24 sty 2012

Niedziela. Norweska księżniczka Ingrid Aleksandra obchodziła w sobotę ósme urodziny. Z tej okazji jej mama księżna Mette-Marit zadedykowała córeczce wiersz na Twitterze. Wybrała „Notatkę” Wisławy Szymborskiej. Przeciętny Norweg czyta ponad 10 książek rocznie. 30 proc. mieszkańców tego kraju deklaruje, że sięga po książkę codziennie.

„Notatka” pochodzi z tomiku „Chwila”, który ukazał się w 2002 roku  (w internecie krąży wcześniejszy wiersz poetki o tym samym tytule). „Chwila”, którą wybrała księżniczka zaczyna się tak: „Życie – jedyny sposób,/ żeby obrastać liśćmi,/ łapać oddech  na piasku, wzlatywać na skrzydłach;”.  

Poniedziałek. Dostałem z Biura Literackiego z Wrocławia przygotowany przez Jana Stolarczyka zbiór wywiadów prasowych Tadeusza Różewicza i publikowanych jego rozmów z przyjaciółmi. Prawie 500 stron druku. Ten dar wprowadził mnie w dobry nastrój. I zdjęcie Tadeusza Różewicza na okładce. Jest na nim taki mocny i jasny.

Książkę zacząłem czytać na wyrywki. Jest w niej wiele wątków. Lektury starczy na kilka miesięcy. W jednym z wywiadów na pytanie jak długo pisze się „taki krótki wierszyk o bieli” poeta odpowiada: „Czasem miesiącami, czasem latami”. Pamiętam jak pan Hieronim Skurpski  na podobne pytanie, tylko dotyczące malarstwa, jak długo maluje obraz, odpowiadał: jeden dzień, trzydzieści lat.

Środa. Starsze pokolenie mówi staranniej i w sposób bardziej obrazowy niż następujące po nim. Widać te różnicę szczególnie w wypadku osób, które zaczynały edukację szkolną przed II wojną światowa. Młodzi są zdolni do syntezy, ale z umiejętnością opowiadania – gorzej.  

Piątek. Kobiety więcej czytają. W autobusie z Warszawy do Olsztyna czytały tylko panie. Głównie podręczniki i notatki, ale też opasłe powieści.

Znajomy, który pracuje w Londynie opowiadał mi, że w londyńskim metrze nie widać już książek, tylko czytniki  kindle. Wcześniej można było zobaczyć co ludzie czytają, nazwisko autora i  tytuł na okładce. A teraz trudno się zorientować. Ale pewnego dnia znajomy ujrzał bardzo piękną, wysoką mulatkę czytającą tradycyjną książkę – „Alefa” Borgesa.

Piątek: Na Dworcu Centralnym w Warszawie nie ma już do jedzenia słodkich bułek, wietnamskich sajgonek i  tureckich kebabów. Tylko zafoliowane drogie  kanapki, jak w samolotach British Airlines. W boksach, gdzie kiedyś można było kupić książki, są teraz drogerie. Trochę jak na lotnisku Orly w Paryżu. Dopiero po wyjściu z podziemi dworca natknąłem się na jakiś ukryty w krzakach barowóz z bułeczkami. Najtaniej można zjeść w Pałacu Kultury. Tam też są bezpłatne toalety.

Do Olsztyna jadę autobusem. Nawet dwoma, bo jeden popsuł się po drodze. Ale nie ma co narzekać, bo to podróż tylko za 26 zł. Po przyjeździe na miejsce postanowiłem sobie obejrzeć Dworzec Główny w Olsztynie. W piątek ok. godz.22 nie ma na nim nikogo. W toaletach za to galeria – istny Luwr, wisi reprodukcja Mony Lisy. Skoro nie ma już pociągów, to po co nam dworce?

Sobota. Poszedłem na „Rzeź” Romana Polańskiego znając wcześniej sztukę Yasminy Rezy „Duch mordu”. Z tego powodu film nie zahipnotyzował mnie, cały czas widziałem ekran. Ale to wzorowa ekranizacja. Roman Polański dokonał niezbyt istotnych korekt w sztuce. M.in. zmienił lokalizację: z Francji na Amerykę, konkretnie Nowy York. Z Francuzów zrobił Amerykanów, którzy popijają zamiast 15- letniego rumu, 18 – letnią szkocką.

Sztuka i film dotyka tego samego problemu: hipokryzji. Jak zauważa psycholożka Ewa Woydyłło hipokryzja ma dwa wymiary: negatywny i pozytywny. Pod pierwszym ukrywa się nietolerancja. Drugi to poprawność polityczna, czyli jak się kiedyś mówiło – kindersztuba. Ale jak to widać w „Rzezi”, wystarczy znieczulacz w postaci szklaneczki whisky,  by hipokryzja przybrała tę pierwszą, negatywną postać, kiedy wszyscy nienawidzą wszystkich.

Chciałbym obejrzeć  film, który  według sztuki Rezy wyreżyserowałby Krzysztof Zanussi. Rzecz działaby się w Warszawie. Więckiewicz grałby jowialnego sprzedawcę sprzętu AGD, Magdalena Cielecka jego żonę pracującą w księgarni, Andrzej Chyra cynicznego prawnika, a Maja Ostaszewska jego żonę – brokerkę. Tylko co by popijali? Może 90 procentową śliwowicę łącką z nowosądecczyzny?

Po powrocie do Olsztyna, pierwsze, o czym mówią mi znajomi, to skandal z zabudową jeziora Podkówka. To jedno z tych miejsc, gdzie spędzaliśmy wakacje. W czasach mojego dzieciństwa to było spokojne, śródleśne jeziorko. Ci co nie mają żadnej więzi emocjonalnej z naszym miastem, nie rozumieją sporu o Podkówkę. Podobnie jak nie przeszkadza im gigantyczny hotel nad Żbikiem, kiedyś – jednym z najpiękniejszych jezior podolsztyńskich, teraz tylko zbiornikiem na wodę.

