22 lut 2015

NIEDZIELA. W oczekiwaniu na noc z Oscarami uświadamiam sobie, że doświadczam na własnej skórze efektu globalizacji, bo z ośmiu filmów nominowanych w kategorii „najlepszy film” widziałem pięć i przy odrobinie determinacji mógłbym zobaczyć wszystkich osiem. Moim zdaniem najbardziej wdzięczny w tym zestawie jest „Boyhood”. Inteligentna zabawa to „The Grand Budapest Hotel” (mógłby powstać w koprodukcji polsko-węgiersko-czesko-słowacko-rumuńsko-ukraińskiej), lekko zirytowałem się na „Whiplash”, z  J.K. Simmonsem w roli aroganckiego nauczyciela gry na perkusji.

Składały mi się ręce do oklasków, gdy widziałem Benedicta Cumberbatcha w roli Turinga w „Grze tajemnic”. Podzieliłem się moim zachwytem z kolegą. – Idź na „Teorię wszystkiego”- poradził mi – zobaczysz, jak Eddie Redmayne przeistacza się w Hawkinga, przy nim Turing Cumberbatcha to mały pikuś… Poszedłem. Istotnie Redmayne robi wrażenie.

okladka Enigma

Po projekcji każdego z tych dwu filmów brałem książkę. Brakło mi  w „Grze tajemnic” wątku Polaków – pogromców Enigmy, to sięgnąłem po pasjonującą pracę Rudolfa Kippenhahna „Tajemne przekazy. Szyfry, Enigma i karty chipowe”. Jest tam opowiedziana m.in. historia budowy przez Polaków w latach 30. XX wieku „bomby kryptologicznej”. Takie urządzenie symulowało działanie sześciu niemieckich Enigm. Polscy kryptolodzy stworzyli sześć takich „bomb”. 25 lipca 1939 roku przekazali aliantom wyniki swoich dociekań. Po wybuchu II wojny światowej przedostali się do Francji, gdzie kontynuowali pracę nad rozpracowaniem niemieckiej maszyny szyfrującej. W połowie stycznia 1940 odwiedził ich we Francji Turing. Ale czemu podczas wojny Anglicy nie wciągnęli genialnych polskich ekspertów do pracy nad dalszym rozszyfrowaniem udoskonalonej Enigmy, tego nikt nie wie, nawet Kippenhahn. Przypomnijmy nazwiska polskich pogromców Enigmy. Byli to Marian Rejewski, zm. w 1980 r. w Warszawie; Henryk Zygalski, zm. w Anglii w 1978 r. Najmłodszy, Jerzy Różycki,  zginął pod koniec 1941 roku, w drodze z Algierii do Francji, w katastrofie morskiej.

okladka Hawking

A teraz o biografii Stephena Hawkinga, bohatera filmu „Teoria wszystkiego”, genialnego profesora z Cambridge, autora „Krótkiej historii czasu”. Jak piszą Michael White i John Gribbin w książce „Stephen Hawking. Życie i  nauka”, Hawkingowie „pod wieloma względami znacznie wyprzedzali swoje czasy”. Np. jeździli starą londyńską taksówką, którą kupili za 50 funtów. Zastąpili ją potem nowym zielonym Fordem-Consulem. Powodem zakupu tego auta   była roczna wycieczka do Indii. Rodzina odbyła tę wyprawę bez Stephena, który został w domu by nie przerwać nauki. Hawkingowie trzymali też u południowych wybrzeży Anglii przyczepę campingową. Nie była to zwykła przyczepa, lecz bajecznie kolorowy wóz cygański.

Kilkunastoletni Hawking ze swoim przyjacielem zajmował się wymyślaniem gier planszowych. W 1958 roku z kolegami i przy pomocy nauczyciela matematyki Dicka Tartara zbudował w szkole komputer nazwany LUCE (od Logical Uniselector Computing Engine). W Anglii w tym czasie komputerami dysponowały tylko Ministerstwo Obrony i uniwersytety. Tego wszystkiego nie ma w filmie „Teoria wszystkiego”.

