02 wrz 2010

Jakie są wiersze miłosne 22-latki, która zna książki Elfriede Jelinek a jeszcze na dodatek jest anglistką uczącą się hiszpańskiego? Jej wiersze są kompetentne językowo i erudycyjne. Czułem radość słuchając zręcznych wersów w rodzaju: „ciało, gdy je odkryć, piekli się w pianie”.

Przed chwilą zakończył się wieczór autorski Natali Malek. W Antykwariacie Izy Walesiak promowała swoje „Pracowite popołudnia”. Jej debiutancki tomik ukazał się w Warszawie nakładem Staromiejskiego Domu Kultury. Powyższy cytat pochodzi z wiersza „Para-filia”. Spotkanie prowadził Michał Krawiel.

Autorka sprowokowana przez jednego z uczestników wieczoru pytaniem: skąd wzięło się u niej nienajlepsze zdanie o ludziach odpowiedziała, że jej pisanie bierze się z nieufności, iż woli pisać, niż mówić. W pewnej chwili dyskusja zaczęła dotyczyć kwestii dostępu kobiet do literatury. Poetka zadała retoryczne pytanie: – Może generalnie kobieta nie może być kolegą , bo nie wypije takiego morza alkoholu? To zdanie dotyczyło tzw. kolesiostwa w literaturze. Bohaterka wieczoru przyznała , że nie cierpi literackiej krytyki feministycznej. Uważa jednak, że feminizm jest niezbędny do życia.

To już drugie spotkanie literackie w Antykwariacie Izy Walesiak na ul. Skłodowskiej-Curie. Uczestnicy zwołują się na Facebooku. Ten przychodzi, kto jest zaproszony. Zwykle kilkanaście osób. Siadają na ziemi, na stosach książek. Pośród półek z książkami. Młodzi wrażliwi ludzie. To miejsce robi się modne.

01 wrz 2010

Jeśli książki mają wpływ na życie, oto jedna z nich: „Dancing w kwaterze Hitlera” Andrzeja Brychta. Dzięki niej zainteresowałem się literaturą.

Brycht był pierwszym prawdziwym pisarzem jakiego zobaczyłem na własne oczy. Chodziłem wtedy do III LO. Brycht przyjechał na spotkanie autorskie do Olsztyna, jedno z wielu, które wtedy odbywał. Chciałem zobaczyć pisarza, który napisał „Dancing w kwaterze Hitlera”. Książka zrobił na mnie duże wrażenie, do tego stopnia, że spory fragment  opowiadania, zaczynający się od słów: ”W basenie Ewy Braun stała woda zielona, z grubą skorupą rzęsy i żabiego skrzeku” (cytuję z pamięci) mówiłem na konkursie recytatorskim. Już nie pamiętam czy spytałem Brychta o cokolwiek. Może i spytałem, a może tylko chciałem spytać kiedy napisze książkę o Wietnamie. Wiedziałem, że tam pojechal by napisać reportaż z wojny.

Po raz pierwszy usłyszałem wtedy kogoś kto mówił w sposób prosty i naturalny o pisarstwie jako procesie twórczym, codziennym zajęciu, czy nawet manii. I nie było to romantyczne podejście z jakim spotykałem się do tej pory na lekcjach polskiego. Potem zobaczyłem ekranizację filmu i podobali mi się młodzi aktorzy, a szczególnie zachwycałem się piękną Mają Wodecką. Z biegiem lat moja fascynacja tamtą książką osłabła, choć nadal pamiętam muzyczną frazę zdań. Nie wiedziałem też jak potoczyły się losy Brychta po wyjeździe z Polski. Minęło tyle lat od tamtych czasów i oto teraz wróciły mi one dzięki książce Henryka Dasko „Odlot malowanego ptaka”.

Dasko zmarł cztery lata temu. Emigrant z 1968 roku napisał o pisarzach – emigrantach. Brychcie, Kosińskim, Tyrmandzie i Nabokovie. Dasko jest sprawiedliwy. Stara się zrozumieć swoich bohaterów i pisze o nich z sympatią. Przejmujący portret Andrzeja Brychta, który w Kanadzie przeżył 26 lat, pracując między innymi jako kierowca autobusu, i nie doszedł już nigdy do swojej formy pisarskiej, jest najważniejszym fragmentem książki.

A teraz niedawno wychynął mi znów Zdzisław Maklakiewicz z filmowego  „Dancingu” na Youtube. Maklakiewicz mówiący Brychtem.

