27 lip 2010

Kasztanowce na ulicy Limanowskiego śnią się ludziom, którzy przed laty wyjechali z Olsztyna. Ostatnio pospacerowałem po ulicy Kopernika, która jest jeszcze całkiem ładnym kawałkiem dawnego miasta. I to nie byle jakim – z przebiciem na Królewiec, Malbork , Lwów i trochę Krakowa.

Bo jak się dobrze przyjrzeć Olsztynowi, to wyglądają z niego inne miasta.

Ulica Kopernika ( przed wojna też nosiła imię astronoma ) jest nadal zadrzewiona. Jej dominantą jest kościół Serca Jezusowego zaprojektowany przez królewieckiego architekta Fritza Heitmanna. Górna część wieży z czterema wieżyczkami wokół iglicy i galeryjką widokową naśladuje wieżę kaplicy zamkowej w Królewcu. Oryginał nie istnieje, bo niewiele zostało ze starej architektury Królewca po alianckich bombardowaniach Starego Miasta, ale olsztyńska kopia ma się dobrze.

Mamy więc przebicie z ulicy Kopernika do samego Królewca. Ale mamy też tam przebicie do Malborka. Bo królewiecki architekt nawiązuje – o czym pisze Andrzej Rzempołuch w „Architekturze i urbanistyce Olsztyna 1353-1953”- do rozwiązań z krzyżackiego zamku w Malborku. Ale nieocenionemu dr. Mieczysławowi Orłowiczowi , autorowi  „Ilustrowanego przewodnika po Mazurach Pruskich i Warmii” kościół Serca Jezusowego przypominał kościół św. Elżbiety we Lwowie. Ten znany krajoznawca zwracał uwagę, że najwyższa wieża kościoła Serca Jezusowego ma 83 metry, jest więc o dwa metry wyższa od wieży kościoła Mariackiego w Krakowie. Jest więc przebicie i na Kraków.

Spacerując po Olsztynie spotykam miejsca, które nie mają szczęścia, jak ta parcela po kinie „Kopernik”, z którego zostały ruiny niczym pozostałości z jakiegoś Wilczego Szańca.

 

Są miejsca , które ulegają przeróbce jak dawny „Dukat”, ale i takie widoki, które są bez zmian od co najmniej 60 lat, jak ten na ratusz od strony Starego Miasta. 

17 lip 2010

Poprzedni mój wpis skomentowała Ewa, która przyjechała do Olsztyna z Niemiec na spotkanie swojej klasy ze Szkoły Podstawowej nr 6. Minęliśmy się, nie było mnie w tym czasie w mieście.

Ewa tęskni do niegdysiejszego smaku Olsztyna, „ciepło-zimnego”, warmińsko-wileńskiego.

Polecam komentarz Ewy. Podkreśla w nim wagę indywidualizmu. Ja też chciałbym, żeby moje miasto było wyjątkowe, jedyne w świecie. Niepodobne do innych. By miało swój oryginalny smak.


W czasach mojego dzieciństwa miasto było zielone. Aleja Wojska Polskiego była cienistą aleją. Brakuje mi na niej drzew, tak jak na ulicy Dąbrowszczaków i ulicy Limanowskiego. Dawały cień w takie gorące dni, jak tego lata. Ktoś kto zamieszkał w  naszym mieście niedawno, czy nawet 20 lat temu, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Cień drzewa w centrum miasta.

Byliśmy z kolegą ze szkoły ( tego lata szukam wspomnień) nad Jeziorem Krzywym. Droga do plaży wydepilowana z drzew, robi jak najgorsze wrażenie. Jedynie pomost ratuje honor starej plaży. Wspominaliśmy film „Kochajmy syrenki” z Bogdanem Łazuką i Jackiem Fedorowiczem.

Na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku pół Olsztyna wyległo nad Jezioro Krzywe, gdzie powstawały zdjęcia do tej komedii. Dziś już tylko na czarno-białych kadrach można zobaczyć drewniany pawilon  z charakterystycznym kołem sterowym. Warto by kiedyś zrobić album, kopiując klatka po klatce, olsztyńskie sceny tego filmu, który jest staroświecką ramotą, ale przy okazji dokumentuje urodę olsztynianek.


Na koncercie Joe Walkera spotkałem wielu mocno dorosłych fanów, w tym z mojej klasy. Walker śpiewał  o Hendrixie. Pamiętam dobrze dzień , w którym umarł Jimi. Jechaliśmy z Andrzejem K. ( też był na koncercie Walkera) w odwiedziny do koleżanki  mieszkającej w Ostródzie. W pewnej chwili do naszego przedziału wpadł długowłosy chłopak z radiem tranzystorowym przy uchu i dosłownie zawył z rozpaczy: – Jimi nie żyje… Wiedzieliśmy o kogo chodzi, bo wtedy był  jedyny Jimi na świecie. Zdarzyło się to 18 września 1970 roku. Kąpaliśmy się potem w Jeziorze Drwęckim, bo wrzesień był wtedy  gorący, choć dawały się we znaki kłopoty w zaopatrzeniu. Mamie naszej koleżanki bardzo było przykro, że do ziemniaków ma tylko konserwę tyrolską. Nam to nie przeszkadzało, byliśmy młodzi, a koleżanka urodziwa. A zsiadłe mleko , które też piliśmy do obiadu było dobrze schłodzone i przyjemnie kwaskowe.


