjeździe z mostu Jana. Tramwaj nr 1 jądący nad Jeziora Długie.

Fotografię zrobił w latach 60. pan Jerzy Wialuga, rodowity warszawiak, z wykształcenia rybak, wieloletni pracownik Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, autor tysięcy zdjęć dokumentujących życie Kortowa.

Widziałem coś podobnego we Florencji. Czarno-biała fotografia z lat 60. w witrynie sklepu. Taki sygnał, znak z przeszłości. Pstryk. Włochy tamtych lat były kuźnią nowoczesności. Narzucały modę. Linię garniturów i aut. Same nazwiska gwiazd kina niosły egzotyczną muzykę:  Marcello Mastroianni, Monica Vitti, Gina Lollobrigida, Claudia Cardinale. Ale Zośka Loren. I filmy De Sici, Felliniego, Antonioniego.

Od tamtej epoki minęło pół wieku. To tak  jakby w latach 30. XX wieku przypominać koniec XIX. Pamiętam Warmiaczkę z Dajtek, która wspominała pierwszy samolot, który  widziała na lotnisku przed I wojną światową. Nasz sławny fotografik Wacław Kapusto opowiadał mi o wrażeniu jakie zrobił na nim pierwszy samochód w latach 30. XX wieku na piaszczystej drodze do rodzinnych podwileńskich Bujwidz: nieznane wcześniej ślady opon na piasku, zapach benzyny, chmurka niebieskiego dymu.

Być może do takiego punktu widzenia nastroiły mnie wiersze Konstandinosa Kawafisa w nowym tłumaczeniu Antoniego Libery. Na nowo  poznaję tego poetę. Kawafis miał Aleksandrię, ja — Olsztyn.

Byłem w Muzeum Narodowym w Warszawie na sesji naukowej poświęconej przełomowi lat 50. I 60. w polskiej sztuce w związku z finisażem wystawy „Chcemy być nowocześni. Polski design 1955-1968”. Było to bardzo ciekawe spotkanie. Podawano przykłady, że w owym czasie nasi artyści i inżynierowie byli w stanie zaprojektować rzeczy codziennego użytku, których nie powstydziliby się włoscy styliści.

Na wystawie można było zobaczyć  ciekawą ceramikę, tkaniny i meble, ale też syrenkę sport zaprojektowaną przez Cezarego Nawrota, która nigdy nie weszła do produkcji.

Wystawa i sesja pokazały, że w tamtych latach byliśmy na bieżąco ze wszystkimi najnowszymi trendami. Europejskimi i światowymi. Ale też dowiodła, że nie wystarczy być dobrze poinformowanym. Trzeba być skutecznym. Można mieć wizję, nawet najpiękniejszą. Ale trzeba umieć ją ziścić.

10 Kwi 2011

Co inteligenci mają w domach? Zależy od szczęścia i od losu. Są tacy, którzy mają dużo pamiątek rodzinnych, w tym fotografii i listów, nawet z XIX wieku. Nawet jakieś pojedyncze meble z przedwojennych domów.

Są tacy, którym ocalało z różnych pożóg niewiele. Większość dorabiała się po wojnie. Ze skromnych inteligenckich pensji kompletowała księgozbiory, które urosły z biegiem lat do sporych bibliotek. Chyba największą bibliotekę domową w Olsztynie ma prof. Jan Kaczyński. 4800 tomów. W standardowym mieszkaniu na Jarotach. 
Ale są też i tacy którzy kolekcjonują obrazy.

W sobotę w galerii Bakałarz Warmińsko-Mazurskiej Biblioteki Pedagogicznej Krystyna Koziełło-Poklewska przedstawiała swoją kolekcję: płótna, pastele, rysunki i exlibrisy różnych artystów zbierane od lat 50-tych ubiegłego wieku.

Sobotnia prezentacja była drugą z cyklu „Sztuka. Własność prywatna”. To ważna inicjatywa biblioteki mieszczącej się w malowniczym miejscu u stóp zamku. Raz do roku prezentowane jest to, co nakładem własnych sił i środków gromadzą miłośnicy sztuki. Domowe galerie są również dowodem serdecznych więzi łączących ich z twórcami. Artyści przecież obdarowują przyjaciół swoimi dziełami.

Pani Krystyna pokazała spory zbiór prac Hieronima Skurpskiego. Na wystawie znalazło się słynne „Czuwające światełko” 1991-1993, olej przedstawiający warmiński krajobraz z kapliczką i posągiem kamiennym, wyobrażającym człowieka. Ma on tytułowe światełko w sobie. Może być Prusem.