24 sie 2010

Jak pisał klasyk „ lata złote nogi/już się szykują do drogi.” W  tym roku nie odpuszczam lata. Pływałem żabką w mazurskich jeziorach. Ostatnio rowerem wodnym po Krzywym .  Znów żabką w  Skandzie. I w Kortowskim. Postanowiłem też poszukać wspomnień nad Krzywym. Poczułem tam wiatr od morza.

Nie lubię chodzić nad wodę sam. W góry jak najbardziej. Ale nad wodą zawsze szukam towarzystwa rodziny, kolegów i koleżanek. Kiedy byliśmy ze znajomą na przystani „Warmia” zobaczyłem tam portret Krystyny Eisele jako komandora Yacht Klubu. Krysia była jedną z najważniejszych osób olsztyńskiego żeglarstwa. Sześć lat temu, jak to mówią żeglarze, odeszła na wieczną wachtę. Kulturalna pani. Lwowianka.  Była moją pierwszą szefową w „Gazecie Olsztyńskiej”. Kiedyś spytałem ją czy wybrałaby się sama w dłuższy rejs.  –  Nigdy, odpowiedziała mi. – Cała przyjemność żeglowania polega na tym by ją przeżywać z kimś, by dzielić się natychmiast wrażeniami…

Oczywiście są samotni żeglarze , którzy opływają świat, ale pani Krystynie najbardziej odpowiadał ten „wspólnotowy” aspekt  żeglowania.

Chodząc po przystani „Warmii” poczułem w pewnej chwili  wiatr od morza. Tu były przecież początki olsztyńskiego wielkiego żeglowania.

Odwiedziliśmy też plażę miejską i główne jej molo. Latem to centralny plac Olsztyna. Kto tego nie rozumie , ten kiep.

Gdy masz w nozdrzach zapach wody i czujesz pod bosymi stopami deski pomostów — wiesz że żyjesz.

I pointa. Jestem szczęśliwym posiadaczem grubego tomu „Stany Zjednoczone w literaturze”. To amerykański podręcznik szkolny z wypisami.  Może kiedyś poświęcę tej książce więcej miejsca, bo na to zasługuje. Wśród jej wspaniałych ilustracji  wiele jest rycin i fotografii żaglowców, widoków mórz, rzek, jezior  i strug.  Jeden z rozdziałów poświęcony jest Melvillowi i jego „Moby Dickowi”.


07 sie 2010

Znajomy mówi : – Napisz o księgarni na Zatorzu. To niebywałe. Był tam sklep z gorzałką, a teraz księgarnia… Wiem, już miałem kilka razy o tym napisać. Wracając wczoraj autobusem z Tracka wysiadłem na przystanku Jagiellońska. Ulica Jagiellońska to tętnica Zatorza. Mój Montmartre.

Byłem świeżo po „Incepcji” Nolana. A w tym filmie jeden z wątków to powrót do dzieciństwa. Całkiem jak  u Wellesa w „Obywatelu Kane”. U Wellsa była różyczka, u Nolana  jest wiatraczek. Spacerując Jagiellońską myślałem o mojej pobliskiej ulicy Kasprowicza, po której biegałem w dzieciństwie. A wiatraczek? W szkolnym budynku przy Kasprowicza, gdzie mieszkaliśmy, było ogrzewanie parowe ( to jakaś tradycja rodzinna, bo u mojego pradziadka w Częstochowie była winda na parę). Kilkakrotnie oparzyłem się jako dziecko o kaloryfer, ale pięknie kręcił się nad nim wiatraczek w strugach gorącego powietrza.

I jeszcze o Wellesie. Miałem okazję rozmawiać z Irvinem Kershnerem, reżyserem piątej części „Gwiezdnych wojen”- „Imperium kontratakuje”. Ma on korzenie polskie i jest jednym z wielu potomków emigrantów z Europy Wschodniej, którzy całe lata nadawali ton w Hollywood. Spytałem Kershnera o Wellesa. Z wielką atencją mówił o twórcy „Obywatela Kane”.

Na Zatorzu księgarnia połączona ze sklepem papierniczym mieściła się w zbudowanym w połowie lat 50. budynku na rogu ulic Żeromskiego i Jagiellońskiej. W niej zaopatrywałem się w stalówki i atrament. I w książki , które wystawione były w witrynie od strony Żeromskiego. Tam kupiłem „Pociągi pod specjalnym nadzorem” Hrabala. Dostałem od taty dziesięć złotych na tę książkę. Mam „Pociągi” Hrabala do tej pory. Z ilustracjami Henryka Tomaszewskiego (poniżej).

Budynek na parterze którego mieściła się księgarnia, długo stał nieotynkowany, ba, pamiętam kiedy go w ogóle nie było, w tym miejscu znajdował się placyk ze schodkami, jako pozostałością po spalonym domu. Księgarnia przetrwała  burze dziejowe, ale niedawno przestała istnieć. I teraz, na tej samej ulicy, tylko pod innym numerem, powstała nowa.