Walker w amfiteatrze im. Niemena ( powinienem napisać Cześka, bo przecież dla nas   był Cześkiem, a nie żadnym Niemenem) wspominał więc Hendrixa. I tam wypatrzyła mnie Ewa.  Zaraz  dostrzegłem też jej siostrę bliźniaczkę Ankę, która przyszła na koncert z mężem. Anka przyjechała z Kalifornii , Ewa z Niemiec, w których pracuje i zarazem z Holandii, w której mieszka. Chodziliśmy do jednej klasy.

Staram się policzyć, kto wyjechał z mojego rodzinnego Olsztyna za granicę, ile ładnych dziewczyn, ilu fajnych chłopaków z mojego pokolenia. Z podstawówki, a chodziłem do piątki, pierwszy wyjechał  Jurek do Niemiec (RFN), potem Róża  do Izraela, mój kolega z ławki, Zbyszek, do Ameryki, z gomułkowskiej Polski prosto na Manhattan. Po maturze nasze cztery koleżanki z liceum znalazły mężów w szerokim świecie. Myślę o tych pięknych dziewczynach  z ulicy Kasprowicza, które wyjechały do Australii, Kanady, Niemiec… A z ulicy Limanowskiego ile wyjechało. Pomyślałem sobie teraz, że warto zrobić światowy zjazd olsztyniaków. Ile by mogli nam ciekawego powiedzieć o swoich losach.

Ale znalazłem tego lata dawny smak. Najpierw wsiadłem do szynobusu, który jest XXI wiekiem w sercu Puszczy Piskiej. Szynobus zawiózł mnie do Karwicy Mazurskiej, potem ruszyłem do leśniczówki Pranie. Kustosz Muzeum Gałczyńskiego, poeta Wojciech Kass, pokazał mi znajdujące się po drodze z Prania do Krzyży Jezioro Wesołek.

Nad Wesołkiem panuje cisza pierwotnego uroczyska. Tak jezioro musiało wyglądać sto i więcej lat temu. Torfiasty  grząski brzeg ugina się pod nogami. Spokój. W takich miejscach myśli się o wieczności. Leśną ścieżką dociera się do małego pomostu i po drewnianej  drabince schodzi się do wody, jak do basenu.

Polecam klimatyzowany szynobus i Jezioro Wesołek.

P.S. Szukając dawnego opisu leśniczówki Pranie sięgnąłem po nieocenionego dr. Mieczysława Orłowicza („Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii”, Lwów-Warszawa, 1923). Jest tam niebywałe zdanie o klimacie panującym w prańskiej okolicy: Klimat jest tu wyjątkowo zimny, a wedle zapisów znajdującej się tu stacji meteorologicznej prócz pierwszej połowy sierpnia żaden miesiąc nie jest wolny od mrozów.

Wolę latem upał niż mróz.

01 lip 2010

Obejrzałem polską komedię „Mąż swojej żony”. Wprowadziła mnie w pogodny wakacyjny nastrój. Prosta fabuła o opozycji sportu i wysokiej sztuki. Popularni aktorzy, wpadająca w ucho piosenka, ładne zdjęcia.

W filmie można podziwiać talent i wdzięk zmarłej niedawno Elżbiety Czyżewskiej. Właśnie wdzięk . To słowo dzisiaj zapomniane, wdzięk nie ma nic wspólnego z wdzięczeniem się. Tak jak prostota z prostactwem. Wdzięk to naturalny dar, który otrzymujemy z genami. W kinie bardzo łatwo rozpoznać aktorów, którzy są nim obdarzeni. Miał wdzięk Zbyszek Cybulski, czy przed wojną Eugeniusz Bodo.

Teraz rozumiem starsze pokolenie, które w czasach mojej młodości z zapartym tchem oglądało filmy z Eugeniuszem Bodo i Elżbietą Barszczewską w telewizyjnym programie „W starym kinie”. Polskie komedie z lat 60. oglądam z takim sentymentem, jak moi rodzice przedwojenne kino.

Komedie sprzed pół wieku mają swój czar. Lubię intonację głosu występujących w nich aktorów, powolną, jakby odświętną, śpiewną mowę.

Podobno Czesław Miłosz, kiedy przysłano mu do Kalifornii taśmę z przedstawieniem „Dziadów” Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru był oburzony, tym jak mówią aktorzy. – To nie po polsku – wołał na ten nowy akcent.

W naszych miastach po wojnie wymieszały się języki lokalne i gwary.

Niektórzy czuli obserwatorzy języka polskiego słyszą w mieszance górnośląskiej np. w Gliwicach, wymowę i gwarę lwowska, połączoną ze śląską. W Olsztynie – niestety – całkowicie wyparowała twarda gwara warmińska.

Byłem jako dziecko zafascynowany tym bogactwem, które posiadaliśmy: na przykład na rynku końskim, czy na hali targowej mieszała się twarda wymowa Warmiaków spod Olsztyna, ze śpiewną, którą mówili powojenni osiedleńcy z Wilna i okolic.

