14 maj 2012

Sobota. Dlaczego nie jesteśmy Ameryką? Bo tam samouk może zostać kimś, a u nas bez papieru ani rusz. Bert Stern przeszedł do historii fotografii jako autor ostatnich zdjęć Marilyn Monroe. W 1962 roku, na 6 tygodni przed śmiercią aktorki, w ciągu trzech dni zrobił ich w hotelu w Los Angeles prawie 2700. 93 minutowy film dokumentalny „Bert Stern. Prawdziwy madman” traktuje o jego karierze, ale głównie o tamtych dniach, kiedy fotografik nawiązał intymne porozumienie z MM, która pozwoliła mu się sfotografować nago w pościeli.

Pasjonująca jest opowieść o jego życiu. Nie chciał się uczyć. Rzucił szkołę, gdy miał 13 lat, ale słuchał ojca. – Musisz iść do pracy – powiedział Sternowi tata, ale spytał syna o zdanie. Gdzie chciałbyś pracować? –  W lodziarni…

Stern miesza lody i je sprzedaje. Uwielbia to robić. Po trzech latach ojciec mu każe zmienić zajęcie: To nie jest praca na miarę twoich możliwości. Zatrudnij się w banku… Stern trafia na Wall Street. A gdzie fotografia? Dopiero, gdy idzie do wojska. W czasie wojny w Korei  stacjonuje w Tokio i tam zaczyna fotografować.

Życie filmowe w Olsztynie znów mi się podoba, bo jesteśmy w jego centrum mając możliwość oglądania w weekend najlepszych filmów dokumentalnych świata w trakcie Planete+ DOC Film Festival. Nazwa wprawdzie dziwaczna i nie po polsku, ale filmy świetne. Tak na marginesie: zakończony właśnie festiwal polskich filmów fabularnych nosi od tego roku nazwę Gdynia Film Festival.  

W Gdyni Złote Lwy zdobył film „W ciemności” Agnieszki Holland, dzieło cokolwiek męczące. Dla mnie najciekawsze w tej historii jest życie powojenne Leopolda Sochy, który mieszkał w Gliwicach z ocalonymi przez siebie Żydami i wcale nie zginął w 1945 roku, jak dowiadujemy się z napisów końcowych filmu, tylko rok później. Ale to byłby zupełnie inny film i musiałby go zrealizować Kazimierz Kutz.

Wtorek. Jest tyle do czytania. Odrabiam zaległości nocą. Najciekawsze są tygodniki, i jak mówią Rosjanie, „tołstyje żurnały”, czyli miesięczniki i kwartalniki. Świetne są wypowiedzi ludzi filmu. We „Wprost” pierwszy od lat wywiad z Romanem Polańskim. Pytany o polskie kino mówi, że aktorzy w naszych filmach krzyczą. Że tylko Janusz Gajos mówi jak człowiek. Polańskiemu podoba się też, że mniej się w Polsce pije. Na pytanie: co większą rolę odgrywa w życiu – przypadek, czy przeznaczenie odpowiada, że coś między przypadkiem a przeznaczeniem. Między – między.

W „Wysokich Obcasach” kompozytor Abel Korzeniowski, twierdzi, że Polacy są dość depresyjni  i „inni to widzą” – mówi- więc kiedy potrzebna jest melancholia w filmie wytwórnie sięgają po kompozytorów z naszego kraju .

Zastanawiam się czego inne narody w nas nie widzą, a co bez wątpienia mamy.

Świetny nr 74 z 2011 „Kwartalnika filmowego” poświęcony „rzeczom filmowym” a w nim wspomnienia Łukasza Maciejewskiego i Agnieszki Holland o Marii Kornatowskiej. Pamiętam ją z wielu seminariów filmowych. Była ładna i mądra. Wyglądała jak miniaturka Marilyn Monroe. Maciejewski zapamiętał jej przykazanie by pisać recenzje osobiste, w pierwszej osobie. Holland w dowcipnym i ciekawym wspomnieniu napisała, że Maria Kornatowska była niezwykle elegancka i zawsze chodziła w szpilkach. Nawet klapki miała na szpilkach. Wiem, że swój wspaniały księgozbiór przekazała łódzkiej filmówce w której wykładała.

Środa. 9 maja zmarł Andrzeja Czeczot. Jego śmierć obeszła mnie, jak kogoś bliskiego. Na moich oczach odbywała się rewolucja, która doprowadziła do tego, że „grafika z kosza na śmieci”, jak nazwał ją pewien krytyk, trafiła najpierw do pism, a potem do gazet. Andrzej Czeczot i Andrzej Mleczko to tylko  najbardziej sławni rycerze tej rewolucji w naszym kraju. A było ich wielu. Także w Olsztynie.

Przed nimi utrzymywał się w naszym rysunku prasowym styl francuski, elegancki i mający swój urok, ale raczej purytański. Dwaj wymienieni, ma to związek ze zmianami obyczajowymi, nasycili go rubaszną plebejskością i humorem na granicy przyzwoitości. Niektórym krytykom rysunki tej grupy wydawały się cokolwiek koślawe.

Bardzo lubię album z rysunkami Czeczota „IFO. Zidentyfikowane obiekty latające” wydany w 1980 roku w Gdańsku. Autor dedykował tę książkę Stanisławowi Lemowi. Są w niej rysunki, które nadal mnie śmieszą. Nie powiem jakie, bo przecież to głupie opowiadać rysunki.

Pisząc o Czeczocie myślę o całej generacji genialnych grafików i rysowników, którzy – co najtrudniejsze w sztuce – stworzyli swój własny alfabet. Jak Henryk Tomaszewski, właśnie Czeczot czy Roland Topor.

Po nich, tak jak po Stanisławie Lemie powstała kosmiczna pustka, której nic nie zapełni.