Mój znajomy uważa, że uwrażliwienie na przyrodę wiąże się z kulturą. Ale już dawno temu Stanisław Brzozowski napisał w „Płomieniach”: „Przeceniamy ogromnie ogólny poziom kultury  ludzi żyjących zewnętrznie w myśl pewnych cywilizowanych nałogów. Cywilizacja nie wchodzi w związki chemiczne z wielu istnieniami, które otacza”.

 

01 sty 2012

Znajomy rozpoczął rok 2012 z patykami, jak nazywa kijki do nordic  walking. Spacerował w Lesie Miejskim. Opowiedział mi dowcip. Dla mnie to pierwszy dowcip jaki usłyszałem w tym roku. Na czasie, bo o służbie zdrowia. – Co panu jest? – pyta lekarz rodzinny pacjenta . – Wydaje mi się, że jestem ćmą – ten  odpowiada . – To niech pan idzie do psychiatry – odpowiada lekarz. – Ale u pana świeciło się światło – odpowiada pacjent…

Zadzwoniłem z tym dowcipem do Wrocławia. Do kolegi. Kolega odwzajemnił mi się opowieścią o teściowej. Teściowa umiera. Przyjeżdża zięć. Teściowa leży blada. Ma zamknięte oczy. Nagle nadlatuje mucha. Zaczyna krążyć nad teściową. Teściowa otwiera oczy i zaczyna wodzić wzrokiem za muchą. Zobaczył to zięć i mówi: – Mamo, niech mamusia się nie rozprasza…

Kolejna historia tym razem prosto z życia. Ze Szwecji przyjechał  kolega. Pracuje tam w jakimś laboratorium.– Kto się tobą zajmie na starość? –  zapytała kolegę jego mama. Martwi się o niego jak wszystkie mamy o swoje dzieci. Kolega jest dorosły, a przecież w wyobrażeniu mamy jest wciąż małym chłopcem. Kolega nie ma dzieci. Kiedy więc mama spytała z troską, kto zajmie się nim na starość, kolega wypalił: Japońskie roboty. On korzysta z japońskich robotów w pracy. Są niezawodne.

Kolega należy do tego miliona rodaków, którzy jak pokazał ostatni spis powszechny, rezydują za granicą, przysparzając chwały krajom w którym pracują. Dwie córki mojego szkolnego kolegi  po raz kolejny nie przyjechały do ojca na święta. Na Wyspach znalazły dobrze płatną pracę, której bezskutecznie szukały w Olsztynie.

W wigilię jechałem taksówką. Kierowca słuchał z płyty bluesa. – W radio katują nas tylko kolędami! – wyjaśnił mi.

 O tym, jak świat ostatnio się zmienił świadczy klasa warszawskiego liceum do którego chodzi córka mojej znajomej. Jej najlepszą koleżanką jest Marysia, której rodzice są Wietnamczykami. Marysia jest najlepszą uczennicą w klasie.

Nordic  walking, czyli ruch na świeżym powietrzu, to samo zdrowie. A zdrowie jest najważniejsze. Wszystkim życzę dużo zdrowia w rozpoczynającym się 2012 roku!

 Na zdjęciu: Olsztyn wieczorem 1 stycznia 2012 roku.

27 lis 2011

Poniedziałek. Znajomy powiedział mi, ze musi pracować do 68 roku życia, bo właśnie wtedy spłaci kredyt. Nie wyobraża sobie, ze mógłby rodzinie zostawić jakieś długi. Ma bogatą wyobraźnię.

Wtorek. Robert Redford wyreżyserował film „The Conspirator” (Spiskowiec), który jest rekonstrukcją mało znanej – także w Stanach – historii procesu przeciw oskarżonym o spisek i zamordowanie prezydenta Lincolna.

W Ameryce kino biograficzne trzyma się mocno. Widzowie mają dość fantazji? Eastwood nakręcił „J.Edgara” o Hooverze z DiCaprio w roli głównej. Streep wcieliła się w Thatcher w „Żelaznej damie”, a Williams w Monroe ( „My week with Marilyn”).

Środa. Dozuję sobie przyjemność czytania przemiennego różnych książek. Teraz koncentruje się na dwóch.

Pierwsza to autorstwa Mariusza Urbanka biografia Broniewskiego „Miłość, wódka , polityka”.

 

Druga to rewelacja tej jesieni, autobiografia Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”. Coś zaczyna się nowego, ta książka to jak partia Palikota w sejmie.

Najważniejszą książką ubiegłego roku w Polsce była „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”  Swietłany Aleksijewicz. Ta białoruska dziennikarkę urodzona w 1948 roku w  Stanisławowie, opublikowała relacje kobiet, które były na froncie i do tej pory nie były dopuszczone do głosu.  

Danuta Wałęsa należy do tego samego powojennego pokolenia co Aleksijewicz, urodziła się w 1949 roku i ma  wyczucie szczegółu. Opisuje na przykład przyjęcie wydane dla Thatcher przez ks. Jankowskiego. Przy stole rozmowa o wielkiej polityce, o kryzysie gospodarczym w Polsce i kolejkach, a tu wchodzą kelnerzy z bażantami na półmiskach. Pani Danuta dostrzegła zaskoczenie Thatcher. Początek tej książki przypomina mi filmowe dokumenty z końca  lat 60. Kazimierza Karabasza.

Czwartek. Ciekaw jestem jaki film o Wałęsie zrobiłby Spielberg, kogo obsadziłby w roli głównej? U Wajdy w Wałęsę ma wcielić się Więckiewicz. Wajda nie ma pieniędzy by zatrudnić Streep jako Thatcher. Ale czy starczy pieniędzy na scenę z bażantami?