Dziś mówimy podobnie, tak jak w telewizji ogólnopolskiej. Czasem komuś wymknie się słówko, które usłyszał w dzieciństwie u babci, czy u kolegi na podwórku. Słówko jak przyprawa i domowy smak.

14 cze 2010

W sobotę słychać było w Praniu  donośny, dźwięczny głos Gałczyńskiego. Z taśmy. Głos jak dzwon. Aż ciarki przeszły mnie po plecach. Pewnie głos poety dotarł do żeglarzy na jeziorze Nidzkim. Zapachniało wakacjami.

Wojciech Kass, gospodarz Muzeum Gałczyńskiego, na scenie  w Praniu

Byłem w Praniu na wernisażu wystawy „Poeci z krainy Nord”. Jej pomysłodawcą  jest gospodarz Muzeum Gałczyńskiego Wojciech Kass. Podoba mi się jego pomysł by zgromadzić autorów różnych pokoleń, związanych miejscem urodzenia z Północą. Po obu stronach prowadzącej do leśniczówki Pranie alei świerkowej, na 25 planszach, wyeksponowano fotograficzne portrety poetów z Warmii, Mazur i Suwalszczyzny, i po jednym wierszu każdego z nich. Aleja świerkowa w Praniu nosi nazwę Alei Nieznanego Poety. Bo tak naprawdę kto zna poetów z „krainy Nord”? Teraz każdy przy okazji odwiedzin u Gałczyńskiego może się z nimi zaznajomić.

Wystawie towarzyszy katalog w postaci pocztówek z portretami i wierszami. Wydawcą katalogu jest Stowarzyszenie Leśniczówka Pranie.. Polska poezja współczesna jest bardzo zróżnicowana. Na wystawie reprezentowane są jej różne nurty: od Leszka Aleksandra Moczulskiego do Kazimierza Brakonieckiego. Czytelnik może sobie spacerować aleją i czytać bez pośpiechu, po kolei, według alfabetu, albo szukając motywów znajomych, wybierać sobie jakiś do kontemplacji, a do innych wrócić po wizycie w leśniczówce. Pełna dowolność.

Autorką czarno-białych zdjęć jest Małgorzata Lebda z Krakowa, również poetka. Bohaterowie fotografii zobaczyli efekt jej pracy dopiero w sobotę. Ocenili pozytywnie. Prof. Zbigniew Chojnowski z UWM i Zbigniew Fałtynowicz z Suwałk omówili krótko twórczość autorów „z krainy Nord”, a potem gospodarz zaprosił publiczność na prańską scenę. Poeci czytali swoje wiersze.  Utwory nieobecnych w Praniu autorów interpretował Łukasz Borkowski, tegoroczny  maturzysta, związany z Praniem od dziecka. Po zakończeniu wszystkich wystąpień publiczność usłyszała archiwalne nagranie z głosem Gałczyńskiego. Oczyszczone z szumów zabrzmiało donośnie i współcześnie. Wcale nie anachronicznie.

Cieszę się, że mogłem poznać osobiście najmłodszych autorów , których znałem tylko z wierszy, które publikowaliśmy na „Stronie z wierszem” „Gazety Olsztyńskiej” –  między innymi Patryka Dziczka z Ornety. Patryk prowadzi w dworku Sierakowskich w Sopocie kawiarnię artystyczną „Młody Byron”. Poznałem też autorów z Suwałk i Augustowa. Z Giżycka przyjechał tryskający energią jak zawsze Wojciech Marek Darski.

Zebrani umówili się już do Prania na 10 lipca – o godz.18.00 w Muzeum Gałczyńskiego wyjątkowa gratka dla miłośników poezji,  wieczór autorski Adama Zagajewskiego.

Wystawa będzie otwarta całe lato. Zachęcam do wizyty w Praniu.

02 cze 2010

Odkąd pamiętam Wojciech  Suświłło sprzedawał książki. Brałem z półki tom, który wypatrzyłem, a on mi go pakował w szary papier. Płaciłem, mówiłem do widzenia i wychodziłem. Przez 40 lat niewiele zamieniliśmy słów.

Gerard pisze do Zinaidy. Otkrytkę ofrankowano na trzy kopiejki gdzieś w imperium. Do Wilna dotarła po jednym dniu, 10 czerwca 1909 roku. Kupiłem pocztówkę z amatorską fotografią sprzed stu lat w antykwariacie „Antokol”.

Wojciech Suświłło przyjechał do Olsztyna z Wilna, w którym urodził się w 1942 roku. Był absolwentem I LO w Olsztynie i polonistki na KUL. Napisał pracę magisterską pod tytułem „Scena polska – pierwsze polskie czasopismo teatrologiczne (próba monografii)” u prof. Ireny Sławińskiej. W czasie studiów działał w akademickim teatrze KUL. Skończył też Studium Kultury Teatralnej, gdzie wykładali między innymi Konstanty Puzyna i Edward Csato.

