14 mar 2010

Ile można o serach z Warmii, o węgorzach z Mazur? Nawet  Mikołaj Kopernik się przejadł. Dlatego proponuję korzystając z hasła Warmińsko- Mazurskiej Zachęty  ogłosić: Olsztyn = Moc Sztuki.

Warmińsko-Mazurskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Olsztynie działa już od czterech lat. Właśnie ukazał się  katalog  olsztyńskiej Zachęty pod tytułem „Moc Sztuki”. Są w nim zreprodukowane wszystkie dzieła, które zakupiono do kolekcji. Współczesne miasta snobują się na posiadanie muzeów sztuki nowoczesnej. Olsztyn miasto-nie miasto, jak definiuje trafnie Ryszard Czerwiński , takiego muzeum formalnie nie ma, ale ma zbiór dzieł, zaczątek takiego muzeum .

Anna Baumgart ,”Lady Dark”, żywica syntetyczna, 2007 rok

W kolekcji znajduje się na przyklad  rzeźba Anny Baumgart „Lady Dark”. To  przykład wpływu publicystyki prasowej na artystów. Baumgart zainspirowała się fotografią przedstawiającą ćwiczenia antyterrorystyczne duchownych.

Zachęta jest wydawcą nie tylko tego katalogu. Opublikowała już trzeci tom szkicowników Hieronima Skurpskiego (1914-2006), z lat 1980-2006. Księga, podobnie jak poprzednie jej dwie części, może być ozdobą każdego księgozbioru miłośnika sztuki.

Już pisałem, że Hieronim Skurpski to góra, jego twórczość jest tak bogata i ważna, że mogłaby zapełnić sale osobnego muzeum. Być może dojrzejemy do tego. Teraz możemy – dzięki Zachęcie – oglądać rysunki z jego szkicowników.

Artysta był świadom tego, że jego zapełniane codziennie, od 1939 roku aż do śmierci, bruliony są dziełem wyjątkowym na skalę światową. Zachowały się 162 stukartkowe zeszyty. Za życia artysty mogli do nich zaglądać wybrani, a teraz może się z nimi zapoznać każdy. A kto nigdy nie odwiedził pana Hieronima w jego ostatniej pracowni, przy ulicy Warmińskiej, będzie miał o niej wyobrażenie, dzięki znakomitym zdjęciom Stanisława Zbigniewa Kamieńskiego. Bezcennym dodatkiem do książki są fragmenty dzienników artysty. Hieronim Skurpski przybył do Olsztyna w 1945 roku, spędził tu najbardziej twórcze lata swego życia, jest więc artystą na wskroś olsztyńskim. Takim też jest Andrzej Samulowski (1924-2002).

Od 1957 roku aż do śmierci Samulowski mieszkał na Starym Mieście w Olsztynie. Był wnukiem jednego z założycieli „Gazety Olsztyńskiej”, w gietrzwałdzkim domu dziadka urządził pierwszą pracownię malarską. Właśnie zakończyła się wystawa malarstwa i pastelu Andrzeja Samulowskiego w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olsztynie. Kto nie zdążył jej zobaczyć  powinien kupić katalog wystawy, to kolejna pozycja, która powinna się znaleźć w księgozbiorze miłośnika sztuki.

Andrzej Samulowski, „Złocony pejzaż”, pastel, 1998

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną książkę o sztuce, album poświęcony artyście związanemu z Olsztynem od narodzin aż do śmierci, Henrykowi Mączkowskiego (1936-1973). Od  Jana Antoniego Blanka (1785-1844), który jest pierwszym artystą-malarzem urodzonym w Olsztynie, następnym jest dopiero Mączkowski.

Blank mało jest  znany w rodzinnym mieście, a powinien. Najsławniejsza praca Blanka to portret wynalazcy maszyny do liczenia – Abrahama Sterna, pradziada Antoniego SłonimskiegoWiemy jak wyglądał Blank, bo namalował siebie na portrecie rodziny z 1825 roku znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Jan Antoni Blank,”Rodzina”, olej na płótnie, 1825 rok

Artysta umieścił się tam w otwartym oknie. Rozpisałem się o Blanku a miałem o Henryku Mączkowskim.

Album „Henryk Mączkowski malarstwo i grafika” to   pierwsza  od  przedwczesnej śmierci artysty tak obszerna prezentacja jego twórczości. W bardzo kompetentnym wprowadzeniu do książki  Krystyna Koziełło-Poklewska pisze: „Pozostawił po sobie pełne żarliwości, piękne malarstwo, rysunki, plakaty i realizacje plastyczne. Był u siebie w Olsztynie zaledwie lat 36, ale jak mało kto, wrośnięty w tę ziemię, jej urodę, tradycję i kulturę”. Zachwycam się jego niezwykłym portretem rybaka. Coś niepokojącego jest w tym płótnie Mączkowskiego. I ta jedyna w swoim rodzaju zielono –błękitna tonacja obrazu.

Henryk Mączkowski, “Rybak”, olej na płótnie, 1969

Chwała Stowarzyszeniu Społeczno-Kulturalnemu „Pojezierze” za inicjatywę wydania albumu.

Byli u siebie w Olsztynie: Skurpski, Samulowski, Mączkowski. Badacze naszego krajobrazu. Są dowodem na olsztyńską Moc Sztuki.

09 mar 2010

„Gadające głowy”(1980 rok) to jeden z ostatnich filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego. Reżyser zdaje swoim bohaterom dwa  pytania: Kim jesteś? Czego byś chciał ?


W ostatnim ujęciu stuletnia kobieta (rocznik 1880) nie potrafi precyzyjnie odpowiedzieć na te pytania. — Sto lat mam — mówi. — A co by pani chciała? — pyta Kieślowski zza kadru. —Jak? — kobieta niedosłyszy.— Co by pani chciała? — reżyser powtarza pytanie. — Ile bym chciała? — pyta staruszka. — Chciałabym dłużej żyć… dłużej żyć — i uśmiecha się. Jeden z małych chłopców odpowiada, że chciałby być samochodem …syrenką.