SOBOTA. Gdyby nie Planete  i TVP Kultura nie byłoby co oglądać w telewizorze. W nieocenionej więc Planete obejrzałem dokument, którego bohaterem jest słynny angielski fotograf mody David Bailey. Jego życie zainspirowało Michelangelo Antonioniego do nakręcenia  „Powiększenia”. Pisałem już o tym filmie, a szczególnie o udziale w nim  Veruschki von Lehndorf, dziedziczki na Sztynorcie.

Lubię Davida Hemmingsa w „Powiększeniu” Oglądając dokument jeszcze bardziej podziwiam jego wcielenie się w postać fotografa mody. Bailey nie wspomina, czy spotkał się z aktorem. Mówi tylko, że w jego pracowni zjawili się jacyś Włosi i zaproponowali mu główną rolę w filmie. Bailey znając swoje możliwości aktorskie, a raczej ich brak, odmówił.

W dokumencie Bailey mówi rzecz ciekawą: gdy obejrzał gotowy film był zaskoczony skąd Antonioni zna szczegóły z jego życia, choćby o tym, że kiedyś kupił w antykwariacie stare śmigło, które ma w pracowni do tej pory. Po latach wydało się, że dobry znajomy fotografa, dziennikarz, współpracował z Antonionim przy pisaniu scenariusza. – Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? – pytał Bailey znajomego. – Bałem się… Fotograf nie ma do niego pretensji. :­ – Jeśli zarobił jakieś pieniądze?

okladka Antonioni

Hanna Książek-Konicka w monografii Antonioniego przytacza słowa włoskiego mistrza: W „Powiększeniu” nie chodziło o Londyn, ale coś takiego jak Londyn. Trawestując powiedzenie Antonioniego można zaryzykować: w „Powiększeniu” nie chodziło o Baileya, tylko kogoś takiego jak on.

CZWARTEK. Jestem w Katowicach. Znakomity artysta śląski Erwin Sówka (wystawę jego prac oglądaliśmy w olsztyńskim BWA przez całe lato ubiegłego roku) powiedział mi o promocji książki Arkadiusza Goli „Poziom na dwa łamy. Śląska fotografia prasowa w Trybunie Robotniczej i Dzienniku Zachodnim 1960-1989”. Spotkanie odbywa się  w zabytkowym Kinoteatrze Rialto. Oprócz autora są   bohaterowie książki: fotografowie. Poznaję legendę śląskiej fotografii Józefa Makala oraz Andrzeja Baturo, niegdyś działającego w Olsztynie, a teraz w Bielsku-Białej. Robię fotografom pamiątkowe zdjęcie. Stoją na nim od prawej, między innymi: autor książki Arkadiusz Gola (z mikrofonem). Obok Józef Makal i Andrzej Baturo. Na dole, w środku Bogdan Kułakowski, wyróżniony w konkursie World Press Photo w 1979 roku.

Fotoreporetrzy z Górnego Śląska

15 sty 2015

Bury i Bartek 2

Wystawa fotografii z lat 60. i 70. ubiegłego wieku (jak to brzmi!).

Najpierw Bury pozował z Bartkiem pod swoim portretem z młodości, czyli jedną z najwcześniejszych prac Mieczysława Wieliczko.

Bury z BartkiemPołom

Poprosiłem Janusza Połoma by stanął przy portrecie brata Stefana, znanego olsztyńskiego poety. Tę fotografię Janusz zrobił w końcówce lat 60. Niżej zdjęcie Mariusza Hermanowicza z tego samego czasu, na którym jest Paryż.

Witold Sułkiewicz

Witold Sułkiewicz pozował przed portretem, który zrobił  mu Dionizy Górski .

Waluga

Jurek Waluga pokazał mi swoją legitymację olsztyńskiego Towarzystwa Fotograficznego z lat 60.

Fotografiści 1Fotografowie

Potem wszyscy, którzy przyszli dzisiaj do Pałacu Młodzieży na wystawę „Z archiwum Warmińsko-Mazurskiego Towarzystwa Fotograficznego” ustawili się pod żyrandolem. I wszyscy zaczęli się nawzajem fotografować.