Po powrocie do Olsztyna współpracował ze studenckim teatrem „Kandelabr” w Kortowie. Z tamtych czasów zachowało się zdjęcie ze sztuki „Fraszkobranie”. Wojciech  Suświłło stoi na jednej nodze, w meloniku na głowie. Jakże różna postać od tej, którą znałem odwiedzając  jego antykwariat przy ul.22 lipca (obecnie  11 listopada). Zwykle siedział przy stole z książką, zatopiony w swoim świecie.

Jeden z bliskich znajomych antykwariusza powiedział, że Wojciech Suświłło czuł się depozytariuszem tych wartości, które jego rodzina przywiozła z Wilna: tradycji romantycznej kultury polskiej. Ewie Mazgal, autorce artykułu „Z Antokola” do Antokola” w „Kalendarzu Olsztyńskim” na 2007 rok, Wojciech Suświłło zwierzył się, że myślał o reżyserii teatralnej. W 1973 roku  wyreżyserował w„Kandelabrze” sztukę Krystyny Miłobęckiej „Serdeczny stary człowiek” .

Okładkę do „Mutacji” zaprojektowała Bożena Jankowska, uczennica prof. Henryka Tomaszewskiego, autorka wielu plakatów nagradzanych w kraju i na świecie.

Pisał wiersze. W antologii młodych poetów olsztyńskich „Mutacje”, która ukazała się w 1976 roku nakładem  wydawnictwa „Pojezierze” i pod redakcją Swietłany Kruk, znajduje się siedem jego utworów. Odwołuje się w nich do tradycji śródziemnomorskiej, tęskni do tamtego pejzażu, jak w wierszu „Italia”: ”Italio, nieraz tak pragnąłem/ gościńców pył kopytkiem zbierać oślim!”.

Jeden z przyjaciół antykwariusza powiedział mi , że Wojciech Suświłło pięknie śpiewał. Ale jego wspaniały baryton mogli  poznać tylko najbliżsi lub zaprzyjaźnieni z nim.

Przez całe lata, kiedy wracałem z redakcji  przez Stare Miasto, nie było dnia, bym nie spojrzał na witrynę antykwariatu Suświłły. Kończyłem mój spacer przed witryną drugiego olsztyńskiego antykwariatu , na ulicy Grunwaldzkiej.

W latach 80. wypatrzyłem u Suświłły album-katalog amerykańskiej fotografki Diane Arbus,  z pierwszej   jej  wystawy w  Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MoMA) w Nowym Jorku, w 1972 roku  .

Album fotografii Diany Arbus z 1972 roku

Chyba w tym samym czasie kupiłem wydany w 1958 roku „Pamiętnik czasów moich” Juliana Ursyna Niemcewicza. Często wracam do tych tytułów i reklamuję je wśród znajomych. Lubię też książkę „Uzdrowiska polskie” z 1932 roku.

Reklamy pensjonatów w Zaleszczykach. U pań Starzyńskiej i Pisarskiej kuchnia wykwintna, na zamówienie dietetyczna. Z „Uzdrowiska polskie”, 1932 rok.

Zaglądam do niej by poczytać  o Truskawcu, Druskiennikach czy Zaleszczykach. U Suświłły odkryłem również przedwojenną pocztówkę z Zaleszczyk, z widokiem na most na Dniestrze, przez który Polacy ewakuowali się do Rumunii, we wrześniu 1939 roku.

Widok Zaleszczyk z mostem na Dniestrze. Lata 30. XX wieku.

By zrobić miejsce na nowe tomy, sprzedawałem stare. Przynosiłem książkę, która mogła zainteresować antykwariusza. On oglądał ją długo. Gdy zdecydował się kupić, prosił o dowód osobisty. Kiedy pierwszy raz to zrobił, jedyne co powiedział, to była uwaga: — Sądziłem, ze pan jest starszy… To było po moim artykule o ulicy Cesarskiej w Olsztynie i o białym tramwaju, który po niej jeździł.

6-7 listopada 1986 roku Wojciech Suświłło zorganizował pierwszą, i jak dotąd jedyną w Olsztynie, aukcję antykwaryczną. Do nieistniejącego już Domu  Środowisk Twórczych zjechało się wielu miłośników starych książek z całej Polski. Tam zobaczyłem pierwsze wydanie pamiętników Niemcewicza i pism hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Manifesty ekscentrycznego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Aukcja była wielkim wydarzeniem kulturalnym, wiele cennych książek, które na niej wystawiono zakupiła Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie.

Do antykwariatu, który prowadził Wojciech Suświłło, a później stał się jego właścicielem, trafiały nie tylko książki, ale i dzieła sztuki, ryciny i obrazy. Najczęściej związane z przedwojennym Wilnem. Nazwę antykwariatu  —„Antokol”  Suświłło wziął od dzielnicy  rodzinnego miasta. Ubolewałem, że w październiku 2007 roku zrezygnował z jego prowadzenia. W tym samym czasie w Gliwicach zamknięto kawiarnię „Przyszepty lwowskie”. Wojciech  Suświłło zmarł w środę 25 maja.