Kieślowski tym filmem pokazywał co myślą ludzie w Polsce w końcu lat 70. Dzieci i dorośli, studenci, artyści, inteligenci i robotnicy. Wśród bohaterów jest samotna matka i kapłan. Pisarz, artysta-malarz i profesor. W książce “O sobie” reżyser tłumaczył, że jego dokumenty są po prostu opisaniem świata przy pomocy kamery.”To trochę tak, że jeżeli coś nie jest opisane, właściwie nie istnieje”. Do tej pory nie pytano bohaterów w filmach dokumentalnych  “Kim jesteś? Czego byś chciał?”. Zrobił to Kieślowski.

Po raz pierwszy oglądałem “Gadające głowy” na ekranie kina WDK w Olsztynie na ulicy Parkowej 1 (obecnie CEiIK), w 1981 roku, w trakcie seminarium Dyskusyjnego Klubu Filmowego „ZA”. Wrażenie było piorunujące, spotęgowane przez efekt sali kinowej: wielkie zbliżenia twarzy, jakby zaglądało się bohaterom do wnętrza głowy. Dokument oglądany po latach, tylko na ekranie komputera, nadal silnie na mnie  działa. Surowość, czerń i biel – jest jego walorem. Ale teraz zwróciłem uwagę na coś, czego wcześniej nie dostrzegałem u rozmówców Kieślowskiego, ogromną koncentrację u jednych, i coś w rodzaju nerwowego napięcia u drugich.

Kiedy myślę o tym filmie  przypomina mi się jedna z najsłynniejszych książek tamtych lat, „Ziarno” Andrzeja Bonarskiego. Wypowiadają się w niej ludzie teatru, między innymi Jerzy Grotowski. Na pytanie Bonarskiego “Kim jesteś”? Grotowski odpowiada na kilku stronach, zaznaczając na wstępie, że pytanie to powinno być sformułowane w pierwszej osobie “Kto, kto jestem?”. Tak naucza hinduski mędrzec Mahariszi — przypomina Grotowski.

Brytyjski filmoznawca Paul Coates postawił tezę, że Kieślowski  w „Gadających głowach” “mówi” wszystkimi głosami swoich bohaterów, szczególnie, gdy „apelują o mniej agresji w codziennym życiu, wzywając do miłości i wolności”. Jedna z bohaterek twierdzi na przykład, że jej jedynym marzeniem jest „spokój”, czyli — zauważa Coates — wypowiada kluczowe słowo dla twórczości Kieślowskiego.

Polski filmoznawca, Tadeusz Lubelski, uważa, że pogląd bliski reżyserowi wypowiada jedynie rówieśnik Kieślowskiego, mężczyzna z rocznika 1941. Mówi on — Wydaje mi się, że w zasadzie mam wszystko, co normalny, przeciętny człowiek powinien chcieć i mieć. Może to jest i dobrze, ale wydaje mi się, że czegoś mi brakuje. Że jestem już w takim okresie, że chciałbym coś zmienić, coś osiągnąć. Nie wiem co, co bym chciał zmienić, ale chciałbym, żeby było inaczej…

Pisarz Andrzej Szczypiorski uważał, że realizując między innymi „Gadające głowy” Kieślowski był trochę Mrożkiem a może i Gombrowiczem naszej kinematografii, a chciał być kimś więcej. Już nie wystarczało mu rejestrowanie życia. W styczniu 1981 roku w „Dialogu” ogłasza zwrot we własnej twórczości „głęboko zamiast szeroko, do środka a nie na zewnątrz”. Wszystkie nadzieje wiąże z filmem fabularnym.

Przełomem jest “Dekalog”. Kieślowski staje się największym moralistą polskiego filmu. W końcu po wielkich sukcesach „Trzech kolorów” ogłasza, że nie będzie się już zajmował się filmem.

Jak pisze Annette Insdorf w książce „Podwójne życie, powtórne szanse” Kieślowski  ”nie doczekał wieku, w którym byłby zgarbionym siedemdziesięciolatkiem przy pojemniku na śmieci”. Zmarł 13 marca 1996 roku, po operacji serca.

02 mar 2010

Lem powiedział kiedyś, ze Mrożek jest niezastąpiony. Gdyby go nie było, w naszym dramatopisarstwie byłaby kosmiczna dziura. A co by było z naszym życiem gdyby nie było Mrożka?

Sławomir Mrożek, pastel Aleksandra Wołosa

Moim kolegą na studiach był Marian. Wielbił on Mrożka. Szczególnie opowiadania z tomu „Półpancerze praktyczne”. Mrożek w pewnym sensie ukształtował  Mariana.  Mnie od dziecka ciągnęło do sztuk pięknych, konkretnie do rysowania, więc szybko wpadła mi w oko kreska Mrożka w „Przekroju”.  Z tym większą frajdą wybrałem się do kamienicy Naujacka by obejrzeć oryginały jego rysunków.

Wziąłem ze sobą kolegę, który pracuje w administracji. Był  jakoś posmutniały po codziennej monotonii biura, ale jak tylko pooglądał Mrożka – to poweselał. Bo jak się nie uśmiechnąć, kiedy widzi się taką scenkę: dwóch gentlemanów, jeden pyta — Czego się boisz? — Nie powiem, bo się boję —  odpowiada  ten drugi. Siedzi pod stołem.
Na Zatorzu w moim dzieciństwie funkcjonowało pojęcie wysilania-niewysilania. — Nie wysilaj się — mówiono komuś, kto bardzo się starał, a nie potrafił. I nie chodziło tu tylko o wysiłek fizyczny, o salto na trawie zrobione lekko, z wdziękiem, czy skok na główkę do jeziora, ale dobrze opowiedziany żart. W sposób niewymuszony. Takie są rysunki Mrożka. On potrafi.
 Jego technika jest bardzo prosta. Rysuje czarnym flamastrem na brystolu. Podpisy robi w dymkach  drukowanymi literami.
W pasjonującej książce „Życie w „Przekroju” Andrzej Klominek opisuje jakie były początki twórczości Mrożka. Nim stał się on autorem drukowanym i granym „produkował się” w mieszkaniu Wisławy Szymborskiej i jej ówczesnego męża, poety i redaktora Adama Włodka. W trakcie tych wieczorów kolega szkolny Mrożka — znany później aktor Leszek Herdegen — skakał na szafę, na której wykonywał pantomimę sępa, zakończoną zeskokiem.

