27 Lip 2009

Lato, lato, lato czeka,

razem z latem czeka rzeka,

razem z rzeką czeka las,

a tam ciągle nie ma nas.

 

Ta piosenka z muzyką Witolda Krzemińskiego jest moim hymnem lata. Niedawno przeczytałem, że autorem tekstu jest Ludwik Jerzy Kern, między innymi twórca książki dla dzieci „Ferdynand Wspaniały”.

 

Piosenka o lecie towarzyszyła filmowi Marii Kaniewskiej „Szatan z siódmej klasy” z 1960 roku. W tej czaro-białej ekranizacji książki Kornela Makuszyńskiego (polecam przy okazji muzeum tego pisarza w Zakopanem) debiutowała Pola Raksa. Partnerował jej Józef Skwark, zresztą po latach reżyserujący w olsztyńskim Teatrze Stefana Jaracza. Jest w filmie taka scena kiedy on mówi do niej: — Uśmiech to połowa pocałunku… Kino Polonia, niewiele osób na sali. Nie wiem jak inni, ale ja poczułem dreszcz. Ale do tej pory przejmuje mnie dreszcz, tyle że metafizyczny, kiedy słucham zakończenia drugiej zwrotki piosenki: „Do widzenia wam canto, cantare”.

 W wydanym w 1932 roku we Lwowie, liczącym prawie tysiąc stron słowniku łacińsko- polskim Łukasza Koncewicza, canto to: dawać się słyszeć, w znaczeniu o ludziach, zwierzętach i o „narzędziach muzycznych” – grać — ( patrz: „Weźmiesz plecak swój i gitarę”). W znaczeniu przechodnim – wyjaśnia Koncewicz – canto to śpiewać, tworzyć poetycznie. Tak jak to „opowiadają i przedstawiają poeci i aktorzy”. Z wyrazem carmen (śpiewać), albo samo cantare, to odmawiać formułę czarodziejską; stąd oczarować, czarami zaklinać. Adaś z „Szatana z siódmej klasy” odmawia czarodziejską formułę („uśmiech to połowa pocałunku”) nawet nie potrzebuje gitary, wystarcza mu słowo, żeby Wanda łaskawiej spojrzała na niego.

 Kiedyś Wacek Sobaszek spytał mnie czy słyszałem jak Josif Brodski recytuje swój wiersz „Obłoki”. Tak, mam tę płytę cd, wydaną na XX lecie „Zeszytów Literackich”. Brodski nie recytuje, on śpiewa i zaklina – canto cantare. Brodski w swoim „Liście do Horacego” wyjaśnia rzymskiemu poecie, że swój list wysyła z tej części świata, której istnienia Horacy nawet nie podejrzewał. Olsztyna też nie było na starożytnych mapach. W atlasie Ptolemeusza nasz region był tylko białą plamą, od zachodu ograniczoną zawijasem Vistuli, a od południa brązowym warkoczem pasma górskiego, kończącego się gdzieś na Uralu.

Szukałem wczoraj czegoś w dziennikach Krzysztofa Mętraka i natknąłem się na opinię Teodora Parnickiego o Janie Parandowskim. Jego „Rozmowę z cieniem” z „Godziny śródziemnomorskiej” (domniemana rozmowa Parandowskiego z Horacym) Parnicki nazywa „przykładem prozy polskiej w stanie najdoskonalszym”.

„Godzinę śródziemnomorską”, jak chyba większość książek Parandowskiego kupiłem w nieistniejącym już antykwariacie „Antokol” Wojciecha Suświłło na ul. 11 listopada (teraz w tym miejscu jest meksykańskie jedzenie — znak czasu). Również „Zegar słoneczny” mam z tamtego antykwariatu. W opowiadaniach z tego tomu dyskretnie wyłaniają się cienie Lwowa, rodzinnego miasta autora. Ciągle zachwycam się opowiadaniem Parandowskiego „Fonograf” zaczynającym się zdaniem: „Wuj Stefan, nawet gdy przyjeżdżał ze swej mieściny, o której mówiło się zawsze żartem, wyglądał bardziej stołecznie niż ktokolwiek z naszych znajomych”.