Na Jagiellońskiej teraz nie dość, że znów można kupić książki , to zlokalizowane są na niej dwa sklepy z antykami, jak na jakimś Montmartre.  Zatorzańska ulica nie jest wprawdzie położona na wzgórzu, jak słynna dzielnica paryskich artystów, ale charakteryzuje się sporym spadkiem, jest spadzista , albo „spadzita” , jak mówi mój znajomy ze Śląska.


Na paryskim Montmartre mieszkał Picasso. Naszym Picasso jest  przedwcześnie zmarły Henryk Mączkowski (1936-1973), rodowity przedwojenny olsztyniak, który miał pracownię  nad dawnym „Samem” na ulicy Limanowskiego. Wcześniej malował w niej jego nauczyciel, przybyły z Wilna, Jan Ilkiewicz (1916-1969).

Idąc w dół Jagiellońską zaglądam na ulicę Żeromskiego, gdzie mieszkał Ilkiewicz z żoną i córką . Do pracowni nie miał daleko. Ilkiewicz malował jednego z moich sąsiadów z Kasprowicza, sędziwego kolejarza z sumiastymi wąsami.

Szedłem więc pogrążony we wspomnieniach dalej ulicą Jagiellońską, mijałem puste lokale po zamkniętych zakładach rzemieślniczych . I u wylotu ulicy w stronę Alei Wojska  Polskiego, tej aorty Zatorza, zajrzałem na podwórko domu, który powstawał na moich oczach .W bramie wypatrzyłem tablicę upamiętniającą budowniczych tego domu. Wiem, że dla konserwatorów zabytków 55 lat to mało, ale myślę warto o niej pamiętać. To historia olsztyńskiego Montmartre.


27 lip 2010

Kasztanowce na ulicy Limanowskiego śnią się ludziom, którzy przed laty wyjechali z Olsztyna. Ostatnio pospacerowałem po ulicy Kopernika, która jest jeszcze całkiem ładnym kawałkiem dawnego miasta. I to nie byle jakim – z przebiciem na Królewiec, Malbork , Lwów i trochę Krakowa.

Bo jak się dobrze przyjrzeć Olsztynowi, to wyglądają z niego inne miasta.

Ulica Kopernika ( przed wojna też nosiła imię astronoma ) jest nadal zadrzewiona. Jej dominantą jest kościół Serca Jezusowego zaprojektowany przez królewieckiego architekta Fritza Heitmanna. Górna część wieży z czterema wieżyczkami wokół iglicy i galeryjką widokową naśladuje wieżę kaplicy zamkowej w Królewcu. Oryginał nie istnieje, bo niewiele zostało ze starej architektury Królewca po alianckich bombardowaniach Starego Miasta, ale olsztyńska kopia ma się dobrze.

Mamy więc przebicie z ulicy Kopernika do samego Królewca. Ale mamy też tam przebicie do Malborka. Bo królewiecki architekt nawiązuje – o czym pisze Andrzej Rzempołuch w „Architekturze i urbanistyce Olsztyna 1353-1953”- do rozwiązań z krzyżackiego zamku w Malborku. Ale nieocenionemu dr. Mieczysławowi Orłowiczowi , autorowi  „Ilustrowanego przewodnika po Mazurach Pruskich i Warmii” kościół Serca Jezusowego przypominał kościół św. Elżbiety we Lwowie. Ten znany krajoznawca zwracał uwagę, że najwyższa wieża kościoła Serca Jezusowego ma 83 metry, jest więc o dwa metry wyższa od wieży kościoła Mariackiego w Krakowie. Jest więc przebicie i na Kraków.

Spacerując po Olsztynie spotykam miejsca, które nie mają szczęścia, jak ta parcela po kinie „Kopernik”, z którego zostały ruiny niczym pozostałości z jakiegoś Wilczego Szańca.

 

Są miejsca , które ulegają przeróbce jak dawny „Dukat”, ale i takie widoki, które są bez zmian od co najmniej 60 lat, jak ten na ratusz od strony Starego Miasta. 

17 lip 2010

Poprzedni mój wpis skomentowała Ewa, która przyjechała do Olsztyna z Niemiec na spotkanie swojej klasy ze Szkoły Podstawowej nr 6. Minęliśmy się, nie było mnie w tym czasie w mieście.

Ewa tęskni do niegdysiejszego smaku Olsztyna, „ciepło-zimnego”, warmińsko-wileńskiego.

