26 Gru 2010

Dwa dni przed świętami nie było już w Olsztynie kawy irlandzkiej o smaku whisky. W wigilię zabrakło taksówek. Piszę to, by uświadomić czytelnikom, że w czasach rozpasanej konsumpcji są jeszcze towary na które popyt przekracza podaż.

Ale książek nie zabrakło. W zapchanym klientami i książkami epiku w środę wieczorem dwa razy podchodziłem do jednej z dwóch kolejek i rezygnowałem, by końcu przyjść następnego dnia rano po książkę. Dostałem bez problemu.

Pamiętający z poprzedniej epoki wyłącznie kartki i puste półki, zapominają o księgarniach. Zawsze pełno było w nich książek. To prawda, że nie można było w nich znaleźć takich autorów jak na przykład Gombrowicz , Miłosz czy Jünger i Céline – nie mylić z Céline Dion – chyba , że u zaprzyjaźnionego antykwariusza. Brakowało też bestsellerów np. z piwowskiej serii „Współczesnej Prozy Światowej”.  Ale regały wypełniali na przykład przecenieni klasycy filozofii. Dzienniki Kafki też kupiłem na przecenie. Notabene dzienniki Dąbrowskiej też – już w naszych czasach.

Książki były i są dla mnie najpiękniejszym podarkiem. Przeżywałem jako dziecko każdą wizytę w wielkiej księgarni naprzeciw ratusza. Dziś jej wnętrze  jest zmienione. Pamiętam wspaniałe kryształowe drzwi , wielkie aż pod sufit regały, dwa przestronne pomieszczenia na parterze i drewniane, kręcone schody na piętro. Chodziłem tam z mamą i dziadkiem.

Któregoś razu w czarno-białym telewizorze zobaczyłem kolejny program kulturalny „Pegaz”. Omawiano w nim książkę debiutanta pod tytułem „Wirówka nonsensu”. Autor nazywał się Janusz Głowacki. Następnego dnia poszliśmy z kolegą z ławy szkolnej, Wojtkiem, do księgarni. Na dole urzędowała starsza pani w fartuchu z satyny w kolorze atramentu. Kolega zapytał groźnie wyglądającą  panią o „Wirówkę nonsensu” nieznanego autora. Pani długo szukała, ale znalazła. Mam tę książkę do tej pory.

Przed świętami napisałem list do Mikołaja, że chciałbym dostać pod choinkę – „Good  night, Dżerzi” Głowackiego. I Mikołaj spełnił moją prośbę.

P.S. Głowackiego sfotografowałem na targach książki w Warszawie.

5 komentarzy »

  1. Ćwierć wieku temu w drodze ze szkoły średniej do autobusu na głównej ulicy średniej wielkości miasta mijałem księgarnię. Zawsze była pełna ludzi i trochę mniej pełna książek. W roli masa tabulettae występowały marksy i leniny w ilości liczonej na metry bieżące. W roli składnika psychoaktywnego (nie)występowały lemy, mrożki, stachury czy choćby sienkiewicze, o tolkienach nie wspominając.
    A ludzie kupowali wszystko jak leci… Nieodgadnione dla mnie pozostaje czego było więcej – chęci obcowania z lemami czy chęci pozbycia się nawisu inflacyjnego.
    Dziś, gdy mijam samochodem to średniej wielkości miasto, nie widzę już tej księgarni. Jest sklep odzieżowy. Nie drażni mnie ta sytuacja, przecież nie będę się obrażał na niewidzialną rękę rynku. Lemy i tolkieny do nabycia w internecie.

    Komentarz by Horacy67 — 26 grudnia 2010 @ 17:10

  2. Być może jest w nas jakaś zakodowana potrzeba kupowania. Przecież na promocjach kupuje się tez jak leci…

    Komentarz by Marek Barański — 26 grudnia 2010 @ 22:27

  3. Ja dostałem to samo! I teraz czytam namiętnie.

    Komentarz by Beśka — 27 grudnia 2010 @ 10:06

  4. ja pamietam radzieckie ksiegarnie /zwane ruskimi/ gdzie mozna bylo kupic piekne albumy z galerii Trietiakowskiej lub Puszkina lub inne opracowania dotyczace sztuki i architektury /w tym reprinty ciekawych pozycji zachodnioeuropejskich/, wtedy niezle radzilem sobie z cyrylica i sporo sie naczytalem, pamietam tez,ze te ksiegarnie i woluminy mialy taki specyficzny zapach

    Komentarz by Dyl S. — 27 grudnia 2010 @ 21:35

  5. twój wpis Dylu przypomniał mi, że w antykwariacie niezapomnianego p.Wojciecha Suświłły kupiłem monografię wielkiego francuskiego rysownika Daumiera. Była to rosyjska reedycja wydania szwajcarskiego. Świetnie wydrukowana na dobrym papierze. Minęło od tamtej pory ćwierć wieku a niczego lepszego o Daumierze nie dostałem.

    Komentarz by Marek Barański — 27 grudnia 2010 @ 23:50

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.