Piątek. Na urodzinach u Andrzeja Kurowskiego, znanego olsztyńskiego prawnika. Uroczystość wyprawiło Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół III LO. W Klubie Środowisk Twórczych było ze 40 osób. Grała Olsztyńska Formacja Siła Bluesa.

Jubilat otrzymał z okazji sześćdziesiątki wiele życzeń i prezentów, w tym kopę jaj. Był wielki tort. Roman Banaszek zaśpiewał na cześć jubilata specjalnie skomponowany song. Jeden z przyjaciół przygotował płytę z muzyką  z roku urodzin Andrzeja K. Otwierał ją hit Tony Bennetta „Because of you”, numer jeden magazynu Billboard w październiku 1951 roku.

Sto lat Andrzeju!

Niedziela. W  przeglądzie prasy zagranicznej radiowej dwójki artykuł z hiszpańskiego „El Pais” o kawiarniach wiedeńskich. UNESCO wzięło je pod swój patronat jako dorobek cywilizacyjny i wartość kulturową. Dziennik przypomina, ze oprócz wybornej kawy, wygodnych krzeseł Thoneta, kawiarnie wiedeńskie oferują gazety w wyborze regionalnym, krajowym i zagranicznym. W stolicy Austrii jest ponad tysiąc kawiarń.

30 paź 2011

Piątek. Wszystkie telewizje świata pokazują  zalaną krwią twarz Kaddafiego, którego ktoś sfilmował komórką. A potem jego ciało w chłodni na targowisku, gdzie ciągną tłumy z komórkami w ręku by sfotografować trupa.

Kevin Maney w książce „Coś za coś” o konflikcie między jakością i dostępnością pisze, że telefon z aparatem spowodował rewolucję w fotografii. Obok rynku celowego robienia przemyślanych zdjęć powstał rynek pstrykania fotek przy każdej okazji,  aparatem, który stale nosimy przy sobie, czyli komórką.

Sobota. W Sali CEiIK kolejne przedstawienie Demuludów – „Starucha” Teatru Ochoty według tekstów Daniiła Charmsa. W przedstawieniu perełki aktorskie. Absurdalny humor. Charms zmarł z głodu w szpitalu psychiatrycznym podczas oblężenia Leningradu w 1942. W internecie są widomości, że za życia Charmsa, poza poezją dziecięcą, ukazały się tylko trzy jego wiersze

Niedziela. Znajomy architekt odwiedził swoją dawną szkołę podstawową, tysiąclatkę. Był jednym z jej pierwszych uczniów. Nie poznał szkoły. Pamięta ją jako pełną powietrza i słońca. – Dobry projekt architektoniczny został kompletnie zeszpecony. Klatka schodowa zakończona kratą, jakby chciano odstręczyć potencjalnych samobójców, poręcze nabijane ćwiekami. Woźna siedzi w jakiejś wartowni – opowiada mi przejęty. A do tego ordynarna kolorystyka ścian, jakby nie było ludzi wykształconych w tym kierunku, nikt się nie zwrócił choćby do niego z prośbą o pomoc.

Niedawno kolega był na zjeździe absolwentów swojego liceum – tam dla odmiany jakaś infantylizacja – na tablicach kwiatki, motylki, jak w jakimś przedszkolu. – A przedszkolu? – pytam znajomego, bo też tam był.- W przedszkolu constans. Bez zmian – mówi mi.

Środa. Oglądam w kablówce film o partyzanckich filmach jugosłowiańskich, w tym najbardziej wystawnych gigantach, jak „Sutjeska” z Richardem Burtonem w roli marszałka Tito. Producent chciał by w tej roli  wystąpił Kirk Douglas, ale aktor zażyczył sobie honorarium  astronomicznej wysokości i wtedy ktoś przypomniał sobie, że Burton jest podobny do Tito. Widać zażądał mniej. Ale dostał z Taylor do dyspozycji na czas zdjęć wyspę na Morzu Śródziemnym. Reżyser Emir Kusturica powiedział w tym dokumencie, skąd pochodziły pieniądze na takie wystawne filmy wojenne – Jugosławia eksportowała w owym czasie broń.

Z książki „Coś za coś” wiem, że Jugosławia eksportowała też w latach 1985-1992 do USA samochody zastava yugo i były to najtańsze auta na tamtejszym rynku. Kosztowały 3990 dolarów. Jednak notorycznie psuły się, klienci narzekali na nie, i firma, która je sprzedawała wycofała się z biznesu. Ciekawe jakiej jakości robili broń?

Pamiętam, że wtedy w Jugosławii powstawały nie tylko filmy wojenne i zastavy. W 1972 roku  Aleksandar Petrović w koprodukcji z Włochami przeniósł na ekran książkę Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. W roli Mistrza wystąpił Ugo Tognazzi. Wolandem był słynny francuski aktor teatralny i filmowy Alain Cuny znany m.in. z „Wieczornych gości” Carné z 1942 roku, ale też  z „Drogi mlecznej” Buñuela i  „Emmanuelle” Jaeckina z  Kristel.


Małgorzatę zagrała Amerykanka Mimsy Farmer. Petrović , który zdobył sławę jako autor „Spotkałem nawet szczęśliwych Cyganów” dostał w sumie  za swoje jugosłowiańskie filmy aż pięć nominacji do Złotej Palmy w Cannes, ale nigdy tej nagrody nie zdobył.

Sobota. Serbowie nie eksportują już odrzutowców ( podobnie jak my), ale ich duch bojowy wyraża się w tenisie. Rano oglądam w telewizorze Janko Tipsarevicia. Z moich kolegów  z Zatorza najlepiej grał w tenisa Tomek Leman. Często mijałem kort przy ówczesnym WDK i patrzyłem na grających. Ale wolałem skakać z wieży spadochronowej.