Kiedyś — jak pisze Klominek — obaj, Mrożek i Herdegen, wykonali tę pantomimę na dachu przed pobliskim domem na Krupniczej, przywoławszy wpierw do okna mieszkającą w nim Szymborską. Zeskok na niższą część dachu wyglądał tak, jakby rzucili się w dół z wysokości piątego piętra.
Lubię opis spotkania Mrożka i Gombrowicza, którego autorem jest artysta malarz Kazimierz Głaz (“Gombrowicz w Vence”). Kiedy autor „Tanga” mieszkał w Genui był częstym gościem  w Vence, u Gombrowicza. Opis kolacji: Gombrowicz siedzi przy stole i dyryguje — Sławomirze, zmieszaj makarony, żeby nie były banalne…
Przy stole rozmowa o sprawach technicznych. Mrożek ogląda pióro Gombrowicza. — Pióro jest znakomite — mówi Mrożek. — Skąd masz takie pióro?— pyta Gombrowicza. — To w prezencie od wielbicielki…— Nie mógłbyś zdobyć takiego samego dla mnie ?— napiera Mrożek.
Mrożka widziałem na własne oczy z pięć lat temu na targach książki w Warszawie. Ustawiła się do niego po autografy najdłuższa kolejka na tych targach. Chwilę tam postałem. Usłyszałem jak panienka do panienki mówi: — Zdawałem z jego twórczości maturę… Ja, który zdawałem maturę z Żeromskiego i Wyspiańskiego, słysząc to poczułem pewnego rodzaju wzruszenie, jakbym stał przed florencką katedrą. Mrożek ubrany był w dobre buty i dżinsy. Nawet kiedy siedział widać było, że jest wysokim mężczyzną. Nagle wstał i wyszedł.

22 lut 2010

Alfred Hitchcock powiadał, że nie ogląda filmów Romana Polańskiego, bo nie lubi bać się w kinie. Kiedy zakończył  się „Autor widmo” („The Ghost Writer”) czułem  ciarki na plecach. I myślałem o życiowej drodze, jaką przebył Polański,  od „Noża w wodzie” kręconego na Mazurach, do „Autora widmo”, którym  w symboliczny sposób na nie wraca.

Co najbardziej podoba mi się w najnowszym filmie Polańskiego? Jestem w  wieku, w którym docenia się angielski styl. Wygodny, ale elegancki. „Autor widmo” to klasyczna opowieść,  bez żadnych udziwnień, z powolnym stopniowaniem napięcia, aż do kulminacji pełnej grozy.

Od początku budzi naszą  sympatię bohater, tytułowy autor-widmo, czyli „murzyn” piszący za premiera jego biografię. Wciela się w tę postać Ewan McGregor , aktor urodzony w Szkocji. Prezentuje swoją  brytyjskość z wdziękiem, popijając szkocką. Jest dobrze ubrany i ostrzyżony. Miałem raz do czynienia, kiedy statystowałem do „Króla Olch”, z fryzjerem z Babelsbergu – to berlińska wytworni, która współfinansowała film Polańskiego. Oni znają swoją robotę.

Pierce Brosnan, dla odmiany Irlandczyk, też mnie przekonuje w roli byłego premiera Wielkiej Brytanii. Gra zblazowanego, podstarzałego lwa politycznych salonów, który wciąż potrafi ryczeć, i wciąż dysponuje ogromną władzą. Zwraca też uwagę  Olivia Williams. Aktorka jest  Angielką z Londynu, ukończyła filologię angielską w Cambridge. Gra żonę premiera, to ona jest – nie zdradzając szczegółów – prawdziwym jego widmem.

Zdjęcia Pawła Edelmana są jak najbardziej służebne, „przezroczyste”. Mam nadzieję, że amerykańska akademia filmowa w przyszłym roku doceni pracę Edelmana, tak jak i reżyserię Polańskiego

Muzykę napisał francuski kompozytor Alexandre Desplat. Ma na swoim koncie m.in. muzykę do filmu „Dziewczyna z perłą”. Muzykę Desplata do „Autora widmo” miałem w uszach po wyjściu z kina, czyli w najodpowiedniejszym momencie.

Oglądałem „Autora widmo” i wracałem myślami do „Noża  w  wodzie”. W obu filmach jest ten sam motyw: dominujący kontra podległy . W „Nożu” Andrzej (Leon Niemczyk) kontra Chłopiec  (Zygmunt Malanowicz), w „Widmie”: „murzyn”- były premier. Motorem wszystkich wydarzeń w obu filmach jest kobieta. Tam Krystyna ( Jolanta Umecka), tu żona premiera.

Bohaterowie „Noża  w wodzie” „uwięzieni” są  w jachcie,  bohaterowie „Autora widmo” w modernistycznej  willi.  Zamiast toni mazurskiego  jeziora , są morskie fale, zresztą Bałtyku, bo Sylt i Uznam „grają” wyspę położoną u wybrzeży Stanów Zjednoczonych .

W „Autorze widmie” nie ma noża. Jest pendrive na którym znajduje się tekst wspomnień. To je poprawia, a właściwie pisze od nowa „murzyn”. Czym to się kończy – zobaczycie sami.