Wśród wielu bardzo interesujących dzieł na wystawie znalazły się prace Andrzeja Samulowskiego z różnych okresów twórczości artysty. Warto też wspomnieć o pięknym widoku jeziora pędzla Juliana Dadleza, który przedstawiam tutaj.

Warto pójść do galerii Bakałarz. Czynna jest codziennie, od poniedziałku do piątku w godz. 8 – 19, w soboty od 8 do 15. Wstęp jest wolny.

Kiedy oglądaliśmy plon pasji kolekcjonerskiej pani Krystyny jedna z uczestniczek wernisażu przypomniała mi, że nadal nie ma w Olsztynie stałej galerii prezentującej dorobek artystów, którzy zjechali do Olsztyna po wojnie, jak Hieronim Skurpski czy Jan Ilkiewicz. Albo rodowitych olsztyniaków sprzed wojny, jak Henryk Mączkowski.

29 Mar 2011

Wychodząc z koncertu Gwendolyn Bradley  miałem w uszach takty Andrew Llyoda Webbera z „Upiora w Operze” z werwą zagrane przez orkiestrę Warmińsko-Mazurskiej Filharmonii. Muzycy wypadli dobrze. Artystka też.

A nowa siedziba? Kawałek dobrej architektury. Skrojonej  skromnie, ale porządnie. Prawda, nie stoi przy przy głównej ulicy, powiedzmy wprost ­­­- raczej na uboczu, ale łatwo ją znaleźć.

Oglądałem budynek z zewnątrz, kiedy jeszcze nie był  całkiem gotowy, i już mi się podobał. Za dnia, w słońcu, w szklanej tafli fasady odbija się –arcyolsztyński to widok –  kościół Serca Jezusowego, którego wieża – jak już kiedyś pisałem – naśladuje kaplicę nieistniejącego zamku w Królewcu. W naszej filharmonii widać więc coś, co oglądał  Kant.

A jakie jest wnętrze? Klatka schodowa,  jak w galerii sztuki nowoczesnej. Można by tu urządzić wystawę twórczości kogoś co najmniej tak sławnego, jak Picasso.

Ale pytanie najważniejsze: jaka  jest sala koncertowa? Zacznę od kolorystyki: jest  ładna – pasiaste ściany wyglądające  jak grzbiet zebry i jasna podłoga nadają wnętrzu wrażenie czegoś domowego, przytulnego. A akustyka?

Słuchałem w niedzielę Gwendolyn Bradley na koncercie specjalnym.  Siedziałem w trzecim rzędzie, na miejscu trzecim. Niedaleko wielkiego głośnika – artystka  śpiewała do mikrofonu –  i chwilami niskie tony były jak na moje ucho zbyt ostre. Akustycy muszą więc jeszcze dokończyć swoją pracę.

Tej niedzieli było chłodno, trzeci rząd jest niedaleko wejścia na parter, miałem wrażenie jakbym siedział w przeciągu. Ciągnęło od drzwi wejściowych? Nie wiem. Drzwi hałasują. Oczywiście to wszystko drobiazgi, ale psują wrażenie.

Już po koncercie, podeszła do mnie znajoma i prosiła by koniecznie napisać, że urządzający wnętrze sali koncertowej  nie pomyśleli o słabowidzących. Schody w sali koncertowej zlewają się z tłem. Trzeba bardzo uważać by się nie potknąć. Może potrzebne są ciemne listwy na krawędziach?  Z mojego miejsca widziałem solistkę i dyrygenta Janusza Powolnego, pierwsze skrzypce też. I trąbki.  Ale perkusista był juz niewidoczny, a miał przecież tego dnia trochę do roboty.

Zacząłem o architekturze i na niej skończę. W ubiegłym tygodniu dotarła do Olsztyna wiadomość, że w Warszawie 18 marca zmarła w wieku 96  lat architekt Janina Stańkowska, osoba wielce zasłużona dla urbanistyki naszego regionu. Jak napisano w nekrologu pani Stańkowska była autorką projektów urbanistycznych i architektonicznych oraz wielu realizacji, między innymi: planów ogólnych i szczegółowych miast Warmii i Mazur. Pracowała u nas w pierwszym powojennym dwudziestoleciu i potem wróciła do stolicy.

Na stronie olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich można znaleźć interesujące wspomnienia pani Janiny Stańkowskiej, o tym jak 23 marca 1945 roku przyleciała z mężem ze zburzonej Warszawy do Olsztyna dwoma „kukuruźnikami”.

Nad Starym Miastem w Olsztynie snuły się jeszcze dymy pożarów kiedy ta przedwojenna absolwentka Politechniki Warszawskiej rozpoczynała w naszym mieście pracę architekta i urbanisty.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.