25 paź 2014

Pamiętacie „Panoramę Północy”, tygodnik ilustrowany, który ukazywał się w Olsztynie do 1981 roku? Znalazłem „Panoramę Pólnocy” na płótnie Hieronima Skurpskiego.

Poniedziałek. Wybrałem się na Zatorze, a konkretnie na ulicę Parkową 1. Wiesław Wachowski zaprosił mnie do Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych, bo z okazji przejścia na emeryturę urządził performance. Zjawili się jego przyjaciele z dawnych lat, a także koleżanki i koledzy z pracy, czyli CEiIK-u.

Artysta rozsypał w sali widowiskowej 5712 kapsli. Jeden kapsel za jeden dzień, bo tyle dni pracował w tej instytucji, ucząc rysować i malować młodzież, a także dorosłych. Była to więc medytacja nad życiem, które minęło. Kapsle artysta zbierał sam, pomagali mu też przyjaciele.

Wiesiek 2

Przyznam, że starałem się podczas tego spotkania nie poddawać nastrojowi melancholii, jak to bywa, gdy myślimy zbyt uporczywie o upływającym czasie. Znam Wieśka jeszcze z czasów studenckich, gdy mieszkaliśmy w tym samym akademiku na Bielanach w Toruniu. Jako  dyplomowany grafik po Wydziale Sztuk Pięknych UMK w listopadzie 1973 roku Wiesiek zjawił się w Olsztynie. Zaprosił go Tadeusz Burniewicz, kolega ze studiów, który po prostu zameldował przyjaciela w mieszkaniu swoich rodziców na Zatorzu.

Gdy Wiesiek otrzymał pracownię w dawnej kotłowni przy ul. Kołobrzeskiej 17 stała się ona wkrótce alternatywnym ośrodkiem kultury. Miałem tam okazję słuchać śpiewającego i grającego na gitarze Edwarda Stachurę.

Wiesław Wachowski jest artystą awangardowym, zaangażowanym w swój czas. Czwartą rocznicę ataku z 11 września 2001 roku na wieże WTC w Nowym Jorku upamiętnił specjalnym pokazem. Na scenie staromiejskiej z siedmiu tysięcy drewienek zbudował dwie ponad czterometrowe konstrukcje, które ściął na oczach widzów. Powtórzył tę akcję w 2006 i 2007 roku.

Wiesiek używa wody, śniegu, lodu oraz własnego ciała „jako medium artystycznych działań”. Jego akcje są wydarzeniem jednorazowym. Jakby rzeźbił we mgle. Albo w chmurze. Ich jednym śladem są fotografie lub filmy, które można zobaczyć w Internecie.

Czwartek. Pojechałem na nidzicki zamek (16 października) na sesję naukową i wystawę „Skurpski – opisanie świata”. Paweł Gawliński prezentował blisko 80 prac pana Hieronima, będących wyborem z gromadzonej od połowy lat 90. ubiegłego wieku kolekcji. Ma on prawdziwe perełki, np. widoki miast Warmii i Mazur, w tym Olsztyna i Nidzicy. Bezcenne szkice do kanonicznej „Pustej nocy”. Wśród innych ciekawostek zwraca uwagę matissowski obraz i szkic do niego pod tytułem „Panorama Północy” (egzemplarz pisma na czerwonym stoliczku, przy którym artysta malował).

katalog

Każdy interesujący się regionem powinien w te pędy ruszyć do Nidzicy. Wystawa niestety jest czynna tylko w godzinach pracy Nidzickiego Ośrodka Kultury, czyli do godz.15. W trakcie sesji wystąpiłem z prelekcją „Mazur z ulicy Warmińskiej. Portret w ruchu” , która podobnie jak inne wystąpienia z sesji znalazła się w pięknie wydanym katalogu opracowanym graficznie przez Bogdana Żukowskiego.