17 lut 2010

Mniej Warszawy w Olsztynie. Nie ma  już baru „Wars” i kawiarni „Sawa”. Pałac Kultury i Nauki zamalowany. Mniej na ulicach warszawskiej gwary.  Jeszcze czasem ktoś starszy zaszeleści z „warsiawska”, ale to zupełna rzadkość. Znajomość Wiecha upada.  Ale ciągle jest Aleja Warszawska.

Malunek z warszawskim Pałacem Kultury i Nauki  widniał na ścianie kamienicy przy ulicy Pieniężnego 13. na przełomie lat 50. i 60. Przypomniał to zmarły pięć  lat temu historyk Olsztyna Stanisław Piechocki w książce „Olsztyn nie tylko magiczny”. I z tej publikacji pochodzi zamieszczone tu zdjęcie.

W połowie lat 60. stanął w tym miejscu biurowiec  PSS „Społem” i zasłonił malowidło z Pałacem, wystawała tylko iglica, ale ją zamalowano. Autorem zdjęcia  jest Wacław Kapusto.

Na parterze budynku mieścił się  bar „Wars” (obecnie bar szybkiej obsługi serwujący  fast food) i kawiarnia „Sawa” (dziś jest tam sklep z odzieżą).

Warto dodać, ze ten długi pojazd widoczny na fotografii, to trolejbus, nie autobus.

Kawałkiem Warszawy był sklep firmowy Wedla (wtedy:  ZPC 22 lipca d.E.Wedel) przy ulicy 1 Maja. Nie ma tego miejsca. Zdjęcie też zrobił  Wacław Kapusto.

To były czasy w których po Olsztynie jeżdziły, tak jak po innych miastach Polski, warszawy i syrenki.

Aż latem 1966 roku do Olsztyna zjechała ekipa filmu “Kochajmy syrenki” Jana Rutkiewicza. Zdjęcia kręcono na plaży miejskiej,widać pomosty i wieże do skoków. I młodych mieszkańców miasta. Jedną z ciekawszych olsztyńskich scen jest jazda bohaterów filmu właśnie syrenką po niezbudowanym wtedy placu Karola Swierczewskiego, obecnie Targ Rybny.

Filmowy olsztyńsko-warszawski akcent to film Antoniego Bohdziewicza “Wilczy bilet” z 1964 roku. Milicyjne kasyno na ul.Dąbrowszczaków, z racji podobieństwa do warszawskiego MDM, zagrało w “Wilczym bilecie” ministerstwo.

Po wojnie zjeżdżali do Olsztyna mieszkańcy zrujnowanej Warszawy w poszukiwaniu mieszkania i pracy. Niektórzy wracali, inni zostawali tu na zawsze.

Dziś największym symbolem łączności z Warszawą są autobusy prywatnych linii, które wożą olsztyniaków do stolicy i z powrotem, w tym studiującą tam młodzież.

08 lut 2010

Pojechałem do Warszawy by obejrzeć obrazy Jacka Malczewskiego. Zdążyłem jeszcze na wystawę Zbigniewa Libery w „Zachęcie”. I na premierę filmu „Fish Tank” w kinie „Kultura”. Libera i „Fish Tank” przebiły Malczewskiego. A przed „Grunwaldem” Jana Matejki spotkałem buddyjskie bóstwo z Japonii. Idzie nowe.

Wystawa   Libery to pierwsza całościowa prezentacja tego artysty w Polsce. Znalazły się na niej prace nigdy w kraju nie pokazywane jak „Ciotka Kena”, czy „Lego. Obóz koncentracyjny”. Malczewski to wietrzenie magazynów Muzeum Narodowego. „Fish Tank” jest najlepszym brytyjskim filmem ubiegłego roku. Budyjski Bishamonten -  japońska rzeźba z XVII-XVIII wieku – to Interwencje! – nowe zestawienie eksponatów, które ma zmusić widza Muzeum Narodowego do myślenia.

Uderzyć z głowki

Zacznę od „Fish Tank”. Zaczyna się jak zwyczajna historia o piętnastolatce z bloku, która nie chce się uczyć, klnie i potrafi uderzyć koleżankę „z główki”. Młodsza siostra Mii popala i popija piwo z puszki. W tym domu nie ma ojca, a matka prawdopodobnie żyje z zasiłków. Zwiastun daje mylne wyobrażenie o tym, czym jest „Fish Tank”: to nie jest film „dresiarski”, ale liryczna, poruszająca opowieść o burzliwym dojrzewaniu piętnastolatki. Film dla  nastolatek i ich rodziców.
Podoba mi się pomysł: kamera (zdjęcia Robbie Ryan) nie spuszcza bohaterki z oka. Reżyserka „Fish Tank” Andrea Arnold dostała Oscara za dokument, w „Fish Tanku” oglądamy kino stylizowane na tę formę, jak w angielskich „gniewnych”, kinie czeskim, czy w pierwszych fabułach Krzysztofa Kieślowskiego.
W nastolatkę z blokowiska wcieliła się Katie Jarvis, dziewczyna, którą asystentka reżyserki spotkała na stacji. Ciekaw jestem jak potoczą się jej losy. Film otworzył przed nią nowe możliwości, mam nadzieję, że je wykorzysta.

Mia jest niegrzeczna, ale pragnie tego, co wszystkie dzieci: akceptacji i czułości. Ma jeszcze coś więcej, potrzebę twórczości. Tańczy hip-hop.

Przygotowuje program taneczny do „California Dreamin”, co nadaje temu filmowi jeszcze jednego refleksu: jej matka zachowuje się jak hipiska, ale nią nie jest. Jest po prostu samotną matką,która szuka faceta i nie umie sobie dać rady z córkami.