Polecam komentarz Ewy. Podkreśla w nim wagę indywidualizmu. Ja też chciałbym, żeby moje miasto było wyjątkowe, jedyne w świecie. Niepodobne do innych. By miało swój oryginalny smak.


W czasach mojego dzieciństwa miasto było zielone. Aleja Wojska Polskiego była cienistą aleją. Brakuje mi na niej drzew, tak jak na ulicy Dąbrowszczaków i ulicy Limanowskiego. Dawały cień w takie gorące dni, jak tego lata. Ktoś kto zamieszkał w  naszym mieście niedawno, czy nawet 20 lat temu, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Cień drzewa w centrum miasta.

Byliśmy z kolegą ze szkoły ( tego lata szukam wspomnień) nad Jeziorem Krzywym. Droga do plaży wydepilowana z drzew, robi jak najgorsze wrażenie. Jedynie pomost ratuje honor starej plaży. Wspominaliśmy film „Kochajmy syrenki” z Bogdanem Łazuką i Jackiem Fedorowiczem.

Na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku pół Olsztyna wyległo nad Jezioro Krzywe, gdzie powstawały zdjęcia do tej komedii. Dziś już tylko na czarno-białych kadrach można zobaczyć drewniany pawilon  z charakterystycznym kołem sterowym. Warto by kiedyś zrobić album, kopiując klatka po klatce, olsztyńskie sceny tego filmu, który jest staroświecką ramotą, ale przy okazji dokumentuje urodę olsztynianek.


Na koncercie Joe Walkera spotkałem wielu mocno dorosłych fanów, w tym z mojej klasy. Walker śpiewał  o Hendrixie. Pamiętam dobrze dzień , w którym umarł Jimi. Jechaliśmy z Andrzejem K. ( też był na koncercie Walkera) w odwiedziny do koleżanki  mieszkającej w Ostródzie. W pewnej chwili do naszego przedziału wpadł długowłosy chłopak z radiem tranzystorowym przy uchu i dosłownie zawył z rozpaczy: – Jimi nie żyje… Wiedzieliśmy o kogo chodzi, bo wtedy był  jedyny Jimi na świecie. Zdarzyło się to 18 września 1970 roku. Kąpaliśmy się potem w Jeziorze Drwęckim, bo wrzesień był wtedy  gorący, choć dawały się we znaki kłopoty w zaopatrzeniu. Mamie naszej koleżanki bardzo było przykro, że do ziemniaków ma tylko konserwę tyrolską. Nam to nie przeszkadzało, byliśmy młodzi, a koleżanka urodziwa. A zsiadłe mleko , które też piliśmy do obiadu było dobrze schłodzone i przyjemnie kwaskowe.


Walker w amfiteatrze im. Niemena ( powinienem napisać Cześka, bo przecież dla nas   był Cześkiem, a nie żadnym Niemenem) wspominał więc Hendrixa. I tam wypatrzyła mnie Ewa.  Zaraz  dostrzegłem też jej siostrę bliźniaczkę Ankę, która przyszła na koncert z mężem. Anka przyjechała z Kalifornii , Ewa z Niemiec, w których pracuje i zarazem z Holandii, w której mieszka. Chodziliśmy do jednej klasy.

Staram się policzyć, kto wyjechał z mojego rodzinnego Olsztyna za granicę, ile ładnych dziewczyn, ilu fajnych chłopaków z mojego pokolenia. Z podstawówki, a chodziłem do piątki, pierwszy wyjechał  Jurek do Niemiec (RFN), potem Róża  do Izraela, mój kolega z ławki, Zbyszek, do Ameryki, z gomułkowskiej Polski prosto na Manhattan. Po maturze nasze cztery koleżanki z liceum znalazły mężów w szerokim świecie. Myślę o tych pięknych dziewczynach  z ulicy Kasprowicza, które wyjechały do Australii, Kanady, Niemiec… A z ulicy Limanowskiego ile wyjechało. Pomyślałem sobie teraz, że warto zrobić światowy zjazd olsztyniaków. Ile by mogli nam ciekawego powiedzieć o swoich losach.

Ale znalazłem tego lata dawny smak. Najpierw wsiadłem do szynobusu, który jest XXI wiekiem w sercu Puszczy Piskiej. Szynobus zawiózł mnie do Karwicy Mazurskiej, potem ruszyłem do leśniczówki Pranie. Kustosz Muzeum Gałczyńskiego, poeta Wojciech Kass, pokazał mi znajdujące się po drodze z Prania do Krzyży Jezioro Wesołek.