A Horacy? Mam go w kilku tłumaczeniach, i Stefana Gołębiowskiego i Andrzeja Lama, ale przy łóżku trzymam skromny tomik „Pieśni” Horacego, przełożony przez Ludwika Hieronima Morstina. Wyszło ono w Warszawie w 1947 roku, nakładem zasłużonej oficyny wydawniczej Trzaski, Everta i Michalskiego . Tomik kupiłem w antykwariacie Zbigniewa Galona „Silva Rerum” na Grunwaldzkiej.

Lubię w tłumaczeniu Morstina pieśń XXV Horacego o Lidii: „Parcius iunctas quatiunt fenestras”, której pierwszy wers Gołębiowski przetłumaczył: „Już coraz rzadziej nękają zamknięte okna młodzieńcy swawolni”; Lam– „Coraz to rzadziej w twoje okiennice zuchwali chłopcy rzucają kamienie” a Morstin był najbardziej dosadny tytułując pieśń „Do Lidii starzejącej się” i zaczynając wiersz: „Dziś już nie puka natarczywie w szyby młodzian, którego zwiodła twoja krasa”.

Lato czekało na mnie, mój urlop teraz się zaczyna. Nie gram na gitarze. Może ułożę jakąś pieśń. Przede wszystkim będę się uśmiechał.

24 Lip 2009

Edward Stachura zawsze miał ze sobą chlebak i gitarę. Pamiętam go, jak w dawnym empiku, vis-a-vis ratusza, na pierwszym piętrze, w trakcie spotkania mówi z tym swoim francuskim „er”: „Norwid miał panią Calergis, a ja mam panią alergis”.

Albo widzę go w czapce uszatce i wojskowej kurtce. Odprowadzamy go z pracowni Wiesia Wachowskiego na Kołobrzeskiej do hotelu „Warmińskiego”. Przed chwilą grał tam na gitarze i śpiewał a potem opowiadał o młodych Meksykanach, którzy popisują się przed turystami skacząc do morza w czasie przypływu. Kiedy gotują się do skoku, pod nimi jest sucha plaża. Kiedy lecą majestatycznie w dół — powoli napływają fale.

W pracowni Wiesia po raz pierwszy usłyszałem słynny poemat Steda „Kropka nad ypsylonem” z tą powtarzającą się frazą „pomóż wspomóż dopomóż wyjątku czuły/odeprzeć tłumne armie reguły”. W pewnej chwili autor powołuje się na Luisa Bunuela (wym. buniuola i tak małą literą i w ten sposób pisze nazwisko wielkiego Hiszpana w drukowanej wersji poematu, wywyższając więc formę mówioną nad drukowaną). „Kropkę nad ypsylonem” czytał zaprzyjaźniony ze Stedem olsztyński pisarz Bohdan Dzitko.

Stachura grał i śpiewał już nie pamiętam co. Może „Walc nad Mississippi” albo „Nie brookliński most” a może to było „Nie rozdziobią mnie kruki” ze słynnym „Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo”.

Piosenki+

Edward Stachura „Piosenki”, z rysunkami Jana Sawki, w opracowaniu graficznym Tadeusza Burniewicza, Pojezierze Olsztyn, 1980 rok

Wczoraj postanowiłem przypomieć sobie głos Steda. Z kasety magnetofonowej wysłuchałem jego przejmującego śpiewu. Uświadomiłem sobie jak mocny i ładny miał głos. 
Pamiętam jak Tadek Burniewicz, który przygotowywał projekty okładek książek Steda, które ukazywały się w olsztyńskim wydawnictwie „Pojezierze”,  mówił o nim: —To święty Franciszek.
.. Mnie Edward Stachura wydał się niespotykanie łagodnym człowiekiem.

Lubię anegdotę, którą opowiadał Wiesław Niesiobędzki, poeta i pisarz z Iławy. 
Na spotkanie z Edwardem Stachurą do Siemian przyjechał z pobliskiego Jerzwałdu Zbigniew Nienacki. Wszyscy trzej poszli napić się czegoś do pobliskiej restauracji „Cyraneczka”. Tam autor „Pana  Samochodzika” zarzucił Stachurze, że ten nie potrafi „godnie prezentować stanu pisarskiego”. Chodziło o ubiór Steda, sposób podróżowania i grę na gitarze oraz śpiewanie podczas spotkań autorskich. „Bardzo pana kocham, panie Zbigniewie — odparł cicho Sted — ale to nie ma nic do rzeczy”. 

