23 Lis 2009

Co jakiś czas pan Hieronim Skurpski przypomina o sobie. Od jego śmierci minęły zaledwie trzy lata. Nie zdążył już przejechać się schodami ruchomymi w Alfie. Jako entuzjasta nowoczesności byłby zachwycony Facebookiem.

Laurencjusz

Pan Hieronim w Domu Laurencjusz, czerwiec 2006.

Nazwisko pana Hieronima raz po raz wraca w rozmowach najbliższych przyjaciół. Mnie brakuje jego komentarzy do współczesności. Zastanawiam się jakby skomentował to lub tamte wydarzenie. Podobałoby mu się, że tak dużo ukazało się książek o sztuce międzywojennej.

Prof. Lechosław Lemański wydał monografię „Stach z Warty Szukalski”, Anna Szablowska książkę o plakatach Tadeusza Gronowskiego. Otwarto wielkie wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie Rafała Malczewskiego i sztuki międzywojennej. Ta ostatnia zatytułowana „Wyprawa w 20-lecie”. I jeszcze niedawno zakończona pierwsza po wojnie prezentacja twórczości Zofii Stryjeńskiej. Wszystkim tym wystawom towarzyszyły obszerne katalogi. Nie obejrzymy już ich razem i nie usłyszę żadnych komentarzy na temat twórczości przedstawianych tam artystów. Rozmawialiśmy o Szukalskim i Malczewskich — ojcu i synu, ale nie przypominam sobie, czy w naszych  rozmowach choć raz padło nazwisko Stryjeńskiej a przecież pan Hieronim mógł poznać tę sławną artystkę, gdy przed wojną studiował na akademii w Warszawie.

pracownia

W pracowni na Mickiewicza. początek lat 90.

Rozmawialiśmy dużo o malarstwie w mieszkaniu pana  Hieronima na Warmińskiej, ale ja najbardziej lubiłem wizyty w jego pracowni na ulicy Mickiewicza. Na początku lat 90.  zrobiłem mu zdjęcie w chwili gdy, właśnie odszedł od sztalug. Stoi w poplamionym fartuchu w jakim pracował. Zdejmuje czapeczkę na przywitanie. Widać malarza w całej okazałości. Jak się przyjrzeć, to można dostrzec gotowe obrazy. I pędzle.

Nie śmiałem fotografować pana Hieronima przy pracy. „Zapozował” nam przy sztalugach do filmu „Przed zagadką. Lustro Hieronima Skurpskiego”, który zrobiliśmy z Dominikiem Koziołem. Realizacja tego dokumentu była okazją by pojechać z panem Hieronimem do jego rodzinnej wsi Skurpie. Wtedy odwiedził ją z nami po raz pierwszy po wojnie. W tym dom rodzinny.

Napisałem na wstępie, że raz po raz pan Hieronim daje znać o sobie. Dzieliłem się z nim swoimi lekturami. On zwracał mi je często z zakładkami . Miał też zwyczaj wypisywać ołówkiem numer strony i podkreślać fragment, który go szczególnie zainteresował.

I oto wracając niedawno do „Literatury na świecie” (nr 7 z 1986 roku), poświęconej „szkole nowojorskiej”— słynny „niebieski” numer , z biletem do Museum of Modern Art  na okładce— znalazłem taką pana Hieronimową adnotację z numerem strony i podkreśleniem odpowiedniego fragmentu tekstu.

Jest w tym numerze misięcznika wywiad z poetą Frankiem O’Harą o związkach malarstwa z poezją. Na pytanie czy nie dostrzega jakiegoś amerykańskiego klimatu czy amerykańskiej tradycji w sztuce właśnie amerykańskiej O’Hara odpowiedział: ”Moim zdaniem Pollock miał całkowitą rację, mówiąc — nie pamiętam dokładnie, ale powiedział coś takiego: nie istnieje malarstwo amerykańskie, ani żadne inne malarstwo. Istnieje tylko dobre malarstwo(…) to naprawdę bardzo trafne stwierdzenie — istnieje dobre malarstwo i złe malarstwo, malarstwo mierne, malarstwo powierzchowne i malarstwo niepoważne”. I dalej O’Hara mówił, że spod tego prawa nie można wyłączyć Amerykanów czy inny naród— wszystko zależy od poszczególnych artystów.

Takim poszczególnym artystą, jak najbardziej szczególnym, był pan Hieronim Skurpski.

16 Lis 2009

sputnik4[1]Obejrzałem z przyjemnością rosyjski film muzyczny „Bikiniarze” Walerija Todorowskiego. Bikiniarz to po rosyjsku stiliaga od słowa stilnyj, czyli stylowy. Polski bikiniarz pochodzi od atolu Bikini, na którym przeprowadzano próby z amerykańską bombą atomową.

Bikiniarstwo to więc „atomowy” mocny,  „ przestylizowany” styl: buty ”na słoninie”, czyli grubej białej podeszwie, dłuższe włosy w czub, czyli w „kaczy kuper”, kolorowy krawat, wąskie spodnie i kolorowa marynarka. Bikiniarz  buntował się przeciwko bylejakości, szarzyźnie, standaryzacji. Był punkiem lat 50.