Nad Wesołkiem panuje cisza pierwotnego uroczyska. Tak jezioro musiało wyglądać sto i więcej lat temu. Torfiasty  grząski brzeg ugina się pod nogami. Spokój. W takich miejscach myśli się o wieczności. Leśną ścieżką dociera się do małego pomostu i po drewnianej  drabince schodzi się do wody, jak do basenu.

Polecam klimatyzowany szynobus i Jezioro Wesołek.

P.S. Szukając dawnego opisu leśniczówki Pranie sięgnąłem po nieocenionego dr. Mieczysława Orłowicza („Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii”, Lwów-Warszawa, 1923). Jest tam niebywałe zdanie o klimacie panującym w prańskiej okolicy: Klimat jest tu wyjątkowo zimny, a wedle zapisów znajdującej się tu stacji meteorologicznej prócz pierwszej połowy sierpnia żaden miesiąc nie jest wolny od mrozów.

Wolę latem upał niż mróz.

01 lip 2010

Obejrzałem polską komedię „Mąż swojej żony”. Wprowadziła mnie w pogodny wakacyjny nastrój. Prosta fabuła o opozycji sportu i wysokiej sztuki. Popularni aktorzy, wpadająca w ucho piosenka, ładne zdjęcia.

W filmie można podziwiać talent i wdzięk zmarłej niedawno Elżbiety Czyżewskiej. Właśnie wdzięk . To słowo dzisiaj zapomniane, wdzięk nie ma nic wspólnego z wdzięczeniem się. Tak jak prostota z prostactwem. Wdzięk to naturalny dar, który otrzymujemy z genami. W kinie bardzo łatwo rozpoznać aktorów, którzy są nim obdarzeni. Miał wdzięk Zbyszek Cybulski, czy przed wojną Eugeniusz Bodo.

Teraz rozumiem starsze pokolenie, które w czasach mojej młodości z zapartym tchem oglądało filmy z Eugeniuszem Bodo i Elżbietą Barszczewską w telewizyjnym programie „W starym kinie”. Polskie komedie z lat 60. oglądam z takim sentymentem, jak moi rodzice przedwojenne kino.

Komedie sprzed pół wieku mają swój czar. Lubię intonację głosu występujących w nich aktorów, powolną, jakby odświętną, śpiewną mowę.

Podobno Czesław Miłosz, kiedy przysłano mu do Kalifornii taśmę z przedstawieniem „Dziadów” Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru był oburzony, tym jak mówią aktorzy. – To nie po polsku – wołał na ten nowy akcent.

W naszych miastach po wojnie wymieszały się języki lokalne i gwary.

Niektórzy czuli obserwatorzy języka polskiego słyszą w mieszance górnośląskiej np. w Gliwicach, wymowę i gwarę lwowska, połączoną ze śląską. W Olsztynie – niestety – całkowicie wyparowała twarda gwara warmińska.

Byłem jako dziecko zafascynowany tym bogactwem, które posiadaliśmy: na przykład na rynku końskim, czy na hali targowej mieszała się twarda wymowa Warmiaków spod Olsztyna, ze śpiewną, którą mówili powojenni osiedleńcy z Wilna i okolic.

Dziś mówimy podobnie, tak jak w telewizji ogólnopolskiej. Czasem komuś wymknie się słówko, które usłyszał w dzieciństwie u babci, czy u kolegi na podwórku. Słówko jak przyprawa i domowy smak.

14 cze 2010

W sobotę słychać było w Praniu  donośny, dźwięczny głos Gałczyńskiego. Z taśmy. Głos jak dzwon. Aż ciarki przeszły mnie po plecach. Pewnie głos poety dotarł do żeglarzy na jeziorze Nidzkim. Zapachniało wakacjami.

Wojciech Kass, gospodarz Muzeum Gałczyńskiego, na scenie  w Praniu

Byłem w Praniu na wernisażu wystawy „Poeci z krainy Nord”. Jej pomysłodawcą  jest gospodarz Muzeum Gałczyńskiego Wojciech Kass. Podoba mi się jego pomysł by zgromadzić autorów różnych pokoleń, związanych miejscem urodzenia z Północą. Po obu stronach prowadzącej do leśniczówki Pranie alei świerkowej, na 25 planszach, wyeksponowano fotograficzne portrety poetów z Warmii, Mazur i Suwalszczyzny, i po jednym wierszu każdego z nich. Aleja świerkowa w Praniu nosi nazwę Alei Nieznanego Poety. Bo tak naprawdę kto zna poetów z „krainy Nord”? Teraz każdy przy okazji odwiedzin u Gałczyńskiego może się z nimi zaznajomić.