Wcześniej moje wspomnienie o panu Hieronimie Skurpskim, rysowniku, grafiku i artyście – malarzu oraz założycielu wielu instytucji kulturalnych i naukowych w powojennym Olsztynie ukazało się w tomie „Artysta, który miał świadomość spełnienia” (Tow. Naukowe im. W. Kętrzyńskiego, Olsztyn 2014 ). Promocja książki, w której brał udział m.in. Erwin Kruk, miała miejsce w Domu Polskim w Olsztynie 17 września.

Hieronim Skurpski

Piątek. Zwieńczeniem uroczystości w stulecie urodzin pana Hieronima  było spotkanie na zamku w Olsztynie (17 października) „Hieronim Skurpski  jakiego nie znacie”  i otwarcie wystawy  jego prac  ze zbiorów olsztyńskich kolekcjonerów (na zdjęciu jedna z prac, autoportret artysty). Interesujący referat wygłosił o panu Hieronimie, jako kustoszu Muzeum Mazurskiego w Olsztynie, Andrzej Rzempołuch.

 

 

17 paź 2014

Znajoma wróciła z Londynu. Zawiozła córkę na studia. Pełna jest jak najlepszych wrażeń. Lubi czytać, więc z satysfakcją zauważyła, że z uczelnianej biblioteki, która jest czynna 24 godziny na dobę, można jednorazowo wypożyczyć 40 książek.

Na Wyspach jest wielu studentów z Polski. Mogli ubiegać się o naukę w brytyjskich wyższych szkołach indywidualnie, ale łatwiej było się tam dostać dzięki systemowi międzynarodowej matury. W naszym kraju można ją uzyskać już w 32 liceach. W Warszawie jest ich aż jedenaście, w Krakowie cztery. Oprócz przeprowadzenia samodzielnej pracy badawczej, z  opisem w języku wykładowym , czyli angielskim, francuskim lub  hiszpańskim, warunkiem uzyskania międzynarodowej matury jest zaliczenie 150 godzin zajęć, w takich dziedzinach jak twórczość własna, wolontariat, sport, aktywność  społeczna. Córka znajomej m.in. pomagała uczyć się niedowidzącym dzieciom i działała w młodzieżowej radzie dzielnicy.

W ubiegłym roku opisywałem w tym miejscu wizytę w Liceum Batorego w Warszawie. Zobaczyłem młodych ludzi, którzy rywalizują ze swoimi rówieśnikami ze świata. Podziwiałem ich szalone ambicje i możliwości jakie daje mądra szkoła. Zawsze tak było, uczniowie wyrastający ponad przeciętność i nauczyciele, którzy rozpoznawali w nich talent i rozbudzali pasję.

W tym tygodniu obchodzimy uroczyście 100 – lecie urodzin Hieronima Skurpskiego. Kim  zostałby pan Hieronim, gdyby nie spotkał  na swojej drodze Józefa  Biedrawy,  nauczyciela z Działdowa? To on mazurskiego chłopca, w którym dostrzegł to „coś” wysłał do artystycznej szkoły średniej w Krakowie. Wyprawa ze Skurpii do Krakowa była ponad 80 lat temu większym wyzwaniem niż dziś podróż z Warszawy do Londynu.

Zastanawiając się nad drogą pana Hieronima w świat myślę o uczniach z popegeerowskich wsi, którym warunki domowe uniemożliwia edukację w renomowanych szkołach. Marzy mi się by najzdolniejsi z nich dostali szansę nauki wśród elity młodych Europejczyków.

30 cze 2014

 

2Stolarczyk i Dakowicz3Mariola Kruszewska4Kotys czyta wiersze1Gracjan Kaja6Andrzej PieczynskiDSCN2449wenecja 1 

 

SOBOTA. W Praniu Przemysław  Dakowicz z Łodzi  (na zdjęciu z prawej, obok Jan Stolarczyk przewodniczący jury) otrzymał nagrodę imienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Orfeusz za tomik „Teoria wiersza polskiego”.

 

Mariola Kruszewska  została  laureatką Orfeusza Mazurskiego  za tomik „Wczoraj czyli dziś”.