23 maj 2010

W Prusach Królewskich podają świetny chłodnik litewski.  Pojechałem do Torunia, żeby zobaczyć „Wujaszka Wanię” Antoniego Czechowa prosto z Moskwy. Z teatru Wachtangowa. Spektakl wyreżyserował Rimas Tuminas, który jest kierownikiem artystycznym tego teatru.  Chciałem się dowiedzieć, co ten sławny Litwin ma do powiedzenia o rosyjskiej klasyce i o Rosjanach. W sobotę rozpoczął się w mieście rodzinnym Kopernika 20. Międzynarodowy Festiwal Teatralny.

Tuminas jest chłodnym racjonalistą z Północy i wypruł flaki z klasyki  zostawiając sam szkielet. Ale niczego nie dopisał, co u nas jest w modzie. Tuminas pokazuje Rosję bez samowara: europejską, nowoczesną, świadomą swojej siły i urody, a zarazem wątpiącą i pełną słabości. Mam pewne podejrzenie, że zastanawia się, gdzie byłaby Rosja, gdyby nie rewolucja październikowa. Wiem, że Krzysztof Warlikowski też  chciałby wiedzieć, jaka byłaby współczesna Polska, gdyby nie rok 1939 .

Aktorzy. Spektakl Litwina to mieszanka filmowych efektów.  Aktorzy maja na sobie stroje współczesne, ale wystylizowane na lata 30. Rosja hollywoodzka. Tak jakby nie było tam rewolucji. Tylko modernizm. Doktor Astrow prezentuje się w długim płaszczu z kapturem i w kapeluszu z rondem,  jak Indiana Jones. Gra go Władimir Wdowiczenkow, dorodny aktor o męskiej,  mocnej urodzie. Ilia Tielegin, który pomaga prowadzić gospodarstwo Soni i Iwanowi, ma melonik Chaplina. I ten aktor o niesłychanej sile komicznej wykonuje od czasu do czasu coś w rodzaju chaplinowskiej pantomimy. Patrząc na niego myślałem o Tadeuszu Fijewskim. Maria Wojnicka, matka „wujaszka Wani”, przypomina nowoczesną kobietę z awangardowych filmów radzieckich z lat 20. Aleksander Sieriebriakow (Władimir Simonow), profesor, mąż o wiele lat młodszej od niego Heleny (Anna Dubrowskaja), jest współczesny i „nowoczesny”, jak profesorowie z polskich filmów z lat 60. ( przypomnijcie sobie Andrzeja Szalawskiego w roli profesora-ortopedy z filmu „Człowiek z M-3)”.

Iwan Wojnicki (Siergiej Makowieckij), czyli „wujaszek Wania”, jest sam w sobie, nie gra żadnej filmowej postaci. Ten „wujaszek” wzrusza swoją bezradnością.

Anna Dubrowskaja w roli Heleny

Helenę  gra urodziwa  Anna Dubrowskaja. Helena też wzrusza , podobnie jak Sonia (Maria Berdinskich),  kobieta-dziecko, jakby przeniesiona z filmów radzieckich z lat 60. Zakochana brzydula.  Zabawna jest niania.

Aktorzy grają na wszystkich rejestrach. Pokazują całe instrumentarium. Raz są patetyczni, mówią z emfazą, innym razem są  naturalni, ujmują prostotą. Aktorzy  to najmocniejsza strona spektaklu.

Scenografia. Siedziałem w pierwszym rzędzie więc dokładnie widziałem  stojący na scenie stół stolarski z narzędziami – bohaterowie od czasu do czasu wbijają w ten stół gwoździe różnej grubości – oraz wagę gospodarską. W pewnej chwili na scenę wjeżdża pług na  kółku.  Za oknami salonu-pracowni rozpościera się park, którego pilnuje kamienny lew. Stół i walające się po scenie stróżyny drewna to, jak rozumiem, aluzja wprost do naczelnego problemu Czechowa , że „trzeba pracować, nie siedzieć z założonymi rękami”. Kiedy „wujaszek” po raz pierwszy zjawia się na scenie ma owe stróżyny we włosach. I na marynarce.

Muzyka. Przypomina mi filmową z „Ojca chrzestnego”. Jest efektowna, ale czasami  monotonna, podkręca spektakl, albo też za bardzo dźwięczy.

Idee. Minęło 110 Lat odkąd Czechow napisał swoją sztukę w której wszyscy bohaterowie zakochani są we wszystkich. Proekologiczne proroctwo Czechowa się wypełniło. Planeta jest ogołocona z lasów. Ziemia stepowieje. Morza zatrute. Giną różne gatunki zwierząt.  Próżniacy eksploatują pracowitych.  A starzy celebryci nadal żenią się z młodymi kobietami.

Lubię wspomnienie o Czechowie, zafascynowanego nim pisarza Iwana Bunina. „Mało sypiał, mało jadł, bardzo lubił porządek”- napisał Bunin o swoim mistrzu. Też tak bym chciał.

Wujaszek Wania”. Państwowy Akademicki Teatr im. Jewgienija Wachtangowa Moskwa-Rosja. Reżyseria Rimas Tuminas, scenografia, kostiumy Adomas Jacovskis, muzyka Faustas Latenas. Występują: Maria Berdinskich, Anna Dubrowskaja, Artur Iwanow, Siergiej Jepiszew, Galina Konowałowa, Jurij Kraskow, Jewgienia Kregżde, Siergej Makovieckij, Ludmiła Maksakowa, Władimir Simonow, Władimir Wdowiczenkow.