Wystawie towarzyszy katalog w postaci pocztówek z portretami i wierszami. Wydawcą katalogu jest Stowarzyszenie Leśniczówka Pranie.. Polska poezja współczesna jest bardzo zróżnicowana. Na wystawie reprezentowane są jej różne nurty: od Leszka Aleksandra Moczulskiego do Kazimierza Brakonieckiego. Czytelnik może sobie spacerować aleją i czytać bez pośpiechu, po kolei, według alfabetu, albo szukając motywów znajomych, wybierać sobie jakiś do kontemplacji, a do innych wrócić po wizycie w leśniczówce. Pełna dowolność.

Autorką czarno-białych zdjęć jest Małgorzata Lebda z Krakowa, również poetka. Bohaterowie fotografii zobaczyli efekt jej pracy dopiero w sobotę. Ocenili pozytywnie. Prof. Zbigniew Chojnowski z UWM i Zbigniew Fałtynowicz z Suwałk omówili krótko twórczość autorów „z krainy Nord”, a potem gospodarz zaprosił publiczność na prańską scenę. Poeci czytali swoje wiersze.  Utwory nieobecnych w Praniu autorów interpretował Łukasz Borkowski, tegoroczny  maturzysta, związany z Praniem od dziecka. Po zakończeniu wszystkich wystąpień publiczność usłyszała archiwalne nagranie z głosem Gałczyńskiego. Oczyszczone z szumów zabrzmiało donośnie i współcześnie. Wcale nie anachronicznie.

Cieszę się, że mogłem poznać osobiście najmłodszych autorów , których znałem tylko z wierszy, które publikowaliśmy na „Stronie z wierszem” „Gazety Olsztyńskiej” –  między innymi Patryka Dziczka z Ornety. Patryk prowadzi w dworku Sierakowskich w Sopocie kawiarnię artystyczną „Młody Byron”. Poznałem też autorów z Suwałk i Augustowa. Z Giżycka przyjechał tryskający energią jak zawsze Wojciech Marek Darski.

Zebrani umówili się już do Prania na 10 lipca – o godz.18.00 w Muzeum Gałczyńskiego wyjątkowa gratka dla miłośników poezji,  wieczór autorski Adama Zagajewskiego.

Wystawa będzie otwarta całe lato. Zachęcam do wizyty w Praniu.

02 cze 2010

Odkąd pamiętam Wojciech  Suświłło sprzedawał książki. Brałem z półki tom, który wypatrzyłem, a on mi go pakował w szary papier. Płaciłem, mówiłem do widzenia i wychodziłem. Przez 40 lat niewiele zamieniliśmy słów.

Gerard pisze do Zinaidy. Otkrytkę ofrankowano na trzy kopiejki gdzieś w imperium. Do Wilna dotarła po jednym dniu, 10 czerwca 1909 roku. Kupiłem pocztówkę z amatorską fotografią sprzed stu lat w antykwariacie „Antokol”.

Wojciech Suświłło przyjechał do Olsztyna z Wilna, w którym urodził się w 1942 roku. Był absolwentem I LO w Olsztynie i polonistki na KUL. Napisał pracę magisterską pod tytułem „Scena polska – pierwsze polskie czasopismo teatrologiczne (próba monografii)” u prof. Ireny Sławińskiej. W czasie studiów działał w akademickim teatrze KUL. Skończył też Studium Kultury Teatralnej, gdzie wykładali między innymi Konstanty Puzyna i Edward Csato.

Po powrocie do Olsztyna współpracował ze studenckim teatrem „Kandelabr” w Kortowie. Z tamtych czasów zachowało się zdjęcie ze sztuki „Fraszkobranie”. Wojciech  Suświłło stoi na jednej nodze, w meloniku na głowie. Jakże różna postać od tej, którą znałem odwiedzając  jego antykwariat przy ul.22 lipca (obecnie  11 listopada). Zwykle siedział przy stole z książką, zatopiony w swoim świecie.

Jeden z bliskich znajomych antykwariusza powiedział, że Wojciech Suświłło czuł się depozytariuszem tych wartości, które jego rodzina przywiozła z Wilna: tradycji romantycznej kultury polskiej. Ewie Mazgal, autorce artykułu „Z Antokola” do Antokola” w „Kalendarzu Olsztyńskim” na 2007 rok, Wojciech Suświłło zwierzył się, że myślał o reżyserii teatralnej. W 1973 roku  wyreżyserował w„Kandelabrze” sztukę Krystyny Miłobęckiej „Serdeczny stary człowiek” .

Okładkę do „Mutacji” zaprojektowała Bożena Jankowska, uczennica prof. Henryka Tomaszewskiego, autorka wielu plakatów nagradzanych w kraju i na świecie.