Nieocenione „Forum” przedrukowuje z „Der Spiegel” artykuł , którego bohaterem jest inny serbski tenisista – Novak Djoković. Z artykułu można się dowiedzieć, ze trenował  pośród bomb zrzucanych przez samoloty NATO na Belgrad.­­­

„Wojna uczyniła mnie lepszym człowiekiem” twierdzi Djoković. Uważa też, że dzięki niej stał się lepszym tenisistą, „bo poprzysięgłem sobie pokazać światu, że są też dobrzy Serbowie”. Ciekawe, że w belgradzkim klubie Partizan Djoković nie tylko grał w tenisa, ale czytał wiersze i słuchał Beethovena i Chopina. Potrzebna jest wojna, żeby dobrze grać w tenisa?

Wieczorem oglądam w TV „Na skróty” Altmana (Złoty Lew w Wenecji w 1993 roku za najlepszy film). Nie wiadomo co podziwiać bardziej: pomysł, że w  akcji bierze udział dwudziestu kilku bohaterów, reżyserię czy grę aktorów.

Widziałem ten film prawie 20 lat temu film w kinie (w „Koperniku”, czy w „Polonii”? – nie pamiętam). W telewizji nadal robi wielkie wrażenie. Teraz zapadł mi w pamięć szczególnie Tom Waits.

Altman w czasie II wojny światowej zdążył jeszcze polatać jako drugi pilot bombowca B-24. Niedawno odkryłem, że zaczynał w telewizji jako reżyser seriali „Alfred Hitchock przedstawia” i „Bonanza”. Tuż przed śmiercią, a był już po 80 zaczął kręcić film „Ostatnia audycja”. Ale nie zdołał go już ukończyć. Czy też mógł powiedzieć, że dzięki wojnie stał się lepszym człowiekiem?

 

21 paź 2011

Poniedziałek. Spotykam profesora X. na mieście. Ma słuchawki na uszach. Podchodzę. Ciekaw jestem czego słucha. Tłumaczy: – Izoluję się od tych bluzgów, które latają w powietrzu…

Środa. W autobusie spotykam znajomego pilota. Rozmawiamy o rekordach lotniczych. Zeszło nam na jednego z mistrzów, Jerzego Wojnara. Zmarł 6 lat temu. Wyszedł z domu. Nie doszedł do samochodu. Źle się poczuł, przysiadł na kamieniu żeby odpocząć i już nie wstał. W Warszawie od 15 września ma swoje rondo. Lwowianin. Pilot szybowcowy i doświadczalny. Trzykrotny rekordzista świata w szybownictwie. Dwukrotny mistrz świata w saneczkarstwie, w jedynkach.

W 1958 roku kiedy Wojnar został mistrzem świata w saneczkarstwie startował też w mistrzostwach świata w szybownictwie, na których zajął 6 miejsce. Zdążył jeszcze wykonać pierwszy lot doświadczalny na dwusilnikowej orce Edwarda Margańskiego. Jedziemy w tym autobusie, a kolega opowiada, jak Wojnar kręcił  wilgą beczki nad lotniskiem w Dajtkach. A ja myślę o wspomnieniach, których nie napisał Wojnar i o filmach, które o nim nie powstały.

Czwartek. Wojciech  Kuczok w Kortowie. Włodek Kowalewski pyta gościa o poezję. Obaj zaczynali jako poeci.  Śląski pisarz tłumaczy, że przestał pisać wiersze z nadzieją, że nie rozstanie się z poezją. -  Wiersze  „zutylizowałem” w prozie – mówi Kuczok. Pisarz, gdyby mógł, to w Tatrach spędzałby życie. Przez rok był na stypendium w Berlinie i tam pisał swoją najnowszą książkę „Spiski”. O Tatrach.

Po spotkaniu do Kuczoka podchodzi tłum młodych ludzi. Długa kolejka oczekujących na autograf. W większości kobiety. Po spotkaniu  rozmawiam z pisarzem (wywiad ukazał się w piątek w „Gazecie Olsztyńskiej”). Najwięcej o tatrzańskich  jaskiniach, do których pisarz zjeżdża w wolnych chwilach.

Sobota. Rysunki  Zbyszka Urbalewicza w Starym Ratuszu i obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej w galerii Rynek. Zbyszek ma niesłychaną umiejętność szybkiego pisania kaligraficznego. Widziałem go w akcji. To robi wrażenie. Pani Renata inspiruje się malarstwem różnych artystów, w tym Andrzeja Wróblewskiego, którego obrazy bardzo mnie poruszają. Wróblewski  też lubił Tatry. Miłość do nich przepłacił życiem.

Oboje – Zbyszek i pani Renata są stąd. On z Olsztyna, ona z Cerkiewnika.

Wieczorem w Tajemnicy Poliszynela Bernadetta Darska promuje swoją najnowszą książkę „Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych”. Dwa tomy, pierwszy blisko 400 stron, drugi prawie 300. Bernadeta jest tytanem pracy. To jej trzecia książka w ostatnich trzech latach.

Na sali w większości kobiety.

Wtorek. Do Ełku po raz pierwszy po wojnie przyjechał Siegfried Lenz. Mazurski Marquez. W ubiegłym roku Krzysztof A. Worobiec pokazywał mi w swoim prywatnym muzeum w Kadzidłowie tajemniczy obraz: kompozycję przedstawiającą bukiet kwiatów zrobionych z rybich łusek, naszytych na czarny aksamit. Worobiec kupił ją w Desie w Zielonej Górze. Sukienkę z haftem z rybich łusek nosi Sonia Turk – jedna z bohaterek powieści Lenza „Muzeum ziemi ojczystej”. Wyroby z rybich łusek to sztuka mazurska w najczystszej postaci.