Rozmawiałem z Czeczotem 11 lat temu, bo tak się składa, że 10 maja 2001 otwarto wielką wystawę jego rysunków satyrycznych w olsztyńskiej Galerii BWA. Był witalny, pełen wigoru. Wydawało się, że będzie żył ze sto lat.

Czwartek. Na przystanku pewien obywatel, ni stąd, ni zowąd zwrócił się do mnie:- Panie redaktorze. Ma pan słabą marynarkę- i dodał trochę ciszej: –  Stać pana na lepszą… Odpowiedziałem, że jestem do mojej marynarki przywiązany. Jest tak w istocie. Wcale nie uważam jej za najgorszą. Być może z krytykiem mojego odzienia, gdzieś się poznaliśmy. Coraz częściej zdarza mi się, że ktoś się do mnie uśmiecha, jakbyśmy się dobrze znali.

Już jak wsiadłem do autobusu zobaczyłem przez szybę ciężarówkę z wielkim napisem: „Wypożyczalnia strojów karnawałowych i pokrowców na krzesła”. Nazwa firmy wydała mi się cokolwiek z Gałczyńskiego, później dowiedziałem się, że te stroje karnawałowe i pokrowce, to jak najbardziej naturalny zestaw.

 

Piątek. Poszedłem do kina sprawdzić jak Niemcy poradzą sobie ze swoim wieszczem, czyli z Johannem Wolfgangiem Goethem. Uważam, że wyszło nieźle. Film „Zakochany Goethe” obejrzałem z przyjemnością. Historia, jak doszło do napisania „Cierpień młodego Wertera” przedstawiona jest zręcznie, a sławngo niemieckiego romantyka gra urodziwy aktor Alexander Fehling. I w kawiarni filmowej przy kinie pstryknąłem komórką  Jamesa Deana w aucie.

 

Niedziela. Zobaczyłem w telewizji słynny film „Na krawędzi nieba”, Fatiha Akina. Reżyser jest synem tureckich emigrantów, urodził się w Hamburgu. Jerzy Płażewski postawił kiedyś tezę, że być może Akin nie jest ani Turkiem ani Niemcem, tylko ma jakąś trzecią narodowość, między-między.

A może pojecie narodu – w erze tanich linii lotniczych traci rację bytu? – pyta Płażewski. Teraz ja z kolei, idąc tym tropem, zastanawiam się nad tym, czy czasem nie mamy do czynienia z tworzeniem się czegoś takiego, trzeciego narodu, w Anglii. Wielu młodych ludzi z Polski, którzy pracują na Wyspach być może  jeszcze nie jest Brytyjczykami, ale czy nadal są Polakami?

W filmie mamy świetnych aktorów tureckich, błyszczy też aktorka urodzona w Polsce – Patrycja Ziółkowska .

Ziółkowska ostatnio gra w teatrze w Hamburgu Małgorzatę w trwającym od 8 do 9 godzin „Fauście”. Osiągnęła niebywały sukces o którym wiedzą – jak zwykle w Polsce – tylko specjaliści.

 Ale w filmie gra też Hanna Schygulla, rodowita Ślązaczka z Chorzowa, kiedyś aktorka Fassbindera.

Ciekaw jestem kim ona się czuje?

 

Sobota. Rozmawiam z mamą o „Panu Tadeuszu”. Że jego znajomość słabnie w najmłodszym pokoleniu. W siódmej klasie szkoły podstawowej przerabialiśmy na polskim przez cały rok księgę po księdze, z tego sporo na pamięć. Podobnie szczegółowo przerabiała poemat wieszcza w szkole moja mama, a wcześniej moja babcia.

Ciekawe czy Anglicy przestali uczyć w szkołach Szekspira, a Grecy Homera? Może ktoś wie?

18 kwi 2012

Sobota. Nad Krzywym. Jestem na weselu Marka i Karoliny. Marek to syn Giny i Waldka, moich sąsiadów z Narutowicza. Pamiętam kiedy się urodził. Pamiętam jego obie babcie. Moi dawni sąsiedzi wyprowadzili się już z miasta i mają dom w jednej z pobliskich miejscowości. Młodzi brali ślub w kościele w Bartągu przed zabytkowym królewieckim ołtarzem.   Kiedy jechaliśmy do Bartąga  widziałem bloki podchodzące pod tą zabytkową XIV – wieczną wieś. Ten widok mnie poraził. Te całe mówienie o kulturalnym dziedzictwie jest pustym hasłem skoro tak bezceremonialnie traktuje się na Warmii i Mazurach krajobraz, nie widząc w nim żadnej wartości. Przecież na Gubałówce nikt nie buduje bloków. Należę do ostatniego pokolenia, które pamięta urodę warmińskiej wsi. Jeszcze parę lat i banalne bloki spod sztancy wchłoną Bartąg.

Ale wesele było bardzo pokrzepiającym wydarzeniem. Zobaczyłem na nim dorodnych, pięknych, miłych ludzi. Jedliśmy swojskie jedzenie. I wcale nie rozmawialiśmy o polityce.

Piątek. Malbork. Na odnowionym dworcu odkrycie: herb Olsztyna. Obok herbu Grudziądza.

Idę na zamek, jak zwykle robi dobre wrażenie. Zawsze wyobrażam sobie jak musiał olśniewać gości i wrogów Zakonu. I myślę też o tym, że po II wojnie został podniesiony z ruin i nie zrobiły tego krasnoludki, tylko mieszkańcy Malborka.

 

Niestety jakby teraz do zamku stracili serce, można go zwiedzać tylko do godz.15. Wszedłem na dziedziniec po godz.14, ale zdążyłem jeszcze w tempie ekspresowym zobaczyć wystawę różnych skarbów z bursztynu, w tym będących własnością króla Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz szkatułki wykonane w warsztatach królewieckich. Ciągle więc ten wątek królewiecki.