Pisał wiersze. W antologii młodych poetów olsztyńskich „Mutacje”, która ukazała się w 1976 roku nakładem  wydawnictwa „Pojezierze” i pod redakcją Swietłany Kruk, znajduje się siedem jego utworów. Odwołuje się w nich do tradycji śródziemnomorskiej, tęskni do tamtego pejzażu, jak w wierszu „Italia”: ”Italio, nieraz tak pragnąłem/ gościńców pył kopytkiem zbierać oślim!”.

Jeden z przyjaciół antykwariusza powiedział mi , że Wojciech Suświłło pięknie śpiewał. Ale jego wspaniały baryton mogli  poznać tylko najbliżsi lub zaprzyjaźnieni z nim.

Przez całe lata, kiedy wracałem z redakcji  przez Stare Miasto, nie było dnia, bym nie spojrzał na witrynę antykwariatu Suświłły. Kończyłem mój spacer przed witryną drugiego olsztyńskiego antykwariatu , na ulicy Grunwaldzkiej.

W latach 80. wypatrzyłem u Suświłły album-katalog amerykańskiej fotografki Diane Arbus,  z pierwszej   jej  wystawy w  Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MoMA) w Nowym Jorku, w 1972 roku  .

Album fotografii Diany Arbus z 1972 roku

Chyba w tym samym czasie kupiłem wydany w 1958 roku „Pamiętnik czasów moich” Juliana Ursyna Niemcewicza. Często wracam do tych tytułów i reklamuję je wśród znajomych. Lubię też książkę „Uzdrowiska polskie” z 1932 roku.

Reklamy pensjonatów w Zaleszczykach. U pań Starzyńskiej i Pisarskiej kuchnia wykwintna, na zamówienie dietetyczna. Z „Uzdrowiska polskie”, 1932 rok.

Zaglądam do niej by poczytać  o Truskawcu, Druskiennikach czy Zaleszczykach. U Suświłły odkryłem również przedwojenną pocztówkę z Zaleszczyk, z widokiem na most na Dniestrze, przez który Polacy ewakuowali się do Rumunii, we wrześniu 1939 roku.

Widok Zaleszczyk z mostem na Dniestrze. Lata 30. XX wieku.

By zrobić miejsce na nowe tomy, sprzedawałem stare. Przynosiłem książkę, która mogła zainteresować antykwariusza. On oglądał ją długo. Gdy zdecydował się kupić, prosił o dowód osobisty. Kiedy pierwszy raz to zrobił, jedyne co powiedział, to była uwaga: — Sądziłem, ze pan jest starszy… To było po moim artykule o ulicy Cesarskiej w Olsztynie i o białym tramwaju, który po niej jeździł.

6-7 listopada 1986 roku Wojciech Suświłło zorganizował pierwszą, i jak dotąd jedyną w Olsztynie, aukcję antykwaryczną. Do nieistniejącego już Domu  Środowisk Twórczych zjechało się wielu miłośników starych książek z całej Polski. Tam zobaczyłem pierwsze wydanie pamiętników Niemcewicza i pism hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Manifesty ekscentrycznego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Aukcja była wielkim wydarzeniem kulturalnym, wiele cennych książek, które na niej wystawiono zakupiła Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie.

Do antykwariatu, który prowadził Wojciech Suświłło, a później stał się jego właścicielem, trafiały nie tylko książki, ale i dzieła sztuki, ryciny i obrazy. Najczęściej związane z przedwojennym Wilnem. Nazwę antykwariatu  —„Antokol”  Suświłło wziął od dzielnicy  rodzinnego miasta. Ubolewałem, że w październiku 2007 roku zrezygnował z jego prowadzenia. W tym samym czasie w Gliwicach zamknięto kawiarnię „Przyszepty lwowskie”. Wojciech  Suświłło zmarł w środę 25 maja.

23 maj 2010

W Prusach Królewskich podają świetny chłodnik litewski.  Pojechałem do Torunia, żeby zobaczyć „Wujaszka Wanię” Antoniego Czechowa prosto z Moskwy. Z teatru Wachtangowa. Spektakl wyreżyserował Rimas Tuminas, który jest kierownikiem artystycznym tego teatru.  Chciałem się dowiedzieć, co ten sławny Litwin ma do powiedzenia o rosyjskiej klasyce i o Rosjanach. W sobotę rozpoczął się w mieście rodzinnym Kopernika 20. Międzynarodowy Festiwal Teatralny.