Stachura często zaglądał do Iławy. Chodził sobie po tamtejszej bibliotece w skarpetkach, panie z biblioteki robiły mu herbatę a on pisał książkę „Fabula rasa”. Niesiobędzki wystarał się Stedowi pół etatu bibliotekarza w wiejskiej bibliotece w Siemianach. W kwietniu 1979 czekała tam na Steda kwatera i biblioteka, niestety wkrótce przyszła wiadomość że Stachura jest bardzo chory. Po jego śmierci 24 lipca 1979 roku, Niesiobędzki chodził koło tego, by bibliotece w Iławie nadać imię Stachury. I „wychodził”. 22 października 1983 roku nadano Miejskiej Bibliotece Publicznej w Iławie imię Edwarda Stachury.

Kto chciałby więcej poczytać o miejscach związanych z Edwardem Stachurą polecam książkę Waldemara Szyngwelskiego „Sted- kalendarium życia i twórczości Edwarda Stachury” wydaną w Oficynie Wydawniczej RYTM, w Warszawie w 2003 roku.

20 Lip 2009

Jak wygląda film Janusza Połoma „Mala Yerba — Złe zioło” na dużym ekranie? Dobrze. Kreacja aktorska Janusza imponuje koncentracją. Jego Mitia, przybysz z Polski, wzrusza i bawi.

yerba  mala

Kadr z filmu „Mala Yerba — Złe zioło”

Nadal podoba mi się sekwencja w której Mitia poznaje w meksykańskiej kantynie poetę (Octavio Reyes). Świetny w tej roli Meksykanin stroszy się jak kogut, prowokuje Mitię, ten nie da się wyprowadzić z równowagi. Wzruszają scenki rodzajowe z Meksyku: pies odpoczywający na drodze rozgrzanej słońcem, chłopczyk, którego spotyka Mitia…

Sama premiera była trochę nostalgiczną uroczystością. Kiedy zobaczyłem Konrada Lenkiewicza przypomniały mi się prowadzone przez niego seminaria w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „ZA” w dawnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie. Od razu poczułem żal, że Olsztyn nie ma festiwali filmowych podobnych do tych, które organizowane są dla kinomanów Wrocławia czy Warszawy.

Po premierze usłyszałem od kogoś, że to pierwszy film fabularny, który powstał w Olsztynie. Jednak nie pierwszy. Pomijam oczywiście fabuły w których udział olsztynian, czy obraz miasta sprowadzał się do tła lub epizodu, jak w „Wilczym bilecie” (1964 rok) czy w czterech odcinkach serialu „Stawka większa niż życie” (1967 rok), lub w komedii „Kochajmy syrenki”(1967 rok) ze sporą sekwencja  między innymi na plaży miejskiej. W skromnym filmie „Jeśli się odnajdziemy”(1983 rok) jest nawet olsztyński ratusz sfilmowany z nieistniejącej budki telefonicznej, stojącej na rogu ul.Dąbrowszczaków i obecnej al.Piłsudskiego. Aktorzy Teatru Jaracza w Olsztynie występowali i występują z dużym powodzeniem w różnych produkcjach. Ale chodzi mi o pierwszą fabułę, która powstała w Olsztynie całkowicie w oparciu o miejscowe siły. Taką był „Niepokój” Jerzego Obłamskiego z 1970 roku.

Film powstał w Amatorskim Klubie Filmowym „Grunwald”, działającym przy wspomnianym już WDK. Dwa lata temu, z okazji warszawskiej Nocy Muzeów Federacja Niezależnych Twórców Filmowych w Polsce przypomniała „Niepokój”. Ostatnio z okazji smutnego wydarzenia — śmierci Zbigniewa Zapasiewicza wspominano inny film Obłamskiego — „Ostatnie takie trio” (1976 rok), w który ten znakomity aktor grał jednego z wędrownych muzykantów na wiejskim weselu. Obok niego w tytułowym trio zagrali : Ryszard Ronczewski i Mirosław Otrębus. Joanna Szczepkowska była panną młodą na tym weselu. Piękny film.