Środa. Festiwal teatralny Demoludy w Jaraczu. Po spektaklu „Zaginionej Czechosłowacji” spotkanie z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i reżyserką przedstawienia Marią Spiss. Bohaterką dramatu jest Marta Kubisowa, pieśniarka z Czechosłowacji. Rzecz jest o tym jak zachowywać się godnie w trudnych czasach. I o tym, że Kubisowa nie chce być bohaterką Praskiej Wiosny 68, choć nią jest. Sztuka jest skomplikowana, nie jest linearna.

Ale jak żyć godnie w dzisiejszych czasach? – Na przykład nie rozstawać się z sympatią esemesem –  tłumaczy autorka „Zaginionej Czechosłowacji”.

Czwartek. Ciekaw jestem czy królowa Elżbieta dużo esemesuje? Telewizje całego świata pokazują jak Hillary Clinton dostaje esemesa z wiadomością, że Kaddafi nie żyje. Ktoś podaje jej komórkę, potem pani sekretarz stanu czyta  wiadomość i wydaje z siebie okrzyk  jak nastolatka: Wow…

To Wow powtarza prowadzący wiadomości w CNN. Prowadzący wygląda jak senator- w naszej telewizji takich nie ma. Jego głowa, jakby napisał Józef Czechowicz: „siwieje a świeci jak świecznik”.

Internetowy miejski  słownik slangu  i mowy potocznej podaje cztery znaczenia Wow : od pozytywnego zdziwienia do wyrazu podziwu.

Pamiętam czasy kiedy wyjazdy do Libii był czymś niezwykle pożądanym. By zarobić dolary jeździli do tego kraju inżynierowie i lekarze. W „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego, wielkim filmie o tym jak można zmarnować energię życia, jest taka scena. Dziekan  z Akademii Medycznej (w tej roli Zygmunt Hübner) proponuje Witkowi Długoszowi, swojemu asystentowi (Bogusław Linda) by zastąpił go w Libii na konferencji naukowej. Dziekan nie chce starać się o paszport, bo jego syna, działacza opozycji, niedawno aresztowano. Witek godzi się zastąpić dziekana na konferencji. I potem jego samolot, jak napisał Kieślowski „rozbłysnął nagle wielkim, nienaturalnym blaskiem”. To trzeci wariant losu bohatera. Ginie w katastrofie. W drodze do Libii.

 

10 paź 2011

Niedziela. Marian Pilot za „Pióropusz” dostał nagrodę Literacką Nike. W Olsztynie pierwszy  zwrócił mi uwagę na tę solidną powieść prawnik i pisarz Bohdan Dzitko.

Marian Pilot powiedział, że powieść powinna być jak rumba. „Rumba dołżna imiet’ pandeiro” i tego się pisarz trzymał pisząc „Pióropusz”. Co to jest pandeiro? Kto to wie? Ciekawe czy Bohdan trafnie przewidzi przyszłoroczną Nike?

Poniedziałek. Sławomir Mrożek przyjechał z Nicei, gdzie osiadł na stałe dla lepszego klimatu. Podpisywał w Warszawie swoją korespondencję ze Stanisławem Lemem. 
Raz widziałem Mrożka podpisującego książki. Wydał mi się wysoki.

Wielki Człowiek. Lem napisał, ze Mrożek jest niezastąpiony. Lem też. Brakuje mi jego komentarzy.

Środa. Zmarł Steve Jobs. Wywodził się z powojennego pokolenia z którym się utożsamiam. Oglądałem na FB archiwalny filmik z młodym Jobsem prezentującym Macintosha Classic.

Mam duży sentyment do tego komputerka. Walizkową maszynę do pisania zamieniłem na niego. Mam go do tej pory. I ważne teksty przechowuję w jego łebku.

Czwartek. Tomas Tranströmer, szwedzki poeta  otrzymał literackiego Nobla. Wisława Szymborska wysłała laureatowi esemesa z gratulacjami. Czesław Miłosz w swojej antologii poetyckiej „Wypisy z ksiąg użytecznych” umieścił cztery wiersze Szweda.

Lubię wiersz Tranströmera — „7 marca 1979”. O zaśnieżonej wyspie. Obraz pustkowia jest sugestywny, czujemy zimno prawie arktyczne. Ale w pewnej chwili poeta natrafia na „ślady sarnich kopytek w śniegu”. Szymborska w wierszu „Radość pisania” pyta: „Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?”.

Sobota. Rozmawiam z mamą o dorożkach w Olsztynie. Kiedy miałem dwa miesiące mama postanowiła odwiedzić swoich rodziców, czyli moich dziadków, którzy wówczas mieszkali w Kutnie. Sprawa była prozaiczna — w Olsztynie nie było mleka w proszku. A tam było. Tata zamówił dorożkarza.  Dorożkarz umieścił mój głęboki wózek obok siebie na koźle, a my z mamą opatuleni za nim.

Był zimny maj. Spadł śnieg. Ruszyliśmy na Dworzec Główny w Olsztynie. Całą noc jechaliśmy pociągiem do Kutna. Mleko w proszku przepisał mi w Kutnie dr Kinderman. Był lekarzem szkolnym w liceum, w którym uczył mój dziadek.

Niedziela. 90 urodziny Tadeusza Różewicza. Zatelefonowałem  do Janka Stolarczyka, co słychać u Mistrza. Janek, który raz w tygodniu odwiedza Różewicza, powiedział mi, że poeta nie przejmuje do wiadomości swojego jubileuszu. Jak zawsze z dystansem, surowy wobec siebie.