Sobota. Kaliningrad, czyli dawny Królewiec. Oglądam z zewnątrz odnowiona katedrę , której zrujnowane wnętrze widziałem w 1991 roku.

Chodzę śladami, którymi podążał mój bohater, Sylwester Podgórski, więzień Hohenbruch , o którym opowiadam uczniom rosyjskiej szkoły i miejscowym Polakom w Czerniachowsku.

Sobota. ”Skowyt” w reż. Rob Epsteina o poecie Allenie Ginsbergu i jego poemacie „Skowyt”. Film w konwencji paradokumentu z elementami animacji. Świetna robota. Razem ze mną trzy osoby na sali.

Poniedziałek. ”Przetrwanie” Joe Carnahana. Film mroczny i agnostyczny. Lubię  Liama Neesona. Tu w roli nieustraszonego myśliwego. Na sali kilkanaście osób.

Poniedziałek.”Stawka większa niż śmierć”. Malbork udaje Królewiec. Nowy Kloss bez wdzięku. Plastik.  Aktorstwo jak z gry komputerowej. Sala w części zapełniona.

Piątek. Sprawił mi frajdę Włodek Kowalewski. Dostałem od niego antologię opowiadań, którą W.A.B. wydało na swoje dwudziestolecie pod tytułem „Autor przychodzi wieczorem”. W tomie jest jego opowiadanie „Śmiechowicz”. Bohater, ów pan Śmiechowicz pracuje jako spiker przed wojną w toruńskim radio. Mam duży sentyment do radia i Torunia. W tym mieście mieszkali przed wojną moi dziadkowie. Dziadek zbudował pierwsze radio w Toruniu. Mieszkali spokojnie przy ulicy Matejki aż do czasu kiedy we wrześniu 1939 roku przyszli panowie w żelaznych kapeluszach i ich wypędzili. Dziadkowie już nigdy nie wrócili do Toruniu. Mnie on tak nie obrzydł jak im i przyjechałem do miasta Kopernika na studia. Lubię czasem tam wracać i popatrzyć na Stare Miasto z drugiej strony Wisły. I lubię Bydgoskie Przedmieście, po którym przemieszcza się bohater – Najpiękniejszą Ulicę Świata.

Niedziela. 15 kwietnia mija sto lat od katastrofy Titanica. Orkiestra, która grała do końca jest teraz oskarżana o to, że przez nią ocalało mniej ludzi. Nie mobilizowała pasażerów do opuszczenia statku , tylko uspokajała  rzewnymi tonami. Choć od katastrofy minęło tyle lat to wciąż mnożą się kolejne teorie spiskowe. „Die Zeit” podał kilka z nich. Statek nie wpadł na gorę lodową tylko doszło do pożaru i wybuchów  w składzie węgla przy kotłowni. Katastrofa była oszustwem ubezpieczeniowym. Zatonął nie nowiutki Titanic tylko jego zdezelowany bliźniak Olympic „odpicowany” byle jak do rejsu. W pobliżu miejsca katastrofy stał na kotwicy tajemniczy zaciemniony statek, który nie brał udziału w akcji ratowniczej. Miał to być norweski żglowiec, który wyruszył na nielegalny połów fok i nie chciał, żeby go wykryto.

Od katastrofy Titanica minęło sto lat, czyli cały wiek. Koniec wieku pod znakiem Titanica?

04 mar 2012

Niedziela. Dzwońce przylatują tylko wtedy, gdy na podwórku królują już duże ptaki. Jakby pewniej czuły się w ich towarzystwie. Docierają do karmnika dwuetapowo: siadają na gałęziach świerczka pod domem.  I stamtąd, każdy z nich kolejno, jak  mały spitfire czy inny hurricane,  wzbija się nad drzewko by elegancko wylądować na parapecie.  

Sobota. ”Mój tydzień z Marilyn” – film początkowo  zapowiada się jako zgrzebna biografia. Najważniejsze persony są podobne do oryginałów, ale jakby bardziej podpuchnięte … I nagle przepadamy, film pochłania nas: Kenneth Branagh staje się na naszych oczach Laurence Olivierem a Michelle Wlliams – Marilyn Monroe…  Ale najciekawsza jest postać pisarza Colina Clarka, asystenta Oliviera. Spotkanie z MM na planie filmu „Książę i aktoreczka” było najważniejszym wydarzeniem jego życia.

Clark nie wypadł sroce spod ogona. Kształcił się w Eton College (podobnie jak  np. Aldous Huxley, George Orwell czy twórca Bonda – Ian Fleming). Potem studiował na Oxfordzie. Gdzie odsłużył wojsko ten syn lorda? Oczywiście w Królewskich Siłach Lotniczych czyli RAF.  Jego ojciec Kenneth Clark był historykiem sztuki i pisarzem. Kierował muzeum uniwersyteckim w Oksfordzie i  był dyrektorem National Gallery w Londynie. Kenneth Clark występował w cyklu filmów dokumentalnych o sztuce, które realizował syn.

W rolę Colina Clarka w filmie ”Mój tydzień z Marilyn”  wcielił się Eddie Redmayne, niespełna 30.letni londyńczyk, również absolwent Eton i historii sztuki w słynnym Trinity College uniwersytetu Cambridge.

Trinity College to wylęgarnia noblistów (31 nagród Nobla w XX wieku, pięć Medali Fieldsa z matematyki), jest jednocześnie jedną z najbogatszych uczelni. Jak dowiedziałem się z Wiki ma np. 50 proc. udziałów w supermarketach Tesco.

”Mój tydzień z Marilyn”  jest więc reklamą brytyjskości i peanem na temat jakości kształcenia. Jedna  z najbardziej wzruszających scen filmu to wizyta MM w Eton, kiedy mali arystokraci otaczają aktorkę wianuszkiem, a ona jednego z nich obdarowuje pocałunkiem.