17 maj 2010

Jeśli pod posadzką fromborskiej katedry  rzeczywiście odnaleziono szczątki Kopernika, to astronom do końca życia zachował zdrowe zęby. Jeśli to on. Michał Juszczakiewicz autor filmu „Tajemnica grobu Kopernika” nie rozstrzyga tej kwestii. On tylko towarzyszył ze swoją kamerą szwedzkim i polskim naukowcom. Pokaz filmu Juszczakiewicza zamykał Międzynarodową  Noc Muzeów na zamku w Olsztynie.

Kopernik z „De revolutionibus”, pocztówka z lat 30. XX wieku

Juszczakiewicz zrobił dokument  chwilami przypominający  film kryminalny o poszukiwaniu grobu astronoma we Fromborku. Towarzyszył z kamerą archeologom, antropologom, biologom. Był przy odsłanianiu kolejnych warstw posadzki w katedrze, zaglądał do  krypt świątyni i do laboratoriów w Polsce i Szwecji. Dzięki jego inicjatywie, bo sam się zgłosił do Fromborka z propozycją, że będzie dokumentował całe przedsięwzięcie, możemy uczestniczyć w tych poszukiwaniach  i wyrobić sobie własny pogląd na całą sprawę.

Film pokazuje co jeszcze trzeba zrobić. Należy porównać DNA krewnych Kopernika – żyjących lub umarłych –  z DNA pobranym ze szczątków znalezionych we Fromborku, w tym z pięknych zębów. Prace genealogiczne należy kontynuować poza granicami Polski. Trzeba dokończyć poszukiwania  w podziemiach katedry fromborskiej.

Film Juszczakiewicza rozbudza zainteresowanie Kopernikiem. Jest też świetną reklamą książki olsztyńskiego historyka dr. Jerzego Sikorskiego „Prywatne życie Kopernika”. W  dokumencie widać pasję i fascynację reżysera tematem.

Ale Międzynarodowa Noc Muzeów była również okazją do obejrzenia prawdziwych skarbów olsztyńskich archiwów i bibliotek. Na wystawie – eksponowane są jeszcze przez tydzień – jedyne znajdujące się Polsce rękopisy Kopernika czyli Coppernica, bo tak pan Mikołaj się podpisywał.  Jest pierwsze wydanie „De revolutionibus”, które autor zdążył jeszcze zobaczyć przed śmiercią, a które było w bibliotece Albrechta Hohenzollerna, ostatniego wielkiego mistrza krzyżackiego i pierwszego księcia Prus. Księgę, co czyni bardzo rzadko, wypożyczyła Olsztynowi biblioteka UMK w Toruniu. Jest też na wystawie – wśród innych wspaniałych ksiąg – Atlas Klaudiusza Ptolemeusza. Należał kiedyś do biblioteki kolegiaty dobromiejskiej i zaświadcza o dawnym bogactwie Warmii.

Atlas Ptolemeusza otwarty jest na mapie ówczesnego  świata, tak jak widzieli go Grecy w 15o roku. Obraz Europy niewiele różni się od tego, jaki znamy ze współczesnych atlasów, a przecież starożytni  kartografowie nie posługiwali się zdjęciami satelitarnymi. Warto na tę mapę popatrzyć. Uczy pokory.

14 maj 2010

Entuzjaści wrócili. Warmińska Inicjatywa Filmowa przedstawi w dniach od 17 do 21 maja swoje dokonania w kamienicy Naujacka a potem ruszy w objazd po gminach wokół Olsztyna. Ze swoimi dokumentami i fabułami.

Katalog wystawy „Entuzjaści” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie

Pojawienie się Warmińskiej Inicjatywy Filmowej obudziło moje filmowe wspomnienia. Nazywam ich entuzjastami, tak jak nazwała nas Marysia Lewandowska i Neil Cummings. Nas: mnie, moich kolegów, którzy eksperymentowali z filmem w latach 70.  Ale po kolei. Lewandowska i Cummings – artyści z Wielkiej Brytanii zainteresowali się produkcją amatorskich klubów filmowych w Polsce w latach 50.-70. Potraktowali tę twórczość  jako fenomen socjologiczno- artystyczny. Marysia odwiedziła Olsztyn. Niestety nie doszło do naszego spotkania. W każdym razie z archiwum dawnego Amatorskiego Klubu Filmowego „Grunwald”, który działał przy Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie na ul. Parkowej 1 (obecnie CEiIK) wybrała kilka filmów w tym animację, którą zrobiliśmy z Krzysztofem Janickim w 1977 roku. Film nosi tytuł „Razem”. Był nagradzany i znany w środowisku ludzi zajmujących się wówczas animacją, a teraz niespodziewanie wychynął z Internetu, dzięki Lewandowskiej i Cummingsowi.