Czytałem kilka wywiadów z reżyserką „Fish Tank”, Andreą Arnold . Odżegnuje się od tradycji krytycznego kina angielskich „gniewnych” i uważa się, jeśli już, to jedynie za spadkobierczynię Karola Dickensa. Interesuje ją dobrze opowiedziana historia. A co z tej opowieści wynika, niech już osądzą widzowie. Arnold, jak każdy wytrawny autor, niechętnie interpretuje swoje dzieło i twierdzi, że relacje między bohaterami są tak skomplikowane, że ona sama ich nie rozumie.
Facetem matki jest ochroniarz , grany przez Michaela Fassbendera ( „Kompania braci”, ”Bękarty wojny”). Gra postać niejednoznaczną, jest troskliwy, zastępuje Mii ojca, a potem ją uwodzi – jak bohater „Lolity” Vladimira Nabokova. Jest dobry i zły zarazem. Podtrzymuje w dziewczynie żar, utwierdza ją w przekonaniu by wystartowała w konkursie, do którego Mia przygotowuje swój program taneczny. Ale nie ostrzega jej, że to konkurs na tancerki do jakiegoś sex-klubu.
W filmie Arnold dotyka czegoś pierwotnego, rytualnego: Mia wyjeżdża z domu i na koniec tańczy w kuchni z matką i siostrą. To forma pożegnania, a jednocześnie pojednania. Kiedy oglądałem tę scenę przypomniał mi się wstęp do wywiadów z antropologiem Josephem Campbellem „Potęga mitu”. Campbell opowiadał anegdotę o tym, jak na jakimś sympozjum religioznawczym amerykański socjolog zwrócił się do kapłana szintoistycznego by wyjaśnił mu ich ideologię i teologię. Japończyk pokiwał głową: – Myślę, że my nie mamy ideologii – powiedział – Ani teologii. My tańczymy…
Mia tylko tańczy.

Ostatni dzwonek by zobaczyć Jacka


Zacząłem od obrazów Jacka Malczewskiego w Narodowym. Będzie czynna do niedzieli, więc ostatni dzwonek by wybrać się na nią do Warszawy. Widziałem na Malczewskim całe rodziny. Jacek to jeden z najważniejszych polskich malarzy więc należy się z nim ciągle konfrontować, na nowo rozważać skąd przychodzimy i jacy jesteśmy. Ciekawe na wystawie są pierwociny, rysunki dziecka, małego geniusza, pracowite kopie zwierząt egzotycznych. Jacek dorosły to teatr jednego aktora. Jest Jezusem, Hamletem, św. Franciszkiem…
Na mnie zawsze robi wrażenie jeden z ostatnich jego dzieł: szalony, kabotyński, szkicowy autoportret z 1926 roku, ni to kubistyczny, przechodzący w abstrakcję, z czymś w rodzaju korony cierniowej na głowie.
Po Jacku przeszedłem się jak zwykle po galerii malarstwa polskiego – robię to ilekroć jestem w Warszawie – by podziwić nasze wybijanie się na niepodległość w dziedzinie sztuk plastycznych. Muszę popatrzyć na „Kuropatwy” Józefa Chełmońskiego, na portrety Piotra Michałowskiego i Henryka Rodakowskiego, aż dochodzę do Jana Matejki, by podziwiać jak namalował kryzę Zygmuntowi III Wazie („Kazanie Skargi”). I na koniec „Grunwald” przy którym zawsze coś się dzieje. Tym razem oprócz turystów znalazłem pod „Grunwaldem” japońskie bóstwo.
W galerii malarstwa powojennego Andrzej Wróblewski i Bronisław Linke  z „Autobusem”. A ponieważ poprzedniego dnia zjadłem obiad w barze mlecznym na Nowym Świecie 39 – z ciekawością oglądałem socrealistyczny „Bar mleczny” Józefy Wnukowej. Licznych barów mlecznych można stolicy pozazdrościć.

Libera to temat na osobne opowiadanie. Wiele osób mądrzy się na jego temat, ale mało kto widział prace Libery na własne oczy. Wystawa w „Zachęcie” była pierwszą okazją by wyrobić sobie własne zdanie. Przy Liberze po raz kolejny widzę słuszność mojej doktryny by oglądać obrazy na własne oczy a nie w reprodukcji. Dzieło zyskuje przy spotkaniu oko w oko. Oglądamy skalę i rozumiemy kontekst. Kiedy widzimy wszystkie prace chronologicznie, rozumiemy przesłanie.
„Lego. Obóz koncentracyjny” to nie tylko zakamuflowana krytyka przemysłu zabawkarskiego, ale to rozprawa na temat pedagogiki i edukacji. Podobnie jak „Ciotka Kena” czy lalka do golenia lub “Body master” dla dzieci.Ciekawe były albumy, które artysta przygotował z sześciu pism i gazet europejskich.

Libera sfotografował  ilustracje z pism i gazet, potem je ułożył w cykle. Widziałem jak zagraniczni turyści fotografowali  zawartość albumów .  Libera jest kontestatorem, filozofem,  badaczem-antropologiem, aktorem , w czym przypomina Malczewskiego.

Na koniec coś z dziedziny architektury: przykład psucia dobrego. Warszawiacy popsuli pasaż Wiecha na tyłach Warsa i Sawy. Były tu ławeczki, daszki, pergole, zieleń. Zburzono małą architekturę ( jako relikt PRL-u?) i w to miejsce ustawiono monstrualne latarnie-koszmarki, które wyglądają jak resztki jakiejś niedokończonej budowli. Jest paskudnie, a przede wszystkim wieje.

Ten obrazek przedstawiam wszystkim modernizatorom starej architektury pod rozwagę.

31 sty 2010

Przeszedłem na nartach z ulicy Dworcowej do jeziora Skanda i z powrotem. Pokonałem tę trasę na moich drewnianych „Beskidach”. Śnieg ładnie zmrożony. Ale przy przejściach za dużo soli. Zdjąłem deski przy Kardynała Wyszyńskiego. Za szeroka ulica. I nie wypada iść po asfalcie w nartach.

Autor podczas uprawiania narciarstwa miejskiego. Al.Wojska Polskiego. 1996 rok.