 Redmayne jako  Clark jest fascynujący. Niby brzydal, ale hipnotyzuje grą. Nic w tym przypadkowego. O Trinity już napisałem. Aktor ma za sobą wiele nagród za role teatralne. Na scenie debiutował rolą szekspirowską.

A moje Eton? Mieliśmy na Kasprowicza jeden tom leksykonu Meyersa, od G do J. Kiedy nie znałem liter studiowałem obrazki do haseł z Wielką Brytanią i Japonią. Na jednej fotografii byli chłopcy z Eton.

06 lut 2012

 

Poniedziałek. Sikorki tupią z zimna na moim parapecie w kolejce po ziarno, a znajomi chodzą zakatarzeni. I łykają witaminy. A ja przeczytałem w nieocenionym „Forum”, że witaminy wylansowali naziści. Miały wzmacniać narodowy organizm i zapewniać mu odpowiednią kondycję potrzebną do wygrania wojny. Jeszcze w 1944 roku Wehrmacht zamówił  200 ton witaminy C, z tego 65 ton w Szwajcarii. Żołnierzy frontowych zaopatrywano w witaminizowane cukierki V-dropsy. I co ? I nic.

Eksperci uważają, ze przyjmowanie  witaminy C jest dla zdrowia neutralne. Tu nie chodzi więc o zdrowie, tylko o pieniądze: za kilogram kwasu askrobinowego można otrzymać  15 euro, kilo witaminy można sprzedać za 800 euro. Kapusta  kiszona jest zdecydowanie tańsza .

Wtorek. Kiedyś filharmonia olsztyńska więcej grała. Jeszcze w 1990 roku koncerty odbywały się wieczorem w piątek i powtarzano je w sobotę, a rano tego dnia orkiestra dawała specjalne dwa koncerty dla dzieci i młodzieży. Teraz by posłuchać muzyki poważnej na żywo muszę wziąć wolne, albo wcześniej wyjść z pracy. Teatr lepiej rozumie potrzeby pracujących w piątek wieczorem i urządza premiery zawsze w sobotę.

Środa. Zmarła Wisława Szymborska. Późno w nocy w telewizji świetny film o poetce „Chwilami życie bywa znośne” autorstwa Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Ładny moment w tym dokumencie: Woody Allen pochyla się nad zabawną wycinanką, która podarowała mu Szymborska. Jest poruszony.  

Czwartek. Książka Lawrence’a Lessiga, profesora prawa na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii „Wolna kultura” wyszła po polsku siedem lat temu, ale wątpię by młodzież demonstrująca przeciw ACTA znała ją, podobnie jak politycy, którzy zgodzili się na podpisanie tego traktatu. We wstępie do polskiego wydania prof. Lessig pisze: „Internet obiecywał nam wolność, tymczasem jest budowany tak, by umożliwić coraz większą kontrolę.”

Profesor pisze o Motion Picture Association of America (MPAA). W skład zarządu tej organizacji wchodzą szefowie siedmiu największych  wytwórni i dystrybutorów filmów i programów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych: Walt Disney, Sony Pictures Entertainment, MGM, Paramount Pictures, Twentieth Century Fox, Universal Studios oraz Warner Brothers. Organizacja ta chce przedefiniować „własność twórczą”, by jej właściciele otrzymali taką samą ochronę jak właściciele każdej innej własności w Ameryce. Profesor wykazuje, że zwiększenie ochrony praw autorskich zgodnie z tą doktryną spowoduje daleko idące konsekwencje dla wolnej kultury.

MPAA działa wspólnie ze zrzeszeniem amerykańskich wydawców muzyki RIAA i stowarzyszeniem producentów gier komputerowych. Te i inne stowarzyszenia amerykańskie utworzyły organizację International Intellectual Property Alliance (IIPA). ACTA  to  tylko jedno z  przedsięwzięć IIPA.

Piątek.  Z ”Forum” dowiaduję się, że produkcja flakonika luksusowych perfum, na który w sklepie trzeba wydać ze 100 euro  –  kosztuje 1 euro, koncentrat zapachowy – to 1-1,50 euro, flakonik i opakowania  – 3 euro, marża marki 15 euro, reklama  i marketing to już 25 euro, dystrybucja aż 35 euro, a VAT 19,60 euro.

Koksowniki tej zimy. Grzeją się przy nich bezdomni, studentki popalają papieroski. Przy koksownikach dyskutuje się o pogodzie i polityce. Jakiś duch niepokory  wisi nad koksownikami.

Sobota. Internauci, którzy demonstrują w sprawie ACTA przypominają mi robotników, którzy protestowali w poprzednim systemie przeciwko podwyżkom cen mięsa. Spotkania w salach wykładowych są jak wiece w hali fabrycznej.

Niedziela. W niedzielę „Gładka skóra” Truffauta z 1964 roku. W głównej roli aktorka może niezbyt piękna, ale o twarzy przykuwającej uwagę. Już po obejrzeniu filmu sprawdzam, że to Françoise Dorléac, starsza siostra Catherine Deneuve. Obie zdążyły jeszcze wystąpić w „Panienkach z Rocheford” w 1967 roku. Wkrótce potem Françoise zginęła w wypadku samochodowym. Miała 25 lat.

„Gładka skóra” toczy się niespiesznie i ogląda się ją, jak pracę antropologa, tyle w tym filmie szczegółów i informacji o życiu bohaterów. Dziś takiego kina już nie ma. Można zobaczyć jakie gazety czytają ówcześni paryżanie i co mają na talerzu. To świat  połowy XX wieku, który minął.