 

 

Najpierw czekaliśmy aż przestanie padać, ale nie przestało. Gala wręczenia nagrody a zarazem XVII Inauguracja Sezonu Artystycznego w Praniu odbyła się więc z powodu deszczu, nie na scenie nad Jeziorem Nidzkim, tylko pod dachem leśniczówki , w której Gałczyński napisał „Kronikę Olsztyńską” i gdzie znajduje się muzeum jego imienia. Pomieścili się wszyscy przybyli.  

 

 

Wiersze laureatów czytali Kamila Sammler-Kotys i Ryszard Kotys.

 

 

Kiedy przestało padać Gracjan Kaja, młody rzeźbiarz z Bydgoszczy, mógł odsłonić pomnik Zielonej Gęsi. Artysta powiedział, że pozowała mu prawdziwa gęś. Istotnie rzeźba jest bardzo realistyczna.

 

Andrzej Pieczyński przedstawił swój monodramem „Bal u Salomona”. Spytałem aktora czy czuł dreszcz, grając w historycznym wnętrzu.- Mam nadzieję ,że Ildefons nie grozi mi z góry palcem. Jeśli się pomyśli, że grałem wśród rzeczy, których on dotykał , to tak, poczułem metafizyczny dreszcz. Ale lepiej się z Gałczyńskim komunikuję przez tekst „Balu u Salomona”, w którym jest niebywała  kompensacja poezji – powiedział Andrzej Pieczyński, pamiętny taksówkarz Jurek z „Wielkiego Szu”. 

 

 

W tym roku przez cały sezon artystyczny w Praniu zaproszeni artyści: Stanisława Celińska, Tadeusz Chudecki, Marcin Troński i Wojciech Malajkat będą obok poezji Gałczyńskiego interpretować także twórczość zmarłego tej wiosny Tadeusza Różewicza. W Praniu rośnie już zasadzona jesienią ubiegłego roku daglezja z ogrodu Tadeusza Różewicza.

 

 

PIĄTEK. Wenecja to malowniczo położona  wieś niedaleko Morąga, jedna z miejscowości  o których istnieniu przypominamy sobie przy okazji nadzwyczajnych akcji. Z inicjatywy Iwony Bolińskiej-Walendzik , szefowej stowarzyszenia Areszt Sztuki, do wiejskiej świetlicy w Wenecji przyjechali z Olsztyna artyści- plastycy ze swoimi obrazami.

 

I ja tam byłem z Lucyną Kowalską, która  śpiewała moje wiersze i Mateuszem Cwalińskim, który jej akompaniował na akordeonie.

 

Po wernisażu i koncercie rozmawiałem z mieszkańcami , którzy wyrazili nadzieję, że nie jest to ostatnie nasze spotkanie. Nazwa tej wsi ma niebywały potencjał promocyjny. I są mieszkańcy, którzy to dostrzegają.

 

 

 

25 kwi 2014

to i owo

Ostatni tomik zmarłego w czwartek Tadeusza Różewicza „to i owo” ukazał się jesienią 2012 roku. O czym jest ta książka? Poeta pisze, że dolega mu starość. Jest ona takim stanem w którym myli się wtorek z piątkiem, a sobota przydarza się dwa razy w tygodniu. A przy porannym wstawaniu ktoś umarły zaplątuje się w myśli. 

1.

Poeta nie może umarłych powołać na powrót do życia, ale może w wierszu przywołać ich blaknące postaci, tak jak obraz ubranego w niebieski drelich sędziwego mężczyzny, którego spotkał kiedyś w Bułgarii. Współczuje starym ludziom, którzy chodzą z balkonikiem, ale też wścieka się na starców, którzy „trupim jadem nienawiści zarażają młode serca”. I nie opuszcza poety wisielczy humor, gdy  nawołuje „kupmy se koturny/ a potem… marsz marsz/do urny…”.

Dolega poecie świat współczesny w którym rządzą „sponsorzy szmiry i zdziry”, a uwaga mediów koncentruje się na kulinariach, na  „kuchni” we wszystkich odmianach, tak jakby poza nią nic nie istniało.

