22 Mar 2011

Znajomy przez 10 dni pił tylko ciepłą wodę. Schudł 12 kilogramów. – Wiosna to czas oczyszczenia –  mówi.

Koleżanka wróciła z Kalifornii. Spotkała tam ludzi, którzy niczego nie gotują, tylko od lat jedzą wszystko na surowo. Ale doszliśmy z koleżanką do wniosku, że kalifornijczycy mogą mieć taką dietę, bo żyją w raju na ziemi, natomiast, my mieszkańcy północy, potrzebujemy bardziej kalorycznej strawy. Np. chleba razowego z masłem. Oczywiście jeśli ten chleb jest na zakwasie, a masło z mleka od krowy, a nie z oleju palmowego.

Tymczasem mieliśmy 21 marca Międzynarodowy Dzień Poezji. W  specjalnym orędziu z tej okazji  Irina Bokova, dyrektor generalny UNESCO, przywołała cienie dwóch poetów. Są to, obchodzący w tym roku 150 rocznicę urodzin, Rabindranath Tagore oraz Stéphane Mallarmé. Wszystkim polecam wiersz autorstwa Tagore, w tłumaczeniu Leopolda Staffa, „Któż jest ona, co mieszka w moim sercu”.

Obchody  Międzynarodowego Dnia Poezji trwają cały tydzień. Kazimierz Brakoniecki zaprosił na sobotę 26 marca do Centrum Polsko-Francuskiego dwóch znakomitych poetów: Piotra Matywieckiego i Antoniego Pawlaka. Spotkanie z nimi o godz.17.00.

Kolega, który tak dzielnie i z pożytkiem głodował, zaproponował mi uczczenie Międzynarodowego Dnia Poezji sonetem albo sunsetem. Wymyślił na poczekaniu tę formę poetycką na cześć zachodu słońca. Pomyślałem, że może napiszę suflet, czyli utwór sławiący zdrowe odżywienie.

Pisanie poezji może być błahostką, ale też bywa sprawą bardzo serio, nie tylko z tego powodu, że zajmuje się nią UNESCO. Wystarczy poczytać najnowsze wydanie  „Literatury na świecie” poświęcone nowej poezji amerykańskiej.

Mam duży sentyment do tego pisma. Wracam często do jego słynnych wydań: „fioletowego”, z grudnia 1982 roku, między innymi z moim ulubionym Charlesem Reznikoffem, i „niebieskiego”, z lipca 1986 roku, z biletem do Museum of Modern Art – wstęp 3 dolary – na okładce, a w środku między innymi z Frankiem O’Harą. Oba jeszcze w wygodnym formacie kieszonkowym.

Jestem w trakcie lektury najnowszego numeru. Zdążyłem już przeczytać zapis rozmowy Piotra Sommera z autorami z Ameryki.

Co u nich słychać, jak się mają? Peter Gizzi, 51- latek z Pittsfield w stanie Massachusetts opisuje swój stan i samopoczucie, jako „bycie niewidocznym”. Twierdzi on, że jest to coś, z czym pogodzili się poeci amerykańscy.

Stało się tak po tym, jak poezja zdemokratyzowała się przez eksplozję w Internecie. Bo jak twierdzi Gizzi, kiedy wszyscy mogą mówić, nikt nie słucha.

Zgadzam się z nim, że pisanie wierszy to sprawa bardzo prywatna, działanie na własną rękę, niezależnie od dużych ośrodków wydawniczych.

Jaka jest satysfakcja? „Dzika radość stawania się sobą”– odpowiada  Gizzi. Tę radość można znaleźć nie tylko w układaniu wierszy. Przeżywa ją każdy czytelnik książek.

4 komentarze »

  1. podoba mi sie sunset – tylko jak go napisac? Czy sunset ma tez funkcje oczyszczajaca? Mozna sprzata mozg po zimie?

    Komentarz by Dyl S. — 22 marca 2011 @ 20:05

  2. Może sunset jest rodzajem sonetu? Bezwzględnie oczyszcza.Sprząta mózg.Jak sen 🙂

    Komentarz by Marek — 22 marca 2011 @ 23:01

  3. zgadzam się, zgadzam się, zgadzam.
    pisanie to sprawa bardzo prywatna. I faktycznie to dzika radość. I bardzo dobrze z tą eksplozją w internecie – przynajmniej teraz jest wiadomo, że nie wystarczy pisać wierszem, żeby być poetą, trzeba jeszcze być poetą 🙂 pozdrawiam

    Komentarz by Bożenia — 23 marca 2011 @ 8:02

  4. Thanks , I’ve recently been looking for info
    approximately this subject for ages and yours is the greatest I’ve came upon so far.
    However, what about the bottom line? Are
    you certain concerning the source?

    Komentarz by bedside chest of drawers — 9 lipca 2014 @ 3:40

RSS feed for comments on this post. TrackBack URL

Leave a comment

Blog Marka Barańskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.