Poniedziałek. W nocy zmarł we śnie pan Władysław Ogrodziński. Miał 94 lata. Na początku roku dostałem w prezencie jego ostatnią książkę, zbiór felietonów „Romans z radiem”. To swego rodzaju kronika regionu od końca lat 60. do końca 80. XX wieku.  Znalazłem tam apel, z 1974 roku, by ukazać szacunek naszym warmińsko-mazurskim drogom. Nadal aktualny.

W sklepie wieczorem zobaczyłem dziewczynę przypominającą  Françoise Dorléac.

24 sty 2012

Niedziela. Norweska księżniczka Ingrid Aleksandra obchodziła w sobotę ósme urodziny. Z tej okazji jej mama księżna Mette-Marit zadedykowała córeczce wiersz na Twitterze. Wybrała „Notatkę” Wisławy Szymborskiej. Przeciętny Norweg czyta ponad 10 książek rocznie. 30 proc. mieszkańców tego kraju deklaruje, że sięga po książkę codziennie.

„Notatka” pochodzi z tomiku „Chwila”, który ukazał się w 2002 roku  (w internecie krąży wcześniejszy wiersz poetki o tym samym tytule). „Chwila”, którą wybrała księżniczka zaczyna się tak: „Życie – jedyny sposób,/ żeby obrastać liśćmi,/ łapać oddech  na piasku, wzlatywać na skrzydłach;”.  

Poniedziałek. Dostałem z Biura Literackiego z Wrocławia przygotowany przez Jana Stolarczyka zbiór wywiadów prasowych Tadeusza Różewicza i publikowanych jego rozmów z przyjaciółmi. Prawie 500 stron druku. Ten dar wprowadził mnie w dobry nastrój. I zdjęcie Tadeusza Różewicza na okładce. Jest na nim taki mocny i jasny.

Książkę zacząłem czytać na wyrywki. Jest w niej wiele wątków. Lektury starczy na kilka miesięcy. W jednym z wywiadów na pytanie jak długo pisze się „taki krótki wierszyk o bieli” poeta odpowiada: „Czasem miesiącami, czasem latami”. Pamiętam jak pan Hieronim Skurpski  na podobne pytanie, tylko dotyczące malarstwa, jak długo maluje obraz, odpowiadał: jeden dzień, trzydzieści lat.

Środa. Starsze pokolenie mówi staranniej i w sposób bardziej obrazowy niż następujące po nim. Widać te różnicę szczególnie w wypadku osób, które zaczynały edukację szkolną przed II wojną światowa. Młodzi są zdolni do syntezy, ale z umiejętnością opowiadania – gorzej.  

Piątek. Kobiety więcej czytają. W autobusie z Warszawy do Olsztyna czytały tylko panie. Głównie podręczniki i notatki, ale też opasłe powieści.

Znajomy, który pracuje w Londynie opowiadał mi, że w londyńskim metrze nie widać już książek, tylko czytniki  kindle. Wcześniej można było zobaczyć co ludzie czytają, nazwisko autora i  tytuł na okładce. A teraz trudno się zorientować. Ale pewnego dnia znajomy ujrzał bardzo piękną, wysoką mulatkę czytającą tradycyjną książkę – „Alefa” Borgesa.

Piątek: Na Dworcu Centralnym w Warszawie nie ma już do jedzenia słodkich bułek, wietnamskich sajgonek i  tureckich kebabów. Tylko zafoliowane drogie  kanapki, jak w samolotach British Airlines. W boksach, gdzie kiedyś można było kupić książki, są teraz drogerie. Trochę jak na lotnisku Orly w Paryżu. Dopiero po wyjściu z podziemi dworca natknąłem się na jakiś ukryty w krzakach barowóz z bułeczkami. Najtaniej można zjeść w Pałacu Kultury. Tam też są bezpłatne toalety.

Do Olsztyna jadę autobusem. Nawet dwoma, bo jeden popsuł się po drodze. Ale nie ma co narzekać, bo to podróż tylko za 26 zł. Po przyjeździe na miejsce postanowiłem sobie obejrzeć Dworzec Główny w Olsztynie. W piątek ok. godz.22 nie ma na nim nikogo. W toaletach za to galeria – istny Luwr, wisi reprodukcja Mony Lisy. Skoro nie ma już pociągów, to po co nam dworce?

Sobota. Poszedłem na „Rzeź” Romana Polańskiego znając wcześniej sztukę Yasminy Rezy „Duch mordu”. Z tego powodu film nie zahipnotyzował mnie, cały czas widziałem ekran. Ale to wzorowa ekranizacja. Roman Polański dokonał niezbyt istotnych korekt w sztuce. M.in. zmienił lokalizację: z Francji na Amerykę, konkretnie Nowy York. Z Francuzów zrobił Amerykanów, którzy popijają zamiast 15- letniego rumu, 18 – letnią szkocką.

Sztuka i film dotyka tego samego problemu: hipokryzji. Jak zauważa psycholożka Ewa Woydyłło hipokryzja ma dwa wymiary: negatywny i pozytywny. Pod pierwszym ukrywa się nietolerancja. Drugi to poprawność polityczna, czyli jak się kiedyś mówiło – kindersztuba. Ale jak to widać w „Rzezi”, wystarczy znieczulacz w postaci szklaneczki whisky,  by hipokryzja przybrała tę pierwszą, negatywną postać, kiedy wszyscy nienawidzą wszystkich.

Chciałbym obejrzeć  film, który  według sztuki Rezy wyreżyserowałby Krzysztof Zanussi. Rzecz działaby się w Warszawie. Więckiewicz grałby jowialnego sprzedawcę sprzętu AGD, Magdalena Cielecka jego żonę pracującą w księgarni, Andrzej Chyra cynicznego prawnika, a Maja Ostaszewska jego żonę – brokerkę. Tylko co by popijali? Może 90 procentową śliwowicę łącką z nowosądecczyzny?