Potem przez Osiedle Mazurskie. Po chodniku wzdłuż ulicy Pstrowskiego. Po drodze minąłem entuzjastów maszerowania z kijkami. Dwie panienki ślizgały się na butach. Ludzie z psami. Samochody. Nad jeziorem znów ktoś maszerujący z kijkami. Zjechałem z górki. W końcu wznosi się na wysokość  150 metrów. Znów na górkę i zboczem między drzewami – to realizacja letniego postanowienia – na ulicę Plażową i nią – ustępując miejsca samochodom- na pola ciągnące się do Ostrzeszewa.

Kiedy patrzyłem na śnieg przyszło mi do głowy, że skrzy się w słońcu, jak sól na słoninie. Nie wiem skąd takie zdanie. Może poczułem się głodny, bo była już pora obiadowa. Ruszyłem do ulicy Pstrowskiego. Maszt lśnił jak igła a jakiś obywatel z torbą wiktuałów widząc mnie zawołał: O, Małysz! Ruszyłem przez Osiedle Mazurskie , ale na drugą stronę ulicy Augustowskiej przeszedłem na nartach. Zdjąłem je znów przy Wyszyńskiego. I deski na plecy. Upadła mi rękawiczka. Podało grzeczne dziecko narciarzowi. Wróciłem do domu. Narty do piwnicy.

Narciarstwo miejskie uprawiam od dziecka. Kiedy mieszkałem na Zatorzu miałem łatwiej. Zakładałem narty na podwórku i szusowałem w dół, do rzeki, na most. Tam miałem do wyboru kierować się do Wąwozu, czy ruszyć w kierunku Wilczej. Najczęściej wybierałem Trzy Pieski. Stamtąd widziałem mój dom na ulicy Kasprowicza. Zjeżdżałem nad samą Łynę.

Autor w Lesie Miejskim, luty 1965.

Od lat używam tych samych nart i wiązań, nieustraszonych  kandaharów z Bielska-Białej, butów z prawdziwej skóry. Podzelowałem je i są jak nowe. Zmieniłem kijki na aluminiowe. Miałem z bambusa, ale jeden złamałem na lidzbarskiej Górze Krzyżowej .

PS. Zamierzałem napisać o najnowszym numerze „Portretu”. Jeszcze do tego wrócę. Ma czarną żałobną okładkę , bo to numer ostatni. Czytam, jak przeczytam opowiem. Potem zobaczyłem w gazetach portrety  J.D.Salingera w żałobnych ramkach. Salinger umarł, może więc o „Buszującym w zbożu”? Od razu pomyślałem sobie o „Buntowniku bez powodu”. Poszedłem do biblioteki i tak się zaczytałem, że zapomniałem o Salingerze, ale wypożyczyłem “Układ” Kazana i dwie książki Kerouaca. Wieczorem była premiera w teatrze Jaracza. Dyplomanci studium teatralnego pokazywali na scenie U Sewruka „Samobójcę”. Po spektaklu poszedłem do empiku i tam w „Die Zeit” zobaczyłem wielkie zdjęcie Gene Hackmana z „Francuskiego łącznika”. 30 stycznia aktor skończył 70 lat. Może więc o Genku, bo przecież tak go nazywaliśmy w latach 70.?

Stanęło na narciarstwie miejskim. Jest bardzo filmowe.

24 sty 2010

Młode wilczki interesują się olsztyńskimi kinami. Namówiły mnie bym im opowiedział o Dworcowym, Odrodzeniu, Studencie. Wspominałem przed kamerą seanse w Grunwaldzie i żyrandol w Polonii, z łezkami z kryształu, wielkimi jak pięciozłotówki.

Czym było dla nas kino? Wszystkim. Oknem na świat, rozrywką, wytchnieniem, pierwszymi uniwersytetami, klubem towarzyskim.  Długo szukałem obrazu, który opowie tamten czas i naszą ekscytację filmem. I znalazłem fotografię dzieci w kinie. Zrobił ją Pere Sender w 1955 roku w Barcelonie.

Trwa seans. Twarze i oczy zachwyconych dzieci błyszczą światłem odbitym od ekranu. Nad głowami widzów smuga od projektora. Na pierwszym planie dwóch chłopców, między nimi dziewczynka. Pierwsi z brzegu łuskają pestki słonecznika. Wszyscy zahipnotyzowani tym, co dzieje się na ekranie, srebrnym, jak to się wtedy mówiło.

Bohaterowie Sendera nie dostrzegają fotografa. Musiał zrobić zdjęcie ze statywu. Wyobraźmy sobie skalę trudności, niskoczuła taśma, półmrok…

Zastanawiam się co stało się z bohaterami tej fotografii, jak wyglądało ich życie, czy związali je z filmem? Co dzisiaj powiedzieliby o tamtej chwili, którą unieśmiertelnił fotograf? Czy chłopcy rywalizowali o dziewczynkę? A może to rodzeństwo?

Czuję bliskość z tymi którzy są na tej fotografii. Należę do tego samego pokolenia, wychowanego na kinie. Nasi dziadkowie i babcie oglądali nieme filmy. Pola Negria, nim zrobiła karierę hollywoodzkiej gwiazdy, mieszkała jako Apolonia Chałupiec na Pradze niedaleko mojej babci. Do tej pory zazdroszczę mojej siostrze, że widziała na własne oczy Zbyszka Cybulskiego. Gdybym miał więcej szczęścia zobaczyłbym Bogumiła Kobielę. Jechałem w Warszawie tramwajem i  nagle ktoś zawołał: -Bobek, Bobek! Tłok , ścisk. Nie dopchałem się do okna. Tramwaj ruszył. Nie zobaczyłem Bobka.

Gdzie dowiedziałem się o istnieniu zdjęcia Sendera? W Krakowie. W 2000 roku Instytut Cervantesa zorganizował w Muzeum Narodowym w Krakowie wystawę z okazji 150- lecia fotografii hiszpańskiej. I odtąd Sender nie daje mi spokoju. Niedawno wypatrzyłem jego dzieło w internecie i dzielę się nim z Wami.

