Niedziela. Norweska księżniczka Ingrid Aleksandra obchodziła w sobotę ósme urodziny. Z tej okazji jej mama księżna Mette-Marit zadedykowała córeczce wiersz na Twitterze. Wybrała „Notatkę” Wisławy Szymborskiej. Przeciętny Norweg czyta ponad 10 książek rocznie. 30 proc. mieszkańców tego kraju deklaruje, że sięga po książkę codziennie.
„Notatka” pochodzi z tomiku „Chwila”, który ukazał się w 2002 roku (w internecie krąży wcześniejszy wiersz poetki o tym samym tytule). „Chwila”, którą wybrała księżniczka zaczyna się tak: „Życie – jedyny sposób,/ żeby obrastać liśćmi,/ łapać oddech na piasku, wzlatywać na skrzydłach;”.
Poniedziałek. Dostałem z Biura Literackiego z Wrocławia przygotowany przez Jana Stolarczyka zbiór wywiadów prasowych Tadeusza Różewicza i publikowanych jego rozmów z przyjaciółmi. Prawie 500 stron druku. Ten dar wprowadził mnie w dobry nastrój. I zdjęcie Tadeusza Różewicza na okładce. Jest na nim taki mocny i jasny.
Książkę zacząłem czytać na wyrywki. Jest w niej wiele wątków. Lektury starczy na kilka miesięcy. W jednym z wywiadów na pytanie jak długo pisze się „taki krótki wierszyk o bieli” poeta odpowiada: „Czasem miesiącami, czasem latami”. Pamiętam jak pan Hieronim Skurpski na podobne pytanie, tylko dotyczące malarstwa, jak długo maluje obraz, odpowiadał: jeden dzień, trzydzieści lat.
Środa. Starsze pokolenie mówi staranniej i w sposób bardziej obrazowy niż następujące po nim. Widać te różnicę szczególnie w wypadku osób, które zaczynały edukację szkolną przed II wojną światowa. Młodzi są zdolni do syntezy, ale z umiejętnością opowiadania – gorzej.
Piątek. Kobiety więcej czytają. W autobusie z Warszawy do Olsztyna czytały tylko panie. Głównie podręczniki i notatki, ale też opasłe powieści.
Znajomy, który pracuje w Londynie opowiadał mi, że w londyńskim metrze nie widać już książek, tylko czytniki kindle. Wcześniej można było zobaczyć co ludzie czytają, nazwisko autora i tytuł na okładce. A teraz trudno się zorientować. Ale pewnego dnia znajomy ujrzał bardzo piękną, wysoką mulatkę czytającą tradycyjną książkę – „Alefa” Borgesa.
Piątek: Na Dworcu Centralnym w Warszawie nie ma już do jedzenia słodkich bułek, wietnamskich sajgonek i tureckich kebabów. Tylko zafoliowane drogie kanapki, jak w samolotach British Airlines. W boksach, gdzie kiedyś można było kupić książki, są teraz drogerie. Trochę jak na lotnisku Orly w Paryżu. Dopiero po wyjściu z podziemi dworca natknąłem się na jakiś ukryty w krzakach barowóz z bułeczkami. Najtaniej można zjeść w Pałacu Kultury. Tam też są bezpłatne toalety.
Do Olsztyna jadę autobusem. Nawet dwoma, bo jeden popsuł się po drodze. Ale nie ma co narzekać, bo to podróż tylko za 26 zł. Po przyjeździe na miejsce postanowiłem sobie obejrzeć Dworzec Główny w Olsztynie. W piątek ok. godz.22 nie ma na nim nikogo. W toaletach za to galeria – istny Luwr, wisi reprodukcja Mony Lisy. Skoro nie ma już pociągów, to po co nam dworce?
Sobota. Poszedłem na „Rzeź” Romana Polańskiego znając wcześniej sztukę Yasminy Rezy „Duch mordu”. Z tego powodu film nie zahipnotyzował mnie, cały czas widziałem ekran. Ale to wzorowa ekranizacja. Roman Polański dokonał niezbyt istotnych korekt w sztuce. M.in. zmienił lokalizację: z Francji na Amerykę, konkretnie Nowy York. Z Francuzów zrobił Amerykanów, którzy popijają zamiast 15- letniego rumu, 18 – letnią szkocką.
Sztuka i film dotyka tego samego problemu: hipokryzji. Jak zauważa psycholożka Ewa Woydyłło hipokryzja ma dwa wymiary: negatywny i pozytywny. Pod pierwszym ukrywa się nietolerancja. Drugi to poprawność polityczna, czyli jak się kiedyś mówiło – kindersztuba. Ale jak to widać w „Rzezi”, wystarczy znieczulacz w postaci szklaneczki whisky, by hipokryzja przybrała tę pierwszą, negatywną postać, kiedy wszyscy nienawidzą wszystkich.
Chciałbym obejrzeć film, który według sztuki Rezy wyreżyserowałby Krzysztof Zanussi. Rzecz działaby się w Warszawie. Więckiewicz grałby jowialnego sprzedawcę sprzętu AGD, Magdalena Cielecka jego żonę pracującą w księgarni, Andrzej Chyra cynicznego prawnika, a Maja Ostaszewska jego żonę – brokerkę. Tylko co by popijali? Może 90 procentową śliwowicę łącką z nowosądecczyzny?
Po powrocie do Olsztyna, pierwsze, o czym mówią mi znajomi, to skandal z zabudową jeziora Podkówka. To jedno z tych miejsc, gdzie spędzaliśmy wakacje. W czasach mojego dzieciństwa to było spokojne, śródleśne jeziorko. Ci co nie mają żadnej więzi emocjonalnej z naszym miastem, nie rozumieją sporu o Podkówkę. Podobnie jak nie przeszkadza im gigantyczny hotel nad Żbikiem, kiedyś – jednym z najpiękniejszych jezior podolsztyńskich, teraz tylko zbiornikiem na wodę.
Mój znajomy uważa, że uwrażliwienie na przyrodę wiąże się z kulturą. Ale już dawno temu Stanisław Brzozowski napisał w „Płomieniach”: „Przeceniamy ogromnie ogólny poziom kultury ludzi żyjących zewnętrznie w myśl pewnych cywilizowanych nałogów. Cywilizacja nie wchodzi w związki chemiczne z wielu istnieniami, które otacza”.



