Po powrocie do Olsztyna, pierwsze, o czym mówią mi znajomi, to skandal z zabudową jeziora Podkówka. To jedno z tych miejsc, gdzie spędzaliśmy wakacje. W czasach mojego dzieciństwa to było spokojne, śródleśne jeziorko. Ci co nie mają żadnej więzi emocjonalnej z naszym miastem, nie rozumieją sporu o Podkówkę. Podobnie jak nie przeszkadza im gigantyczny hotel nad Żbikiem, kiedyś – jednym z najpiękniejszych jezior podolsztyńskich, teraz tylko zbiornikiem na wodę.

Mój znajomy uważa, że uwrażliwienie na przyrodę wiąże się z kulturą. Ale już dawno temu Stanisław Brzozowski napisał w „Płomieniach”: „Przeceniamy ogromnie ogólny poziom kultury  ludzi żyjących zewnętrznie w myśl pewnych cywilizowanych nałogów. Cywilizacja nie wchodzi w związki chemiczne z wielu istnieniami, które otacza”.

 

01 sty 2012

Znajomy rozpoczął rok 2012 z patykami, jak nazywa kijki do nordic  walking. Spacerował w Lesie Miejskim. Opowiedział mi dowcip. Dla mnie to pierwszy dowcip jaki usłyszałem w tym roku. Na czasie, bo o służbie zdrowia. – Co panu jest? – pyta lekarz rodzinny pacjenta . – Wydaje mi się, że jestem ćmą – ten  odpowiada . – To niech pan idzie do psychiatry – odpowiada lekarz. – Ale u pana świeciło się światło – odpowiada pacjent…

Zadzwoniłem z tym dowcipem do Wrocławia. Do kolegi. Kolega odwzajemnił mi się opowieścią o teściowej. Teściowa umiera. Przyjeżdża zięć. Teściowa leży blada. Ma zamknięte oczy. Nagle nadlatuje mucha. Zaczyna krążyć nad teściową. Teściowa otwiera oczy i zaczyna wodzić wzrokiem za muchą. Zobaczył to zięć i mówi: – Mamo, niech mamusia się nie rozprasza…

Kolejna historia tym razem prosto z życia. Ze Szwecji przyjechał  kolega. Pracuje tam w jakimś laboratorium.– Kto się tobą zajmie na starość? –  zapytała kolegę jego mama. Martwi się o niego jak wszystkie mamy o swoje dzieci. Kolega jest dorosły, a przecież w wyobrażeniu mamy jest wciąż małym chłopcem. Kolega nie ma dzieci. Kiedy więc mama spytała z troską, kto zajmie się nim na starość, kolega wypalił: Japońskie roboty. On korzysta z japońskich robotów w pracy. Są niezawodne.

Kolega należy do tego miliona rodaków, którzy jak pokazał ostatni spis powszechny, rezydują za granicą, przysparzając chwały krajom w którym pracują. Dwie córki mojego szkolnego kolegi  po raz kolejny nie przyjechały do ojca na święta. Na Wyspach znalazły dobrze płatną pracę, której bezskutecznie szukały w Olsztynie.

W wigilię jechałem taksówką. Kierowca słuchał z płyty bluesa. – W radio katują nas tylko kolędami! – wyjaśnił mi.

 O tym, jak świat ostatnio się zmienił świadczy klasa warszawskiego liceum do którego chodzi córka mojej znajomej. Jej najlepszą koleżanką jest Marysia, której rodzice są Wietnamczykami. Marysia jest najlepszą uczennicą w klasie.

Nordic  walking, czyli ruch na świeżym powietrzu, to samo zdrowie. A zdrowie jest najważniejsze. Wszystkim życzę dużo zdrowia w rozpoczynającym się 2012 roku!

 Na zdjęciu: Olsztyn wieczorem 1 stycznia 2012 roku.

27 lis 2011

Poniedziałek. Znajomy powiedział mi, ze musi pracować do 68 roku życia, bo właśnie wtedy spłaci kredyt. Nie wyobraża sobie, ze mógłby rodzinie zostawić jakieś długi. Ma bogatą wyobraźnię.

Wtorek. Robert Redford wyreżyserował film „The Conspirator” (Spiskowiec), który jest rekonstrukcją mało znanej – także w Stanach – historii procesu przeciw oskarżonym o spisek i zamordowanie prezydenta Lincolna.

W Ameryce kino biograficzne trzyma się mocno. Widzowie mają dość fantazji? Eastwood nakręcił „J.Edgara” o Hooverze z DiCaprio w roli głównej. Streep wcieliła się w Thatcher w „Żelaznej damie”, a Williams w Monroe ( „My week with Marilyn”).

Środa. Dozuję sobie przyjemność czytania przemiennego różnych książek. Teraz koncentruje się na dwóch.

Pierwsza to autorstwa Mariusza Urbanka biografia Broniewskiego „Miłość, wódka , polityka”.

 

Druga to rewelacja tej jesieni, autobiografia Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”. Coś zaczyna się nowego, ta książka to jak partia Palikota w sejmie.

Najważniejszą książką ubiegłego roku w Polsce była „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”  Swietłany Aleksijewicz. Ta białoruska dziennikarkę urodzona w 1948 roku w  Stanisławowie, opublikowała relacje kobiet, które były na froncie i do tej pory nie były dopuszczone do głosu.  

Danuta Wałęsa należy do tego samego powojennego pokolenia co Aleksijewicz, urodziła się w 1949 roku i ma  wyczucie szczegółu. Opisuje na przykład przyjęcie wydane dla Thatcher przez ks. Jankowskiego. Przy stole rozmowa o wielkiej polityce, o kryzysie gospodarczym w Polsce i kolejkach, a tu wchodzą kelnerzy z bażantami na półmiskach. Pani Danuta dostrzegła zaskoczenie Thatcher. Początek tej książki przypomina mi filmowe dokumenty z końca  lat 60. Kazimierza Karabasza.