17 Lip 2009

Dziś zobaczę jak się ogląda film Janusza Połoma „Mala Yerba — Złe zioło” na dużym ekranie. Idę na premierę do Awangardy. Widziałem film już dwa razy na dvd. Jestem pełen podziwu dla autora. 

Znamy się wiele lat. I zawsze się cieszę się jeśli ktoś z naszego miasta zrobi coś dobrego. Jak to powtarzał Hieronim Skurpski: Górą nasi… Powiedzeniem tym kwitował sukces kogoś z naszego regionu.

Yerba

Kadr z filmu „Mala Yerba — Złe zioło”. Ten pan z walizką , to Janusz

Trudno zakwalifikować do jakiego gatunku należy ten film. To z grubsza biorąc ballada o losie człowieka miotanego namiętnościami, żyjącego na Warmii i Meksyku. Janusz gra w „Mala Yerba — Złe zioło” główną rolę — artystę, który nie może znaleźć sobie miejsca. Można zakładać, że w każdym dziele autorskim jest wątek autobiograficzny i nie całkiem przypadkowe jest to, że Janusz obsadził siebie w głównej roli.

Zadebiutował jako fotografik. Dostał się na studia do łódzkiej filmówki. Po jej ukończeniu został na uczelni. Wykładał i działał w eksperymentalnym Warsztacie Formy Filmowej. Jego kolegą był tam między innymi Zbigniew Rybczyński, który później dostał Oscara za animowane „Tango”. Janusz na wiele lat wyjechał z Polski. Uczył filmu w Kanadzie i Meksyku. Dochował się znakomitych uczniów, na przykład Rodrigo Prieto, jednego z dwóch autorów zdjęć do filmu „Babel” z Bradem Pittem i Cate Blanchet.

Kiedy wrócił do rodzinnego Unieszewa a potem podjął pracę na UWM bardzo się ucieszyłem, że mamy wśród nas takiego światowca. Wiedziałem, że przywiózł z Meksyku materiały do filmu. W pewnej chwili — przyznam szczerze — miałem wątpliwości, czy film ukończy. Kiedy dostałem płytę z „Mala Yerba — Złe zioło”  przekonałem się, że warto było czekać. Janusz formułuje w nim najprostsze pytania: o swoje miejsce na Ziemi, o miłość, twórczość. Ktoś ze znajomych powiedział: to jest film dla DKF-ów. Żadna ujma, wręcz komplement. Ale mam nadzieję, że „Mala Yerba — Złe zioło” znajdzie drogę do szerszej widowni.

10 Lip 2009

Pierwszą rolkę czarno-białego filmu Foton, formatu 6 na 9 cm, zaniosłem do zakładu „Foto-Sternik” na ulicy Wyzwolenia. Wcześniej czytałem książkę Jerzego Płażewskiego „Fotografowanie nie jest trudne”. Ale o sensie fotografii najwięcej dowiedziałem się od Julio Cortázara.

Kiedy spotykam się w gronie 50-latków w pewnej chwili ktoś zwykle zaczyna mówić Cortázarem. Najczęściej cytuje jego „Gry w klasy”. Często schodzi na zdjęcia czarno-białe. Wspominamy nasz szlak wtajemniczenia: aparaty mieszkowe naszych ojców, potem druhy, zorki, smieny, kijewy i zenity. Opowiadanie „Babie lato” Cortázara jest pochwałą fotografii. Można tam znaleźć takie zdanie: „Wśród wielu sposobów zwalczania nicości jednym z lepszych jest fotografowanie, którego powinno się uczyć od najmłodszych lat, wymaga bowiem skupienia, wyrabia poczucie estetyki, oko i pewność ręki” (tłumaczenie Zofia Chądzyńska). 
Michelangelo Antonioni z tego zdania wywiódł swój film „Powiększenie” („Blow -Up”). Od „Powiększenia” zaczęła się światowa kariera pary David Hemmings i Vanessa Redgrave.