Raz rozmawiałem z Tadeuszem Różewiczem. Na targach książki. Spytałem Mistrza jak się czuje. Powiedział mi, że wydaje mu się, że będzie żył 500 lat.
500 lat Panie Tadeuszu!

26 wrz 2011

Jerzy Gorzelik szef Ruchu Autonomii Śląska i  zarazem wicemarszałek województwa  publicznie powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Te słowa usłyszałem w teatrze Korez, gdzie ogłoszono wyniki konkursu na jednoaktówkę pisaną po śląsku. Na konkurs napłynęło 37 sztuk. I w sobotni wieczór popularni śląscy aktorzy, w tym związany przez wiele lat z teatrem Stefana Jaracza w Olsztynie, Tadeusz Madeja,  je czytali.

Generał de Gaulle i Cholonek

Jeden z jurorów konkursu, reżyser i dramaturg, Ingmar Villqist powołał się na opinię amerykańskiego dramaturga Tennessee’a Williamsa, że jeśli jakaś mowa potrafi wyartykułować tekst dramaturgiczny – jest językiem. Konkurs na jednoaktówkę miał być takim językowym testem i zdaniem Villqista, śląski sprawił się znakomicie. Kryterium spodobało się szefowi RAŚ – Gorzelikowi i dlatego powiedział, że Śląsk podnosi głowę. Ale zaraz wicemarszałek dyplomatycznie dodał: – Śląsk podnosi głowę dla siebie. Ja dodałbym – dla nas wszystkich. Bo siłą Śląska jest jego różnorodność.

Istnieje głośny w Polsce Ruch Autonomii Śląska, ale natychmiast powstała na niego reakcja, mniej znana – Ruch Integracji Śląska.

Imponuje mi połączenie na Śląsku tradycji z kulturą współczesną. Przykładem jest właśnie prywatny teatr Korez w Katowicach wystawiający w gwarze „Cholonka” .

Jeśli ktoś czyta uważnie mój blog to pamięta, ze pisałem w nim o „Cholonku”, tej, trawestując generała de Gaulle’a, najbardziej śląskiej ze śląskich sztuk. Przypomnę, że prezydent Francji podczas wizyty w Zabrzu w 1967 roku powiedział: – Niech żyje Zabrze najbardziej śląskie miasto, ze wszystkich śląskich miast, czyli najbardziej polskie ze wszystkich polskich miast!

W sobotę w teatrze Korez najważniejszymi osobami prócz laureatów konkursu na jednoaktówkę byli twórcy „Cholonka” – Robert Talarczyk, reżyser tego przedstawienia, na co dzień dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Mirosław Neinert – szef Koreza oraz aktorka Grażyna Bułka – wszyscy oni grają główne role w tym spektaklu. ”Cholonek” wystawiany jest od wielu lat z powodzeniem w Korezie. Oglądaliśmy go również u nas w Olsztynie na scenie Teatru Stefana Jaracza. Na jesień zapowiedziana jest premiera nowego, nie ocenzurowanego tłumaczenia książki Janoscha, która jest podstawą spektaklu.

Bysuch s Reichu

O czym były sztuki nadesłane na konkurs? Poznaliśmy trzy. Zwyciężył „Bysuch s Reichu” (Odwiedziny z Niemiec). Autor sztuki, Roman Gatys napisał rzecz inspirowaną autentyczną historią dwóch braci, wcielonych podczas II wojny światowej do niemieckiego wojska. Po wojnie jeden z nich zmienił nazwisko i został w Niemczech (w „Reichu”). Niespodziewanie zjawił się w latach 80. na Śląsku i ta wizyta jest tematem sztuki.

Spytałem autora jak przygotowywał się do konkursu. Powiedział mi, że wypożyczył sobie z biblioteki „Dwa teatry” Szaniawskiego by dowiedzieć się jak skonstruowana jest jednoaktówka, a potem usiadł do pisania. Poszło mu szybko tym bardziej, że pisał o sprawach znanych mu z opowieści rodzinnych. Autor prywatnie jest kolekcjonerem śląskiej porcelany i wydaje o niej książki. Jest też w jednej z grup zajmujących się kodyfikacją języka śląskiego.

Mnie spodobała się jednoaktówka, która otrzymała drugą nagrodę, Leszka Sobieraja „Karlus niy z tyi zimi”. To komedia opisująca współczesną śląską rodzinę. Córka zapowiada przyjazd swojego chłopaka. Matka i ojciec martwią się, że nie znają jego rodziców. W końcu okazuje się, że wybrankiem serca córki jest syn Wietnamczyka i katowiczanki. Matka dziewczyny zastanawia się co jest gorsze: zięć z Wietnamu, czy gorol tzn. ktoś spoza Górnego Śląska.

Kiedy wychodziłem z teatru Korez spotkałem pana Tadeusza Madeję. Rozmawialiśmy o rozstrzygniętym przed chwilą konkursie. Pan Madeja przypomniał mi historię pewnego Warmiaka, który służył w czasie wojny w niemieckiej marynarce wojennej. I widział w peryskopie łodzi podwodnej na której służył… Nowy Jork.

Rumuński dramaturg, Breżniew i duch Topora

Teatr Korez był też w sobotę miejscem jeszcze jednego wydarzenia. O godz. 22.00 na jego scenie zaprezentowano spektakl „Kryzysy albo historia miłosna”. Sztukę napisał dramaturg z Rumunii Mihai Ignat, który specjalnie przybył na spektakl. Zagrali w nim młodzi aktorzy Kinga Kaczor oraz Hubert Bronicki – jednocześnie reżyser przedstawienia ( na zdjęciu wszyscy troje - Ignat pierwszy od prawej).

Ignat spotkał się po spektaklu z publicznością. Jego sztuka jest interesującym eksperymentem formalnym, sceny z życia małżeństwa, jak koraliki w naszyjniku można dowolnie nanizać. Autor opowiadał o różnych realizacjach swojej sztuki w rumuńskich teatrach.