A gdyby ktoś nie znał obrazu Edwarda Hoppera (1882-1967) “Nowojorskie kino” z 1939 roku, to polecam wirtualną wizytę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

15 sty 2010

Janek widział na własne oczy Gałczyńskiego. Przypomniał sobie o tym, kiedy czytał mój poprzedni wpis na blogu. Znamy się z Jankiem od wielu lat. Połączyły nas sprawy filmowe. Podkochiwaliśmy się w tej samej muzie. Dziesiątej.

Obaj należeliśmy do Amatorskiego Klubu Filmowego „Grunwald” przy dawnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie, tylko w różnym czasie. Janek na samym początku istnienia klubu, w latach 60., bo potem wyjechał do Niemiec. Poznaliśmy się podczas jubileuszu AKF w latach 80. Janek odwiedził mnie w domu i już miał wychodzić, kiedy zgadaliśmy się, że mieszkaliśmy na Zatorzu pod tym samym adresem. On przed wojną i w jej trakcie, a ja po. Już nie było czasu by pójść i obejrzeć to miejsce na ulicy Kasprowicza.

Kasprowicza2

Ulica Kasprowicza przed generalnym remontem w latach 80. Przegradzają ją drzwi z odnawianych domów. Trochę jak kadr z  surrealistycznego filmu.

Fot.Marek Barański

W opowiadaniu „Tylko przeżyć” Janek opisał jak wyglądała nasza ulica w styczniu i lutym 1945 roku. I dom w którym mieszkaliśmy. Oczami 15-latka patrzył na agonię miasta Allenstein. Jego zapis jest kronikarski i beznamiętny. Fragment tego opowiadania zamieściliśmy w magazynie kulturalnym „Gazety Olsztyńskiej”- „Bywalcu” nr 5, z 17 stycznia 2003 roku . Tekst przetłumaczyła z niemieckiego mieszkająca w Berlinie olsztynianka, Marta Wierzejska.

photo

Dom na ul.Kasprowicza, w którym mieszkaliśmy, ja i Janek, w różnych latach. Z surrealistycznymi drzwiami.

Fot.Marek Barański

Janek urodził się w Berlinie, ale dzieciństwo i młodość spędził w Olsztynie. Polskiego nauczył się po wojnie w Jurkowym Młynie na Uniwersytecie Ludowym prowadzonym przez Jana Boenigka. Choć wyjechał z Polski ponad 40 lat temu, mówi nadal bogatą, bezbłędną polszczyzną z dobrym akcentem. Czy dlatego, że jest poetą i miał dobrych nauczycieli? Zadebiutował wierszami pisanymi po polsku, teraz pisze po niemiecku.

W końcu listopada 2008 roku Janek wpadł jak po ogień do Olsztyna. I wtedy wybraliśmy się na podwórko naszego dzieciństwa i popatrzyliśmy sobie na Łynę. Zrobiłem Jankowi serię zdjęć. Telefonem komórkowym. Wyjechał, telefonowaliśmy w święta. I gdzieś jesienią, następnego roku, spotkaliśmy się na Facebooku. Tam Janek podzielił się ze mną rewelacją o poecie Konstantym. Zaraz zatelefonowałem do Prania, do Wojtka Kassa. Mam nadzieję, że Janek Pulina będzie mógł osobiście przekazać kustoszowi Muzeum Gałczyńskiego swą opowieść o tym, jak widział autora „Kroniki olsztyńskiej” składającego kwiaty na mogile Michała Kajki w Ogródku.

Kiedy myślę o Janku to wspominam pionierskie czasy filmowego Olsztyna. AKF „Grunwald” powołali do życia dziennikarze i pracownicy Rozgłośni Polskiego Radia, tacy jak Alfred Stefański, Witold Nowosz, Ryszard Jankowski, Krzysztof Sliwiński. Chcieli stworzyć telewizję. Wtedy to nie było możliwe. Ale mieli półprofesjonalną kamerę filmową. Kręcili więc dokumenty na taśmie 16 mm, dźwięk do nich przygotowywali w radiowym studio. Po dokumencie przyszło zafascynowanie fabułą, która stała się specjalnością Jurka Obłamskiego. Ja interesowałem się animacją. Swój pierwszy film animowany nakręciłem samodzielnie, na kupionej za pracę w lesie kamerze na taśmę 8 mm, a potem zapisałem się do klubu, gdzie zrealizowaliśmy wspólnie z Krzysiem Janickim kilka filmów, w tym na „szesnastce”. Ale to już historia na inne opowiadanie.

08 sty 2010

W tym tygodniu zachwycił mnie nieprawdopodobny film edukacyjny , który udostępnia w Internecie jedna z najbogatszych instytucji sztuki na świecie:  J.Paul Getty Trust. Animacja komputerowa najwyższej próby, a przede wszystkim warsztat konserwatora zabytków i rzeźbiarza- bez tajemnic.

Polecam wystawą hiszpańskiego malarstwa i rzeźby 1600-1700 „Sacred made Real”. Zorganizowało ją londyńskie National Gallery. Trwa już jakiś czas, czynna jest do 24 stycznia. Film, do obejrzenia którego gorąco namawiam, dostępny jest w Internecie.

O wystawie przeczytałem w poznańskim magazynie „Arteon”.

Rzeźbiarze z cechu stolarzy

Już kiedyś mieszkająca w Londynie olsztynianka zwróciła mi uwagę, że ”Arteon”  to bardzo kompetentny miesięcznik o sztuce, który wśród wielu zalet ma jedną niewątpliwą, kosztuje tylko 5 zł.