W 2004 roku w Centrum Sztuki Wspólczesnej w Zamku Ujazdowskim w Warszawie Marysia Lewandowska i Neil Cummings zorganizowali wystawę „Entuzjaści  z amatorskich klubów filmowych”. I tam zaprezentowali  filmy, nie tylko z Olsztyna, ale z Katowic, Krakowa, Warszawy, Poznania, Torunia  i innych miast, gdzie działały kluby filmowe. W Internecie  jest strona „Entuzjaści-Enthusiasts” i każdy może zapoznać się z tym projektem i filmami. Ukazała się też książka-katalog z wystawy.

Neil Cummings tłumaczy dlaczego zainteresowały go te archiwalne taśmy: ”Etuzjasta często działa  poza oficjalną sferą kultury i jej wytworami, przyjmując kontrkulturową taktykę oporu i krytyki”.

Kto chciałby lepiej zrozumieć to zjawisko, temu polecam „Amatora” Krzysztofa Kieślowskiego. Przedpremierowy pokaz tego filmu odbył się w 1979 roku w Olsztynie, na Parkowej 1, zresztą z udziałem reżysera. Po pokazie Kieślowski wsiadł do malucha i odjechał do Warszawy. Ale to już inna historia. Ja cieszę się, że entuzjaści wrócili.

PS. Kto chciałby się czegoś więcej dowiedzieć o filmach z AKF „Grunwald”, musi sięgnąć do bardzo grubej, mającej prawie tysiąc stron książki pod tytułem „Olsztyn. Kultura i nauka 1945-2005″. Jest tam  rozdział „Olsztyn filmowy”. Polecam.

03 maj 2010

Toruń jest bardzo filmowy. Przekonałem się o tym odwiedzając miasto rodzinne Kopernika w pierwszy majowy weekend. Nie byłem w nim parę dobrych lat. Kiedy więc naoglądałem się zabytków i nowych budowli, pomników i fontann, poszedłem zobaczyć jak mają się nad Wisłą przybytki X Muzy.

„Nasze kino” na Podmurnej 14 w Toruniu

Najpierw sprawdziłem czy istnieje „Nasze kino” na Podmurnej 14. Kiedyś przypadło mi do gustu, bo lubię kameralne sale (ta ma 75 miejsc). Mało tego że jest: wyświetlają film „Kocham kino”, którego nie zdążyłem obejrzeć w Olsztynie. Wiadomo, że chodzenie do kina w pojedynkę  jest jak picie do lustra. Poszedłem więc na „Kocham kino” z kolegą. Zachęciło nas, że bilet na dwie osoby jest tańszy, kosztuje 19 złotych. Bilet na jednego widza trzynaście złotych.

„Kocham kino” to składanka 34 etiud największych współczesnych reżyserów. Powstał na 60. lecie festiwalu w Cannes. Miał swoją premierę trzy lata temu, ale dopiero teraz trafił na polskie ekrany. Co tu dużo opowiadać, kto kocha kino powinien film zobaczyć. Polecałbym szczególnie młodzieży, która chce zająć się na poważnie kinematografią.

Etiudy mistrzów są w różnej tonacji: od zupełnie poważnych, do całkiem żartobliwych. Są  jak błyskotliwie opowiedziane dowcipy (na przykład „Kino erotyczne” Romana Polańskiego). Dla każdego coś miłego . Najstarszy aktywny reżyser filmowy na świecie Portugalczyk Manoel de Oliveira zrekonstruował  jedyne spotkanie Chruszczowa z papieżem Janem XXIII ( w roli Chruszczowa Michel Piccoli). Jeanne Moreau wspomina Marcello Mastroianniego… Są Chińczycy, przepiękne Iranki, Amerykanie i w tym wszystkim przedwojenna Warszawa i fragment pierwszego polskiego filmu w języku jidysz z 1937 roku, pod tytułem „Dybuk”

Odwiedziłem też Centrum Sztuki Współczesnej zaprojektowane przez wrocławskiego architekta Edwarda Lacha. Otwarto je dwa lata temu. To kawałek bardzo porządnej architektury w pobliżu rynku, świetnie wpasowanej w toruński gotyk, pruski neogotyk, ale i przedwojenną architekturę modernistyczną. Toruń był przed wojną stolicą województwa pomorskiego z dostępem do morza, niby każdy to wie, ale zapomina.

W CSW jest mnóstwo przyjaznej przestrzeni, ale też dobrze zaopatrzony sklepik z książkami o sztuce. Kupiłem w nim między innymi wspomnienia reżysera Volkera Schlöndorffa „Światło, cień i ruch”. Jest też kino. Zobaczyłem w nim „Nic osobistego”- debiut Urszuli Antoniak -  Polki mieszkającej w Holandii.

W tym filmie niby nie ma nic oryginalnego, są prawdy w rodzaju: spieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą, albo: człowiek jest samotną wyspą. Ja widzę w nim pean na temat uważności życia. Ale też pochwałę kultury: życia, jedzenia… Bohaterowie filmu nigdy nie są samotni – choć może są osamotnieni – bo wyrośli i ciągle żyją w kulturze europejskiej. Ale też mają w sobie coś, co jest bliskie ludziom z naszej części Europy. Ironię. Na pytanie dziennikarza „Jaki typowy dla siebie motyw zawarty w tym filmie chciałaby Pani rozwijać w przyszłości?” Urszula Antoniak odpowiada: Zakorzenioną w środkowoeuropejskiej tradycji ironię, jako ton, lecz nie jako temat.  Ironia jest dla mnie solą życia i jego największą mądrością”.