Jakby tych wydarzeń było mało, dzień wcześniej, w katowickim BWA miał miejsce wernisaż wystawy i happening belgijskiego artysty Jacquesa Lizene’a. Jego działania artystyczne  przypominają dokonania dadaistów. Lizene tnie różne przedmioty i łączy ich niedopasowane połówki ze sobą. Mnie jego artystyczne żarty przypomniały dokonania Rolanda Topora. Autor nie zaprzeczył, że uznaje mistrzostwo tego wielkiego rysownika i pisarza, twórcy humoru panicznego. I zaprowadził mnie pod realistyczny portret Breżniewa. Rozmówca genseka zasłonięty był czarną zasłonką. I Lizene zapozował mi z sekretarzem.

Od młodych aktorów z Koreza dostałem zaproszenie na spektakl „Zimy pod stołem” Topora. Tę sztukę, jak i inne dzieła Rolanda Topora widziałem cztery lata temu w Katowicach podczas festiwalu Ars cameralis. Topor wiecznie żywy.

04 wrz 2011

Kto jeszcze nie był, powinien pójść, by się pokrzepić. „O północy w Paryżu” — najnowsze dokonanie Woody Allena to pokrzepienie i pozytywny przekaz.

Pomysł filmu jest prosty i często wykorzystywany przed Allenem — podróż wehikułem czasu .

Pamiętamy trylogię Zemeckisa „Powrót do przeszłości”. Miłośnikom kina polskiego przypomnę Bohdziewicza „Kalosze szczęścia” z podróżą w czasie i w przestrzeni, z Krakowa roku 1958 do międzywojennego Paryża. Chętnie zobaczyłbym remake tego filmu.

Nasz bohater, współczesny pisarz z Ameryki, jest fanem Paryża lat 20 ubiegłego wieku. I tam właśnie przenosi się co wieczór. O północy podjeżdża po naszego bohatera zabytkowe auto, które zawozi go w miejsce, gdzie biesiadują wielcy artyści ówczesnego świata.
 To trochę tak jakby scenarzysta serialu „Majka” spotykał  na paryskim bruku Mickiewicza i Słowackiego, albo młody artysta-malarz z Olsztyna, który pracuje w reklamie  natknął się na Olgę Boznańską i Tadeusza Makowskiego.

Bohater „O północy w Paryżu” swoich idoli spotyka w barach i bistrach, a nie w pracowniach, ale przecież każdy wie, że choć wielu znanych pisarzy i malarzy nie wylewało za kołnierz, to prowadzili życie skromne i bardzo pracowite: najczęściej przesiadywali przy biurkach i sztalugach. Gdyby było inaczej, nie przeszliby do historii.

Otrzymujemy więc postaci trochę jakby ze szkolnej czytanki, świat cokolwiek uproszczony. Allen stworzył bajkę odpowiednią dla dziatwy z gimnazjum. Ale może dzięki już pewnej popularności „O północy w Paryżu” zacznie się ona snobować na sztukę i literaturę.

Namawiam rodziców by zaordynowali dzieciakom wycieczkę na ten film nim nie uzbierają pieniędzy na wyjazd do Paryża.

Mnie cieszy choćby to, że bohaterami najnowszej produkcji Allena są ludzie kultury. Przed filmem widziałem reklamówkę jednej z polskich fabuł, gdzie padało obficie grube słowo. Allen pokazuje, że można nakręcić pogodne dziełko w którym nie pada żadne brzydkie słowo, a widzowie wychodzą z kina zadowoleni.

Z filmem „O północy w Paryżu” jest jak z wycieczką zagraniczną. Ktoś kto decyduje się na zwiedzanie miast i zabytków z okien autokaru i na dodatek niewiele wie o tym co ogląda, może się na takiej wycieczce nudzić. Większą korzyść z takiego wojażu odniesie  ten, kto dokładnie przestudiował przewodnik. Ale najlepiej zwiedzać indywidualnie lub w małych grupach.

Moi znajomi wybrali się w sierpniu w trzy osoby na taką eskapadę nad Sekwanę. Już w styczniu kupili bilet lotniczy i wynajęli hotel niedaleko Luwru. Pan domu spędził kilka miesięcy na sporządzenie dokładnego grafiku i opracowanie trasy. Wszyscy w domu czytali o artystach, których obrazy mieli zobaczyć. Znajomi wiedzieli, co chcą zwiedzać i plan zrealizowali.

Podobnie jest z filmem Allena. Ktoś kto zna, lepiej lub gorzej, twórczość Dalego, Toulouse-Lautreca, czy też Bunuela będzie miał satysfakcję, że natychmiast rozpoznaje — wcześniej niż niezorientowani widzowie na sali — z kim nasz bohater ma do czynienia.

Jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Córka moich znajomych w trakcie wycieczki w Paryżu nic nie płaciła za bilet w państwowych muzeach. Bo tam uczniowie mają do państwowych wstęp za darmo. Może tak u nas wzorem Francji Sarkozego wydać taki ukaz?

28 sie 2011

Wybrałem się na rynek Starego Miasta by zobaczyć zwielokrotnienie pruskiego posągu z dziedzińca naszego zamku.

Jak wiadomo monolit  z granitu przeniesiony został po II wojnie światowej z Barcian na dziedziniec olsztyńskiego zamku i tam sobie stoi budząc mniejsze lub większe zainteresowanie turystów. Zwielokrotniony i przybrany różnymi malunkami budzi wesołość dorosłych i szczególne zainteresowanie dzieci, a osobliwe małych dziewczynek, które widzą w nim dużą lalkę.