Tuminas jest chłodnym racjonalistą z Północy i wypruł flaki z klasyki  zostawiając sam szkielet. Ale niczego nie dopisał, co u nas jest w modzie. Tuminas pokazuje Rosję bez samowara: europejską, nowoczesną, świadomą swojej siły i urody, a zarazem wątpiącą i pełną słabości. Mam pewne podejrzenie, że zastanawia się, gdzie byłaby Rosja, gdyby nie rewolucja październikowa. Wiem, że Krzysztof Warlikowski też  chciałby wiedzieć, jaka byłaby współczesna Polska, gdyby nie rok 1939 .

Aktorzy. Spektakl Litwina to mieszanka filmowych efektów.  Aktorzy maja na sobie stroje współczesne, ale wystylizowane na lata 30. Rosja hollywoodzka. Tak jakby nie było tam rewolucji. Tylko modernizm. Doktor Astrow prezentuje się w długim płaszczu z kapturem i w kapeluszu z rondem,  jak Indiana Jones. Gra go Władimir Wdowiczenkow, dorodny aktor o męskiej,  mocnej urodzie. Ilia Tielegin, który pomaga prowadzić gospodarstwo Soni i Iwanowi, ma melonik Chaplina. I ten aktor o niesłychanej sile komicznej wykonuje od czasu do czasu coś w rodzaju chaplinowskiej pantomimy. Patrząc na niego myślałem o Tadeuszu Fijewskim. Maria Wojnicka, matka „wujaszka Wani”, przypomina nowoczesną kobietę z awangardowych filmów radzieckich z lat 20. Aleksander Sieriebriakow (Władimir Simonow), profesor, mąż o wiele lat młodszej od niego Heleny (Anna Dubrowskaja), jest współczesny i „nowoczesny”, jak profesorowie z polskich filmów z lat 60. ( przypomnijcie sobie Andrzeja Szalawskiego w roli profesora-ortopedy z filmu „Człowiek z M-3)”.

Iwan Wojnicki (Siergiej Makowieckij), czyli „wujaszek Wania”, jest sam w sobie, nie gra żadnej filmowej postaci. Ten „wujaszek” wzrusza swoją bezradnością.

Anna Dubrowskaja w roli Heleny

Helenę  gra urodziwa  Anna Dubrowskaja. Helena też wzrusza , podobnie jak Sonia (Maria Berdinskich),  kobieta-dziecko, jakby przeniesiona z filmów radzieckich z lat 60. Zakochana brzydula.  Zabawna jest niania.

Aktorzy grają na wszystkich rejestrach. Pokazują całe instrumentarium. Raz są patetyczni, mówią z emfazą, innym razem są  naturalni, ujmują prostotą. Aktorzy  to najmocniejsza strona spektaklu.

Scenografia. Siedziałem w pierwszym rzędzie więc dokładnie widziałem  stojący na scenie stół stolarski z narzędziami – bohaterowie od czasu do czasu wbijają w ten stół gwoździe różnej grubości – oraz wagę gospodarską. W pewnej chwili na scenę wjeżdża pług na  kółku.  Za oknami salonu-pracowni rozpościera się park, którego pilnuje kamienny lew. Stół i walające się po scenie stróżyny drewna to, jak rozumiem, aluzja wprost do naczelnego problemu Czechowa , że „trzeba pracować, nie siedzieć z założonymi rękami”. Kiedy „wujaszek” po raz pierwszy zjawia się na scenie ma owe stróżyny we włosach. I na marynarce.

Muzyka. Przypomina mi filmową z „Ojca chrzestnego”. Jest efektowna, ale czasami  monotonna, podkręca spektakl, albo też za bardzo dźwięczy.

Idee. Minęło 110 Lat odkąd Czechow napisał swoją sztukę w której wszyscy bohaterowie zakochani są we wszystkich. Proekologiczne proroctwo Czechowa się wypełniło. Planeta jest ogołocona z lasów. Ziemia stepowieje. Morza zatrute. Giną różne gatunki zwierząt.  Próżniacy eksploatują pracowitych.  A starzy celebryci nadal żenią się z młodymi kobietami.

Lubię wspomnienie o Czechowie, zafascynowanego nim pisarza Iwana Bunina. „Mało sypiał, mało jadł, bardzo lubił porządek”- napisał Bunin o swoim mistrzu. Też tak bym chciał.

Wujaszek Wania”. Państwowy Akademicki Teatr im. Jewgienija Wachtangowa Moskwa-Rosja. Reżyseria Rimas Tuminas, scenografia, kostiumy Adomas Jacovskis, muzyka Faustas Latenas. Występują: Maria Berdinskich, Anna Dubrowskaja, Artur Iwanow, Siergiej Jepiszew, Galina Konowałowa, Jurij Kraskow, Jewgienia Kregżde, Siergej Makovieckij, Ludmiła Maksakowa, Władimir Simonow, Władimir Wdowiczenkow.

Older Posts »
Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.