Powiększenie

 

Plakat do „Powiększenia”

Film robił na widzach piorunujące wrażenie. U nas może większe niż na Zachodzie. Każdy chciał wyglądać jak Hemmings, nosić takie jak on białe spodnie z szerokim wojskowym pasem. I mieć takiego, jak jego filmowy bohater, Hasselblada. Niewielu wtedy z nas kojarzyło, że występująca w tym filmie supermodelka Veruschka to Vera Lehndorff, córka ostatniego pana na Sztynorcie, straconego za udział w zamachu na Hitlera.

Pierwszy zwrócił mi na to uwagę wiele lat po premierze filmu nieoceniony Hieronim Skurpski. Pokazał mi kwartalnik „Fotografia” (3-4/49-50 z 1988 roku) z artykułem Susan Sontag, która z uznaniem wyrażała się o działalności Very Lehndorff w nowym wcieleniu artystki współpracującej z uznanym fotografikiem Holgerem Trülzschem. Stworzyli razem całe serie zdjęć poetyckich do których Vera pozowała.

Robert Doisneau

Ten sam numer kwartalnika wydrukował wywiad z fotografikiem francuskim Robertem Doisneau. Rozmawiała z nim w Paryżu Krystyna Łyczywek, artystka fotografik ze Szczecina. Doisneau powiedział jej, że czeka czasem dwie godziny a nawet dłużej by zarejestrować jakąś sytuację w takim kadrze jaki zaplanował. Ciekawe były jego wywody na temat kompozycji. Doisneau uważał, że zdjęcie powinno być podobne do jakiejś litery np. A, L, V, ponieważ z tą kompozycją jest się zżytym. Niedawno jego albumik wydało wydawnictwo Taschen z opisem po polsku, angielsku i francusku. Warto tam zajrzeć.

01 Lip 2009

Francis Ford Coppola jest kolejnym człowiekiem kina, który zamiast kręcić filmy zajmuje się produkcją wina. W swojej wytwórni  zatrudnia 600 osób.

Zawsze byłem pod wrażeniem jego „Ojca chrzestnego” i trochę mi szkoda, że kino traktuje już jako hobbysta. Jest przecież wystarczająco zamożny by być twórcą niezależnym. W nieocenionym „Forum” skarży się na widownię. Jego zdaniem została ona zepsuta przez telewizję. Reżyser przypomina lata 50. kiedy programy były nadawane na żywo i telewizją zajmowali się najinteligentniejsi ludzie Ameryki. Cóż „Kabaret Starszych Panów” — też  początkowo nadawany był na żywo. Podejrzewam, że „Zrób to sam” inżyniera Adama Słodowego — również. Poznałem kiedyś jednego z pionierów naszej telewizji, już niestety nieżyjącego, scenografa Ryszarda Radwańskiego. Był na swój sposób genialny. Umiał zrobić dekorację z niczego i namalować wszystko.

Coppola uważa, że telewizję zabiły półgodzinne komedyjki sytuacyjne. One to — jego zdaniem — popsuły gust widzów. Teraz ambitniejszy twórca kina jest w sytuacji kogoś, kto zaprosił gości na kolację i gdy serwuje własne danie, gość pyta: — Kiedy podasz frytki i hamburgery? Najnowszy obraz  twórcy „Ojca chrzestnego” to „Tetro”— historia siedemnastoletniego Amerykanina, który przybywa do Buenos Aires, aby odnaleźć swego brata. Coppola tłumaczy, że jest to jego najbardziej osobisty film. Reżyser miał starszego brata, pisarza, w cieniu którego dorastał. 
Reżyser wraca też do filmu swojej córki Sofii „Między słowami” z 2003 roku z kapitalnym Billem Murray’em. Porównuje to dzieło do dobrego wina. Pociągając jego łyk wiemy, że to na przykład trunek z Burgundii. Reżyser wprowadza francuski termin, funkcjonujący wśród winiarzy: terroir . Można to tłumaczyć jako: poczucie miejsca. Ogólnie mówiąc to zespół czynników niezależnych od człowieka, związanych ściśle z danym terenem, kształtujących warunki uprawy winorośli. Wypowiedź Coppoli jest pochwałą indywidualizmu i jakości.

Tak się porobiło, że coraz więcej jest sklepów z markowymi winami. A markowe filmy? Tylko w najlepszych wypożyczalniach. Film i wino — kwestia gustu i smaku.

P.S. Unowocześniamy się. Stąd „Widok z okna” w nowych ramach.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.