Czwartek. Ciekaw jestem jaki film o Wałęsie zrobiłby Spielberg, kogo obsadziłby w roli głównej? U Wajdy w Wałęsę ma wcielić się Więckiewicz. Wajda nie ma pieniędzy by zatrudnić Streep jako Thatcher. Ale czy starczy pieniędzy na scenę z bażantami?

Piątek. Na urodzinach u Andrzeja Kurowskiego, znanego olsztyńskiego prawnika. Uroczystość wyprawiło Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół III LO. W Klubie Środowisk Twórczych było ze 40 osób. Grała Olsztyńska Formacja Siła Bluesa.

Jubilat otrzymał z okazji sześćdziesiątki wiele życzeń i prezentów, w tym kopę jaj. Był wielki tort. Roman Banaszek zaśpiewał na cześć jubilata specjalnie skomponowany song. Jeden z przyjaciół przygotował płytę z muzyką  z roku urodzin Andrzeja K. Otwierał ją hit Tony Bennetta „Because of you”, numer jeden magazynu Billboard w październiku 1951 roku.

Sto lat Andrzeju!

Niedziela. W  przeglądzie prasy zagranicznej radiowej dwójki artykuł z hiszpańskiego „El Pais” o kawiarniach wiedeńskich. UNESCO wzięło je pod swój patronat jako dorobek cywilizacyjny i wartość kulturową. Dziennik przypomina, ze oprócz wybornej kawy, wygodnych krzeseł Thoneta, kawiarnie wiedeńskie oferują gazety w wyborze regionalnym, krajowym i zagranicznym. W stolicy Austrii jest ponad tysiąc kawiarń.

30 paź 2011

Piątek. Wszystkie telewizje świata pokazują  zalaną krwią twarz Kaddafiego, którego ktoś sfilmował komórką. A potem jego ciało w chłodni na targowisku, gdzie ciągną tłumy z komórkami w ręku by sfotografować trupa.

Kevin Maney w książce „Coś za coś” o konflikcie między jakością i dostępnością pisze, że telefon z aparatem spowodował rewolucję w fotografii. Obok rynku celowego robienia przemyślanych zdjęć powstał rynek pstrykania fotek przy każdej okazji,  aparatem, który stale nosimy przy sobie, czyli komórką.

Sobota. W Sali CEiIK kolejne przedstawienie Demuludów – „Starucha” Teatru Ochoty według tekstów Daniiła Charmsa. W przedstawieniu perełki aktorskie. Absurdalny humor. Charms zmarł z głodu w szpitalu psychiatrycznym podczas oblężenia Leningradu w 1942. W internecie są widomości, że za życia Charmsa, poza poezją dziecięcą, ukazały się tylko trzy jego wiersze

Niedziela. Znajomy architekt odwiedził swoją dawną szkołę podstawową, tysiąclatkę. Był jednym z jej pierwszych uczniów. Nie poznał szkoły. Pamięta ją jako pełną powietrza i słońca. – Dobry projekt architektoniczny został kompletnie zeszpecony. Klatka schodowa zakończona kratą, jakby chciano odstręczyć potencjalnych samobójców, poręcze nabijane ćwiekami. Woźna siedzi w jakiejś wartowni – opowiada mi przejęty. A do tego ordynarna kolorystyka ścian, jakby nie było ludzi wykształconych w tym kierunku, nikt się nie zwrócił choćby do niego z prośbą o pomoc.

Niedawno kolega był na zjeździe absolwentów swojego liceum – tam dla odmiany jakaś infantylizacja – na tablicach kwiatki, motylki, jak w jakimś przedszkolu. – A przedszkolu? – pytam znajomego, bo też tam był.- W przedszkolu constans. Bez zmian – mówi mi.

Środa. Oglądam w kablówce film o partyzanckich filmach jugosłowiańskich, w tym najbardziej wystawnych gigantach, jak „Sutjeska” z Richardem Burtonem w roli marszałka Tito. Producent chciał by w tej roli  wystąpił Kirk Douglas, ale aktor zażyczył sobie honorarium  astronomicznej wysokości i wtedy ktoś przypomniał sobie, że Burton jest podobny do Tito. Widać zażądał mniej. Ale dostał z Taylor do dyspozycji na czas zdjęć wyspę na Morzu Śródziemnym. Reżyser Emir Kusturica powiedział w tym dokumencie, skąd pochodziły pieniądze na takie wystawne filmy wojenne – Jugosławia eksportowała w owym czasie broń.

Z książki „Coś za coś” wiem, że Jugosławia eksportowała też w latach 1985-1992 do USA samochody zastava yugo i były to najtańsze auta na tamtejszym rynku. Kosztowały 3990 dolarów. Jednak notorycznie psuły się, klienci narzekali na nie, i firma, która je sprzedawała wycofała się z biznesu. Ciekawe jakiej jakości robili broń?

Pamiętam, że wtedy w Jugosławii powstawały nie tylko filmy wojenne i zastavy. W 1972 roku  Aleksandar Petrović w koprodukcji z Włochami przeniósł na ekran książkę Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. W roli Mistrza wystąpił Ugo Tognazzi. Wolandem był słynny francuski aktor teatralny i filmowy Alain Cuny znany m.in. z „Wieczornych gości” Carné z 1942 roku, ale też  z „Drogi mlecznej” Buñuela i  „Emmanuelle” Jaeckina z  Kristel.


Małgorzatę zagrała Amerykanka Mimsy Farmer. Petrović , który zdobył sławę jako autor „Spotkałem nawet szczęśliwych Cyganów” dostał w sumie  za swoje jugosłowiańskie filmy aż pięć nominacji do Złotej Palmy w Cannes, ale nigdy tej nagrody nie zdobył.