A teraz będzie retrospekcja.

Dawno, dawno temu, to było jeszcze przed premierą „Rejsu”, spotkał się z nami, czyli studentami UMK,  w stołówce akademickiej Marek Piwowski.  Reżyser przywiózł ze sobą taśmę z filmem „Korkociąg”. Po spotkaniu  zaproponowaliśmy Piwowskiemu, że pójdziemy na Stare Miasto do kina „Orzeł”, uprosimy operatora, żeby nam film wyświetlił. Była już późna pora, kończył się ostatni wieczorny seans. Być może przekonały operatora zebrane do czapki drobniaki, lub zwyczajnie kochał kino, czyli swoją pracę, w każdym razie wyświetlił bez żadnych ceregieli nam i reżyserowi „Korkociąg”.

Budynek  po dawnym kinie „Orzeł” w Toruniu – do wynajęcia

I oto spacerując po Toruniu zobaczyłem wywieszkę, że lokal kina jest do wynajęcia. Mam do  „Orła” sentyment nie tylko ze względu na Piwowskiego. Przed wojną kino nosiło nazwę „AS”. I wtedy chodził do niego mój tato na filmy kowbojskie w których grał Tom Mix.

Jedno  więc kino w Toruniu upada, ale zaraz rodzi się następne, kino na Podmurnej. I następne w Centrum Sztuki Współczesnej. Kochają kino w Toruniu. I wcale to co piszę nie zakrawa na ironię. Nawet stawiają pomniki filmom. Sfotografowałem pomnik filmu „Prawo i pięść” na Nowym Rynku. Tam właśnie ten film powstał.

Pomnik filmu „Prawo i pięść” na Nowym Rynku w Toruniu

21 kwi 2010

Aktorzy gdakają jak kury i rżą jak konie. Malują swoje ciało pisakami i oblewają farbą. Obnażają  się. Upadają na podłogę. Mam nadzieję, że nie ranią się boleśnie.  Są ofiarni i pełni poświęcenia. Aktorzy są bez zarzutu: Milena Gauer, Grzegorz Gromek, Grzegorz Sowa.

Milena Gauer i Grzegorz Gromek  fot.Teatr Stefana Jaracza w Olsztynie

Ten rodzaj ekspresji znałem dotąd z  teatru alternatywnego, czy studenckiego. Premiera sztuki „Noże w kurach” na scenie kameralnej Stefana Jaracza w Olsztynie dowodzi, że również w teatrze repertuarowym jest miejsce na eksperyment  .

Autor David Harrower, rocznik 1966 jest Szkotem. Ma na swoim koncie siedem sztuk i drugie tyle  adaptacji na potrzeby sceny. Tłumaczy Brechta. Autor zna się na teatrze. Ale „Noże w kurach” to jego debiut sprzed trzynastu lat. Można powiedzieć : rozpoznanie sceny bojem, żeby nie użyć określenia, wprawka.

„Noże w kurach” to historia wiejskiego trójkąta: chłop, jego żona i młynarz. Harrower maluje postaci grubą krechą. Jakby  rozwijał taśmę z  socrealistycznym  filmem. Być może to „brechtowskie ukąszenie” dramaturga, albo po prostu próba warsztatowa.

Młynarz (Grzegorz Sowa)  to prawie inteligent. Nie pracuje tak ciężko jak chłop (Grzegorz Gromek) i jego żona (Milena Gauer). Ci dwoje nie pracują , oni tyrają.  Ale na tym koniec z Brechtem i socrealizmem. Zaczyna się gramatyka. Rozbiór gramatyczny w teatrze. Feminizmem lekko podszyty. Człowiek w moim  wieku jest wyczulony na różne – izmy, choć przyznaję się do związków z konceptualizmem, ale na podchwytliwe pytanie ze sceny:  czy  kobieta jest polem do orania? odpowiadam nie, nie jest. Ale wiem, że potrafi  tyrać jak koń , albo wół. Choć znam mężczyzn, być może jest ich mniejszość, którzy też tyrają.

Młodą reżyserkę Weronikę Szczawińską (rocznik 1981) pewnie dziwią moje skojarzenia z Brechtem i filmami  z lat 50. Jej  „Noże w kurach”  według Harrowera niewiele mają wspólnego z tradycyjnym teatrem. Oglądając spektakl czułem się jakbym siedział w laboratorium, gdzie bada się możliwości  języka, ale i przy okazji  wytrzymałość widza. Czytałem wiele pochlebnych opinii o jej „Zemście”, gdzie komedię Fredry  Szczawińska „rozebrała” na kawałki a potem je ponownie złożyła. Mam wrażenie, że w olsztyńskim przedstawieniu  mamy do czynienia z podobną metodą. Spektakl  jest modelem do składania, który musimy samemu złożyć w swojej głowie. Tylko gdzie w tym wszystkim magia i sentyment? Brak.

Older Posts »
Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.