Kiedy bierze do ręki wspomnienia brytyjskiego marszałka Montgomery’ego spostrzega, że Polska wymieniana jest na 500-stronach tylko cztery razy i nie ma tam miejsca na polskich generałów i naczelnych wodzów z II wojny światowej, na bitwę o Monte Cassino i Powstanie Warszawskie. Pisze wiersz pod tytułem „Polska jako sojusznik”.

2.

Tadeusz Różewicz budzi się rankiem i pisze wiersz „jeszcze jeden dzień” w którym wspomina polskich zmarłych poetów. Może ma na myśli Leopolda Staffa, który też opisywał świt w  „Przebudzeniu”. A może Czesława Miłosza? Albo Adama Mickiewicza?  

Jak Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” „widział i opisywał” Litwę tak Pan Tadeusz opisuje zawód literata. Sporządza rejestr czynności w  swoim gospodarstwie pisarza. W inwentarzu jest epika, czyli powieść i opowieść. Jest liryka, czyli poezja. Myślenie i opisywanie to jest filozofia. Do uprawiania tego zawodu niezbędne jest „czucie” .

A czym w takim razie jest natchnienie? Jaka jest jego technologia? Poeta pisze: „czuję widzę myślę/ i muszę To opisać/ to jest natchnienie”.

Ale w rejestrze pisarza, poety i literata znajduje się również wściekłość. Bo kiedy przeczyta, przepisze, poprawi i znów przeczyta swój utwór –  milczy, potem ogarnia autora wściekłość i wtedy znów zabiera się za odczytywanie tego co napisał. I na tym polega jego zawód.

_

Tadeusz Różewicz ,”to i owo”, posłowie: Jan Stolarczyk „Dopowiadając to i owo”, Biuro Literackie, Wrocław 2012

 

08 kwi 2014

Waluga

Ożył tramwaj, który sfotografował Jurek Waluga. Proszę przyjść do BWA Galerii  Sztuki  (planetarium) na wystawę „Ikony i ślady. Nasz Olsztyn” by przekonać się o tym samemu.

Należy stanąć przed tą wielkoformatową fotografią i wsłuchać się w odgłosy Olsztyna sprzed pół wieku. Bowiem jest to wystawa dźwiękowa. Ekspozycji towarzyszą odgłosy miasta nagrane przez reporterów olsztyńskiego Radia w centrum miasta w połowie lat 60. Słychać śmiejące się dzieci, stukot końskich kopyt, warkot motocykla, trąbienie samochodów oraz dzwonek i trzask zamykanych drzwi tramwaju właśnie.

Jak wspomina Jurek Waluga był pewien dzień kończącego się lata 1965 roku, gdy wyszedł on na miasto ze swoim enerdowskim aparatem.

Uwiecznił wagonik tramwaju pnący się ulicą Grunwaldzką, tuż po wyjeździe z mostu Jana. Tramwaj nr 1 jadący nad Jeziora Długie. Na fotografii z lewej strony, widoczna jest kamienica przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie pod nr 3 mieści się obecnie znany antykwariat „Silva Rerum” Zbigniewa Galona.

Jerzy Waluga jest rodowitym warszawiakiem, z wykształcenia rybakiem, po Wydziale Rybackim Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie, wieloletnim pracownikiem olsztyńskiego Instytutu Rybactwa Śródlądowego. Autorem ponad 100 tysięcy fotografii naszego miasta, wśród których są zdjęcia  ostatnich tramwajów .

Uważni czytelnicy mojego bloga pamiętają, że zachwyciłem się tą fotografią, gdy pewnego dnia ujrzałem ją w oknie wystawowym winiarni na Starym Mieście. Po jakimś czasie poznałem Jurka. Przy gruzińskim  winie opowiedział mi historię zdjęcia.

Zachwycam się idealną kompozycją obrazu. Jeżeli poprowadzimy linie od rogów fotografii to na skrzyżowaniu przekątnych znajdą się pasażerowie tramwaju. Kompozycyjnie to „złoty strzał”.