Akcja jest radosna i rozsłonecznia starówkę. Jest żartem artystycznym, dadaistycznym gestem, trochę na podobieństwo tego, którego autorem przed laty był Marcel Duchamp (1887-1968). Duchamp pewnego jesiennego dnia kupił reprodukcję znanego obrazu Leonarda da Vinci „Mona Lisa” i domalował  sportretowanej  damie wąsy i bródkę. Kobieta z obrazu znanego renesansowego artysty stała się więc mężczyzną.

Artystyczna młodzież z Olsztyna wykonała podobny ruch w duchampowskiej grze „zamieszania” płci. Tylko w drugą stronę. Z chłopa czyniąc  babę. Jak pisze przecież profesor  Łucja Okulicz-Kozaryn w tomie „Dzieje Prusów”(Wrocław 1997 r.) „Baby” pruskie „przedstawiają wojowników, rycerzy i wodzów, a więc oczywiście ludzi znakomitych w pojęciu Prusów.

I oto teraz staje przed nami taki wojownik –  niewątpliwie kiedyś bardzo groźny i na serio – w damskich szatkach, z wymalowanymi oczami, w chuście na głowie, albo nawet na  szpilkach. Jest  to więc akt pacyfistyczny, protest przeciwko wojnie zgodny z ideą Dada, czyli dadaizmu, awangardowego stylu Europy lat  XX, który zrewolucjonizował ówczesna sztukę. Baba Dada na rynku więc  to ruch w dobrą stronę.

Nacieszywszy się multiplikacją baby  postanowiłem odwiedzić jej oryginał na dziedzińcu zamku. Monolit (monolitka) stał (-ła) jakby smutno. Niewiele osób wokół. Spotkałem  kolegę z żoną. Wymieniliśmy uwagi na temat dzisiejszych czasów w których kopia popularniejsza jest niż autentyk.

 

21 sie 2011

Sztuka najnowsza jest ekscytująca. Pierwsze skrzypce grają w niej kobiety. Sztuka bywa więc jak one: lód albo ogień.

Choć lato jest deszczowe i raczej chłodne w galerii BWA można się rozgrzać na wystawie Joanny Rajkowskiej –  patrz poniżej. Prace Rajkowskiej  są do obejrzenia w Olsztynie do 4 września.  Tytuł wystawy „Bibliotekarze w Ziemi Ognistej”.

Nie miałem dotąd okazji wspomnieć o wystawie „Trzy kobiety”, którą otwarto z początkiem wiosny w warszawskiej Zachęcie. To również był ogień. Pokazano dzieła trzech artystek, pionierek polskiej sztuki kobiet: Ewy Partum, Natalii Lach-Lachowicz i Marii Pinińskiej-Bereś. Te odważne wizjonerki były w latach 70. śmielsze od mężczyzn.

Sfotografowałem na tej wystawie pracę Natalii LL „Aksamitny  terror” z 1970 roku.

Praca Natalii LL świetnie oddaje modę tamtego czasu, te dziwne buty, których dziś pewnie nie włożyłaby żadna dziewczyna.

Wspominam wiosnę tego lata. Maj był piękny. Zaczęło się spektaklem w teatrze Stefana Jaracza  „Tango nuevo” z muzyką Astora Piazzolli, w reżyserii Giovanny Castelanosa. Piazolla wiadomo – klejnot Argentyny, zrewolucjonizował tango. Tancerki wystukiwały swoimi bucikami rytmy męskiego tańca malambo, a ja myślałem o męskim punkcie widzenia na kobietę, który objawia się w wierszu chijskiego poety Nicanora Parra . Wiersz zatytułowany jest „Kobiety” i rozpoczyna się wersem „Kobieta niemożliwa, /Kobieta wysoka na dwa metry…” a kończy  „Doprowadzą mnie do szaleństwa”. (Ten i inne wiersze Nicanora Parry, w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej, można przeczytać w „Literaturze na świecie”, nr 7-8 z  2000 roku, str. 199-200).

W czerwcu w olsztyńskiej galerii Rynek wystawiał swoje obrazy Jarosław Puczel. Jedną ze swoich prac zatytułował „Blow-Up” czyli „Powiększenie”. Pamiętacie film Michelangelo Antonioniego z 1966 roku o tym tytule?

Ten film jest ważny z naszego, warmińsko-mazurskiego powodu, bo grała w nim Veruschka Lehndorff, córka hrabiego Lehndorffa ostatniego pana na Sztynorcie, straconego za udział w sprzysiężeniu przeciwko Hitlerowi.

Płótno Puczela nawiązuje do kadru z „Powiększenia”. Antonioni zainspirował się nowelą rodaka Piazzoli  – Argentyńczyka  Julio Cortázara  „Babie lato” („Las babas del diabolo” -  w kraju pisarza babie lato zwie się diabelską śliną). Puczel zainspirował się filmem Antonioniego.

W czerwcu po raz kolejny pokazało się, że panie są górą, bo na VII Olsztyńskim Biennale Sztuki wzięły siedem na osiem nagród i wyróżnień (wyjątkiem potwierdzającym regułę był Robert Listwan, który otrzymał drugą nagrodę).

 

Panie nie zaprezentowały sztuki łatwych wzruszeń. Raczej była to surowość i minimalizm, jak w wypadku nagrodzonej Grand Prix pracy Anny Drońskiej z cyklu „Opuszczone-Odzyskane”, którą tu przedstawiam, czy wyróżnionej fotografii Mai Siecińskiej.

Maja Siecińska sfotografowała trójkąt ocynkowanej blachy, przypominający skrzydło nowoczesnego myśliwca, czy pojazd kosmiczny, oświetlony zimowym światłem.

Artystki więcej widzą? Czy przewidują globalne ochłodzenie? A może tylko szybki koniec lata?

 

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.