Film Todorowskiego obejrzałem w „Awangardzie”, bo tak się w tym roku składa, że Olsztyn jest jednym z 27 największych miast, bo to tylko w nich odbywa się już trzecia edycja festiwalu filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską”.

Film jest reklamowany jako rosyjskie „West Side Story”. Istotnie pomysł podobny — rywalizacja dwóch grup młodzieży: w „West Side Story” gangi, w filmie rosyjskim komsomolcy z  bikiniarzami. Tu i tam kołem napędowym akcji jest miłość. Film Todorowskiego jest nam bliższy, bo pokazuje realia, które znamy nie tylko z kina, ale i z naszego polskiego, doświadczenia.

Na mnie  zrobiła  wrażenie scena, gdy chór  studentów komsomolców, w szarych mundurkach, jak z „Roku 1984” George’a Orwella, jest zachęcany przez fanatyczną liderkę do potępienia kolegi-bikiniarza. Początkowo spokojny, jakby uśpiony, tłum nagle z żarem zaczyna śpiewać  pieśń o tym, źe są jednym łańcuchem, którego nie dadzą rozerwać (po rosyjsku łańcuch to cep’ albo okowy).

Film Todorowskiego zrobiony jest z polotem i rozmachem. Dobrze prezentują się młodzi aktorzy: urodziwi, pełni naturalnego wdzięku młodości, fotogeniczni, jak to się kiedyś mówiło. Na ekranie, w jednej z ostatnich swoich ról widzimy także Olega Jankowskiego,  aktora Andrieja Tarkowskiego. Zagrał radzieckiego dyplomatę, notabla z willą i wielkim autem, ojca jednego z bohaterów. Kiedy Oleg Jankowski zmarł w tym roku, przypominano u nas , że jego ojciec, carski oficer, który zginął w łagrze, był Polakiem.

Gdy oglądałem „Bikiniarzy” pomyślałem, że chętnie zobaczyłbym remake filmu „Ósmy dzień tygodnia” Aleksandra Forda według Marka Hłaski, przerobiony na musical, coś w rodzaju „Bikiniarzy” Todorowskiego.

09 Lis 2009

Kobiety o wiele więcej myślą o mężczyznach niż mężczyźni o kobietach. Dlaczego? Ponieważ kobieta ponosi znacznie większą niż mężczyzna odpowiedzialność za kontynuację gatunku. I ostatecznie to z reguły kobieta wykazuje inicjatywę.

Zacytowałem na wstępie pogląd  Alberto Moravii, już trochę zapomnianego włoskiego pisarza. Kiedy żył, a zmarł w 1990 roku, zainteresowanie nim podtrzymywała włoska kinematografia, która sięgała po jego dzieła. Ja bardzo lubię film Bernarda Bertolucciego według  „Konformisty” Moravii.

Mlodozeniec

Plakat Jana Młodożeńca, z 1974 roku, do „Konformisty” Bertolucciego

Moravia chętnie wypowiadał się w mediach. Wywiadu, z którego pochodzi cytat, udzielił w 1985 roku („Forum” sierpień 1985). Jego słowa wpisałem do dzienniczka lektur, który dość systematycznie prowadziłem w czasach bezinternetowych.

Renoir, czyli pogodność

Mój dzienniczek to dwa 96 — kartkowe bruliony w kratkę. Są tam cytaty na różne okazje. Sophie Monneret  „Renoir”. Wielki malarz wyjaśnia  po co są kobiety. Otóż są one po to by „czynić życie znośnym”. ”To co lubię nade wszystko, to pogodność”— mówi Renoir pod koniec życia.

arton1376-2cdfe[1]

Tak się składa, że w paryskim Grand-Palais do 4 stycznia 2010 roku można oglądać wystawę „Renoir w XX wieku”, przedstawiającą jego dorobek z późnego okresu twórczości

Czytałem wtedy dużo Trumana Capote. Wypis z 4 listopada 1983 roku, z jego „Psy szczekają: ”Zawsze czuję się paskudnie, gdy jakiś popularny banał okazuje się prawdą”.

„Płomienie” Stanisława Brzozowskiego. Wynotowałem z nich:  ”Cywilizacja nie wchodzi w związki chemiczne z wieloma istnieniami, które otacza”.

Zabór austriacki, czyli nasz

Wypis z książki Januarego  Grzędzińskiego — „ Maj 1926 – dokumenty” . Grzędziński pisze o armii. Że  różnice między byłymi  oficerami  austriackimi, a legionistami — ci ostatni nazywali ich trepami — nie zniknęły nawet po wojnie 1920 roku.

Grzędziński przytacza anegdotę o pewnym generale, który przemawiając na garnizonowym bankiecie na 3 Maja powiedział o rozbiorach, że „wówczas Polska była podzielona na trzy nierówne połowy: jedną zabrali Moskale, drugą Niemcy, a trzecią — my”.