Zdjęcie zapisuje modę lat 60. Dbałość o strój. Daje wgląd w czas miniony. Wystarczy w tę fotografię … wejść.

 

27 sty 2014

W sobotę obejrzałem „Klauna” Pavla Kohouta w reżyserii Giovanny Castellanosa. Przedstawienie jest spójne i konsekwentne. Ma słodko-gorzki smak, sceny z życia rodziny klanów wzruszają.

W pewnej chwili żywioł zabawy zwycięża, gdy klauni  „strzelają” w widownię balonami i obrzucają ją pakunkami z confetti. Autorką świetnej scenografii jest Aneta Suskiewicz, a muzyki Marcin Rumiński.

To polska prapremiera sztuki i  jednocześnie pierwsza premiera na zbudowanej od podstaw, przy okazji remontu olsztyńskiego Teatru Stefana Jaracza, scenie Margines.

Rzecz o cyrku, w którym najważniejszym punktem programu jest pokaz tresury koni. Cyrk to oczywiście metafora współczesnego świata.

Sztandarowym numerem popisuje się dyrektor cyrku Holzknecht (Cezary Ilczyna). Ma on pomocnika, demonicznego inspektora maneżu  (świetny Marcin Tyrlik). Klaun August (Paweł Parczewski) ma czelność marzyć o tym by również tresować konie. – Możesz zrealizować swoje marzenie – mówi Augustowi dyrektor. Ale jak? To proste:  – Musisz zostać dyrektorem cyrku.

– Ale czy to możliwe?- dopytuje się naiwny jak dziecko August. Tak, jak założysz rodzinę.

Klaunowi udaje się spełnić ten warunek. Na arenie pojawia się klaunka (podpieram się językiem czeskim, po polsku klaunica?) Lulu (Małgorzata Rydzyńska) – która zostanie żoną Augusta; przyszły teść –  klaun Bumbul (Artur Steranko), zjeżdżający na linie wprost na środek areny, a także synek – August  junior (Przemysław Niedzielski).

Holzknecht piętrzy kolejne trudności, August je spełnia. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale los klaunów jest nie do pozazdroszczenia.

 

Wychodząc z teatru zastanawialiśmy się kogo w dzisiejszym cyfrowym świecie mógłby symbolizować klaun August? Kto chce przejąć władzę nad cyrkiem?

 

02 sty 2014

31.12.2013

Pod moim balkonem na trawniku rosną stokrotki. Nie dają się mrozowi. W grudniu zakwitły po raz trzeci w tym roku.

Rano w sklepie spotkałem znajomego lotnika. Złożyliśmy sobie życzenia zdrowia i szczęścia na 2014 rok, bo cóż to za szczęście bez zdrowia i na odwrót.

Japończycy nakręcili pełnometrażowy film animowany o konstruktorze myśliwca „Zero”. Samolot był „piękną maszyną”, ale był  użyty w ataku na Pearl Harbor, czyli w złej sprawie.

Myślę o polskich inżynierach, którzy przed wojna konstruowali aparaty latające o takich pięknych imionach jak: wilk, jastrząb, łoś, karaś czy sum.

Szybowiec „Orlik” Antoniego Kocjana pokazano na Wystawie Światowej w 1939 roku. Potem przejęli „Orlika” Amerykanie i bili na nim różne rekordy używając maszyny do 1967 roku. Jakoś nikt nie wpadł na to by nakręcić film o „Orliku”, albo o doskonałych samolotach sportowych RWD na których polscy piloci bili rekordy i zwyciężali w zawodach lotniczych. Współkonstruktorem RWD był Stanisław Rogalski, który po wojnie  doszedł do profesury na prestiżowym uniwersytecie amerykańskim w Princeton.

Czy ktoś jest dziś w stanie rozbudzić takie ambicje jakie były przed wojną? Może należy zacząć od sprawy podstawowej. Od porządnego posiłku.

Marzy mi się by Sejm zadekretował we wszystkich typach szkół bezpłatne obiady dla uczniów. Kiedy im nie będzie burczeć w brzuchu łatwiej nauczą się rachunków.