Wystawa sztuki hiszpańskiej to Himalaje profesjonalizmu. Powstała przy współpracy National Gallery w Waszyngtonie i National Gallery w Londynie. Zgromadzono na niej wprawdzie tylko trzydzieści przykładów malarstwa i rzeźby XVII-wiecznej Hiszpanii, ale najlepszych. Zawsze interesuje mnie dwuzawodowość ( malarze, którzy piszą, pisarze, którzy rysują). Tu mamy do czynienia z czymś podobnym w osobie artysty Alonso Cano (1601-1667). Był malarzem-rzeźbiarzem. W  ówczesnej Hiszpanii rzeźbiarze należeli do cechu stolarzy, a malarze do cechu malarzy. Rzeźbiarzom nie wolno było samodzielnie malować rzeźb. Alonso Cano należał do obu cechów, mógł samodzielnie kłaść polichromię. Na wystawie mamy jego świętego Jana.

Hiszpańskie rzeźby z XVII wieku są niebywale realistyczne. Niektórzy artyści wstawiali swoim świętym oczy ze szkła i zęby z kości słoniowej .”Sztuka w kraju Swiętej Inkwizycji chciała szokować zmysły i oczyszczać duszę”- pisze Karolina Majewska w artykule poświęconym londyńskiej wystawie.

sw.Ildefons

Sw.Ildefons z Muzeum Gałczyńskiego Fot.MB

A teraz  wątek lokalny wystawy. Mamy w naszym regionie rzeźbę z podobnej epoki, tylko portugalską. Znajduje się w Muzeum w Praniu. Przedstawia świętego Ildefonsa.  Figurkę podarowała muzeum Gałczyńskiego mieszkająca pod Lizboną historyk literatury Maria Danilewicz-Zielińska (1907-2003). Ildefonsa przywieźli do Polski  portugalscy sąsiedzi  pisarki: Gabriela Erdman-Słomka i  jej mąż Jerzy Słomka, związani z Olsztynem. Gabriela Erdman -Słomka jest siostrą Marii Erdman-Przełomiec, nieżyjącej już malarki i konserwatora zabytków z Olsztyna. Jej mąż Jan Przełomiec  jest znanym w Olsztynie artystą-malarzem.

„Angelus” w sylwestra

Wcześniej zadzwonił do mnie Erwin Sówka u którego byłem w Katowicach na początku grudnia. Dostał „Gazetę Olsztyńską” z wywiadem, którego mi udzielił. Powiedziałem mu, że w sylwestra oglądałem  „Angelusa” Lecha Majewskiego, w którym występuje pan Erwin. Szukałem „Angelusa” w olsztyńskich wypożyczalniach i w końcu znalazłem w Planecie 11.

Tak stałem się fanem Planety 11. Okazało się, że mają tam nie tylko ten unikalny film o śląskich ezoterykach -malarzach, ale i  Federico Felliniego. Wypożyczyłem sobie „Niebieskiego ptaka” („Il bidone”) z 1955 roku. Przed laty, gdy oglądałem go w Dyskusyjnym Klubie Filmowym, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Utrzymało się ono i nadal uważam, że to jeden z najmroczniejszych filmów jakich znam: bohaterami są oszuści, którzy tracą natchnienie. Przypominają starych aktorów, którzy wypadają z roli. Po latach dodatkowym walorem filmu są zdjęcia kręcone na ulicach Rzymu i w okolicach Wiecznego Miasta. Czyli podróż wehikułem czasu do połowy XX  wieku.

Knapp: łagier i samoloty

Oddając  filmy zajrzałem do BWA. Bardzo lubię ten kawałek dobrej architektury w Olsztynie, jakim jest planetarium, z  kopułą do wyświetlania rozgwieżdżonego nieba, biblioteką multimedialną i galerią sztuki współczesnej. Obejrzałem sobie ponownie „VI Olsztyńskie Biennale Plastyki”. I popatrzyłem na  płaskorzeźbę Stefana Knappa zajmującą całą ścianę patio.

Knapp

Płaskorzeżba Stefana Knappa w patio olsztyńskiego planetarium. Fot.BWA

Już kiedyś pisałem o Knappie. To postać zasługująca ze wszech miar na popularyzację w naszym mieście. Jeszcze żyją  jego olsztyńscy przyjaciele. Prace tego wybitnego artysty zdobią nie tylko nasze planetarium i UMK w Toruniu, ale wiele znanych obiektów użyteczności publicznej na świecie, jak londyńskie lotnisko Heathrow.

Knapp urodził się w 1921 roku w Biłgoraju. Aresztowany przez Rosjan w ulicznej łapance we Lwowie w 1939 roku, miał 18 lat kiedy wywieziono go na Syberię, trafił do łagru w pobliżu Archangielska. Po układzie Sikorski-Majski  w 1941, wydostał się z Rosji i i przez Persję, Indie, Afrykę Południową  dotarł w końcu na Wyspy Brytyjskie, gdzie przeszedł szkolenie lotnicze. Był pilotem 318 dywizjonu rozpoznawczego RAF (Royal Air Force).  Po wojnie został w Anglii, po ukończeniu studiów artystycznych osiadł w Londynie. Z  talentem opisał swoje życie w książce „Kwadratowe słońce”. Codzienność  łagiernika i przygody wojenne lotnika. Książka jest  praktycznie niedostępna. Miała w Polsce  jedno „podziemne” wydanie w 1987 roku.

Knapp zmarł w październiku 1996 roku na atak serca w swojej pracowni pod Londynem , po ukończeniu ostatniej pracy , jaką było murale „Bitwa o Anglię” dla warszawskiego metra. W 1971 roku był w Polsce na plenerze kopernikańskim, na którym poznał wielu olsztyńskich plastyków i po którym zrealizował swoją kompozycję ścienną dla planetarium.

W ostatnich dniach lipca 1996 roku Knapp przyjechał do kraju po raz ostatni. Przez kilka dni gościł z żoną i synami w Cerkiewniku, w letniskowym domku należącym do olsztyńsko-warszawskiej rodziny. Wpadł też na chwilę do Olsztyna. Jedna z jego prac należy do olsztyńskiego artysty-plastyka. Wystawia ją na balkonie. Podejrzewam, że sąsiedzi nie mają pojęcia, że patrzą na dzieło światowego artysty.

Starsze wpisy »
Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.