Telimena trzymała Orłowskiego w biurku

Przeglądam dalej i wyciągam: doktor  Stanisław Morawski „W Peterburku” , wydane w 1927 roku w Poznaniu, wspomnienie o Aleksandrze Orłowski 1777-1832, słynnym polskim malarzu i rysowniku. Pamiętacie? Telimena z „Pana Tadeusza” trzymała rysunki Orłowskiego w biurku. Z  wspomnień Morawskiego wybieram to: ”Pomimo ateizmu Orłowski był człowiekiem najzupełniejszego honoru. Był tyle uczciwym, ile człowiek być nim może”.

PlikAleksanderOrlowski.Autoportret.ws

Autoportret Aleksandra Orłowskiego

Teraz przypomniał mi się prawdopodobnie ostatni rysunek Rolanda Topora, takiego Orłowskiego drugiej połowy XX wieku. Właściwie autoportret. Artysta przedstawił siebie leżącego w łóżku, słabego już, z głową na poduszce i rysującego na prześcieradle akt kobiecy.

Tyle tu nacytowałem ze starego brulionu, że czas przytoczyć coś świeżego. Przeczytałem wywiad z Pawłem Pawlikowskim, reżyserem filmowym urodzonym w Polsce ( w 1957 roku), który pracuje w Wielkiej Brytanii. Na stwierdzenie dziennikarza, że żyjemy w ciekawym świecie Pawlikowski mówi: „Ciekawym, ale trudno haka na niego znaleźć. Nie wiem czy kino jest dobrym medium”.

02 Lis 2009

Podczas mojej ostatniej rozmowy z Krzysztofem Nowakiem-Tyszowieckim w lutym tego roku — tak żałuję że jej nie nagrałem — mówiliśmy o jego niezrealizowanych pomysłach. O powołaniu Kliniki Leczenia Głupoty i o napisaniu poradnika „Jak  zachowywać  się w sytuacjach ostatecznych”.

Choć był dorodnym, wysokim mężczyzną, nazywałem go Krzysiem, bo miał w sobie coś z małego chłopca. Teraz sobie myślę, że łatwiej byłoby mi o nim mówić niż pisać. Może więc powinienem nagrać o nim opowieść na video? Co powinno być w tym filmie? Historia o tym jak spotkaliśmy się na festiwalu w Gdyni w 1981 roku. A ja poznałem Krzysia ze studentami z Wrocławia, miłośnikami kina. Krzyś wyglądał jak włoski książę. Oni byli błyskotliwi.

Jedna z dziewczyn nosiła w portfelu zdjęcie Adama Pawlikowskiego. Był to kadr z „Popiołu i diamentu” . Poprosiła by Krzyś opowiedział o Pawlikowskim. Poznał go przy okazji dyplomowej etiudy, która była ostatnim filmem tego aktora. Potem wspólnie namawialiśmy różnych reżyserów i aktorów by wspominali Pawlikowskiego. Krzyś umówił wrocławskie towarzystwo z Agnieszką Osiecką, swoją sąsiadką z ulicy Zakopiańskiej. Zapamiętała tę rozmowę, bo napisała we wstępie do „Szpetnych czterdziestoletnich”: „Pięciu studentów z Wrocławia doktoryzuje się z Adama Pawlikowskiego”.

szpetni_czterdziestoletni-1

Krzysiowi zawdzięczam przygodę z telewizją, występ ćwierć wieku temu, w jakimś programie poświęconym  filmowi a potem w „Pegazie”, wtedy, gdy ten program nadawano w najlepszym czasie antenowym czyli bodajże o godz. 19. Z krytykiem tygodnika „Film”, Krzysztofem Kreutzingerem, spieraliśmy się na oczach telewidzów o komedię Krzysia ”Dolina szczęścia”. Film mi się podobał, byłem za, on przeciw. Dziś myślę, że moja obrona nie była dostatecznie żarliwa. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że Kreutzinger był wytrawnym krytykiem, ja przy nim nieupierzonym żółtodziobem.

W ostatnich latach  mniej się spotykaliśmy, ale telefonowaliśmy do siebie, by porównać opinie na temat ludzi, lektur i oglądanych filmów. Wymienialiśmy też zdania na temat tego co robimy. Zasadą była bezwzględna szczerość. Krzyś miał wyrafinowany gust, który dzisiaj jest rzadkością. Ale też potrafił zwrócić uwagę na sprawy, które widzą u nas tylko najbliźsi. Był więc jak ktoś z najblizszej rodziny.

quieda

Na koniec opowiem pewną historię.  Krzyś znał włoskiego reżysera Gillo Pontecorvo. Najbardziej popularne jego filmy, to dramat polityczny „Bitwa o Algier” i „Queimada” z Marlonem Brando. Gillo bywał w Warszawie.

Któregoś razu wybrałem się do Gdyni na festiwal filmów. Idę do biura festiwalowego po akredykację. Podchodzę by podać swoje nazwisko, gdy recepcjonistka radośnie,  jakby znała mnie od lat, woła: pan Gillo Pontecorvo… Czy to Krzyś sprawił, że stałem się na moment włoskim reżyserem? Nigdy go o to nie spytałem.

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.