 

18 gru 2013

Gombrowicz

1.„Operetka” Witolda Gombrowicza w reżyserii Andrzeja Majczaka. Pierwsza premiera na kameralnej scenie po remoncie Teatru Stefana Jaracza w Olsztynie.

Reżyser oparł spektakl na ciekawym pomyśle, Gombrowicz jest przewodnikiem po swoim dziele (w tej roli Dariusz Poleszak). W spektaklu najwięcej do powiedzenia ma Hufnagiel, niby koniarz, niby hrabia, później terrorysta. Maciej Mydlak nadaje tej postaci wdzięk.

Scenografia Urszuli Czernickiej skromna: ekrany dzielą scenę na świat wewnętrzny, świat bohaterów  „Operetki” i świat zewnętrzny, w którym egzystuje Gombrowicz ze swoją operetkową świtą.

Z tych ekranów wysuwają się szuflady. Jak staroświeckie biblioteczne katalogi. Gombrowicz z muzeum literatury?

2. Autor i jego świta są dobrze ubrani: Gombrowicz – Poleszak nienagannie nosi marynarkę, a Księżna – Irena Telesz długą suknię z trenem, piękny kostium dawno nie widziany w teatrze .

Zasadniczy wątek „Operetki” to przeciwstawienie strój –  nagość.  Rita Gombrowicz wspominała, że na rok przed śmiercią (pisarz zmarł w 1969 roku) kupiła mężowi zamszową marynarkę. Wyglądał w niej „jak młody chłopak wybierający się na polowanie”.

Gombrowicz do śniadania siadał w marynarce, której nigdy w domu nie zdejmował.

Jednym z bohaterów „Operetki” jest kreator mody Fior (Grzegorz Jurkiewicz). Tu ubrany jest niczym jaki Goethe, w strój niby romantyczny. Dlaczego? Nie wiem.

3. Kiedy Gombrowicz ukończył „Operetkę” w 1966 roku, miał 62 lata, Rita 30 lat.  Pisarz zmagał się z astmą. Miał ciągłe kłopoty z oddychaniem. Do tego bóle żołądka, wzdęcia i obstrukcje.

Starszy chory mężczyzna z młodą kobietą u boku.

Gombrowicz notuje w „Kronosie”: „Miłość z kobietą po 20 latach co najmniej”.  Pewnego dnia napisze: „Kiepsko z sercem”. Gdzie indziej : „Dalsze posuwanie się w starość” i dalej: „Trzeba opracować śmierć”.

4. Szarm to zgodnie z objaśnieniami Gombrowicza „wyfraczony hrabia”, „złoty młodzieniec, zblazowany birbant i lampart” lat 35. Baron Firulet jest jego rówieśnikiem.

W olsztyńskim spektaklu Szarm (Grzegorz Gromek)  i Firulet (Radosław Hebal) nie noszą eleganckich strojów. Mają być „starymi chłopcami”. Ale dziś trzydziestka na karku, to ciągle młodość.

Szarm i Firulet noszą krótkie spodenki i podkolanówki.  I koszule w brunatnym kolorze. To zupełnie nieelegancki kolor. I nieelegancki strój.

5. Trzy pokolenia na scenie. Żywiołowi studenci Studium Aktorskiego im. Aleksandra Sewruka. Urok młodości.

6. Gdy Szarm w scenie seksu z Albertynką  ściąga spodnie,  zdejmuje slipy i celuje w stronę widzów swoim gołym zadkiem, czuję się stremowany.  Nie przywykłem.

Trafił mnie.

Wychodząc z teatru mam w uszach słowa Szarma: „Wypuściliśmy tedy złodziejaszków, żeby sobie pohasali…”

Ale to zadek mnie prześladuje.

Z jednej strony zły, z drugiej, dobry gust.

Zadek. I marynarka Gombrowicza.

O to chodziło?

P.S. Lubię portret Gombrowicza , który namalował pastelem Aleksander Wołos (na zdjęciu).

 

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.