Sobota. Serbowie nie eksportują już odrzutowców ( podobnie jak my), ale ich duch bojowy wyraża się w tenisie. Rano oglądam w telewizorze Janko Tipsarevicia. Z moich kolegów  z Zatorza najlepiej grał w tenisa Tomek Leman. Często mijałem kort przy ówczesnym WDK i patrzyłem na grających. Ale wolałem skakać z wieży spadochronowej.

Nieocenione „Forum” przedrukowuje z „Der Spiegel” artykuł , którego bohaterem jest inny serbski tenisista – Novak Djoković. Z artykułu można się dowiedzieć, ze trenował  pośród bomb zrzucanych przez samoloty NATO na Belgrad.­­­

„Wojna uczyniła mnie lepszym człowiekiem” twierdzi Djoković. Uważa też, że dzięki niej stał się lepszym tenisistą, „bo poprzysięgłem sobie pokazać światu, że są też dobrzy Serbowie”. Ciekawe, że w belgradzkim klubie Partizan Djoković nie tylko grał w tenisa, ale czytał wiersze i słuchał Beethovena i Chopina. Potrzebna jest wojna, żeby dobrze grać w tenisa?

Wieczorem oglądam w TV „Na skróty” Altmana (Złoty Lew w Wenecji w 1993 roku za najlepszy film). Nie wiadomo co podziwiać bardziej: pomysł, że w  akcji bierze udział dwudziestu kilku bohaterów, reżyserię czy grę aktorów.

Widziałem ten film prawie 20 lat temu film w kinie (w „Koperniku”, czy w „Polonii”? – nie pamiętam). W telewizji nadal robi wielkie wrażenie. Teraz zapadł mi w pamięć szczególnie Tom Waits.

Altman w czasie II wojny światowej zdążył jeszcze polatać jako drugi pilot bombowca B-24. Niedawno odkryłem, że zaczynał w telewizji jako reżyser seriali „Alfred Hitchock przedstawia” i „Bonanza”. Tuż przed śmiercią, a był już po 80 zaczął kręcić film „Ostatnia audycja”. Ale nie zdołał go już ukończyć. Czy też mógł powiedzieć, że dzięki wojnie stał się lepszym człowiekiem?

 

21 paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. -  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

10 paź 2011

Niedziela. Marian Pilot za „Pióropusz” dostał nagrodę Literacką Nike. W Olsztynie pierwszy  zwrócił mi uwagę na tę solidną powieść prawnik i pisarz Bohdan Dzitko.

Marian Pilot powiedział, że powieść powinna być jak rumba. „Rumba dołżna imiet’ pandeiro” i tego się pisarz trzymał pisząc „Pióropusz”. Co to jest pandeiro? Kto to wie? Ciekawe czy Bohdan trafnie przewidzi przyszłoroczną Nike?

Poniedziałek. Sławomir Mrożek przyjechał z Nicei, gdzie osiadł na stałe dla lepszego klimatu. Podpisywał w Warszawie swoją korespondencję ze Stanisławem Lemem. 
Raz widziałem Mrożka podpisującego książki. Wydał mi się wysoki.

Wielki Człowiek. Lem napisał, ze Mrożek jest niezastąpiony. Lem też. Brakuje mi jego komentarzy.

Środa. Zmarł Steve Jobs. Wywodził się z powojennego pokolenia z którym się utożsamiam. Oglądałem na FB archiwalny filmik z młodym Jobsem prezentującym Macintosha Classic.

Mam duży sentyment do tego komputerka. Walizkową maszynę do pisania zamieniłem na niego. Mam go do tej pory. I ważne teksty przechowuję w jego łebku.

Czwartek. Tomas Tranströmer, szwedzki poeta  otrzymał literackiego Nobla. Wisława Szymborska wysłała laureatowi esemesa z gratulacjami. Czesław Miłosz w swojej antologii poetyckiej „Wypisy z ksiąg użytecznych” umieścił cztery wiersze Szweda.

Lubię wiersz Tranströmera — „7 marca 1979”. O zaśnieżonej wyspie. Obraz pustkowia jest sugestywny, czujemy zimno prawie arktyczne. Ale w pewnej chwili poeta natrafia na „ślady sarnich kopytek w śniegu”. Szymborska w wierszu „Radość pisania” pyta: „Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?”.

Sobota. Rozmawiam z mamą o dorożkach w Olsztynie. Kiedy miałem dwa miesiące mama postanowiła odwiedzić swoich rodziców, czyli moich dziadków, którzy wówczas mieszkali w Kutnie. Sprawa była prozaiczna — w Olsztynie nie było mleka w proszku. A tam było. Tata zamówił dorożkarza.  Dorożkarz umieścił mój głęboki wózek obok siebie na koźle, a my z mamą opatuleni za nim.

Był zimny maj. Spadł śnieg. Ruszyliśmy na Dworzec Główny w Olsztynie. Całą noc jechaliśmy pociągiem do Kutna. Mleko w proszku przepisał mi w Kutnie dr Kinderman. Był lekarzem szkolnym w liceum, w którym uczył mój dziadek.

Niedziela. 90 urodziny Tadeusza Różewicza. Zatelefonowałem  do Janka Stolarczyka, co słychać u Mistrza. Janek, który raz w tygodniu odwiedza Różewicza, powiedział mi, że poeta nie przejmuje do wiadomości swojego jubileuszu. Jak zawsze z dystansem, surowy wobec siebie.

Raz rozmawiałem z Tadeuszem Różewiczem. Na targach książki. Spytałem Mistrza jak się czuje. Powiedział mi, że wydaje mu się, że będzie żył 500 lat.
500 lat Panie Tadeuszu!

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.